Kochanie, w tej książce nie ma żadnych kotów…

Pierwsza styczność z prozą Doroty Masłowskiej zakończyła się dla Myszy mieszanymi uczuciami.


Mysz kupiła na Empik.com książki. Dużo książek. MULTUM KSIĄŻEK. Konkretnie 10 sztuk.
I teraz będzie je sobie – w swoim tempie – czytać. I recenzować. Zostaliście ostrzeżeni.

Pozycja na dziś: Kochanie, zabiłam nasze koty Doroty Masłowskiej.




Nowa, od dawna oczekiwana powieść Doroty Masłowskiej !
W swoich poprzednich książkach bardzo wnikliwie, ale też świeżo, z młodzieńczą beztroską, przyglądała się ona temu, co widziała za oknem, na ulicy… naszej polskiej codzienności. Robiła to dowcipnie i celnie, a powodzenie jej książek zarówno u czytelników jak i u krytyków dowiodło, że takiego głosu w naszej litreaturze współczesnej bardzo brakowało.
W najnowszej powieści, równie dowcipnie i wnikliwie przygląda się tzw. klasie średniej, młodym, zamożnym ludziom, którzy nie mają pomysłu na to, co zrobić ze swoim życiem. Ich losy, wygląd, mieszkania wydają się nam podobne niezależnie od tego czy żyją w Warszawie czy w Nowym Jorku. Naprawdę warto zobaczyć ich oczami Doroty Masłowskiej – dostrzeżecie to, czego dotąd nie widzieliście i spotkacie samą AUTORKĘ (jak zwykle pełną dystansu do samej siebie).
[© Merlin.pl]



Don’t like what I have to say?
Deal with it
O Dorocie Masłowskiej słyszałam pierwszy raz chyba w liceum. Pamiętam, że wokół Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwonąbyły wielkie kontrowersje… coś związanego z wiekiem autorki, coś z treścią książki, coś z jej formą, z przekleństwami i dziwnymi, niepolskim językiem… jakieś recenzje i pogadanki w gazetach, że Polska przecież tak nie wygląda, że co też ta młodzież wyprawia, źle się z naszym krajem dzieje, drogi panie, itd., itd.
Jak to zwykle bywa szum medialny wokół książki natychmiast mnie do niej zniechęcił. A właściwe do Masłowskiej jako takiej. Pomyślałam sobie „nie będzie mi jakaś obca baba głosem pokolenia” i się wyparłam. Podobnie wyparłam się m.in. na Avatara, ale o tym, i o mojej awersji do konkretnych przejawów owczego pędu, kiedy indziej.

Filmu Wojna polsko-ruska też nie widziałam, choć mnie korciło. Bo słyszałam, że Szyc się popisał. Nie wiem czy pozytywnie, czy negatywnie, bo tu zdania były podzielone, ale się popisał. W ogóle, mam wrażenie, w wypadku Masłowskiej zdania są szalenie podzielone. A przynajmniej bywały. Teraz najwyraźniej uznano, że dziewczyna ma jednak coś sensownego do powiedzenia; nie jest autorką jednej książki i na Wojnie… jej pisarstwo się nie kończy. Dziwne, bo ja nie zauważyłam momentu, w którym z „Masłowska to wszystko co najgorsze w literaturze” prześlijmy do „Masłowska to poważna pisarka, nagradzana i hołubiona”. Ale whatever. Nie mam na Masłowską jakiegoś pilnego baczenia, więc miała prawo mnie ta zmiana ominąć.
Tyle tytułem wstępu o moim obyciu z dorobkiem literackim pani Masłowskiej… a właściwie o braku obycia.

Książkę kupiłam przypadkiem [I’m sensing a pattern here], hurtem, razem z paroma innymi – recenzje tychże, jak przeczytam. Zaintrygował mnie tytuł: Kochanie, zabiłam nasze koty. Lubię koty. Lubię książki o kotach. A z wiekiem lubię też czasem – wbrew sobie i poczuciu znajomego bezpieczeństwa – próbować nowych rzeczy. Więc pomyślałam: „Dajmy Masłowskiej i kotom szansę”.

Jestem… zaskoczona. To chyba dobre słowo. Ksiażka, tak najogólniej, mi się podobała. Fabuły właściwe nie ma żadnej, a przynajmniej nie jakąś, którą mogłabym Wam łatwo streścić. Dość powiedzieć, że jest to książka o: Joanne i Farah, dwóch dziewczynach z Bath, ich przyjaźni i rozpadzie tejże; typowo kobiecej zazdrości; życiowej pustce i nieszczęściu z niej wynikającym, a także o próbach zapełnienia tej pustki; o młodej pisarce i jej writer’s block; o zwariowanej Go i jej kocie bękarcie. I tyle.

Streszczenie książki in one gif.

A właściwie „aż” tyle. Nie wiem, jak inne książki Masłowskiej są napisane, ale Kochanie… to istny słowotok. Stream of consciousnessubrane w metafory – udane, nie udane, obrzydliwe, głębokie, trafne i zmierzające zupełnie donikąd. Trzeba autorce przyznać, że piórem operuje w sposób dotąd mi nieznany. Z jednej strony ma się ochotę wepchnąć jej to pióro do garda z wrzaskiem „no i co tak ozdobnikami nakurwiasz” [le gasp, brzydkie słowo *udaje omdlenie* Deal with it, czytelniku. Nie pierwszy i nie ostatni raz będzie się Myszy zdarzało mięsem rzucać]. Z drugiej strony… należy oddać cesarzowi co cesarskie. Malowniczość opisów Masłowskiej, zdania jakie tworzy, ich brzmienie, smak, zapach… nawet gdy są obrzydliwe, głupie, bezsensowne, czy nawet grafomańskie, wciąż są niezmiernie żywe. Intensywne. Trudne do zignorowania.
Przytoczę przykład (nawet sobie karteczką zaznaczyłam, a co!):
„Wychodząc, zostawiła na kontuarze podanie o urlop i przesłała Jedowi roztargnionego buziaka. Niestety był zbyt pijany, by złapać go w locie, i pocałunek przeleciał przez szybę, i przylepił się do policzka jakiegoś Chińczyka przejeżdżającego na własnoręcznie zmontowanym pierdolcie, z którego bagażnika sterczały patyki pełne od góry do dołu lśniących rajskich jabłuszek.”
 Pierwsza myśl, która mnie uderza po przeczytaniu tego zdania to: „jeżu, jak można tyle słów między dwoma kropkami naciukać?”

So. Many. Words.
 
Ale potem uderza mnie obrazowość tej sceny. Jej surrealizm, jej smutek, a jednocześnie piękno (jabłuszka!). I nasuwa mi się silne skojarzenie – książka Kochanie, zabiłam nasze koty swoją fabułą, tym jak jest poszatkowana, zawiła i pokrętna, a także stylem, opisami przedstawionego świata, szalenie przypomina mi… japońskie anime. Nie Sailor Moon czy nawet Ghost in the Shell. Wyobraźcie sobie… gdyby Lost in Translation miało twist fabularny a’la Inception i było filmem animowanym w stylu The Animatrix. Dodajcie do tego szczyptę klimatu jak Galerianek albo brytyjskiego serialu Skins w wersji adult… i macie właśnie książkę Masłowskiej.

Co dziwniejsze, to połączenie działa. Przynajmniej w mojej opinii. Co prawda nie mogę powiedzieć, że książka mi się kategorycznie podobała, ale przeczytałam ją szybko, z umiarkowaną przyjemnością i nieustającym zaintrygowaniem. Zabrzmi to dziwnie, ale chciałabym zobaczyć jaki film na podstawie tej książki nakręciłby np. Miyazaki, wespół ze Studio Ghibli. That would be something.
Zastanowiło mnie także, że książkę czyta się dziwnie… po angielsku. To znaczy styl pisania Masłowskiej był dla mnie kompletnie nowym doświadczeniem i może umiejscowienie akcji książki w Anglii miało na to wpływ, ale… czytając Kochanie… miałam wyraźnie wizje amerykańskiej (nie brytyjskiej) metropolii. Nowy Jork, oczywiście, pojawił się w mojej głowie sam, nieproszony. Z chęcią sprawdziłabym, jak książkę Masłowskiej czyta się po angielsku. Wiem jedno: tłumacz, który podjąłby się przetłumaczenia jej języka i metafor, musiałby być Charlesem Bronsonem. Czyli mieć Życzenie śmierci. Cztery.

Jedyny wart wymienienia przytyk jaki mam do książki to to, że o jest tam zadziwiająco niewiele. Ale o zawiłościach ludzkiej psychiki, a i owszem. Stwierdzam więc niniejszym, że Kochanie, zabiłam nasze koty to pozycja do przeczytania: a) na raz z, ciekawości, lub b) wielokrotnie, jeśli komuś podpasuje. Nie mnie polecać czy zniechęcać, bo sama miałam nieuzasadnioną awersję do Masłowskiej, a teraz pomyślę dwa razy zanim ofuknę jej książkę w sklepie.
A Kochanie… najlepiej czytać w lecie, na tarasie, do porannej kawy. Z kotem na podołku.

Dlaczego? Bo tak.

Because Ryan says so.


Tytuł oryginału: Kochanie, zabiłam nasze koty
Autor: Dorota Masłowska
Wydawnictwo: Noir Sur Blanc
Rok wydania: 2012
Wydanie: ?
Streszczenie: dziwne sny, kobieca przyjaźń; kobieca zawiść; fryzjerstwo; sztuka dla sztuki; problemy egzystencjalne kobiety-syreny; była-Jugosłowia is the new black; więcej dziwnych snów; życie nocne innych ludzi jest zawsze bardziej szalone od mojego; kot; Incepcyjna pętla fabularna