Każda chmurka ma srebrne wykończenie… – Silver Linings Playbook

“Silver Linings Playbook” to film sympatyczny, ale niepozbawiony problemów. Zwłaszcza z punktu widzenia osobistych przeżyć imć Myszy.

Szum medialno-nagrodowy wokół Silver Linings Playbook od dawna mnie zastanawiał. O filmie usłyszałam po raz pierwszy parę lat temu, w rankingu typu “filmy in-the-making na które warto mieć oko w przyszłości”, na którymś z mniejszych portali filmowych. Jeśli dobrze pamiętam, akurat wtedy było głośno o nominacji Jennifer Lawrence do Oscara za Winter’s Bone, a także za dobrą grę Bradleya Coopera w Limitless. Ponieważ jeszcze wtedy Lawrence była mi cokolwiek obca – tak, zaistniała na Mysim radarze dopiero dzięki X-men: First Class, cicho! – a Cooper ani mnie grzał ani ziębił (nadal nie widziałam Limitless), nie zwróciłam na film większej uwagi.

A potem się zaczęło: International Film Festival w Toronto, Oscary, Golden Globes, BAFTAs, Screen Actors Guild, Independent Spirit Award… ludzie się prawie zabijali co i rusz wychwalając Silver Linings Playbook pod niebiosa.

Co na to Mysz? Well

W tym momencie dygresyjka: Mysz łapkami tylnymi i przednimi wzbrania się przed oglądaniem filmów, które wszyscy chwalą. Przez „wszyscy” mam na myśli połączenie szanowani krytycy + ogół publiczności. Nie wiadomo dlaczego tak się dzieje. Może to kwestia ślepego uporu – nie obejrzę bo nie, nikt mnie nie zmusi! – choć ja akurat lubię sobie wmawiać, że po prostu nie chcę podążać w owczym pędzie za najnowszym „objawieniem”… co nie jest do końca prawdą, bo jeśli na Tumblrze jakiś film jest popularny (jak ostatnio Rise of the Guardians) to napalam się na niego, jak szczerbaty na sucharki.

Stąd byłam bardzo negatywnie nastawiona do Silver Linings Playbook już od początku. Bo nie będzie mi ogół społeczeństwa i paru bufonowatych krytyków – ani żadna Akademia! – wmawiać, co jest dobrym filmem, a co nie. Dla mnie dobrym filmem jest Planet of the Apes (ta Burtonowska). I wara!

Możecie więc wyobrazić sobie moje zdumienie, gdy mimo mego sceptycznego podejścia z każdą kolejną minutą coraz bardziej zakochiwałam się w Silver Linings Playbook.

 
Skąd tytuł filmu (i książki na której został oparty scenariusz)? W Stanach “playbook” to nawet nie tyle poradnik czy podręcznik, ale spis zagrań/podań które, w danej grze, gracz lub drużyna mogą wykonać. Każdy sport ma własny playbook, a Silver Linings Playbook to taki właśnie playbook tylko że życia [jakie to głębokie, Myszu].

A skąd „silver linings”? „Every cloud has a silver lining” to angielskie przysłowie, które tłumaczone jest jako „po każdej burzy wyjdzie słońce” lub „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”. Nigdy nie rozumiałam tej interpetacji. Dla mnie oryginał oznacza ni mniej ni więcej „każda zła rzecz ma w sobie coś dobrego”. Z jakiegoś powodu w Mysim móżdżku zakodowała się następująca logika: to że złe rzeczy potrafią być też dobre, a to że złe rzeczy mogą do dobrych prowadzić, to dwie ZUPEŁNIE różne rzeczy. Wiem, brzmi bezsensu, ale ja naprawdę tak myślę.

Pozwólcie, że wytłumaczę: jeśli złamię nogę w wypadku, ale zdam sobie sprawę że przeżyłam go w sumie bez większego szwanku, to jest właśnie „silver lining”. Jeśli w wyniku tego wypadku i późniejszej rehabilitacji poznam swojego przyszłego mężą, to jest „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Czy teraz widać różnicę? Jeśli wciąż masz Czytelniku problem, ujmę to tak: różnica polega na nadinterpretacji. „Silver lining” to znalezienie autentycznie pozytywnego aspektu złej sytuacji. „Nie ma tego złego” to nadinterpretowanie wydarzeń następujących -po- tym złym wydarzeniu, tak by je usprawiedliwić, poradzić sobie z nim psychicznie, itp.

I w tym sensie – w sensie nadinterpretacji – Silver Linings Playbook (czyli Poradnik pozytywnego myślenia) jest nazwany bezbłędnie, bo Pat (Bradley Cooper), główny bohater filmu, cierpi na taką właśnie niepoprawnie pozytywną nadinterpretację. Brawa więc dla polskiego dystrybutora za wyjątkowo trafny polski tytuł.

Cudowny moment z filmu (zawarty też w trailerze).
Mysz często też ma ochotę tak zrobić.
Ale ma plastikowe okna *sad face*

O czym jest Silver Linings Playbook? Proste: jest sobie Pat (nie ten od kota). Pat ma problemy. I to nie błahe problemy typu “kupiłem mleko 3,2% zamiast 2%”, ale takie z gatunku serious issues. Pata zdradziła żona. Pat pobił jej kochanka, w wyniku czego wylądował w wariatkowie. Tam dowiedział się, że cierpi na chorobę dwubiegunową (nic fajnego, wiem z autopsji). Następnie przez cały film próbuje te swoją żonę odzyskać. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zarówno my, jak i całe otoczenie Pata, wiemy że nijak tej żony nie odzyska. Po prostu NIE. Ale do Pata nie trafiają żadne argumenty – on wie lepiej. Zmieni się, poprawi i żona do niego wróci. Nadinterpretacja. Szukanie na silę dobrych wydarzeń które być może wynikną z tych złych.

Patowi nie pomaga fakt, że właściwie nikt z nim nie umie szczerze porozmawiać. Owszem, zarówno rodzice jak i znajomi próbują dać znać, że popełnia błąd, że powinien sobie odpuścić małżeństwo, ale tak naprawdę nikt nie mówi tego wprost. Wszyscy boją się kolejnego załamania nerwowego, więc obchodzą się z nim jak z jajkiem. Ale z drugiej strony wciąż praktykują na nim zachowania „zapalne” – takie, które nawet w normalnym człowieku wywołują frustrację, a co dopiero u osoby z chorobą psychiczną, z niekontrolowanymi atakami i gwałtownymi wahaniami nastroju. Głównym „zapalnikiem” w rodzinie jest ojciec (Robet De Niro) – uparty, zabobonny furiat z OCD (obsessive compulsive disorder – zespół zachowań obsesyjno kompulsywnych), który wciąż wdaje się w kłótnie z synem właściwie bez powodu. Postać tę znielubiłam od samego początku. Może dlatego, że bardzo nie lubię ludzi, którzy ślepo wierzą w swoje racje i nic nie da się im wytłumaczyć. Dokładnie taki problem ma z ojcem Pat – nie jest w stanie mu wytłumaczyć swoich problemów, bo ojciec go nie słucha – wie lepiej. Tu jednak zaznaczę, że im dalej w film, tym większe było zrozumienie tego widza dla zachowań ojca. Przestaje on tak denerwować (a przynajmniej przestał tak bardzo denerwować Mysz). Widz zaczyna też pojmować, że choroba Pata nie wzięła się znikąd – zarówno genetycznie, jak i społecznie jest do tego uwarunkowany przez zachowania ojca.

 
Jest też matka (Jacki Weaver), która będąc postacią całkiem sympatyczną, też początkowo wywoływała we mnie niesmak. Jej niezrozumienie problemów syna byłam jeszcze w stanie przyjąć do wiadomości. Choroby psychiczne to nie jest łatwa rzecz do “przełknięcia”. Ale ignorowanie objawów męża (there’s superstition… and then there’s just plain crazy), a co więcej folgowanie im? O nie. Nie ma mowy. Tu jednak Mysz wytłumaczy, że ma na przedstawioną w filmie sytuację rodzinną, a także sam film, spojrzenie specyficzne bo z naleciałościami osobistymi. Mysz ma bezpośrednią styczność z chorobą dwubiegunową, więc niektóre jej poglądy na ten temat mogą się wydawać kontrowersyjnie. Tyle słowem wyjaśnienia.

Mamy więc rodzinę która chcąc jak najlepiej, raczej tylko pogarsza sytuację Pata, niż ją poprawia. I wtedy Pat poznaje Tiffany (Jennifer Lawrence).

 Tiffany to siostra znajomej, niestety niedawno owdowiała. I tak jak Pat jest dziwny bo jest chory, Tiffany jest dziwna bo lubi taka być (Mysz w pełni pochwala takie podejście; sama je stosuje). Między Patem i Tiffany szybko nawiązuje się bardzo… hm, intrygująca relacja. Intrygująca zarówno dla nich samych, jak i dla widza. Z jednej strony to flirt Tiffany z facetem, który wciąż twierdzi że zejdzie się z żoną, a na dodatek ciągle wypomina Tiffany że “przecież ma męża”. Co z tego że jest martwy, prawda? Z drugiej strony to flirt rozchwianego psychicznie faceta z równie rozchwianą dziewczyną. To relacja szczera, bolesna, miejscami prawie toksyczna, ale też szalenie ciepła. Bo zarówno Tiffany, jak i Pat mogą mieć swój ukryty cel w utrzymywaniu tej przyjaźni, ale poza tym autentycznie im zależy na tej drugiej osobie. Oczywiście platonicznie.

Więcej o fabule pisać nie będę, bo warto dać się zaskoczyć. Nie czytałam książki na której oparto scenariusz, ale sam film napisany jest świetnie – życiowo brzmiące dialogi, wartkie i uszczypliwe (if that makes sense). Czy film zasługuje na Oscara?… Nie jestem w stanie stwierdzić. Osobiście bym się nie obraziła gdyby go dostał. De Niro i Weaver mogą sobie mieć nominacje za role drugoplanowe, ale jeśli ktoś z tej dwójki miałby wygrać to prędzej De Niro. Jednak to Jennifer Lawrence należy się większość pochwał i nagród. Bo Bradley Cooper jest bardzo dobry jako Pat – zarówno godny współczucia, jak i politowania – ale Jennifer jako Tiffany jest CU-DO-WNA. Tiffany jest postacią, którą bardzo łatwo przeszarżować. Widzowi łatwo byłoby ją znielubić. A Lawrence przez cały film z gracją balansuje na granicy pomiędzy wariactwem, wrednością, a wywołującą ciekawość ekstrawagancją. Cudownie gra zarówno emocjonalne wycofanie swej postaci (tego przebłyski mieliśmy już w The Hunger Games; tak, naprawdę lubię zarówno film, jak i książkę), jak i jej skrajnie huśtawki nastrojów. Oglądając film zwróćcie uwagę na mimikę Lawrence, na tembr jej głosu, ekspresją w oczach. Zwłaszcza w scenie ostatecznej konfrontacji Tiffany z ojcem Pata. Jennifer Lawrence zasługuje na wszystkie nagrody i pochwały, które zbiera. Jeszcze nie raz będzie o niej głośno.

 
W filmie ogromną rolę odgrywa też sport, a konkretniej futbol amerykański (jak sam tytuł wskazuje). Ponieważ właśnie ten sport, a właściwie jego oglądanie jest źródłem wielu konfliktów w filmie, nie był to aspekt który mi się podobał. Rozumiałam jednak jak istotną rolę odgrywa on w fabule. Poza tym jest coś ujmującego w miłości amerykanów do futbolu, co z resztą film ładnie ukazuje. W Silver Linings Playbook sport zarówno dzieli, jak i łączy.

W ogóle film ten jest przedziwnym tworem. Spędza ¾ czasu to rozdzielając, to zderzając różnych bohaterów, tak że w końcu nie bardzo wiemy co się wydarzy. Ale nie są to działania chaotyczne – każda interakcja, każda kłótnia czy rozmowa ma znaczenie w fabule, w związkach emocjonalnych bohaterów. Właśnie za tę równowagę, za wyważenie należy film chwalić. Także w aspekcie wizualnym Silver Linings Playbook jest wyważony – ma przygaszone, ale nie smutne kolory dość typowe dla filmów z gatunku indie (Myszy zdaniem właśnie do tego gatunku film należy). Jest też kwestia bardzo dobrej muzyki, także typowej dla filmów indie. Najciekawsze jednak w niej jest to, że jej autorem jest Danny Elfman. W trakcie oglądania zwróćcie uwagę na to jak nie-Elfmanowska jest to muzyka.

Mogłabym mieć pretensje do filmu. O potraktowanie tematu choroby dwubiegunowej trochę po macoszemu. O niepełne wykorzystanie Chrisa Tuckera i Julii Stiles w rolach trzecioplanowych. O ubranie Jennifer Lawrence w naprawdę ohydny strój pod koniec filmu. Mogłabym mieć pretensje o te rzeczy. Ale nie mam.

Mam za to ogromne pretensje do Silver Linings Playbook za udowodnienie mi, że czasem, CZASEM krytycy i publiczność (i Akademia) się nie mylą. Mam pretensje do filmu, że okazał się tak wspaniały.

Już dawno się tak nie cieszyłam z wyprowadzenia z błędu.

Edit: treść tej recenzji uciekła ode mnie gdzieś tak w trzecim akapicie. Przepraszam jeśli wszystko czytało się nieskładnie, ale film NAPRAWDĘ warto obejrzeć. Zresztą po co wierzyć mi na słowo: sprawdźcie sami. Bo są takie filmy, których nie da się opisać. Za wszystkie inne zapłacisz kartą Mastercard.