Five Spot After Dark

Magia Murakamiego omotuje Mysz.


© Rob Tilley
 
O Haruki Murakamim dowiedziałam się – jak o wielu rzeczach – z Tumblra. Ponieważ na Tumblrze ludzie umieszczają co tylko im się spodoba, jest to dobre źródło do podłapania fajnej nowej muzyki, dobrej książki, albo interesującego filmu. Dość powiedzieć, że większość memów i śmiesznych obrazków na Kwejku zawsze najpierw pojawia się na Tumblrze.

O Murakamim wiedziałam niewiele, a właściwie nic. Nazwisko było mi obce, tytuły książek tym bardziej. Ale fragmenty tekstów Murakamiego, które były cytowane przy okazji wzmianek o nim, natychmiast zwróciły moją uwagę. Autor ten ma niesamowitą zdolność ujmowania w proste, przejrzyste zdania najgłębszych tajemnic ludzkiego istnienia. A przynajmniej takie wrażenie miałam, podczytując tu i ówdzie cytaty z jego książek. Przy okazji dowiedziałam się, że jedna z jego powieści nosi tytuł Norwegian Wood (na cześć piosenki Beatlesów; jednej z najmniej znanych, a mojej chyba najukochańszej). Z każdym kolejnym cytatem Murakamiego, który rzucał mi się w oczy na Tumblrze obiecywałam sobie, że kupię jakąś jego książkę. Wielokrotnie obracałam jego dzieła w dłoniach, stojąc w dziale z literaturą obcojęzyczną w Empiku, ale jakoś nigdy nie mogłam zebrać się w sobie, by je kupić. Za każdym razem, gdy czytałam opis jakieś książki z tyłu okładki, myślałam sobie: „Kurde, jak to mądrze i głęboko brzmi. Nie mogę tego kupić. Za głupia jestem i nic nie zrozumiem.”

I na tym historia by się skończyła… gdyby nie ostatnia promocja „2 książki w cenie jednej” na Empik.com (straszną im reklamę robię. Ale co ja poradzę? Naprawdę im się asortyment nieźle poszerzył. Plus ostatnio spłynęło mi trochę pieniążków, a żadne pieniążki nie sprawiają wrażenia tak mądrze wydanych, jak te wydane na książki). Otóż parę książek Murakamiego znalazło się w tejże promocji. Może inaczej: ze wszystkich książek, który znalazły się w tej promocji, Murakami był jedynym autorem, na którego byłam w stanie przeznaczyć jakiekolwiek pieniądze. Tym sposobem wylądowałam z moim wymarzonym Norwegian Wood (które chwilowo sobie odkładam na później, jak wyjątkowo pięknego cupcake’a, którego aż szkoda zjeść) oraz cieniutkim Po zmierzchu (tytuł z utworu „Five Spot After Dark” Curtisa Fullera; w książce jest mnóstwo odniesień do wspaniałych utworów jazzowych, parę zamieszczam we wpisie dla ukulturalnienia).
Właśnie tę drugą książkę – przeczytaną dziś w drodze do i z pracy – chciałabym pokrótce [jaaasne] omówić.





Autor opisuje wydarzenia zachodzące w ciągu jednego dnia w Tokio w różnych miejscach tego wielkiego miasta: odwiedzamy nocne restauracje, love hotel, dom na przedmieściach, podziemia wieżowca, w których odbywa się próba zespołu jazzowego, bary. Wśród bohaterów znajdujemy studentkę z dobrej rodziny, chińską prostytutkę i gangstera, studenta grającego na puzonie, byłą zawodniczkę kobiecych zapasów, dziewczynę uciekającą przed zemstą mafii i pracującego nocami tajemniczego informatyka. Nie brak tu także kotów i wron.

[© Empik.com]



Książkę, wydaną w twardej oprawie [hurra, nie wygnie się!] bardzo wygodnie się czyta. Czcionka jest ładna, papier przyjemnie szeleści, a marginesy są na tyle duże, że można tam trzymać paluchy i nie zasłaniać sobie przy okazji tekstu. Genialne jest też to, że na początku każdego rozdziału umieszczona jest grafika przedstawiająca zegar. Zegar ten informuje nas dokładnie, która jest godzina w świecie bohaterów. I tak jak normalnie nie interesuje mnie, która godzina jest np. w Śródziemiu, tak w książce Murakamiego przyłapałam się na tym, że bardzo uważnie sprawdzam, która na zegarze jest godzina. Ot, szczegół, a ile z niego radości dla tru geeka [joke, obviously]. 

Z tego miejsca Mysz chciałaby od razu przeprosić jeśli odtąd nie będzie robić żadnego sensu [make sense… get it?]. Ale Mysz tak często ma, jak:
a) omawia coś na szybko, zaraz po przeczytaniu/obejrzeniu,
b) coś jest bardzo mądre i głębokie,
c) bardzo się Myszy spodobało.
Po zmierzchu odpowiada wszystkim trzem kategoriom. No matter. Mam nadzieję, że w razie czego Czytelnik wybaczy mi chaotyczność.
Książka Murakamiego… bo powieścią bym tego nie nazwała (wbrew temu, co jest napisane na okładce); ma niecałe 200 stron… opowiada o jednym dniu, a właściwej jednej nocy w Tokio. Fabuła, w bardzo filmowym stylu, to przeplatające się wątki kilku osób: pięknej Eri, która śpi w swoim łóżku; jej siostry Mari i Takahashiego, puzonisty, który przysiada się do jej stolika w knajpie; Kaoru, byłej zapaśniczki i menedżerki love hotel(można zGooglać – moim zdaniem genialny, if a bit creepy, pomysł Japończyków). Jak na przeplatające się wątki przystało wszystkie postacie są w jakiś sposób ze sobą połączone. Życie każdego z nich, chociaż na moment, ma wspólny mianownik z czyimś innym życiem. A my, czytelnicy, możemy jedynie obserwować, co się wydarzy.

 Duke Ellington – Sophisticated Lady

Specjalnie to podkreślam: obserwujemy. Okej wiadomo, że czytelnik nie ma wpływu na fabułę książki (od tego mamy fanfics). Jest jedynie obserwatorem. To jasne. Jako taki obserwuje wydarzenia z konkretnego, narzuconego przez autora punktu widzenia. Jednak Murakami robi rzecz ciekawą – opisuje nam w książce sceny tak, jakbyśmy razem z nim byli tylko… kamerą. Jakby zarówno autor, jak i czytelnik, by dosłownie wszechobecnym, wszech-obserwującym punktem widzenia. Jak podróżnikowi w czasie (analogia autora) nie wolno nam się mieszać do wydarzeń, których jesteśmy świadkiem. Nie wolno nam ingerować. Takie przedstawienie fabuły w specyficzny sposób narzuca czytelnikowi pewien nastrój. Pewien… spokój? Let me explain. Książkę czyta się tak, jakbyśmy oglądali film w nieznanym nam języku. Film jest ciekawy, ale ze względu na barierę językową widz nie czuje silnych emocji; nie do końca rozumie co widzi, co się dzieje. U Murakamiego jest podobnie – nie wiemy do końca dlaczego, razem z autorem, obserwujemy akurat te konkretne wydarzenia (skoro jesteśmy dowolnie wędrującą, widzącą wszystko kamerą moglibyśmy np. oglądać coś ciekawszego). Ale nie jest to denerwujące uczucie. Wręcz przeciwnie – na czytelnika napływa spokój. Wszystko jest poza jego kontrolą. Nie trzeba się stresować, ani szamotać. Można po prostu być. To uczucie bardzo charakterystyczne dla opisywanego przez Murakamiego późno-nocnego miasta. Fakt, że Murakami odbywa tę podróż po mieście z nami, z niego również czyni biernego obserwatora. Autor zrównuje się z nami, co sprawia, że jego przemyślenia – cudownie wyrażone, ubrane w płynne, poetyckie metafory – odbieramy niejako jako własne.

© Chris Mellnor
Mysz czuła się dzięki temu szalenie mądra, bo przytakując co chwila czytanej książce, nie miała wrażenia, że potakuje na ślepo osobie mądrzejszej od siebie. O nie. Czuła się tak, jakby sama to wymyśliła, a jedynie po chwili przytaknęła sobie dla podkreślenia wagi swoich słów [zgubiłam się w tym zdaniu trochę. Mam jednak nadzieję, że przekazałam to, o co mi chodziło].
O czym jest książka, dokładnie? Trudno powiedzieć. Gdybym próbowała streścić fabułę, spojrzałbyś się na mnie, Czytelniku, jak na raroga. „I to ma być ciekawe, piękne i poruszające? Myszu, bredzisz”. No właśnie, że jest poruszające i ciekawe! Tylko nie bardzo umiem powiedzieć dlaczego. Tak to bywa z pięknem – trudno je wyrazić, tak by inni je dostrzegli. Muszą to zrobić na własną rękę [tak, to jest ten moment gdy gorąca namawiam do przeczytania Murakamiego].


Do mnie książka trafiła z jeszcze jednego względu. Trafiłam w niej mianowicie na taki cytat:
 
„Mari zamyśla się na tym, co powiedziała. Po chwili dodaje: – Myślę, że z czasem, po trochu zbudowałam sobie jakby własny świat. I kiedy jestem w nim sama, jest mi nieco lżej na duszy. Ale fakt, że musiałam sobie taki świat zbudować, świadczy o tym, że jestem słabym człowiekiem, które łatwo zranić. I ten mój świat w oczach innych ludzi jest bezwartościowy, nieważny. Jak domek z kart, który może znieść każdy silniejszy podmuch…”

Choć nijak się z postacią Mari nie identyfikowałam, czytając książkę, przy tym cytacie zaczęłam się zastanawiać, jak wielu ludzi tak ma. Jak wielu ludzi ma swój własny świat, w którym się zamyka by być choć minimalnie szczęśliwym. I jak inni ludzie zazwyczaj tego świata nie rozumieją. Wyśmiewają go… uznają za zasłonę dymną… za wymówkę… za marnotrawstwo czasu…

Daryl Hall & John Oates – I Can’t Go For That

A nie mają żadnego prawa tak myśleć. Przynajmniej moim zdaniem. Każdy powinien mieć prawo do swojego szczęścia. Dla mnie na przykład takim szczęściem są filmy i seriale. I książki. I muzyka. To, co mogę robić sama, w zaciszu własnego pokoju. Światy, które mogę odwiedzać, ludzi, których poznaję, myśli, które biegają mi po głowie gdy patrzę na ekran laptopa, lub kartkę papieru… To mój zwariowany kącik.

Okej, mogłabym poznawać miejsca i ludzi w świecie rzeczywistym. Ale czasem świata rzeczywistego ma się po prostu dosyć, prawda? Czasem właśnie świat nierealny, zmyślony, czy to przez nas, czy przez kogoś innego, jest tym co daje nam chwilę odpoczynku. Pozwala się oderwać o kłopotów, zmartwień, stresów. To coś co nas cieszy, smuci, zastanawia, relaksuje, albo mobilizuje do działania. Nie mnie oceniać, jaki kto ma świat. Ale pozwólmy sobie je mieć.

Taka oto refleksja mnie naszła, czytając Murakamiego. Może cytat ten wywołał we mnie echo dlatego, że jest to uczucie bardzo mi bliskie. Wciąż spotykam się z niezrozumieniem dla moich pasji; dla mojej, właściwe bezgranicznej, miłości do szeroko pojętego filmu… dla telewizji. Niezrozumienie dla entuzjazmu, z jakim rzucam się zarówno na klasykę kina i ekranizacje Szekspira, jak i ostatni film z Katherine Heigl i nowy odcinek Teen Wolf na MTV.

Ale tak właśnie wygląda mój świat. Jest strasznie dziwny i często niezrozumiały, jednak dobrze mi w nim. I mam nadzieję, że Tobie Czytelniku, również jest w nim w miarę fajnie. Bo zaczynam myśleć, że ten blog to takie okienko do mojego świata. Czasem okienko jest szczelnie zasłonięte, a na klamce wisi napis „spierdalać”, ale czasami jest ono otwarte… a na parapecie stoi taca z ciasteczkami, fantazyjnie przystrojonymi lukrem. A w lukrze wypisane jest „zjedz mnie”.

I tym akcentem [jakże, Myszu, pretensjonalnym. Weź idź się napij herbaty bo jakieś bzdury gadasz; phi, poetyckiej głębi jej się zachciało], zakończę swe wywody. Książkę bardzo, BARDZO polecam.

Tylko strach teraz myśleć, co napiszę, gdy przeczytam Norwegian Wood.

Curtis Fuller – Five Spot After Dark

Po zmierzchu
Tytuł oryginału: アフターダーク (afutādāku’) (After Dark)
Autor: Haruki Murakami
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2007    
Wydanie: I
Streszczenie: sny; Tokio nocą; młodzi ludzie w knajpach; rozmowy o życiu i nie tylko; nocne przygody w love hotelu; jazz… dużo jazzu; facet to świnia; problemy natury rodzinnej; this could be the beginning of a beautiful friendship