Jak wychować nastoletnią wampirzycę – Hotel Transylvania

Po Adamie Sandlerze trudno spodziewać się uroczej produkcji. Jego udział w animacji “Hotel Transylvania” jest wyjątkiem od reguły.


Zupełnie niechcący we wczorajszej notce – o siódmym sezonie Dextera – wspomniałam o innym słynnym Dexterze, tym który ma własne laboratorium. Dexter’s Laboratory to jedna z tych bajek Cartoon Network, którą chyba każdy pamięta. Nie powiedziałabym, że była to jakaś specjalnie wybitna baja, ale o dziwo Mysz i jej znajomi po dziś dzień cytują niektóre teksty z serialu. “DeeDee debil” czy “DeeDee jest ogórem” to powiedzonka, których Mysz używa najczęściej (zgadnijmy dlaczego). Jeden z moich znajomych potrafił kiedyś zaśpiewać praktycznie cały musicalowy odcinek Laboratorium Dextera (“uhu huhu huhu, przycisnę chyba tu!”). No i kto nie pamięta „omlet du fromage”?
Za kreskówkę Dexter’s Laboratory, a także Samurai Jack odpowiedzialny był niejaki Genndy Tartakovsky. To właśnie jemu zawdzięczamy pamiętne teksty, cudowne sceny walki czy śmiech Mandarka. Dziś omówię pierwszy pełnometrażowy film animowany Tartakovskyego, Hotel Transylvania.
 Poniższy tekst nie zawiera dużych spoilerów

 Hotel Transylvania to nie klasyczna animacja w stylu Tartakovskyego (choć jego charakterystyczny styl rysowania pojawia się w trakcie napisów końcowych), a animacja komputerowa, na dodatek w 3D. Mysz na szczęście oglądała film w dwóch wymiarach – ostatnimi czasy 3D wywołuje w niej nieuzasadnioną agresję. But I digress.
Film opowiada o hrabim Draculi, który ignorując wszelkie legendy pt. „wampiry są martwe i nie mogą się rozmnażać”, a biorąc wyraźny przykład z Van Helsinga, zafundował sobie potomstwo. Jego córka Mavis nie jest jednak uroczym gremlino-podobnym, oślizgłym demonem (znów się kłania Van Helsing). To zwykłe wampirzątko – czołga się po suficie, uczy zamieniać w nietoperza, a wkrótce wyrasta na żądną przygód nastolatkę. Postać matka jest nieobecna, ale więcej nie powiem, bo byłby to spoiler. A film jest na tyle fajny, że warto pewne szczegóły przemilczeć, dla większej frajdy przyszłych widzów.
 
Mavis i Dracula.
By chronić swą pociechę przed niebezpieczeństwem, Dracula wbudowuje hotel dla potworów, tytułowy Hotel Transylvania. To miejsce gdzie każdy potwór, duży (Bigfoot) czy mały (pchełki??), może poczuć się bezpiecznie i w spokoju zrelaksować. Dlaczego potworom potrzebna jest ucieczka od świata? Powód jest bardzo prosty: ludzie. To my jesteśmy w filmie the bad guys(skojarzenia z Monsters Inc. pojawiają się same) i to przed nami próbują ukrywać się potwory. W tytułowym hotelu – ukrytym przed ludźmi – mogą być wreszcie w pełni sobą, nie ważne czy są Yeti, hydrą, czy gremlinami.
 
Hotel akurat pęka w szwach, bo Dracula zaprosił wszystkie potwory na obchody 118-stych urodzin Mavis. Jest to wiek gdy młode wampirzątka osiągają samodzielność – mogą same prowadzić karawan, podejmować decyzje, itd. Dla Mavis jest to tym bardziej wyjątkowy dzień, gdyż ojciec wreszcie pozwala jej po raz pierwszy wybrać się w szeroki świat i zobaczyć na własne oczy strasznych, osławionych LUDZI.
Problem polega na tym, że jeden z tych ludziów… pojawia się w hotelu. Spanikowany Dracula musi wymyślić sposób by pozbyć się młodego Jonathana. Ale jak to zrobić w hotelu pełnym potworów, bez narażania ich, a przede wszystkim Mavis, na niebezpieczeństwo? Czy wymyślony przez Draculę plan ukrywania Jonathana in plan sight się powiedzie? A co jeśli Mavis i Jonathan zaczną mieć się ku sobie?…
 
Dracula i Jonathan.
Więcej nie powiem, żeby nie psuć fabuły, (która z punktu widzenia Myszy była jednym z silniejszych punktów filmu). Uprzedzam: nie jest ona ani trochę oryginalna. Większość pomysłów zawartych w filmie z pewnością już gdzieś widzieliście. Ale są one tak fajnie i uroczo połączone, że ich ogranie wcale nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – wypatrywanie utartych schematów i tego, jak sprytnie Tartakovsky (i spółka) zabawili się pewnymi stereotypami… toż to sama radość. Chociażby kwestia młodych zakochanych – w każdym innym filmie akcja potoczyłaby się mniej więcej tak, że Dracula wygania Jonathana z zamku, zakochana w nim Mavis robi ojcu awanturę, że ona przecież tego chłopca kocha. Po czym młoda wampirzyca chyłkiem ucieka z zamku do swego ukochanego, a ojciec – zrozumiawszy wreszcie, że dzieci dorastają i musi pozwolić córce kochać kogo chce – odnajduje ich, przeprasza i wszyscy żyją długo i potwornie.
Owszem, wiele z tych elementów się w filmie pojawia. Bez obaw – nie zaserwowałam Wam właśnie spoileru. W Hotel Transylvania ogrange rozwiązania fabularne są tak sprytnie potasowane, że z pewnością będziecie mile zaskoczeni, a oglądanie ich sprawi Wam niesamowitą frajdę. Bo niby mamy córkę-nastolatkę, nadopiekuńczego ojca, i dodatkowo dynamikę straszny-ojciec kontra wystraszony-adorator-córki… ale interakcje tych postaci są tak ładnie rozegrane, że ich (pozorna) przewidywalność staje się zaletą filmu, a nie wadą.
Mumia, Wolfman z żoną, Frankenstein
i pani Frankenstein oraz Dracula.
 
Duża zasługa w tym obsady głosowej. Gdy pierwszy raz usłyszałam o tym, kto będzie podkładał głosy w Hotel Transylvania, miałam poważne wątpliwości, czy film będzie udany. Bo nie dość, że w główną postać Draculi wciela się Adam Sandler (którego kariera osiągnęła dno straszliwe), to na dodatek parę postaci drugoplanowych czyta tzw. „ekipa Sandlera”, czyli garść aktorów z którymi Sandler często gra w filmach, a także przyjaźni się prywatnie. Jest więc Kevin James (grał z Sandlerem w I Now Pronounce You Chuck and Larry) jako Frankenstein oraz David Spade jak The Invisible Man (Myszy Spader kojarzy się głównie z głosem Króla Kuzco z The Emperor’s New Groove, ale inni mogą go znać przede wszystkim z serialu Just Shoot Me!, znanego w Polsce jako Ja się zastrzelę). Spoza Sandlerowej ekipy mamy Steve’a Buscemi jako Mr Wolfman, wilkołaka z watahą mini-wilkołaczków i żoną w kolejne ciąży. Miłym dla Myszy zaskoczeniem był głos CeeLo Greena jako Mumii oraz Fran Drescher – czyli oryginalnej, jedynej słusznej Niani Frani – jako Pani Frankenstein. Młodych zakochanych grają Selena Gomez jako Mavis (Selenę mogą znać Czytelnicy zaznajomieni z kanałem Disney Channel) oraz Andy Samberg jako Jonathan (Samberg oczywiście najbardziej znany jest ze swojej pracy w SNL; Mysz osobiście woli jego wkład artystyczny w zespół Lonely Island). Wszystkie te postacie były równie urocze, ale do Myszy ulubionych postaci należała Mavis. Ale to głównie ze względu na to, jak przeuroczo wyglądała jako nietoperzątko.

Mavis-nietoperek.
Zaletą filmu jest też jego styl i design. Widać w tym rękę Tartakovskyego, który z wyraźną miłością i znawstwem obszedł się z tym filmem. Hotel Transylwania jako animacja jest bardzo spójny stylistycznie, a mimo to każda z postaci ma własny, indywidualny „imidż”. Warto zwrócić uwagę, np. na konsekwencję w utrzymaniu sylwetki Dracula jako tej klasycznej, wychudzonej, ze sterczącym kołnierzem. Biorąc pod uwagę, jak dynamiczny jest to film i jak wiele się w nim dzieje, łatwo było niechcący zrobić z postaci Draculi parodię. And not in a good way. Ale dzięki utrzymaniu pewnej koncepcji wizualnej – Dracula przez większość czasu jest wyprostowany i szczelnie okryty płaszczem, nawet gdy się porusza – film jest przerysowany, ale nie kiczowaty. Każda postać ma swoje własne „ja”, które wyziera nie tylko z jej głosu (zasługa dobrej obsady), ale także z jej wizerunku i zachowania (zasługa Tartakovskyego i spółki). Taka spójna, fajna konstrukcja postaci – i to na dodatek postaci które naprawdę łatwo polubić – to wcale niełatwa rzecz do osiągnięcia. Najlepszą postacią według Myszy była… mysz Esmeralda. Ale więcej nic nie powiem, bo byłby to spoiler.
Mysz Esmeralda.
Którą Mysz z pewnością była. W innym życiu.
No i jest jeszcze sama animacja. Ostatnimi czasy w wypadku filmów computer animation Mysz ma wrażenie, że powstają one tylko z dwóch powodów: albo a) próbują opowiedzieć świetną historię przy pomocy niewłaściwych (bo na przykład za słabych, lub źle wizualnie przemyślanych) środków, lub b) próbują popisać się technologią i wymyślnymi sztuczkami komputerowymi, a tak naprawdę są filmami o niczym, bez fabuły, bez ciekawych postaci; tak czy tak, są to filmy w jakiś sposób wybrakowane. Wyjątkiem są oczywiście animacje Pixara, które z zasady są lepsze.
Brakuje mi obecnie filmów rysowanych ręcznie, których stworzenie, owszem, zajmowało więcej czasu niż kilka kliknięć myszką, ale przynajmniej były to filmy pełne „uczucia”. Miłości do pracy animatora, miłości do detali, do wysublimowanych linii i kresek, które układały się w postacie, meble, scenografię… Jasne: teraz to wszystko robi się komputerowo. I ja naprawdę nie umniejszam ani ilości pracy jaką wkładają w film animatorzy komputerowi, ani zaawansowania technologicznego, jakie jest potrzebne by taki film zrobić. Ale Mysz często oglądając taki film nie czuje w nim tej pasji, która kiedyś była nierozerwalnie związania z byciem animatorem. Jakimś cudem ekipie studia Pixar udało się tę pasję zachować i dlatego ich kolejne filmy są tak dobre. Ale o Pixarze napiszę szerzej kiedy indziej.
Czy plan Draculi się powiedzie?
Czy przebranie Jonathana się sprawdzi?
Find out for yourselves.
Tym milszym zaskoczeniem był dla mnie Hotel Transylvania. Bo Mysz kiedyś czytała, że to film Tartakovskyego, ale kompletnie o tym zapomniała. Zorientowałam się dopiero podczas napisów końcowych. I wtedy wszystko zaczęło mieć sens… Hotel Transylvania to bardzo prosty film, który niewielkimi środkami wizualnymi, ale za to wielkim skupieniem na detalach i konsekwencją osiągnął to, czego wielu filmom animowanym się nie udało – ma spójną, ciekawą wizję, którą już po pierwszym obejrzeniu chciałoby się zobaczyć jeszcze raz. Mysz przypisuje to głównie Tartakovskyemu. Jego kreskówki miał zawsze wyjątkowy styl, ale były też w tym stylu spójne. Widać w nich było miłość dla animacji, pasję, przemyślane decyzje artystyczne, ciekawe rozwiązania. Hotel Transylvania ma w sobie wszystkie te elementy. To film zrobiony z inteligencją, znawstwem, humorem, a przede wszystkim miłością.
Jeśli więc lubicie sprawnie zrobione animacje, z ograną, ale uroczą fabułą i sympatycznymi postaciami, polecam Wam ten film serdecznie. Nawet jeśli jesteście już w takim wieku, że oglądanie animowanej bajki bez małego dziecka w pobliżu wydaje się cokolwiek niezręczne. Pamiętaj jednak, drogi Czytelniku – nigdy nie jest się za starym na baje. Zwłaszcza tak fajne, jak Hotel Transylvania.
If you don’t watch the movie,
you make the baby bat sad :(