It’s the grownups. Hide!

Move over, Coraline – here comes Paranorman! Studio Laika zachwyca nową, niepokojącą animacją stop-motion.



Ze względu na moją Ameryko-filię [what? It’s a word] mam zasadniczy problem z bajkami, które lecą w polskich kinach. Mianowicie są zdubbingowane.
Po prawdzie to nie mam nic przeciwko dubbingowaniu bajek dla dzieci. Nie wymagam by 4-10 letnie bąble rozumiały po angielsku (to że ja w tym wieku już sprechen Sie Americano to moja bitches! sprawa). Co więcej, od czasów Shreka – tak, wciąż jest to sztandarowy film, który w takich przykładach się podaje – polski dubbing przeżywa Złoty Wiek. Nadal zdarzają się niewypały, albo dubbingi średniej jakości, ale tak ogólnie, statystycznie rzecz biorąc, sprawa się bardzo poprawiła.
 
Właściwie, jak się tak nad tym zastanowić, to bajki w Polsce prawie zawsze były dobrze dubbingowane. Może nie były tak „twórczo” przetłumaczone, tak popkulturalnie naładowane, czy powszechnie chwalone jak Shrek, ale trzymały dobry poziom. Zwłaszcza bajki Disneya. Ja bajki Walta znam przede wszystkim w oryginale, ale czasem, po latach, zdarza mi się obejrzeć znaną już baję po polsku. Z ciekawości. I wiem, że wiele polskich wersji językowych Disneyowskich bajek – czy w ogóle filmów animowanych – jest porównywalnych do oryginału. Hacked Mogą nie być 100% zgodne pod względem treści, ale zachowany jest właściwy… wydźwięk. Może tak powiem: mają odpowiedni urok. Widać to zwłaszcza w wypadku tłumaczenia piosenek. Tak jak są Disneye które kategorycznie wolę w oryginale, to już przy tych samych filmach, w wypadku piosenek, nie mam tak skrystalizowanego zdania. Posłuchajcie sobie chociaż piosenek z Króla Lwa * czy Dzwonnik z Notre Dame po polsku – to wciąż są te same poruszające, bawiące do łez, wzruszające piosenki. Tylko, że wholesale nba jerseys w rodzimym języku.



I tak jak głosowa obsada The Lion King w oryginale jest bezapelacyjnie lepsza – Jeremy Irons (Scar), James Earl Jones (Mufasa), Rowan Atkinson (Zazoo), Jonathan Taylor-Thomas/Matthew Broderick (młody Simba/starszy Simba), Nathan Lane (Timon) – tak piosenki kocham zarówno w wersji polskiej, jak i angielskiej. Jak można nie lubić gdy w „Przyjdzie czas” („Be Prepared” w oryginale) hieny zaczynają śpiewać „Dobra myśl, po co nam król? Bezkrólewie! Lala lala lala”. Uśmiecham się na samą myśl.




Nawet starsze bajki – taka na przykład Śpiąca Królewna – mimo, że nagrywane przed erą Shreka, czy nawet przed Królem Lwem, są dobrze przetłumaczone i zdubbingowane. Może nie jest to szczyt jakości, ale widz nie krzywi się, słuchając ich. A przynajmniej ja się jakoś strasznie nie krzywię. A co do epitome dubbingowego kunsztu, na mojej top-liście niezmienne miejsce mają Nowe Szaty Króla (też tłumaczone przez Bartosza Wierzbiętę i reżyserowane przez Joannę Wizmur, przed-Shrekowo), Atlantyda: Zaginiony Ląd oraz Lilo i Stitch (oba robione przez duet Wierzbięta/Wizmur, ale po-Shrekowo. W ogóle są oni odpowiedzialni za zatrważającą większość moich ukochanych tłumaczeń bajek. Przypomnijcie mi kiedyś to Wam o nich opowiem). I owszem, filmy te w oryginale są cudowne, ciepłe i chwytające za serce. Ale po polsku… ojejku *wzrusza się wyraźnie*

Nowe szaty króla to jedna z najśmieszniejszych bajek, jakie znam, a zasługa w tym dubbingu wynosi 85 procent. Film po angielsku bywa śmieszny, ale nie tak jak po polsku. Z kolei Atlantyda: Zaginiony ląd to przykład na to jak nie dość, że kreatywnie przetłumaczyć film, ale jak go z polotem zdubbingować, jak dobrać głosy. W oryginale ekspert od wybuchów to Włoch. W polskiej wersji to Wołodia, Rosjanin, który mówi z ciężkim, momentami niezrozumiałym akcentem i co chwila wtrąca rosyjskie słówka. A przypominam, że jest to teoretycznie film dla dzieci, z których większość rosyjskiego ni panimaju. 
Ojejku. Jaki smutny Stitch.
Aż ma się go ochotę przytulić.

Trzeci zaś przykład, Lilo i Stitch to perełka doboru głosów. Włączcie sobie kiedyś ten film i zamknijcie oczy – słuchając tych głosów można całkiem nieźle wyobrazić sobie jak wyglądają postacie, do których one należą. A głos Stitcha to istny majstersztyk – ile w głosie tego małego, zabójczego, rozrabiającego kosmity jest ciepła to wyłącznie zasługa Zbyszka Zamachowskiego. Za ten wybór reżyserowi dźwięku do Lilo i Stitch powinna przypaść jakaś nagroda.


Istnieje jednak druga, mroczniejsza strona dubbingu, mianowicie coś, co sama nazywam dubbingiem „na wyrost”. Rozumiem, dlaczego taki na przykład Hobbit został zdubbingowany – książka Tolkiena skierowana jest raczej do młodszych czytelników, a i mam wrażenie film ma w sobie elementy z pewnością przemawiające do młodszych (chociażby piosenka krasnoludów „Blunt the knives”). Tak więc tu dubbing mnie nie dziwi.
Kicz na kiczu.
I kiczem pogania.

Dziwi natomiast dubbingowanie takiego filmu, jak chociażby Fantastyczna czwórka. Na film ten poszłam gdy wchodził-był do kin, razem z grupą znajomych. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że możemy trafić na dubbing. Bo czemu? Okej, jest to film oparty na komiksie. Ale czy, przepraszam bardzo, najnowszy Spiderman był dubbingowany? Czy Green Lantern mówił głosem Michała Żebrowskiego?… Nie. Wiem, że Fantastyczna czwórka wyszła spory czas temu i że nie jest tak mroczna, jak chociażby najnowszy Spiderman, mogła więc być zwykłym niewypałem, takim dubbingiem „na wyrost”. Nie zmienia to faktu, że w Polsce nagminnie moim zdaniem dubbinguje się filmy, które powinno zostawić się w spokoju.

Tu dochodzimy do sedna mojego wpisu, mianowicie wielkiego żalu, jaki żywię do polskich dystrybutorów. A cheap nba jerseys właściwie nie do nich, tylko do faktu, że mieszkam w Polsce. Ponieważ, mimo wielkiego szacunku jakim darzę ideę dubbingu – dobrego dubbingu – jestem niepocieszona, iż nie mogę w Polsce filmów animowanych oglądać w kinie… w oryginale. Serio. Wiecie jak to boli, gdy wszyscy się zachwycają nowym filmem Burtona Frankenweenie, a ja muszę czekać 3 miesiące – i unikać spoilerów like crazy – aż film wyjdzie na DVD i będę go mogła obejrzeć bez polskiego dubbingu? I tak jest za każdym razem. Na przykład Brave obejrzałam dopiero tydzień temu (od tego czasu widziałam go już trzy razy – co za cudowny film).

Tytułem tego zajebiście długiego wstępu [brawo Myszu, 3 strony gderania o dubbingu. Duża rzecz księciuniu] chciałam powiedzieć, że wczoraj obejrzałam sobie film Paranorman, w lengłidżu, of course.
Filmy stop-motion zawsze wywołują we mnie nieodmienny podziw. Gdy oglądałam parę lat temu dodatki do Coraline opartego na książce Neila Gaimana, nie mogłam wyjść z podziwu. Sama kiedyś bawiłam się w lepienie ludzików z plasteliny, ale nigdy bym nie wpadła na to, że takich ludków można potem ubrać w RĘCZNIE WYDZIERGANY SWETEREK, RĘCZNIE ZSZYTE DŻINSY (z widocznymi przeszyciami na szwach, WHAT?!), a następnie robić im zdjęcia w różnych pozycjach, by zrobić z tego pełnometrażowy film. Z resztą zobaczcie sami. Attention to detail jakie przy takich produkcjach jest potrzebne, istny zajob jaki trzeba mieć na punkcie swojej pracy… po prostu lasuje mi mózg. Naturalnie w ten pozytywny sposób. Sędzia Frollo podsumowałby to jednym słowem:


Paranormanzostał nakręcony metodą stop-motion i to szalenie sprawnie. Trudno w nim zauważyć linie papilarne na Ryan, twarzach bohaterów – bardzo widoczne w Coraline – czy zgrzyty w animacji. Mnie osobiście takie potkniecia często szalenie dekoncentrują i rozwiewają suspention of disbelief, które przy oglądaniu bajek uważam za bardzo potrzebne. Oczywiście bardzo podziwiam metodę stop-motion, ale nie lubię gdy w bardzo istotnej scenie, nagle na twarzy głównego bohatera widzę odcisk czyjegoś kciuka. Po prostu wybija mnie FW to z rytmu oglądania. W Paranorman po raz pierwszy użyto trójwymiarowej, kolorowej drukarki do stworzenia twarzy postaci. Stąd brak linii i Myszowe zadowolenie. Za co wielkie dzięki dla studia Laika, które po Coraline narkęciło właśnie Paranorman.

Norman powinien być emo.
Nikt go nie rozumie.

Fabuła filmu jest dość prosta – Norman umie rozmawiać ze zmarłymi. Naturalnie, poza Normanem, który duchy widzi wszędzie, nikt inny ich nie widzi. Tak więc Norman jest nie tylko szkolnym, ale i ogólno-miasteczkowym wyrzutkiem. Wyśmiewanym przez kolegów, niezrozumianym nawet przez własną rodzinę. I tu maleńkie wtrącenie – postać wyluzowanej, lekko hippisowskiej w przekonaniach mamy Normana bardzo mi się spodobała. Bo chociaż nie wierzyła w umiejętności swojego syna, to mimo to starała się go wspierać. Zastanawia mnie tylko dlaczego w 95% filmów tą postacią – ciepłą, wyrozumiałą – jest matka. Wiadomo, że kobiety są często bardziej tolerancyjne [zaraz odezwą się męskie głosy oburzenia], ale chciałabym by w filmach częściej pokazywano ojca, jako postać wspierającą, a matkę jaką tę „złą”.
Myślę, że byłoby to ciekawe nawiązanie do czasów baśni braci Grimm gdy to często matka była postacią negatywną (wyjaśniam: w oryginalnych baśniach braci Grimm prawie nie występowała postać macochy. Zwykle postacią „tego złego” była matka. Dopiero w późniejszych wersjach, po zmianach redaktorskich i ogólnej konstatacji, że „hmmm, matka jest tylko jedna, lepiej nie straszyć dzieciaków, że ich matki chcą ich zwyczajnie zaciukać” zostało to zmienione na postać macochy – również postać kobiecą, ale taką z którą bohater/bohaterka bajki nie miało żadnych koneksji biologicznych. Czyli odpadała kwestia „krew z mojej krwi”, etc. W takim wypadku łatwiej jakoś było przełknąć, że taka macocha np. traktuje dziecko jak osobistą służącą, albo wysyła ich z ojcem do lasu i każe tam zostawić, bo w domu jest mało jedzenie… swoją drogą zawsze uważałam to za bardzo sensowne i logiczne zachowanie. W tamtych czasach bywało krucho z jedzeniem i należało dbać o swoje przetrwanie. A nowe dzieci zawsze sobie można zrobić *uchyla się przed cegłami rzucanymi w jej stronę przez grupy ochrony życia poczętego*).
/end dygresja. tl;dr.


Nie będę zdradzać fabuły filmu, dość powiedzieć, że Paranorman to film o zombie i czarach. Ale także film o akceptacji, o lęku przed nieznanym i ludzkim zaślepieniu. Przy tym temacie jeszcze tylko króciutko wspomnę (i tu malutki SPOILER), że pomysł by cheap mlb jerseys podkreślić, jak tłum bezmyślnych dorosłych przypomina bandę równie bezmyślnych zombie uważam za GENIALNY. Zwłaszcza fragment dialogu:
– Guys, there’s something moving out there. I think it’s the zombies.
– Hide!
– Oh, no it’s not. It’s just grown-ups.
– HIDE!!!
uważam za cudowną kwintesencję przesłania tego filmu. Czyli basically dorośli są głupi. Co oczywiście jest często przewodnim motywem filmów dla dzieci – dzieci są świadkami czegoś, w co dorośli nie chą uwierzyć, potem everything goes to shit bo dorośli olali ostrzeżenia dzieci, a potem dzieci muszą uratować rodzinę/miasto/świat (niepotrzebne skreślić). Schemat stary jak świat i wciąż skutecznie używany w filmach.
Z ciekawostek niespoilerowych dodam, że mimo bycia filmem dla dzieci, bliżej Paranormanowido jego studyjnej siostry Coraline, niż chociażby takiej disneyowskiej Brave. Paranorman to baja cokolwiek upiorna, a w finale nawet ja – dwudziestoczteroletnia już baba – lekko się trzęsłam. Ogólnie w filmie przebrzmiewają echa Burtonowsko-Gaimanowskie. Mnie bardzo film kojarzył się z klimatem i stylem Beetlejuice, chociaż nie wiem czy słusznie. Ocenicie sami.

Ghost. Ghost everywhere!
Where’s Bill Murray when you need him?!
Film obejrzałam bez większych zachwytów, ale z prawdziwą przyjemnością. Zwłaszcza, że nie znając obsady głosowej, mogłam się pobawić w swoją ulubioną grę: „Guess who’s my voice”. Ostatnio bawiłam się tak przy Fantastic Mr. Fox (ile czasu mi zajęło odgadnięcie głosu Meryl Streep to tylko ja i mój laptop wiemy. Frustracjom nie było końca). W Paranorman znalazły się na szczęście trzy dość charakterystyczne głosy, które bez problemu mogłam przypasować do właściwych aktorów – John Goodman jako wujek Pendergast, Casey Affleck jako Mitch (moja ulubiona postać!) i Christopher Mintz-Plasse jako Alvin (bynajmniej nie chodzi o wiewiórkę). W filmie głosu użyczyła także panna Anna Kendrick, ale niestety jej głos nie jest tak łatwy do odgadnięcia. Głównego bohatera podkłada zaś Kodi Smit-McPhee, którego nie finalists! miałam jeszcze przyjemności nigdzie oglądać (głównie dlatego, że wciąż nie widziałam ani The Road ani Let Me In. Za to z pewnością zobaczę go jako Benvolia w nowym Romeo and Juliet, które ma wyjść w tym roku. Nie mogę się już doczekać tego filmu). Co do Paranormana w polskiej wersji językowej to nie wiem jak się sprawdziła i raczej nie zamierzam tego sprawdzać.

Podsumowując:

film fajny ale bez zachwytów. Do obejrzenia na raz. No chyba, że ktoś bardzo lubi zombie ;)





* gwoli wyjaśnienia – tytuły filmów zapisane po angielsku oznaczają filmy w oryginale, tytuły zapisane po polsku oznaczają wersjepolsko-języczne.