Bookworm-ing Part 2

Książkowa konsumpcja: “Seks, lunch i warszawskie garnitury” P. Hart i “Tailchaser’s Song” T. Williams.




Kontynuujemy temat z wczorajszego dnia, czyli omówienie ostatnio przeczytanych przez Myszę książek. Poprzednio było o dystopii dla młodzieży i brytyjskim kryminale, dziś będzie o polskim seksie (Seks, lunch i warszawskie garnitury) i amerykańskich kotach (Tailchaser’s Song).
Lets begin.

Renata to zadowolona ze swego życia trzydziestoparolatka. Ma dobrą pracę, chłopaka, własne mieszkanie. Wydaje się, że jej życiejest w pełni ustabilizowane.
A jednak pewnego dnia kobieta dowiaduje się, że jej narzeczony korzysta z usług prostytutek. Renata początkowo wpada w złość, później postanawia że lepiej pozna wroga, czyli świat warszawskiego seks – biznesu.
Odkrywa, że jest on nastawiony wyłącznie na to, by zaspokajać męskie potrzeby. A może by tak otworzyć ekskluzywnyseks-klub wyłącznie dla kobiet?
W debiutanckiej książce Pola Hart tworzy portret kobiety, jakiego brak we współczesnej  literaturze  –  aktywnej zawodowo, wyzwolonej seksualnie, a zarazem inteligentnej i zdroworozsądkowo myślącej. Zamiast szukać wsparcia w ramionach księcia z  bajki, jej bohaterka bierze życie w swoje ręce, odrzucając fałszywą pruderię i typowo polskie zahamowania.
Wszystko to sprawia, że “Seks, lunch i warszawskie garnitury” to książka, która jest nie tylko pełną humoru i zwrotów akcji, pikantną lektura  kobiecą, lecz i niepozbawioną ambicji próbą ukazania nowego, feministycznego modelu współczesnej trzydziestoparolatki.
[Elipsa, 2012] (c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.


O książce tej również dowiedziałam się przypadkiem. Przyznaję: przeczytałam o niej w jednej z moich guilty-pleasures, czyli bodajże w Glamour albo Cosmopolitan (czyli tzw. gazetach łazienkowo-tramwajowych, gdyż zwykle tam je czytam). Zaintrygował mnie głównie tytuł. Poza tym bardzo lubię książki, które dzieją się w Warszawie – gdy przeczytam nazwę znajomej ulicy albo knajpy, od razu Mysi ryjek sam mi się szczerzy.

Szczerze mówiąc, książka wydana jest tak sobie. Nie wiem, jakie pozycje wydało do tej pory wydawnictwo Elipsa, ale zakładam, że albo nie było ich wiele, albo ich nakład był niski. Książka sprawia wrażenie takiej, którą za parę złotych można kupić w kiosku na dworcu lub lotnisku, by przeczytać ją w podróży (nie umniejszam takich książek – są super!). Papier jest dobrej jakości, ale książka jest dziwnie złożona. Sam zapis dialogów również potrafi być mylący, co akurat jest winą autorki. Irytują także błędnie zapisane imiona bohaterów (widać, że autorka zmieniała imiona postaci by ukryć ich prawdziwą tożsamość i dwa razy o tym zapomniała).
 
Seks, lunch… to książka specyficzna. Napisana pierwszo-osobowo, trochę przypomina pamiętnik, trochę bloga, a trochę zwierzenia niedawno poznanej znajomej. Umówmy się od razu – Dziennik Bridget Jones to to nie jest, ani tym bardziej Intymne przygody londyńskiej call girl. Ale książka ma swój urok. Chociażby w postaci głównej bohaterki, Renaty, cokolwiek wyzwolonej i wolno-myślącej babki, które odkrywa, że jej facet – niejaki Michał – ma zwyczaj korzystać z usług prostytutek. Zamiast spazmować, płakać i podcinać żyły w wannie, Renia strzela mini-focha, by następnie szybko przejść nad niedyskrecjami chłopa do porządku dziennego. O tyle, o ile, oczywiście. Gdyż w wyniku nabytej wiedzy o dupczeniu Michała, Renia postanawia poznać od podszewki warszawski seks-biznes.
 
Kwestie te nie są przedstawione tak dogłębnie jak ja, jako czytelnik, bym tego chciała. W ogóle temat przewodni książki – seks-biznes, konkretniej burdele – jest potraktowany dość po macoszemu. Większość pytań bohaterki pozostaje bez odpowiedzi lub zostaje zbyta przaśnymi opowiastkami. A wątpliwości pozostają.
Ale to, co mnie urzekło w tej książce to bezapelacyjne równouprawnienie, którego żąda Renata dla rodzaju żeńskiego. Wszak jeśli panowie mogą kupować seks za pieniądze, to dlaczego panie nie mogą robić tego samego? Jedyne co jest dostępne dla kobiet w kwestii rozrywki erotycznej to chippendalesi albo wizyta w sex-shopie w celu zakupienia kolejnego seks-gadżetu.

Mmm… Magic Mike.
Wait, what was I saying?

A gdzie, pyta Renata, oferta miłych panów, którzy za pieniądze dotrzymają mi towarzystwa, nie tylko w łóżku? Inteligentnie porozmawiają, poflirtują, popodziwiają, podbudują psychicznie? Wiemy przecież, że dla kobiet seks, czy też erotyka, to coś więcej niż tylko włożyć coś do czegoś, wyjąć, włożyć, rinse and repeat, aż do skutku (choć czasem takie zabawy też są fajne). Kobiety lubią całą otoczkę, flirt… to uczucie ciepła w podbrzuszu, gdy wiemy, że podobamy się facetowi… te dywagacje na temat kobiecych potrzeb erotycznych, poruszone w Seks, lunch… bardzo mi się podobały. I choć pod koniec książki wciąż nie dostajemy żadnych konkretnych odpowiedzi, to ostatnie parę zdań daje nadzieję na kontynuację. Którą z wielką chęcią przeczytam. Chociażby po to, żeby chociaż przez chwilę, w zaciszu własnego domu, pobyć sobie wojującą feministką z erotycznym zacięciem. Rawr!


Tytuł oryginału: Seks, lunch i warszawskie garnitury
Autor: Pola Hart
Wydawnictwo: Elipsa
Rok wydania: 2012   
Wydanie: I
Streszczenie: Nudna praca; seks i dziwki; nudna praca; seks i dziwki; nudna praca; impreza; seks; nudna praca; dziwki; seks; impreza; seks; wyjazd do stadniny koni. Przez całość przewijają się silne motywy feministyczne.




Meet Fritti Tailchaser, a ginger tom cat of rare courage and curiosity, a born survivor in a world of heroes and villains, of powerful feline gods and whiskery legends about those strange furless, erect creatures called M’an.
[DAW Books, Inc., 2000] (c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.


Kolejna książka-przypadek. Tym razem zakupiona jako spur-of-the-moment purchase w American Bookstore (tym w Galerii Mokotów, już nieistniejącym). Zaintrygowały mnie – jakżeby inaczej – koty na okładce, oraz blurb z tyłu, który opisywał młodego kocura, Tailchasera, który wyrusza w nieznane by uratować swoją ukochaną, kotkę Hushpad. Blurbwspominał o herosach i złoczyńcach, bogach i legendach, magicznych przygodach, piekle i epickim heroes quest… a to wszystko w świecie kotów. Pomyślałam: „Sounds awesome”.

I  tak też było. Jeśli ktoś lubi koty i epic fantasy z gatunku magii i miecza, książka ta powinna mu się spodobać. W kwestiach wydawniczych – jest to typowy amerykański paperback: miękka, łatwo gniotąca się okładka, łamliwy grzbiet, średnio-sztywne, bure w kolorze strony i tekst naciukany per strona tak, że nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Mimo to książkę czyta się wygodnie. Jeśli oczywiście komuś nie przeszkadzają słówka w obcym – w tym wypadku kocim – języku (słowniczek z tyłu książki), oraz padające co chwila dziwne, legendarne imiona (spis postaci również z tyłu książki).

Skoro mowa o legendach, blurb z okładki książki nie kłamie – pełno tu kocich legend o powstaniu świata (właściwie cała kocia mitologia, porównywalna z egipską), naturze rzeczy, równowadze w przyrodzie, itp. Ciekawa jest też idea istnienia nie tylko języków dla osobnych gatunków zwierząt, ale także jednego, spójnego języka, zrozumiałego dla wszystkich braci mniejszych (taki Common Tongue, w opozycji do np. High Elvis, Dwarven czy Orcish. Tu mamy podział na Common Singing – zrozumiały dla wszystkich zwierząt, oraz Higher Singing – bardziej poetycki, oficjalny, niemalże magiczny język, którego używają wyłącznie koty). Koty mają też swoje własne nazwy dla krain i miejsc, a także dla ludzi – obecnych w ich świecie, ale raczej nieistotnych – których nazywają M’an (co samo w sobie uważam za urocze i bardzo sprytne zagranie ze strony autora).

Gdy mówię o kocim epic fantasy, nie o takie fantasy mi chodzi.
© Big Cat and Sword poubelle-de-dav [deviantart]

Fabuła nie jest skomplikowana (ogólne zarys fabuły – mini spoiler): młody bohater wyrusza na quest, by uratować ukochaną. Dołącza do niego młodziutki sidekick, a później także waleczna niewiasta. Po drodze spotykają „kuriozalne zgraje podejrzanych indywiduów” (cytat z Planeta skarbów), a także paru niespodziewanych sprzymierzeńców. Mają wiele różnych przygód, aż wreszcie trafiają do leża Tego Złego. Tam, zupełnie przez przypadek, przyczyniają się do pokrzyżowania szyków Złego przy pomocy unlikely allies i drobnej pomocy Bogów. Zły zostaje pokonany (wszak to epic fantasy, czyż nie?). Bohaterowie nie wychodzą z przygody kompletnie bez szwanku, ale są bogatsi o przeżyte doświadczenia. Dzięki nim odkrywają kim są naprawdę i co jest dla nich w życiu rzeczywiście ważne. Wątek miłosny zostaje ładnie zawiązany na kokardkę, choć książka pozostawia otwarte zakończenie. The End.

Teraz tylko podstawcie pod to koty zamiast ludzi (a czasem inne zwierzęta: wiewiórki, ptaki, psy, żaby, etc.) i macie Tailchaser’s Song
Grumpy!Cat is unhappy the book is over.
PS. Kto wiedział, że Grumpy!Cat naprawdę
nazywa się Tardar Sauce (czy Kot/Sos Tatarski)?
Tad Williams bezbłędnie wywiązał się z napisania epic fantasy o kotach. Oczywiście dla wytrawnego czytelnika rozgryzienie intrygi i odgadnięcie finału nie będą jakąś trudną sztuką, ale mimo to warto książkę przeczytać. Pozostawia ona po sobie to cudowne uczucie, które jest nieodrodną cechą dobrego epic fantasy: czujemy autentyczną radość z poznania książkowych postaci i możliwości towarzyszenia im w ich przygodach. Ale czujemy też żal, że bramy do ich świata zostały przed nami zamknięte wraz z końcem książki.


Pozostaje mi tylko poszperać w bibliografii pana Tada Williama i zobaczyć, co też fajnego ten autor mógł jeszcze napisać. Coś czuję, że War of the Flowers może być następne.

PS. Z ciekawostek: na Wikipedii widnieje zapis, że w listopadzie 2011 roku studio Animetropolis zaczęło przerabiać Tailchaser’s Song na film animowany (komputerowo). Cóż, poczekamy… zobaczymy… *tupie nóżką z niecierpliwością*

© Deth P. Sun – Cat Kneeling with Sword

Tytuł oryginału: Tailchaser’s Song
Autor: Tad Williams
Wydawnictwo: DAW Books, Inc.
Rok wydania: 1985 / 2000
Wydanie: First Paperback Edition / Anniversary Edition
Streszczenie: kocięca miłość; podróż w nieznane; opisy przyrody; plot twist; przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…; śmiertelnie niebezpieczeństwo; plot twist; przygoda; koty; więcej kotów; Leże Tego Złego; zabawa w Krecika; wielki Finał; epilog godzien Elizy Orzeszkowej.