Les Miserables. Nędznicy – nędza czy…?

Mysz kręci nosem na kinowych “Nędzników”.

Najlepsze streszczenie Nędzników.


Wokół Les Miserables robi się coraz głośniej. Nominacje do kolejnych nagród tylko podsycają już i tak potężny płomień, jaki wzbudził film Tom Hoopera. Mówi się o Oscarach dla Hugh Jackmana i Anne Hathaway, pod niebo wychwala się młodego Eddie’ego Redmayne’a, a Samantha Barks grająca Eponine to podobno objawienie.
Mysz postanowiła na własne oczy – a właściwie uszy – sprawdzić czy te pochwały nie są aby czcze. Mysz uważa, że dobrze się do tego nadaje, bo jest stosunkowo bezstronna. Dlaczego? Otóż nigdy nie widziała ani nie słyszała żadnej wersji Les Miserables. Film ocenia więc świeżym okiem i uchem. A ucho ma dobre. Po tacie.
Oto mniej-lub-bardziej bezspoilerowa recenzja. W razie gdyby ktoś jeszcze, oprócz mnie, kompletnie nie wiedział o co w historii chodzi.

My thoughts exactly.

 Żeby wprowadzić jakiś ład do tekstu i uniknąć przypadkowych spoilerów, omówię film według bohaterów/aktorów, skupiając się głównie na ich talencie wokalnym lub też jego braku. Biorąc pod uwagę, że 99% filmu jest śpiewane, myślę że ma to sens. Tu jeszcze szybko nadmienię, iż zapomniałam jak trudno ogląda się musicale gdzie praktycznie się nie mówi. Wydawałoby się to dziwne – przecież musical jest właśnie od tego żeby w nim śpiewano – ale Mysz zawsze była zdania, że a) śpiew ma jedynie podkreślać pewne sceny, pewne emocje, a nie wyrażać np. listę zakupów, b) żeby musical w 100% śpiewany był naprawdę dobry, między muzyką a tekstem, a także śpiewem aktorów, ich interpretacją słów i melodii, musi istnieć perfekcyjna harmonia. Niestety w Les Miserables tego nie uświadczyłam.
Nie znając wcześniej piosenek z Le Miś (tak Mysz nazywa w głowie Les Miserables), miałam duże problemy z przyzwyczajeniem się do stylu, w którym napisano ten musical. Ale to akurat nie był dla mnie mankament – lata temu musiałam podobnie się przyzwyczajać do Rent. A teraz to jeden z moich ulubieńców. Wróćmy jednak do Le Miś.
Pierwszą postacią, którą poznajemy jest Jean Valjean grany przez Hugh Jackmana. Tu tkwił największy mój problem w tym filmie. Bo bardzo lubię Hugh i nie zaprzeczam, że ma on głos i potrafi śpiewać… ale mnie się jego talent wokalny nigdy nie podobał. Dla Mysich uszu głos Hugh brzmi… no, jak mecząca koza z niestrawnością. Problem polega na tym, że jego głosowi brakuje melodyki – wyciąga nuty “na siłę”, idąc w głośność, a nie melodyjność. W cichszych partiach nie drażni to tak bardzo, choć wtedy z kolei bardziej słyszalny jest bezdech. Vibrato, które Hugh ma w głosie również niestety przydaje skojarzeń z kozą. A ponieważ Jean Valjean to postać kluczowa, Mysz ostro odchorowała ten film. Nie odbieram Hugh pochwał – aktorsko był w porządku. Ale Oscar za tę rolę?… osobiście wolałabym jednak nie.
Kolejna postać: Inspektor Javert, czyli Russel Crowe. Tu zaznaczę, że do Russella mam słabość. Do tego stopnia, że wręcz ubóstwiam film A Good Year. Zawsze też bardzo podobał mi się głos tegoż pana, czy to saute, czy w śpiewie („Weight of a Man” 30 Odd Foot of Grunts słucham bardzo często). I choć postać Javerta mnie denerwowała – nie ma nic gorszego niż fanatyk na stanowisku władzy, i to jeszcze fanatyk religijnie usposobiony – Crowe pod względem wokalnym był dla mnie o wiele lepszy niż Jackman. Russell ma głos pełny, mocny. Nie musi się wysilać by dźwięcznie „brzmieć”, w przeciwieństwie do Hugh. Mysie ucho również wychwyciło w głosie Russella melodykę, której tak brakowało jej w głosie Jackmana – Crowe wyśpiewuje swoje słowa, podczas gdy Jackman mówi do rytmu, raz na jakiś czas becząc niektóre nuty. Oczywiście to tylko moje zdanie. Ale u Myszy w pojedynku Commodus vs Wolverine, wokalnie wygrywa Commodus. A co do samej postaci Javerta, powiem jedno: Oh My God, dude. GET OVER IT ALREADY.

Pierwsza postać kobieca, którą poznajemy to Fantine grana przez wspaniałą Anne Hathaway. I znów – nie wiem czy należy jej się Oscar za tę rolę. Może. Przyznaję jednak że do śpiewu Anne nie mogę się za bardzo przyczepić. Początkowo śpiewa za trochę wysoko, ale ponieważ świetnie przy tym gra mimiką twarzy, nie drażni to tak bardzo. No i „I Dreamed a Dream” w jej wykonaniu było moim zdaniem wspaniałe. Niekoniecznie technicznie (dwie czy trzy niepotrzebne „szarże” wokalne), ale aktorsko Anne była bezbłędna.
Następnie mamy Cosette, wersja mini (grana przez Isabelle Allen) oraz wersja maxi (Amanda Seyfried). Maleńka Cosette jest jasnym punktem tego filmu – cudowna barwa głosu, technika śpiewu godna profesjonalisty, a to wszystko w tak młodym jeszcze wieku. Zaś Amanda Seyfried jako starsza Cosette była miłym zaskoczeniem. Bo co prawda już od czasu Mamma Mia! wiemy że Amanda potrafi śpiewać, ale te wysokie nuty, które udało jej się w trakcie filmu z siebie wydobyć?… nie wiedziałam, że panna Seyfried ukrywa taką perełkę. Co prawda jej głosik strasznie się trzęsie (nie wiem, czy to vibrato, czy kwestia wysiłku?), ale przy wysokiej tonacji śpiewu nie jest to denerwujące. Wręcz przeciwnie – sprawia, że głos Cosette brzmi jak trel słowika.
Są także Thenardier i jego żona, grani przez Sachę Baron Cohena i Helenę Bonham Carter. Silne skojarzenia ze Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street pojawiały się same, zupełnie nieproszone. Na szczęście nie mam im nic do zarzucenia – ich postacie są odpowiednio wstrętne, a wykonanie piosenek na dobrym poziomie. Swoja drogą śpiewany przez nich utwór „Master of the House” była tym, na którym najlepiej się bawiłam.
Potem kolej na Mariusa czyli mojego ulubieńca. Ale to tylko dlatego, że gra go Eddie Redmayne, w którym kocham się wręcz niepoprawnie. Tym bardziej zmartwiło mnie, jak Eddie brzmiał w Les Miserables. Bo choć ubóstwiam go ogromnie, śpiewanie nie należy do aspektów jego talentu, które najbardziej cenię. Nie zrozumcie mnie źle – Eddie ma piękny, mocny, sprawny głos. Ale jego barwa jest… dziwna. Sprawia wrażenia, hm… jakby niepełnej. Bo choć Eddie bardzo ładnie „wybrzmiewa” dźwięki (dośpiewuje je do końca, nie połyka końcówek słów, itd.) to bardzo skacze po tonacjach. Jest to dziwne, bo powodem tego nie są braki w wokalu – Eddie posiada zarówno dźwięczną barwę niską, jak i umiejętność wyśpiewania naprawdę wysokich, jak na mężczyznę, dźwięków. Wydaje mi się, że problemem są pewne braki techniczne. Redmayne nie do końca kontroluje dźwięki, które się z jego ust wydobywają, trochę jak chłopiec przechodzący mutację. Tak więc fakt, że jego tonacja skacze w górę i w dół smuci mnie wielce. Cieszy natomiast fakt, że ze względu na „pełny” dźwięk, głos Eddiego dobrze brzmi w duetach. Tych słuchałam z prawdziwą przyjemnością.
Aaron Tveit jako Enjolras (co za durne imię) również jest jedną z Myszowych perełek. Bo choć sama postać była mi cokolwiek obojętna, krystalicznie czysty głos Aarona był jak powiew świeżego powietrza. Mysz niestety jest bardzo wybredna jeśli chodzi o głosy z vibrato, a pan Aaron vibrato nie używa… na szczęście. Nie musiałam przy każdym dłuższym dźwięku znosić gardłowego „aAaAaAaAaAa”, wię słuchanie pana Andreasa sprawiało mi niekłamaną, niczym nie zakłóconą przyjemność.
Największym zawodem – poza Jackmanem (długo tego jeszcze nie przeboleję) – była Samantha Barks jako Eponine. Głównie dlatego, że „On My Own” to jedyna piosenka z Les Miserables którą w miarę znałam i którą zdarzyło mi się parę razy słyszeć. A panna Barks, moim zdaniem, się w niej nie popisała. Jej głos brzmiał nierówno, a długim nutom brakowało „pełności”. Szkoda, naprawdę szkoda.
Szybciutko jeszcze tylko dodam, że tak naprawdę najlepszymi i najbardziej nośnymi emocjonalnie pieśniami – czy też ich fragmentami – były te wykonywane przez grupę głosów (wszelkie duety, śpiewy grupowe, czy chóry w tle). Za każdym razem miałam ciarki.
Aha, jeszcze dwie uwagi ogólne do filmu: oczywiście na koniec się spłakałam. Bom Mysz, zwierzę podatne na uniesienia i uczuciowe ponad miarę.
Druga rzecz: film ma definitywnie za dużo statycznych scen. A zbliżeń na twarze śpiewających, takich trwających po parę minut, to już w ogóle jest za dużo. Tak, wiem – film jest ŚPIEWANY NA ŻYWO (tak, śpiewany i nagrywany na planie, podczas kręcenia) i w związku z tym ograniczenie ruchów aktorów wpływa na jakość ich głosu, kontrolę oddechu, itd. But still… czy naprawdę musiałam zaglądać w nozdrza Russella Crowe’a przez 2 minuty??
Konkluzja: Oscary dla Jackmana i Hathaway?… niekoniecznie. Oscar dla Le Miś za najlepszy film?… ni cholery. Ale za kostiumy, makeup, dźwięk?… why not.
A czy Mysz kiedyś jeszcze wróci do Les Miserables, by obejrzeć je w całości?… Szczerze? Raczej nie. Wolę poświęcić ten czas na powtórkę Rent czy Sweeney Todd. Ale chyba postaram się zdobyć soundtrack. Ot, by mieć go pod ręką na wszelki wypadek.