0-700-SEKS-ROZMOWY – For a Good Time, Call…

Rzadko się trafiają dobre, ciepłe, ale jednocześnie drapieżne komedie o kobiecej przyjaźni. “For A Good Time Call” to jeden z tych chlubnych wyjątków.

Tak jak ostatnio lałam pomyje na filmy niezależne, tak teraz muszę odszczekać. Bo przypadkiem trafiłam na film, o których nikt chyba nie słyszał, a który w zaskakującym twiście – po ostatnim zawodzie nie spodziewałam się niczego dobrego – wywołał u mnie niepohamowany, wręcz bolesny uśmiech i spalanie kalorii w formie głośnego, trzęsącego Mysi brzuszek chichotu.
Mowa o filmie For a Good Time, Call… Wpadł mi w oko na Moviefone/DVD i wystarczył jeden zwrot-klucz bym wiedziała, że jest to film który muszę obejrzeć.
Panie i dżentel-panowie, oto film o dwóch dziewczynach, które zakładają SEKS-TELEFON.

For a Good Time, Call… opowiada o Lauren i Katie, które mimo dzielących je różnic i łączącej je wzajemnej nienawiści, muszą razem zamieszkać. Katie (Ari Graynor) to pracowita, obowiązkowa i nudna jak flaki z olejem good girl, która właśnie rozstała się z chłopakiem i straciła pracę. Natomiast Lauren (wspaniała Lauren Anne Miller, która jest również współautorką scenariusza) to wygadana, wyuzdana i -bardzo głośna- dziewoja, która uprawia sex-ercise (taniec na rurze) w swoim salonie w ramach ćwiczeń fizycznych i ubiera się w cudownie opięte spodniumy. Long story short, w wyniku różnych perypetii, panie wspólnie zakładają seks-telefon.
O FaFGC… napiszę krótko, bo nie chcę zbyt wiele zdradzić. Co prawda nie ma w filmie wielkich spoilerów fabularnych które mogłabym nieopatrznie wypaplać, ale jest on tak bezpruderyjnie i fajnie napisany, że należy samemu się o tym przekonać w pełnej krasie, bez jakiejś Myszy, która zdradza co lepsze teksty.
 
Zaznaczam od razu: nie jest to film wybitny. Aktorsko jest bez większych zastrzeżeń, a o walorach kinematograficznych nie będę pisać, bo nie dla nich się film ogląda. Muszę jednak napisać co mnie w filmie zachwyciło. Mianowicie scenariusz. Nie jego fabuła, mind you, tylko to jak jest napisany oraz to, jak przedstawiona jest powoli rodząca się przyjaźń między dwoma bohaterkami.

Ponieważ kluczowym elementem fabuły jest seks-telefon, film nie jest dla osób pruderyjnych. Z ekranu padają słowa od pieszczotliwych po niecenzuralne, a opisywane w detalach seksualne zberezeństwa plasują się na skali zboczenia od „vanilla fluff” po „hardcore belgian chocolate” (niewtajemniczeni niech lepiej tego ostatniego w Google nie wrzucają, bo potem będzie na mnie, że sieję defetyzm). Ostatnimi czasy wiele się pojawia (nie tylko)młodzieżowych komedii, w których co i rusz padają jakieś seksualne żarty czy erotyczne aluzje. Mamy całą serię American Pie, której nomen-omen Mysz jest wielką fanką – tak, widziałam wszystkie części wielokrotnie, włącznie z tymi „straight to DVD”, nakręconymi bez oryginalnej obsady. Mamy filmy w rodzaju Bridesmaids, The Hangover, czy filmy ze stajni Apatowa, gdzie sprawy seksu, osobistych preferencji, zboczeń i perwersji są omawianie często i gęsto. Ale bardzo rzadko są one omawiane… szczerze. Oglądając te filmy zawsze mam wrażenie, że tego typu teksty padają tam tylko po to, by szokować. Na zasadzie: „słuchajcie, powiedziałem dupa” [tu wstawić obleśny, chrząkający śmiech bohatera]. Nie niosą one z sobą żadnej wartości. A powinny. Bo rozmowy o seksie potrafią być wartościowe. Powinny takie być. Mogą nas dokształcać, doinformowywać, rozwijać nasze horyzonty… pomagają się dowiedzieć co nam się podoba, a co nie… co z pewnością zostanie na zawsze tylko w sferze fantazji, a czego chcielibyśmy spróbować w rzeczywistości. Rozmowy o seksie są ważne. I powinno ich być w filmach więcej. Zwłaszcza w filmach skierowanych do już trochę starszych widzów. No bo np. American Pie (nawet biorąc pod uwagę ostatni film z serii, American Pie: Reunion) to wciąż franchiseskierowany do młodzieży. Ale już nadchodzące This is 40 bardzo mnie ciekawi – może wreszcie Apatow nakręci coś co nie jest tylko niekończącym się dick and fart joke, ale właśnie filmem dla trochę starszej, odrobinkę (ale na za bardzo) poważniejszej widowni.



For a Good Time, Call… różni się od innych filmów właśnie tym, że rozmowy o seksie nie są w filmie po to żeby szokować. Owszem, bywają pikantne i niektórzy widzowie – ci mniej „doświadczeni” – mogą się raz czy dwa zarumienić. W FaGTC rozmowy o seksie wynikają, po prostu, z życia. Z faktu, że wszyscy uprawiamy seks (a przynajmniej większość z nas) i naprawdę nie ma ani czego się wstydzić, ani ukrywać czy przemilczać. Są pewne tematy tabu, ale we właściwym towarzystwie, wśród otwartych, przyjaznych nam osób… dlaczego nie rozmawiać na te tematy? Co w tym takiego strasznego?

Mysz ma na ten temat takie, a nie inne poglądy, bo posiada w swoim życiu kilka osób, z którymi bardzo otwarcie, ze wszystkimi – nawet wydawałoby się obleśnymi, fizjologicznymi – szczegółami może porozmawiać. Nie robi tego codziennie, 24/7, ale gdy akurat tak się złoży że temat seksu wypłynie, nikt się nie kryguje, nie ucieka, nie wymawia od konwersacji. I tak: większość z tych osób to kobiety.

 
Może właśnie na tym polega fenomen – For a Good Time, Call…to nie jest film męski, choć występują w nim mężczyźni. To film wybitnie kobiecy, o kobietach, dla kobiet. Panowie, oczywiście, mogą go obejrzeć. Pewnie nawet to zrobią, chociażby dla oczywistych walorów erotycznych (no co? Wszyscy jesteśmy ludźmi i nie oszukujmy się – czasem tak to u panów wygląda. Ja nie oceniam, też mi się zdarza oglądać filmy dla walorów… nazwijmy to „erotycznych”). Może właśnie ze względu na to, że dwie główne postacie to postacie kobiece, ich filmowych rozmów o seksie nie odbierałam jako epatowania wyuzdanym erotyzmem, ale bardziej jak zwyczajną, szczerą rozmowę między przyjaciółkami. Bardzo podobną do tych, które w swoim życiu zdarzyło mi się prowadzić.
A skoro wspomniałam o męskich postaciach w tym filmie… dla nich również warto obejrzeć FaGTC. Bo tak jak wiedziałam, że w filmie gra Justin Long (po raz któryś już wcielając się w rolę „gay best friend”), to np. Kevina Smitha, Setha Rogena, Kena Marino i Dona McManusa się w ogóle nie spodziewałam. Zwłaszcza Kevin był miłą niespodzianką. Which reminds me, że o mojej miłości do Kevina Smitha muszę jeszcze kiedyś szerzej napisać.
Tak więc film polecam z ręką na sercu wszystkim, którzy mają dosyć obleśnych żartów o seksie i chcieliby obejrzeć inteligentnie napisany film, gdzie seks nie jest tematem tabu. To także przykład filmu, gdzie mamy  wspaniale ukazaną kobieca przyjaźń – taką jakich ze świecą szukać. Lojalnie jednak uprzedzam, że osoby pruderyjne i/lub łatwo wpadające w zakłopotanie powinny film obejrzeć same, bez obecności osób drugich. Żeby potem niezręczności nie było.
A Mysz od tej pory zamierza uważnie śledzić karierę panny Lauren Anne Miller. Babka ma niezłe cochones. No i ten głos *wzdycha* Nawet Mysz byłaby gotowa zapłacić krocie na seks-telefonie, byle móc posłuchać tego głosu!

I co, panowie filmowcy? Da się nakręcić zajebisty film niezależny, pokazać go na Sundance (2012) i przy tym nie zanudzić widza na śmierć, a nie wprowadzić go w stan permanentnego zdziwienia? DA SIĘ. You could learn a thing or two from miss Lauren Anne Miller.



EDIT: Szybki research w Internecie zwrócił informację, która sprawia że zarówno tematyka filmu, jak i jego bezpruderyjność, a także obecność w nim Setha Rogena (i poniekąd Kevina Smitha) nagle totalnie mają sens. Otóż Lauren Anne Miller jest ŻONĄ Setha Rogena i grała niewielkie rólki w większości jego filmów, w tym w Zack and Miri Make a Porno Kevina Smitha – stąd się znają [i stąd ją kojarzę – skonstatowała Mysz]. Tu nadmienię, że choć Zack and Miri Make a Porno jest jednym z tych bardziej „obleśnych” seksualnie filmów, Mysz go bardzo lubi. Właśnie za bezhamulcowe podejście do tematu. Ale czego innego spodziewać się po gościu, który uczynił z głosu Alana Rickmana głos Boga na Ziemi?