Bóg rzezi, bóg mordu…

Porównanie filmu Romana Polańskiego ze sztuką wystawianą w Teatrze 6 Piętro w Warszawie.

Podejrzewam, że Czytelnik dobrze wie o czym jest sztuka Le Dieu du carnage. A jeśli nie, to przynajmniej o sztuce/filmie słyszał.
Nie zamierzam tu oceniać przesłania samej sztuki. To zadanie dla krytyków teatralnych i ludzi o wiele od Myszy mądrzejszych. No i wykształconych w dziedzinie profesjonalnego “szukania dziury w całym”. Warstwa tekstualna  Boga rzezi (czy też Boga mordu w niektórych tłumaczeniach) już dawno została uznana za wybitną. Nie mnie się z tym kłócić, choć w sumie bym mogła.

Skupmy się jednak na wczoraj obejrzanym przez Mysz i jej Lubego przedstawieniu Bóg mordu w Teatrze 6 piętro. A także na porównaniu tegoż wystawienia z filmem Romana Polańskiego Carnage (Rzeź). Z góry zaznaczam, że specjalnie wstrzymywałam się z obejrzeniem filmu, by najpierw móc w pełni docenić wersję sceniczną. Film obejrzałam dopiero dziś wieczór, więc zarówno przemyślenia na temat sztuki wystawianej na scenie, jak i jej ekranizacji będą “na świeżo”.

“Sztuka Yasminy Rezy jest błyskotliwie napisanym komediowo-absurdalno-tragicznym studium odkrywania tego co w nas jest „bogiem mordu” – egoistycznym pragnieniem zwycięstwa wbrew wszystkim i wszystkiemu, instynktem walki o siebie, podczas której spadają maski przyzwoitości, wychowania i tolerancji, a bohaterowie stają się przerażająco śmieszni i straszni.

„Bóg mordu” zaczyna się od kulturalnej, cywilizowanej, rozsądnej rozmowy dwóch par małżeńskich, które spotkały się by spisać oświadczenie o bójce swoich dzieci w parku, a kończy się tak, że później każdy z jego uczestników nazwie to spotkanie najgorszym dniem w swoim życiu.

Ta perfekcyjnie skonstruowana sztuka to także rzecz o naszym trudnym współczesnym rodzicielstwie, które zamiast być, jak twierdzą kolorowe gazety, największą przygodą życia, staje się kolejnym powodem lęków, frustracji i agresji. A wtedy pretekstem do wybuchu może być nawet banalne spotkanie dwóch par, które okazują się bardziej dziecinne i niedojrzałe niż własne dzieci.”
[© Teatr 6 piętro]

Teatr 6 piętro na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie dość pretensjonalnego miejsca (ogromne, puste foyer), ale na szczęście sama sala teatralna jest niewielka, przytulna i bardzo kameralna. Tu ważna informacja dla ludzi, którzy nie lubią się wykosztowywać na bilety i wolą chodzić na wejściówki: teatr zapewnia poduszki, by widzowie bez miejsc siedzących mogli wygodnie spocząć na schodach.
Po pierwsze brawa dla Macieja Chojnackiego za scenografię. Niewielkie „molo” wychodzące ze sceny w publiczność sprawia, że aktorzy poruszają się w przejściach między rzędami, tym samym fizycznie „włączając” widzów w akcję sztuki. Natomiast usunięcie wszelkich barier między pomieszczeniami, czyli ograniczenie akcji do jednej przestrzeni, niesamowicie potęguje wciąż rosnące napięcie między postaciami. Co prawda według akcji sztuki bohaterowie czasem znikają w łazience czy też kuchni, ale i tu Chojnacki popisał się pomysłem – sprzęty typu umywalka, lodówka czy sedes wysuwają się ze ogromnej, półkolistej ściany udekorowanej afrykańskim motywem, która tworzy tło całej sztuki.
Annette (Anna Dereszowska) i Alain (Michał Żebrowski)
Druga kwestia to tłumaczenia tekstu. Przekład Barbary Grzegorzewskiej był udany, choć momentami sprawiał wrażenie bardzo pociętego – pewne kwestie bohaterów sprawiały wrażenie pojawiających się znikąd, nie wynikały z wcześniej prowadzonych dialogów. Uznaję to jednak za integralną cechę stylu Yasminy Rezy, oryginalnej autorki sztuki. Natomiast irytowało mnie – i Lubego także – że w Bóg mordu, bądź co bądź polskiej wersji sztuki, wciąż są używane realia i nazwiska francuskie. Tak więc postacie to Veronique i Michel Houllie oraz Annette i Alain Reille, zamiast np. Weronika i Michał Kowalscy oraz Aneta i Alan Wysoccy. Czy cokolwiek. Biorąc pod uwagę, że chociażby imię chomika (kluczowa postać!) zostało przetłumaczone na polski, nie widzę sensu by zachować francuskie realia na polskiej scenie. Zwłaszcza, że realia te nie mają absolutnie nic wspólnego ani z treścią, ani z wydźwiękiem sztuki. Ale może się czepiam.
Co do reżyserii Małgorzat Bogajewskiej… hm, nie wiem czy mam w tym słuszność (zobaczę za parę godzin, jak porównam z filmem; edit po obejrzeniu filmu: mam rację!), ale pierwsze pół godziny sztuki wydaje mi się szalenie powolne i puste. Rozumiem, że takie teoretycznie jest zamierzenie; że akcja Boga mordurozkręca się powoli by potem powalić nas mocnym tąpnięciem. Ale nawet biorąc to pod uwagę, myślę że można by to inaczej rozegrać. Ewentualnie istnieje szansa, że sztuka Yasminy Rezy po prostu do mnie nie przemawia. Co więcej, jest to bardzo prawdopodobne. Bo choć większość sali po skończonym spektaklu zgotowała aktorom owację na stojąco, Mysz z Lubym trzymali zadki na siedzeniach. Owszem, bili gromkie brawo, ale nie uznali sztuki za równie wybitną, co inni widzowie. Mysz nie będzie wypowiadać się za Lubego (który w przeciwieństwie do niej najpierw widział film), ale powie parę słów od siebie: na Myszy Bóg mordu nie wywarł wielkiego wrażenia, bo Mysz do zawartych w sztuce wniosków doszła już dawno i to całkiem sama. Tak więc sztuka nie była ani specjalnie odkrywcza, ani tym bardziej kontrowersyjna. A jedyne zaskoczenia wynikały z kompletnej nieznajomości sztuki/filmu. Luby na przykład nie reagował równie gwałtownie co ja na niektóre sceny. No i ciut mniej się śmiał. Wynika stąd, że dla Myszy wszystko było zabawniejsze, bo było widziane po raz pierwszy. Ciekawe czy w takim razie film będzie dla mnie równie zabawny co sztuka… (edit: nie był).
Michel (Cezary Pazura) i Veronique (Jolanta Fraszyńska)
Jeszcze tylko parę słów o rzeczach najważniejszych, czyli o aktorstwie. Cały spektakl ukradła Anna Dereszowska, co nie jest niczym dziwnym, bo ja się w tej pani kocham nie bez powodu. Nie, serio. Dałabym jej na jeżu. Pomijając mój celebrity crush, nawet Luby potwierdził iż Dereszowska była najjaśniejszą gwiazdą na scenie Teatru 6 piętro. Jako sztywna, tłumiąca emocje, zasłaniająca się dobrym wychowaniem Annette Reille, która pod koniec przedstawienia wybucha jak supernowa, Dereszowska sprawdziła się śpiewająco. Dzielnie wtórował jej Michał Żebrowski, ale po Geralcie *chrum* nie spodziewałam się niczego innego. Jego Alain był w równej mierze zblazowany i znudzony, co rozbrajający uroczy, zwłaszcza w stosunku do żony. Ale może to tylko moje wrażenie, gdyż wciąż uważam, że Żebrowski ma jeden z najseksowniejszych głosów wśród polskich aktorów. Niestety Jolanta Fraszyńska nie sprawdziła się jako Veronique Houllie, przynajmniej w moim mniemaniu. Nie wiem czy postać była tak zagrana specjalnie, by sprawiać wrażenie dwulicowej i takiej… hm, denerwująco przemądrzałej… czy były to wyłącznie manieryzmy gry Fraszyńskiej, ale sztuczność Veronique aż zgrzytała mi w zębach. Może gdyby postać była zagrana mniej… pretensjonalnie, nie odebrałabym jej tak źle. I nawet nie chodzi o to, że nie lubiłam tej postaci, bo ci bohaterowie nie są po to by ich lubić. Po prostu nie podobało mi się, jak była zagrana. O niebo lepiej wypadł za to Cezary Pazura, który po 18-stu latach wrócił na deski sceny by zagrać Michela Houllie. I choć trudno było nie widzieć pewnych szalenie „Pazurowych” manieryzmów, pan Cezary świetnie wpasował się w rolę lekko roztrzepanego, dowcipkującego Michela. Skądinąd wiem, że Pazura długo szukał roli, którą mógłby godnie wrócić do grania w teatrze. Uważam, że dokonał bardzo słusznego wyboru decydując się na Boga mordu.
Jeśli ktoś nie widział filmu Polańskiego, bardzo polecam wybranie się na Boga mordu do teatru. Jeśli są jeszcze jakieś bilety. Natomiast Czytelnik, który film już widział też może się na sztukę przejść. Chociażby po to żeby porównać, jak film oparty na przedstawieniu ma się do samej sztuki.
Ja właśnie zamierzam się o tym przekonać. Pora obejrzeć Carnage.
Cóż… co jak co, ale Polański nakręcił najbardziej wierną ekranizację sztuki, jaką kiedykolwiek widziałam. Film i przedstawienie są niemalże słowo w słowo, toćka w toćkę takie same. Jedyne różnice to to, jak aktorzy zinterpretowali swoje postacie. No i fakt, że Polański przytomnie zmienił realia sztuki na Amerykańskie (akcja dzieje się w Nowym Jorku), unikając w ten sposób drażniących ucho francuskich nazwisk. I co, drodzy Polacy? Można?… można.
Porównując zaś aktorstwo sceniczne vs. filmowe:
– Nancy (czyli filmowa wersja Annette) w wykonaniu Kate Winslet to kobieta cicha i spokojna, której powolny, autentyczny rozpad emocjonalny obserwujemy na ekranie. Rolę tę w wykonaniu Dereszowskiej odbierałam trochę inaczej – jako kobietę-furię, która ukrywa się za maską konwenansów, by wkrótce porzucić udawanie i pokazać wszystko jak bardzo i jak głęboko potrafi mieć wszystko w dupie. Obie pani wspięły się na szczyt swych umiejętności aktorskich, ale wersja Kate Winslet wydaje mi się całościowo spójniejsza, bardziej uzasadniona psychologicznie. Przyznaję, że właśnie Nancy odbierałam jako najbardziej szczerą postać – co jest ironiczne, biorąc pod uwagę oskarżenia jakie na nią padają.
– z kolei właśnie Penelope (czyli filmowa Veronique) była moim zdaniem najbardziej dwulicową postacią. Jej próby bycia za wszelką cenę cywilizowanym i układnym tylko pogarszały to wrażenie fałszywości. Nie zmienia to faktu, że obserwowanie jak w wykonaniu Jodie Foster z Penelope powoli wyłania się coraz gorzej skrywana agresja jest aktorskim majstersztykiem. Jest to proces bardzo spójny, wręcz “ciągły”, ale podejrzewam, że tkwi w tym zasługa Polańskiego, który nakręcił film w czasie rzeczywistym, bez przerw. W tym sensie Carnage jeszcze bardziej przypomina swą wersję sceniczną. I choć im dalej w film tym postać Penelope staje się bardziej antypatyczna, emocjonalna zjeżdżalnia jaką prezentuje nam Jodie Foster jest wspaniała – od autentycznego zranienia, poprzez użalanie się nad sobą, aż po skraj histerii. Popis aktorski największego kalibru.
 
Alan (Christoph Waltz) i Nancy (Kate Winslet)
– Waltz gra Alana (Alain) ciut inaczej niż Żebrowski. U Polaka Alain to nadal buc, ale nie jest tak wyrachowanym dupkiem, jakim gra go Waltz. Postać w wykonaniu Żebrowskiego bardziej sprawia wrażenie zapracowanego, zmęczonego faceta, który autentycznie nie rozumie, że praca odciąga go od żony i życia. Alan w wersji Waliza to na wskroś wredny, odnoszący się do wszystkich protekcjonalnie fajfus. Nie da się jego postaci polubić, choć przyznaję że jego chore rozbawienie zaistniałą sytuacją bardzo “pysznie” się ogląda.
 
– postać Michaela (Michel w wersji scenicznej) w wykonaniu Johna C. Reilly’ego również wydaje się, obok postaci Nancy, najsympatyczniejszą z całej czwórki. Do czasu. Bo choć sprawia na początku wrażenie autentycznie miłego i ciepłego człowieka, który pragnie wszystkim dogodzić, w rzeczywistości jest to nieczuły cynik. Gdy z Michaela wreszcie wychodzi ten „mroczniejszy” aspekt jego osobowości, to nawet wyrachowanie postaci Waltza przy nim blednie. Okrucieństwo z jakim Michael wbija szpile swojej żonie – i to zupełnie bez powodu, tylko po to żeby jej dopiec – aż wywołało u mnie dreszcze. I przemożną ochotę żeby dać mu w ryj. Brawa do Reilly’ego za zagranie tych dwóch cech charakteru Michaela w tak wiarygodny sposób.
Penelope (Jodie Foster) i Michael (John C. Reilly)
Ogólnie stwierdzam, że wersja filmowa wydaje mi się spójniejsza emocjonalnie i charakterologicznie. Może wynika to z tego, że jednak w filmie możemy „z bliska” obserwować mimikę twarzy, drobne tiki nerwowe postaci. Dzięki temu lepiej można odczytać niuanse zachowań bohaterów, wyczuć rosnące napięcie. W wypadku gry aktorskiej Jodie Foster jest to nieomal bolesne – to jak aktorka silnie przeżywa emocje, grając Penelope, było aż trudne do oglądania. Z kolei Winslet była w swej grze subtelniejsza, operując raczej niedopowiedzeniami niż aktorską szarżą (która na sam koniec u Foster już drażniła). Obie panie poradziły sobie definitywnie lepiej niż panowie. Nic dziwnego, że uhonorowano je za te role nominacjami do Golden Globe Awards.
 
A na koniec dodam, że jeden aspekt sztuki wydaje mi się nieodmiennie fascynujący. Mianowicie zauważyłam, że pierwszy prawdziwy zgrzyt między bohaterami – ten pierwszy moment, gdy opada uprzejmość i skrywanie się za pustymi konwenansami – pojawia się gdy Penelope próbuje pouczyć Nancy i Alana, jak mają wychować swoje dziecko.
Wniosek z tego taki, że NIGDY nie należy pouczać ludzi, jak mają wychowywać swoje dzieci. No chyba, że chcecie żeby o Was pisano sztuki.