IT’S ALIVE… and it wants to play fetch.

Po nierównej “Alice in Wonderland” i fatalnym “Dark Shadows”, Tim Burton powraca z filmem, który ma choć część charakterystycznego dla jego produkcji uroku.



Brakowało mi takich filmów jak Frankenweenie. Od Corpse Bride minęło 8 lat i mimo, iż Frankenweenie jest pierwszym niemusicalowym filmem Burtona z gatunku stop motion animation, i tak należą mu się brawa.
Nie miałam przyjemności oglądać oryginalnej krótkometrażówki na podstawie której powstał Frankenweenie, ale jestem sobie w stanie wyobrazić dlaczego Burton został wywalony z Disneya za nakręcenie tego dziełka. Wszak w 1984 roku film o chłopcu, który dzięki Nauce (przez wielkie „N”) ożywia swojego zmarłego pupila Sparky’ego, miał prawo wzbudzać wiele kontrowersji. Obecnie taki koncept spowoduje co najwyżej uniesienie brwi, jednak wcale nie oznacza to, iż nowa wersja jest uładzona w porównaniu ze swym pierwowzorem. Brak gwałtownych protestów na taką tematykę raczej świadczy o zblazowaniu współczesnej widowni (również tej młodszej).

 UWAGA: SPOILERY

 

Osobiście uważam, że pod względem fabuły nie jest to najlepszy film stop motion Burtona, ale wciąż ma pewien nieodparty urok. Frankenweenie to przede wszystkim hołd złożony Frankensteinowi Mary Shelley, a także starym, czarno-białym horrorom. Co więcej, film ten jest to także parodią tych dzieł. Na szczęście nawet w naigrywaniu się z gatunku, widać autentyczną miłość jaką Burton darzy dzieła swych poprzedników. Z drugiej strony, kto jak nie właśnie Burton miałby z lubością tarzać się we wszystkim co groteskowe, dziwne… i piękne. 
Edgar E. Gore
Nassor
Właśnie pod względem wizualnym – a co za tym idzie technicznym – trudno Burtonowi & Co. cokolwiek zarzucić. Frankenweenieidealnie oddaje klimat starych horrorów, przede wszystkim dzięki wspaniale stworzonym postaciom. W młodym Viktorze od razu można dopatrzyć się młodzieńca, który za parę lat stanie się bohaterem książki Mary Shelley. Zaś pierwowzorów jego znajomych ze szkoły nie trudno się domyśleć – Nassor to wykapany Boris Karloff, podczas gdy Edgar E. Gore to współczesna, młodzieńcza wersja Igora (e-gore, get it?). Pozostaje jeszcze Bob, otyły chłopiec, którego proweniencja mi umyka, oraz niesamowicie moim zdaniem upiorna – a także adekwatnie ochrzczona – Weird Girl, która obsesyjną wiarą darzy przepowiednie swojego kota (Mr. Whiskers). Jest też Pan Rzykruski, cudownie creepy nauczyciel o zębach jak klawisze fortepianu, oraz Japończyk Toshiaki (jego cokolwiek dziwną bytność w tym filmie wytłumaczę za moment). Każda z postaci już samym swym wyglądem wpływa na specyficzny klimat filmu. Uważam to za duże osiągnięcie. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do innych filmów Burtona, Frankenweenie praktycznie nie korzysta ze zwariowanych scenografii (tak jak np. Beetlejuiceczy ostatnio Alice in Wonderland czy Dark Shadows). Design scenografii w Frankenweenie, swą prostotą i schludną estetyką, przywodzi raczej na myśl sielskie przedmieścia z Edward Scissorhands. Zresztą ten kontrast – sielskie przedmieścia vs. mroczne dziwy – to jeden z głównych wspólnych elementów we wszystkich filmach Burtona. Czego jak czego, ale konsekwencji Timowi odmówić nie można.
Shelley the Turtle.
Swoją drogą nawet tak drobny element jak imiona postaci, wprowadza fajny, dodatkowy smaczek dla oglądających Frankenweenie kinomanów. Wspomnieć należy oczywiście o postaci Elsy Van Helsing – sąsiadka młodego Victora, a także siostrzenica złego burmistrza -, jej pudlu imieniem Persefona (inspiracją jest oczywiście Persefona z mitologii – żona Hadesa; polecam też zwrócić uwagę na specyficzną fryzurę tej pudelki), oraz mój chyba ulubiony „hołd” imienny, żółw Shelley (na część Mary Shelley, naturalnie).
  
Kolejną częścią składową filmu, którą należy pochwalić jest obsada „głosowa”. Mamy więc Winonę Ryder jako Elsę – ostatnia współpraca Winony i Tima miała miejsce prawie ćwierć wieku temu, na planie Beetlejuice! – Martina Landau jako Pana Rzykruskiego, oraz Martina Shorta i Catherine O’Harę, którzy swym talentem wokalnym obdarzyli więcej niż jedną postać. Cieszy mnie to o tyle, że głos Catherine O’Hary na zawsze pozostanie dla mnie głosem Sally z Nightmare Before Christmas i miło było ją znów usłyszeć (ciekawostka: to również pierwsza współpraca Catherine i Tima od czasu Beetlejuice; jejku, jaki to historyczny film). Tym bardziej, że Catherine podkłada nie tylko mamę Victora, ale także Weird Girl (która będąc cudownie creepy pozostaje moją ulubioną postacią; jej kota też lubię).

Też tak robię swojemu kotu.
He’s equally amused as this one.
Skoro mówimy już o aspekcie „słuchowym”, słów kilka o muzyce. Mysz KOCHA fakt, że można usłyszeć dosłownie parę nut partytury i od razu wiadomo, że to Danny Elfman. Tak też jest w przypadku muzyki do Frankenweenie. Elfman znów posłużył się sprawdzonymi schematami: lekko upiorna, bardzo „wietrzna” melodia, z cichym chóralnym nuceniem to motyw, który przewija się w chyba każdym filmie Burtona (włącznie z Big Fish, moim ukochanym dziełem Burtona; choć akurat tam muzyka Elfmana przybiera dość niespotykane dotąd tony).
Hołdem dla klasyki czarno-białych horrorów jest także zawarcie w fabule sprytnego twistu, w wyniku którego część ożywionych zwierząt – przedstawiona w filmie „zabawa w Boga” na samym Sparky’m się nie kończy – zamienia się w potwory. Mamy więc:
– krzyżówkę kota z nietoperzem – nawiązanie do wampirów;
– szczurołaka, czyli Burtonowską wersję Wolfmana
– żółwia-Godzillę (czy też, jak podpowiada Wikipedia, Gamerę)
– zgraję siejących chaos małpek morskich (skrzyżowanie Potwora z Laguny z Gremlinami)
– oraz owiniętą bandażami świnkę-morską/mumię (możliwe, że spadłam z krzesła gdy to zobaczyłam).
Run! It’s the… Guinea mummy?

Toshiaki

Teraz gdy już wiemy, że w Frankenweenie pojawia się Godzillo-podobny potwór, nagle obecność Japończyka Toshiakiego zaczyna mieć sens. Fakt, że przez większość drugiej połowy filmu Toshiaki łazi wszędzie z kamerą, tylko dodaje smaczku temu pop-kulturowemu zagraniu.

W trakcie oglądaniu filmu uderzyło mnie silne wrażenie, iż cmentarz dla zwierząt – zadziwiająco duży, jak na tak małe miasteczko – nawiązuje trochę do Kingowskiego Smętarz dla Zwierzaków (zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że film kręci się wokół zagadnienia, czy wszystko co nienaturalnie ożywione musi być z natury złe). Choć oczywiście mogę się mylić. Mimo to uważam, że rozmiar nagrobków na tymże cmentarzu, a także ich ekstrawagancja są lekką przesadą ze strony filmowego design team’u. Z drugiej strony… to przerysowana (przemodelinowana?) bajka dla dzieci ze stajni Tima Burtona. Dlaczego nagrobek Sparky’ego nie miałby być ogromnym krzyżem z kości? *cyniczny uśmieszek*
Dodać należy także, że Frankenweenie jest PRZEDE WSZYSTKIM hołdem dla Frankenstein. A co za tym idzie, końcowa scena filmu dzieje się – jakżeby inaczej – w płonącym wiatraku. Jest to o tyle ciekawe, że miasteczko, w którym dzieje się akcja Frankenweenie nazywa się New Holland. Nowa Holandia… wiatraki… właśnie takie zagrania Burtona sprawiają, że bardzo lubię jego twórczość. Bo z jednej strony każdy kinoman zgadnie do czego nawiązuje wiatrak stojący na wzgórzu za miasteczkiem, a z drugiej strony niedoinformowany widz uzna to po prostu za ciekawą scenografię. No bo przecież jeśli miasteczko nazywa się New Holland to dlaczego nie miałoby w nim być starodawnego wiatraka, prawda?
Sama fabuła filmu była niestety, moim zdaniem, najsłabszym elementem. Pomijając oczywiste ukłony w stronę potwora Frankensteina i dowcipne nawiązanie popkulturowe, film jest właściwie pusty. Zarówno ukrywanie Sparky’ego przed resztą miasteczka, jak i konkurs na najlepszy eksperyment naukowy to tylko wymówki, by móc dalej poprowadzić fabułę i doprowadzić ją do efektownego, pełnego monstrów finału. Filmowi brak warstwy emocjonalnej. Naturalnie, to miłość Victora do jego psa jest uczuciową osią filmu, ale moim zdaniem była ona za słaba by wciągnąć dorosłego widza. Podejrzewam, że na dzieci zadziałała wspaniale. Ewentualnie Mysz jest po prostu nieczułym gburem.
Nie zmienia to faktu, że w filmie niewiele się dzieje, a większość pojawiających się w nim scen (mecz baseballu) donikąd nie prowadzą. Jedynie przesłanie Frankenweenie – cudownie streszczone w padającym w filmie zdaniu „sometimes adults don’t know what they’re talking about” – ujęło mnie naprawdę za serce. Mało jest filmów dla dzieci, które właśnie tę życiową mądrość ustanawiają jako swe główne motto. Well, that and „not everything that’s dead has to stay dead”. Ale akurat tego motta dzieciaki nie powinny zbyt kurczowo się trzymać. No chyba, że chcemy mieć plagę pozszywanych psów, wysuszonych, zmumifikowanych chomików i przejechanych kotów na połamanych nóżkach.
No co? Mysz też ma prawo być groteskowa.
PS. Po Internecie krąży plotka, że w rzeczywistości wszystkie animowane filmy Burtona to tak naprawdę jeden długi film.
Młodość, dorosłość… i  zaświaty.
  
Widzę sens w tej teorii, ale moje pytanie brzmi inaczej: na czym polega obsesja Tim Burtona na punkcie animowanych psów???