Filmy niezależne – co za dużo, to niezdrowo.

Mysie dumania nad wadami i zaletami filmów niezależnych na przykładzie “Little Birds” i “Jack & Diane”.


Ubóstwiam film niezależne. Z zasady. Bo choć nie ma to jak nieskomplikowana, pop-artowa amerykańska papka by się zrelaksować po ciężkim dniu w pracy, to właśnie filmy niezależne zmuszają do myślenia. I nie mam na myśli tylko filmów typu niskobudżetowe, festiwalowe etiudy studenckie. Mam na myśli filmy takie jak TiMER, It’s Kind of a Funny Story, The Perks of Being a Wallflower czy ostatnio Silver Linings Playbook (które mimo swej popularności i mnóstwa nagród w zamyśle wciąż jest filmem niezależnym). To filmy bez cyfrowych wybuchów i komputerowych potworów. Filmy „inne”, poruszające, zabawne, zaskakujące, różniące się od swych braci i sióstr -tym czymś-. Niezależne były kiedyś filmy Tarantino i Allena. Niezależny wciąż jest – moim zdaniem – Wes Anderson.

Film niezależny to taki film, gdzie słysząc jego tytuł robimy „…hę? Ale co to? Pierwszy raz o tym słyszę.”

Dla Myszy wszystko co nie jest mainstream (ugh, straszne pojęcie, nie lubię go) jest właściwie niezależne. But there’s independent and there’s INDEPENDENT. Dziś kilka słów o tej drugiej kategorii. O filmach prawdziwie niezależnych; true indie.
Szkoda tylko, że muszą to być słowa niepochlebne.

W zeszłym tygodniu obejrzałam w ramach ukulturalniania się dwa filmy niezależne, o których wiedziałam tylko tyle, że gra w nich Juno Temple. To bardzo charakterystyczna, utalentowana młoda dama. Gdyby ktoś chciał się z nią zaznajomić, polecam film Dirty Girl – jedna z jej najlepszych ról, i idealny przykład na to jak zrobić wspaniały film niezależny. Niestety ani Little Birds and Jack & Diane nie należą do wspaniałych.

Little Birds to opowieść o dwóch dziewczynach z zapyziałego miasteczka jakich w USA mnogość. Ich historia również nie jest jakoś szalenie oryginalna – silnie przywołuje na myśl film Thirteen lub jakikolwiek inny, opowiadający o buncie nastoletnich dziewcząt.
Lily (Juno Temple) i Alison (Kay Panabaker) egzystują w swoje nic nieznaczącej mieścinie, wiodąc swoje nic nieznaczące życia, pełne wielu problemów a niewielu radości. Alison to spokojna, cicha dziewczyna, oczywisty moralny kompas całej fabuły. Natomiast Lily – jak nakazuje imperatyw fabularny – to pyskata, zwariowana dziewczyna, która chce się wyrwać w wielki świat. Okazją jest poznany przypadkiem chłopak, który z grupą znajomków przyjechał do mieściny bezcelowo się poszwendać. Lily namawia Alison do „pożyczenia” samochodu i pojechania za chłopakami do Los Angeles. A tam, oczywiście, hulaj dusza, kot nie żyje, a myszy wyprawiają sobie konkurs stepowania na jego grobie. Mamy więc nielegalny alkohol, nieletnie mizianie, pobicie niewinnego przechodnia, a także szczeniacki przekręt polegający na okradaniu pedofili zwabionych przez Internet obietnicą erotycznych przygód z nieletnią dziewczynką. Pomysł ten nieomal kończy się tragedią – kolejny, dość oczywisty imperatyw fabularny. Dziewczęta, na zawsze zmienione przez to, co przeżyły, wracają do swojej mieściny. Fin.
Wot i cała historia. Prawda, że sztampowa? I właśnie na tym polega problem – żeby film był niezależny nie może tylko być kontrowersyjny czy „ładny”. Wielu twórców myśli, że jeśli w ich filmie będą przygaszone kolory, motyw nastoletniego buntu, bezcelowe dłużyzny, oszczędne dialogi, artystyczne widoczki krajobrazów i uczucie wszechogarniającej beznadziei, to ich film zostanie uznany za niezależne arcydzieło; zostanie przyjęty na jakiś festiwal, dostanie jakąś nagrodę… A to nie takie proste. Nawet film niezależny musi o czymś opowiadać, nie może być „o niczym”. Little Birdsniestety gubi się w swojej artystyczności – 75% formy, 15% treści.
Alison (Kay Panabaker) i Lily (Juno Temple)
Gdyby rzeczywiście szukać na siłę jakiegoś ważnego wątku w filmie, na upartego można powiedzieć, że jest to opowieść o przyjaźni. O tym, że przyjaźń się zmienia, rozwija, czasem rozpada… Pod tym względem można uznać Little Birds za średnio udany film (niezależny) o rozpadzie przyjaźni dwóch młodych dziewcząt.
Little Birds cierpi też na tzw. „chorobę filmów artystycznych” czyli niedopowiedziane zakończenie. To tak jakby w Thelma & Louise uciąć film tuż przed końcem. I nie wiadomo – wyhamowały w ostatnim momencie, czy poleciały. W dobrym filmie niezależnym niedopowiedziane zakończenie nie drażni. Jeśli film był dobry, widz sam może – a nawet chce – dopowiedzieć sobie zakończenie. Jednak w wypadku Little Birds zostajemy, jak metaforyczny autostopowicz, na skraju drogi: niby w połowie trasy do celu, ale kurde, co dalej?
Film trochę ratują dwie rzeczy. Po pierwsze młoda obsada: Juno Temple gra właściwie bez wysiłku, ale i bez zastrzeżeń. Akurat takie postacie często się jej trafiają i gra je bezbłędnie. Z kolei Kay Panabaker jest odpowiednio niewinna, choć mogłaby urozmaicić trochę repertuar min – ile razy można oglądać ten sam zdegustowany grymas? Mysz bije też osobiste brawa panu Kyle’owi Garnerowi. Kibicuje mu wiernie od czasów serialu Veronica Mars (gdzie pamiętnie grał Beavera) i z każdym filmem jest pod coraz większym wrażeniem jego talentu.
Druga rzecz, która ratuje film – ale możliwe, że tylko w moim mniemaniu – to JEDNA(!!) scena między Lily a jej ukochanym, granym właśnie przez Garnera. Dziewczyna i chłopak chcą przeżyć swój pierwszy raz, w opuszczonym domu (bez komentarza). Ona już naga od pasa w górę, on ją całuje, powoli sunie ręką wzdłuż uda… i nagle trafia na coś dziwnego. Okazuje się, że dziewczyna ma pachwinę całą w sznytach. Następuje oczywiście moment krępującej ciszy, podczas której dziewczyna zaczyna płakać. I wtedy chłopak zdejmuje koszulkę i kładzie rękę dziewczyna na swojej klatce piersiowej. A tam, pod jej palcami, dokładnie na mostku – ogromna szrama (prawdopodobnie po operacji serca). Mój opis nie oddaje w pełni świeżości i uroku tej sceny. To chyba jedyny moment w filmie, który wywołał we mnie autentyczne emocje. Ale jedna scena filmu nie czyni. A przynajmniej nie w wypadku Little Birds.
Jeszcze gorzej sytuacja ma się w filmie Jack and Diane (nawiązanie do piosenki Johna Mellencampa przypadkowe). Teoretycznie opowiada on o miłości dwóch młodych dziewczyn. TEORETYCZNIE. Bo praktycznie jest to niezrozumiała, bezsensowna, kompletnie niezdecydowana mieszanka przynajmniej trzech różnych gatunków. Przede wszystkim mamy film wybitnie niezależny, o czym świadczy chociażby niewielka rólka Kylie Minogue, która gra tu uwodzącą nieletnie panny tatuażystkę (Kylie pojawia się na ekranie przez może 5 minut). Wiadomo: jeśli w filmie, w cameo, pojawia się “wielka gwiazda”, to jest to film niezależny. Jest też kino LGBT – które jako gatunek również podpada pod filmy niezależne, bo mimo Brokeback Mountain i ostatniego boomu na seriale o parach homoseksualnych, wciąż w obiegu światowym trudno uświadczyć film z tego nurtu. Wystarczy chociażby wspomnieć o tym jakie problemy były z wyświetlaniem w kinach I Love You Phillip Morris. Więc for the most part filmy LGBT to wciąż filmy niezależne. A wracając do Jack and Diane – film zawiera w sobie jeszcze jeden gatunek: horror. Tak, wiem. Brzmi przedziwnie. A w rzeczywistości jest jeszcze gorzej.
Jack (grana przez Riley Keough, wnuczkę Elvisa Presleya, córkę Lisy Marie Presley) to typowa lesbijka-chłopczyca – krótko obcięta, jeżdżąca na deskorolce, tajemnicza i pewna siebie. Jej pociąg do przypadkiem poznanej Diane (Juno Temple) – zahukanej, małomównej i chorowitej – jest o tyle dziwny, co kompletnie niewytłumaczalny. Widz w żaden sposób nie jest w stanie się domyśleć – właściwie przez cały film – ani co dziewczęta w sobie nawzajem widzą, ani właściwie dlaczego są razem. Wątek filmu mający więc opowiadać o początkach miłości między dwoma dziewczynami już na starcie leży i kwiczy. Szkoda, bo w kinie LGBT nadal mniej jest filmów o lesbijkach niż o gejach.
Jack (Riley Keough) i Diane (Juno Temple)
Jednak bezsensowny pociąg, jaki czują do siebie dziewczyny to jeszcze nie jest najdziwniejszy aspekt filmu.
Diane bardzo często dostaje krwotoków z nosa, a także miewa omdlenia. Z fabuły filmy ma wynikać, że miłość do Jack zaczyna „zmieniać” Diane – wywołuje u niej halucynacje o porośniętych kłakiem bestiach, niewyjaśnioną potrzebę jedzenia prawie wyłącznie czerwonych produktów spożywczych, a w końcu także pożerania żywcem ludzi. Wbrew temu co właśnie napisałam, Jack and Diane niestety NIE JEST filmem o lesbijkach-wilkołakach. Gdyby tak było, gdyby film nawiązywał do tradycji takich mistrzów kiczu jak Ginger Snaps, byłoby naprawdę fajnie. Może nie wybitnie, ale fajnie. Zwłaszcza że zarówno motyw gejowskich (Wolves of Kromer) jak i lesbijskich (Were-Grrl) wilkołaków już się w kinie LGBT pojawiał.
Zamiast tego otrzymujemy takie nie-wiadomo-co – ani to piękny film o zakazanej miłości (bo między postaciami nie ma żadnej chemii, nawet w scenach łóżkowych), ani to film o dorastaniu (film właściwie nie ma zakończenia, a żadnych sensownych wniosków z niego wyciągnąć się nie da), ani to horror (bo wątek ten jest wrzucony w film bezsensu, jest kompletnie nie przemyślany, a na dodatek nigdy nie zostaje wytłumaczony). Jack and Diane ani ziębi, ani grzeje, a tylko nudzi – swoim niedopracowaniem, nieprzemyślanymi decyzjami, drętwymi dialogami, brakiem spójnej fabuły, i wszechogarniającym uczuciem „patrzcie jaki jestem emo, nikt mnie nie rozumie”.
Jest różnica między nakręceniem filmu niezależnego, a nakręceniem filmu, który jest tak awangardowy, że nikt nie wie o co w nim chodzi (recenzje filmu są w zatrważającej większości niepochlebne). Więc jeśli chcecie zobaczyć dobry film niezależny z nurtu LGBT, trzymajcie się z dala od Jack and Diane – lepiej sięgnąć po Dirty Girl. Tam też gra Juno Temple, a film jest 1000 razy lepszy.
I nawet odkryta dzięki Jack and Diane piosenka Flying Pickets „Only You” nie jest mi w stanie wynagrodzić półtorej godziny, które zmarnowałam na ten film.
Wniosek stąd, że nawet jeśli film wyświetlany jest podczas jakiegoś festiwalu (Sundance w wypadku Little Birds, Tribeca w wypadku Jack and Diane) nie znaczy to, że jest to film dobry i warto poświęcać na niego czas.
A Mysz, która – jeśli chodzi o filmy – rzadko uczy się na swoich błędach, będzie w tym tygodniu oglądać film niezależny Nobody Walks. Here’s hoping że będzie lepszy niż te dwa filmy. Może chociaż obsada go uratuje (w filmie gra m.in. Olivia Thrilby z Juno, która oryginalnie miała grać postać Jack w Jack and Diane, a także John Krasinski z The Office, Justin Kirk z Weeds, Jane Levy z Suburgatory i Dylan McDermott z American Horror Story). Mysz w każdym razie trzyma kciuki za udany seans.