Freeman, dentysta i cukierek – Django Unchained.

Mysz przypadkiem zawędrowała do kina i wyszła z kolejnym świetnym filmem Tarantino za pasem.

Tak się wczoraj złożyło, że Mysz wylądowała w Galerii Mokotów. A to miała książkę odebrać (nowy John Green – recenzja wkrótce!), a to nagrywarkę DVD kupić… Skończyło się na tym, że za 14zł (hurra, tanie środy w Cinema City) wylądowała na popołudniowym, praktycznie pustym seansie Django Unchained.
Przyznaję otwarcie: lubię filmy Tarantino. Lubiłam zawsze, już odkąd w bardzo młodym wieku zobaczyłam Four Rooms (tak, tylko jeden segment jest jego, ale cicho, liczy się) a potem Pulp Fiction. To facet którego lubię, bo mnie zaskakuje. I choć jego długaśne dialogi kiedyś mnie nudziły, na star(sz)e lata nauczyłam się je bardzo cenić. Fakt, że specyficzny styl Tarantino – jego poczucie humoru, wysmakowanie w groteskowej przemocy, miłość do kobiet z jajem, wspaniały gust muzyczny i bezbłędne obycie w popkulturze – idealnie trafia w moje gusta jest chyba oczywiste. A przynajmniej powinno być oczywiste dla tych, którzy Mysz znają.
Dlatego Django trochę mnie zdziwiło. Pozytywnie.

Zauważyłam mianowicie, że im starszy, tym Tarantino mniej… hmm, Tarantinowski. Piotruś Pan Hollywoodu, który odgrażał się że będzie wiecznym „chłopakiem z wypożyczalni”, kochającym latające flaki i przerysowane postacie, zaczyna nam powoli dorastać. Widać to było już w Kill Bill – motyw rodzica, będącego w stanie poświęcić wszystko dla dziecka? To już nie gangsterskie wygłupy ze spluwami. Owszem, mamy w Kill Billu ukłon dla azjatyckiego kina zemsty, dla kopanych filmów akcji, ale podwaliny filmu tworzy postać matki, która za wszelką cenę chce odzyskać córkę.
Potem powstało co prawda mniej poważne (i przez to fajniejsze) Death Proof – które Mysz kocha – ale licząc od Kill Billa można safelypowiedzieć, że Tarantino poważnieje. Widać to w wyborze tematyki do następnego filmu, czyli Inglorious Basterds. Żydzi i Naziści. Czy jest bardziej kontrowersyjny temat?
apparently there is. Bo teraz Tarantino wziął się za niewolnictwo.
Może to tylko ja, ale mam usilne wrażenie, że Tarantino – który kiedyś szokował ilością przekleństw, przemocy, krwi i fabularnych zawirowań – obecnie szokuje tematyką swoich filmów. Owszem, nadal mamy u Tarantino to za co go kochamy: rozwlekłe, ale inteligentnie napisane dialogi, bebechy na wierzchu i intensywne, nieomal przerysowane postacie. Ale jest poważniej. Nie tyle spokojniej, ile bardziej wyważenie. Kontrowersją staje się np. zabicie Hitlera w innych okolicznościach niż zginął naprawdę, albo używanie słowa „nigger” przez białych ludzi. Nie ma już bokserów chowających zegarek w dupie czy strzykawek z adrenaliną w mostku Umy Thurman.
Jasne. To wciąż jest Tarantino. Ale jakby trochę grzeczniejszy. No dobra – nie grzeczniejszy. Poważniejszy. Ewentualnie to sama Mysz trochę podrosła i po prostu mniej rzeczy ją szokuje.
 
Tym ciekawiej oglądało się Django. Jest to film równocześnie nie-Tarantinowski i szalenie Tarantinowski. Mamy więc długie, skomplikowane dialogi, pełne historyjek i dygresji. Mamy mocno zarysowane postacie, wobec których trudno pozostać obojętnym. Mamy wspaniałych aktorów w równie wspaniałych rolach. Mamy muzykę, dobraną wydawałoby się na chybił-trafił ze wszystkich epok, a jednak idealnie zgrywającą się z wydarzeniami na ekranie. Mamy flaki latające na lewo i prawo oraz porządną rozpierduchę na koniec. Mamy też hołd dla gatunku – może właśnie dlatego film wydaje się mało Tarantinowski, bo tak dużo w nim z westernu. A Mysz, gwoli jasności, ledwo znosi westerny. Jedyny, który oglądam regularnie to The Quick and the Dead, ale ten film ma wszystko czego do szczęścia potrzeba: zimna Sharon Stone, młody Russel Crowe jako ksiądz (mmm, scena erotyczna) oraz młodziuteńki Leo i Gene Hackman jako jego tatuś. End dygresja filmowa.
Ale przede wszystkim mamy w Djangohistorię walki jednego człowieka o utraconą wolność. I co jak co, ale właśnie to było dla mnie w filmie najmocniejsze. Bo mogę narzekać na dorastanie Tarantino, ale kontekst jaki wybrał dla filmu… wolny czarny człowiek na głębokim Południu… temat aż krzyczy KONTROWERSJA.
Może to tylko Mysz tak miała. Może to jakaś forma „white guilt”, ale trudno mi się ten film oglądało. Nie dlatego, że był nudny – broń liściasty Borze! Tarantino ma swoje dłużyzny, nie zaprzeczę, alem do nich przyzwyczajona; wręcz wyczekuje ich jako to kania dżdżu. Raczej trudno się Myszy film oglądało ze względu na jego realia – Quentin nie szczędził nam niczego z prawideł ówczesnego świata. Nawet jeśli niektóre były trochę podrasowane na potrzeby filmu. No właśnie: trochę. Istnieje wiele książek, dokumentów czy nawet obrazów i ilustracji… dowódów na to, że sytuacja na Południu dla czarnych niewolników wyglądała w większości tak jak pokazał to Tarantino. A nawet jeśli nie jest to w 100% wierne oddanie historii, jest ono ukazane w sposób wywołujący silne emocje.

I niech miłośnicy książek mówią co chcą o przewadze literatury nad filmem. Ale jednak czytanie o białym Południu, a oglądanie tego na własne oczy – nawet wiedząc, że to wszystko li jedynie gra aktorska, Hollywoodzki make-believe– działa na człowieka. Żadne flaki latające po ekranie nie bolały mnie psychicznie tak bardzo, jak padające co chwilę, ociekające pogardą „nigger”. Hektolitry krwi z Kill Billa wywoływały u mnie jedynie śmiech. Traktowanie ludzi gorzej niż psów, jak nieludzi, jak rzecz… od niektórych scen w Django autentycznie niedobrze mi się robiło.
Widać więc, że Tarantino trzyma się tego, co umie robić – szokować, wywoływać silne reakcje, pobudzać emocje, napędzać kontrowersje. Rozumiem już skąd tyle nominacji do nagród dla Django. Szczerze mówiąc dziwię się, że nie ma ich więcej. Ale może właśnie ten “kontrowersyjny” aspekt filmu odstrasza ludzi? No bo jak to: chwalić film, który tak bezkarnie ukazuje dominację białych nad czarnymi? Pokazuje niechlubny kawał naszej historii? Mielibyśmy go chwalić? Przecież to może zostać źle odczytane. “White power” i w ogóle.
Bzdura. Film jest dobry. Film jest mocny. Film jest świetnie napisany. A to, że jest Tarantinowski?… Well duh. Wątpię by ktokolwiek inny odważył się zrobić taki film. Oczywiście, jest wiele filmów o niewolnictwie na Południu, ale właśnie brutalność jaką zawsze ociekają dzieła Tarantino sprawia, że jest to tym silniejsze. Mysz widzi głęboką mądrość w połączeniu przerysowanej przemocy z ukazaniem horrorów niewolnictwa. Bo gdy śmiejemy się na lecące wokół flaki, tak przecież przerysowane i niepoważne, nagle jedno obraźliwe słowo czy służalcze spuszczenie głowy potrafią zawrzeć w sobie straszną prawdę. Tak było. Tak wyglądało życie czarnych niewolników. To nie jest przerysowane. To jest sama prawda. I w Myszy przekonaniu to właśnie ten kontrast – przemoc vs prawda – tak mocno na nią zadziałał.
Zasługi należy też przypisać wspaniałej obsadzie. Christoph Waltz bardzo słusznie otrzymał Złotego Globa za swą kreację Dr Kinga Schulza, objazdowego dentysty i łowcy głów. Trudno ujął w słowa na czym polegał urok tej postaci… może na jego niefrasobliwości, tak rażącej w zestawieniu z, wszak bardzo silnym, poczuciem moralności. Może to jego bujna broda, którą aż miałam ochotę wytarmosić. Może to ten błysk w oku, który w przedziwny sposób sprawia, że Christopha nie da się nie lubić, nieważne kogo gra (ten sam błysk w oku miał też Landa z Inglorious Basterds, which made hating him very dificult).
Jamie Foxx świetnie sprawdza się jako tytułowy Django („the D is silent”). To bohater, któremu łatwo współczuć i kibicować – jego quest for freedom oraz chęć zemsty za wyrządzone krzywdy są jak najbardziej uzasadnione. Jedyne co mi trochę przeszkadzało w tej postaci to jego stoicki spokój – właściwie jedyną emocją jaką okazuje Django to troska o żonę. A i to jest emocja przytłumiona. Rozumiem oczywiście, że fabularnie ma to sens – Django musi ukrywać swoją nienawiść do białych, by udał się jego tajny plan uratowania żony. Z tych samych powodów nasz bohater musi poniżać swoich czarnych braci. I Mysz to wszystko rozumie. Ale albo Jamie Foxx grał za dobrze, albo grał nie dość dobrze. Bo łatwość z jaką Django wczuwa się w swoją rolę, to że otaczające go okrucieństwa w ogóle go nie ruszają, sprawia że wydaje się on człowiekiem jeśli nie nieczułym, to samolubnym. Samolubnym, bo jedyne o czym myśli to jego żona. Nic innego go nie obchodzi, niech się dzieje co chce!… Ale nie daj Borze ktoś krzywo spojrzy na jego ukochaną… wtedy Django gotów jest zaryzykować wszystko i wszystkich, byle się zemścić. Z jednej strony – cóż za piękna miłość. Z drugiej strony, mimo całej mojej sympatii dla postaci Django i jego silnych uczuć do żony, byłabym szczęśliwsza mogąc zobaczyć trochę większy fragment jego „ludzkiej” strony. Niestety dwa przebłyski które pamiętam – opowieść Shultza o niemieckich legendach, i sytuacja z ojcem i synem przy pługu – to trochę dla Myszy za mało (Czytelnik który widział film, zrozumie o co chodzi, a kto nie widział, nie zostanie zespoilowany). Co nie zmienia faktu, że Jamie wciąż pozostaje dobrym aktorem. A wypluwanie z siebie one-linerów i uszczypliwych komentarzy wychodzi mu znakomicie.
  
Jednak prawdziwym popisem aktorstwa jest rola Calvina J. Candiego, grana przez Leonardo DiCaprio. Było mi smutno, gdy Leo nie wygrał Złotego Globa za swoją rolę. Ale teraz, gdy nareszcie widziałam co on z tą rolą zrobił, mam ochotę polecieć do Stanów i powbijać tym głupkom z HFPA trochę rozumu go głów. DiCaprio jako Candie jest genialny: odpychający, intrygujący, Południowo uprzejmy (ach, ta Southern hospitality), śmieszny i straszny jednocześnie. Widzimy na ekranie całą gamę cech, istny wachlarz emocji Calvina Candiego. I może dlatego Django Jamiego Foxxa wypada tak blado – Leonardo DiCaprio swym talentem zwyczajnie go przyćmił. Na miłość boską – w scenie, gdzie Calvin Candie wali ręką w stół, Leo naprawdę zbił kieliszek i wbił sobie kawałek szkła w rękę. Scena która znalazła się w filmie to scena w której LEONARDO freaking DiCAPRIO krwawi na ekranie, jak zarzynane prosię. I ani razu nie wychodzi z roli *pada do jego stóp w niemym hołdzie*
  
Wspomnieć należy też o obsadzie drugoplanowej. Kogo my tu nie mamy? Zoe Bell (Death Proof) w małej rólce, Don Johnson (oryginalne Miami Vice; kwikłam jak go zobaczyłam), Jonah Hill (znany z filmów Apatowa), tata serialowego Dextera czyli James Remar, Michael Parks (który u Tarantino często gra szeryfa), Samuel L. Jackson (którego miałam ochotę udusić, taki był cudownie antypatyczny), czy wreszcie sam Tarantino (ten akcent! *turla się po ziemi ze śmiechu*). Jednak najlepszą niespodzianką była maluteńka rólka Amber Tamblyn – kinomaniacy mogą kojarzyć ją z The Sisterhood of the Travelling Pants (oj cicho, fajne filmy!), a oglądacze seriali z House. However, przede wszystkim powinniście kojarzyć jej tatę,  Russa Tamblyna, który też w filmie się na moment pojawia. A jeśli nie wiesz, Czytelniku, kto to… just shoot yourself now. Serio. Przeproś i idź sprawdź IMDb. A potem, jak już skonstatujesz że to Riff z West Side Story, możemy dalej się przyjaźnić. Disclaimer: w postaci Riffa kocham się do dziś, a w wieku młodzieńczym potrafiłam odśpiewać i odegrać całe „Gee, Officer Krupke”. Może nawet byłabym w stanie zrobić to obecnie. Who knows.
Amber Tamblyn w swoim malutkim cameo.

No i jak to często bywa w filmach Tarantino, również Django może pochwalić się cudowną ścieżką dźwiękową. Quentin ma niesamowity talent do dobierania muzyki w swoich filmach – w Django udało mu się wpleść wszystko: od Johnny’ego Casha poczynając, a na Jay-Z kończąc. And it works. Piosenki nie dość, że świetnie współgrają z oglądanym filmem, to jeszcze same też świetnie nadają się do słuchania. Gorąco polecam zaopatrzyć się w oficjalny soundtrack. Chociażby dla piosenki Johna Legend „Who Did That To You?” – głos tego pana rozpoznałabym wszędzie. Jest boski!
 
Podsumowując: pozycja obowiązkowa dla fanów Tarantino. A także dla miłośników Christopha Waltza i/lub Leonardo DiCaprio. Pozycja średnio obowiązkowa dla fanów westernów. A co do osób, które nie należą do żadnej z tych kategorii: jeśli nudziliście się na Inglorious Basterds, poczekajcie aż Django wyjdzie na DVD. Bardziej się wam opłaci, a i w razie czego zawód będzie mniejszy.
A Mysz teraz idzie obejrzeć coś dla przyjemności, a nie z poczucia obowiązku (bo w sumie takim filmem był Django, choć bawiłam się super). Jedyne co mnie rozprasza to ogromna potrzeba obejrzenia ponownie Inglorious Basterds. Widziałam go tylko raz, dawno temu w kinie, i wtedy był to po prostu „nowy Tarantino którego trzeba obejrzeć”. Chciałabym tym razem poświęcić mu całą swoją uwagę i pełne skupienie; dopatrzeć się w nim więcej niż tylko Amerykanów naparzających Nazistów po ryjach, przystojnych brytyjskich szpiegów i tej Francuzki, co jest brzydka jak kupa. Tak, definitywnie – Mysz potrzebuje powtórki z Bękartów. Czyżby szykowała się kolejna recenzja Tarantino?