Premiery, powroty i potknięcia.

Nowy rok obfituje w telewizyjne zmiany, czyli słów kilka o “Shameless” s3, pilocie “The Carrie Diaries” i drugim odcinku “Mr Selfridge”.


Styczeń to nie tylko początek nowego roku, ale także powrót starych seriali i napływ nowych. Dziś na tapecie długo oczekiwany premierowy odcinek 3-ciego sezonu Shameless (US), krótkie omówienie drugiego odcinka Mr. Selfridge oraz Myszowe wrażenia z pilota The Carrie Diaries – serialu opartego na książkach Candance Bushnell o młodej Carrie Bradshaw, zanim stała się modną Manhattanką, znaną z Sex and the City.

———————————————————————————————————–

 

Gwoli ścisłości: The Carrie Diaries nie są prequelem do Sex and the City. Biografia naszej bohaterki różni się od tego, co wiemy o przeszłości Carrie z SatC. Bo choć w życiu dorosłej Carrie (Sarah Jessica Parker) brakowało ojca, to młoda Carrie – w tej roli świetna AnnaSophia Robb (m.in. Violet w Charlie and the Chocolate Factory, a ostatnio Bethany Hamilton w Soul Surfer) – niedawno straciła matkę. Jest to więc spora zmiana fabularna.
Mamy rok 1984 (te ciuchy! Ta muzyka! Co za szał!). Nastoletnia Carrie Bradshaw mieszka na przedmieściach Connecticut. Jak większość typowych nastolatek Carrie nie należy do popularnych dzieciaków, ale razem ze swoimi przyjaciółmi – Mouse (czyli Myszą *kwik!* graną przez z Ellen Wong z Scott Pilgrim vs. the World), Maggie oraz Waltem – tworzą zgraną paczkę. Pośrednio dołącza też do nich Sebastian Kid (Austin Butler z Switched At Birth) – nowy chłopak w szkole, przystojny i tajemniczy… którego tak się składa, że Carrie dobrze zna. The plot thickens, jak to mówią.

Matt Letscher jako Mr Bradshaw.

Poza nastoletnimi dramatami natury – stracić czy nie stracić dziewictwa, zdrady, rozterki sercowe, widoczny na pierwszy rzut oka homoseksualista ukryty w szafie – mamy też dramaty familijne. Rodzina Carrie, czyli jej buntownicza, wannabe-punk siostra Dorrit oraz wycofany emocjonalnie ojciec, muszą poradzić sobie z odejściem matki, zmarłej niedawno na raka. Konflikt między siostrami, gdzie starsza Carrie przejmuje na siebie rolę tej odpowiedzialnej, nie jest niczym nowym. Od razu widać, że spory z Dorrit, a także próby jej wychowywania przez Carrie będą stałym elementem serialu. Natomiast to jak przedstawiono relacje Carrie i jej ojca bardzo przypadło mi do gustu. Nie wiem, czy to zasługa aktorstwa – uroku AnnySophii i tchnącego spokojem Matta Letschera (ojciec) – czy dobrze napisanego scenariusza, ale Carrie i jej ojciec sprawiają wrażenie bardzo zżytej, choć trochę smutnej rodziny. Część fanów oburzeniem zareagowała na informację, że TCD zmienia fakty znane z życia dorosłej Carrie. Ale ja z zaciekawieniem będę obserwowała dalszy rozwój postaci Carrie i różnice jaką narodzą się między Carrie wychowaną przez ojca (TCD), a Carrie która wychowała się bez ojca (SatC).

No i jest jeszcze Manhattan, drugi główny bohater tego serialu. Ojciec Carrie załatwia jej praktyki w mieście, w firmie prawniczej. Tam nasza młoda bohaterka poznaje Larissę (Freema Agyeman z Doctor Who), redaktorkę magazynu „Interview”, która szybciutko wprowadza Carrie w świat mody, sztuki, imprez i wszechobecnego rozgardiaszu lat 80-tych. Przy okazji wspomnę, że warstwa wizualna – stroje, scenografie – są jednym z najmocniejszych elementów serialu. To dobrze, bo nie wyobrażam sobie serialu o Carrie Bradshaw bez modowych smaczków. Co prawda strach pomyśleć ile musi kosztować utrzymanie realiów w serialu – ubrania, akcesoria, cały wystrój wnętrz, nawet architektura i taksówki – ale tym bardziej warto docenić starania twórców o zachowanie autentyczności.

Odcinek pilotowy (pilotażowy? Jak się właściwie po polsku mówi??) kończy się bez rewelacji, za to w szalenie uroczym tonie. Młodziutka Carrie zaczyna zdawać sobie sprawę ze swego dorastania, ze zmian które zaczynają w jej życiu zachodzić. Pierwsze zauroczenia zarysowane w serialu, zarówno w chłopcach (Sebastian) jak i miastach (ach, Manhattan) obiecują, że w serialu przewiną się te elementy, które kojarzymy z Carrie Bradshaw najbardziej: sex and the city. Oczywiście w wersji PG-13.

Kilka drobnych uwag: AnnaSophia Robb sprawdza się wprost WYŚMIENICIE jako młoda Carrie. W pilocie było nawet kilka scen, gdzie przez jej grę – mimikę twarzy, gestykulację i sposób mówienia – wyraźnie przebijała się Sarah Jessica Parker. Nastoletnia Carrie jest bardzo podobna do swojej dorosłej, HBO-wskiej wersji: jest wygadana, troszkę butna i bardzo entuzjastyczna. Jednocześnie łatwo zaobserwować zadatki na przyszłą pisarkę, bo Carrie wbrew swej barwnej powierzchowności jest dość zamknięta w sobie (co widać w scenie pod koniec odcinka, gdy wreszcie przestaje dusić w sobie emocje związane ze śmiercią matki; mocna scena). Widać, że AnnaSophia Robb dobrze odrobiła lekcje. Nie mam wątpliwości, że z łatwością udźwignie ciężar głównej roli na swoich barkach. Dodatkowy plus dla twórców: naśladowanie stylistyki SatC poprzez włączenie w TCD voiceover’u Carrie oraz kończące odcinek ujęcie “zza okna” (fani Sex and the City mogą poczuć nutkę nostalgii).

Kolejna rzecz warta wyróżnienia (niejako podpada pod zachowanie realiów lat 80-tych): muzyka. Dawno nie słyszałam w serialu tak fajnego, a jednocześnie spójnego soundtracku. I mówcie co chcecie o tamtych czasach, ale lata 80-te były jedną z najlepszych i najciekawszych epok pod względem muzyki. Przynajmniej moim zdaniem. Nie mogę się doczekać jakie jeszcze wspaniałe kawałki uda nam się w TCD usłyszeć. Na uwagę zasługuje zwłaszcza użyta pod koniec odcinka piosenka „Girls Just Wanna Have Fun” w wersji Grega Laswella.

Nie wiem, czy serial się utrzyma na antenie. Pokolenie Sex and the City już chyba dawno wyrosło z fascynacji perypetiami nastolatek. Moje pokolenie może być trochę zbyt cyniczne, by docenić kiczowaty urok The Carrie Diaries. A z kolei  następne pokolenie jeszcze chyba nie dorosło na tyle, by znać SatC. W związku z tym nie wiem jaka grupa wiekowa/demograficzna mogłaby się zachwycić TCD na tyle, by serial miał odpowiednio wysoką oglądalność. Ja w każdym razie zamierzam dać mu szansę. Oby tylko na długo utrzymał poziom pierwszego odcinka.

———————————————————————————————————–

 A co tam słychać u rodziny Gallagherów? Co też wydarzyło się w Shameless od zeszłorocznej przerwy? Cóż, całkiem sporo.
 
Frank nadal pozostaje MIA (missing in action) i to od ponad czterech miesięcy. Oczywiście nikt za nim nie tęskni, poza biedną Debbie, która chyba nigdy w pełni nie zrozumie jak toksycznym wpływem jest Frank.
Gdzie w takim razie bytuje teraz głowa rodu Gallagherów?… w Meksyku. I nikt za bardzo nie wie, jak się tam znalazł, włącznie z samym zainteresowanym. Po kilku perypetiach próby powrotu Franka na łono Stanów Zjednoczonych kończą się wreszcie sukcesem. Nie zdradzę jak mu się to udaje (w razie gdyby ktoś jakimś cudem jeszcze nie widział odcinka), ale dość powiedzieć, że Maria Full of Graceprzy Franku to małe Miki.
Co poza tym? Rudowłosy Ian wciąż potajemnie spotyka się ze swoim starszym kochankiem, który – jak wiemy z wcześniejszych odcinków – jest w rzeczywistości ojcem Jimmy’ego. Wiadomo, że sekret ten musi wkrótce wypłynąć na światło dzienne. Osobiście nie mogę się już tego doczekać. Jestem bardzo ciekawa, jak scenarzyści to rozegrają. A ponieważ mowa o Shameless, które zgodnie z tytułem jest bezwstydne, wiele się jeszcze ciekawych rzeczy może wydarzyć. Zwłaszcza, że Mickey – „chłopak” Iana – niedługo wychodzi z więzienia.
Lip ponownie wchodzi w konflikt z prawem, ale akurat w bardzo szczytnym celu, jakim jest dorzucenie się do domowego funduszu. A’propo: kto kiedykolwiek miał radochę z oglądania walk robotów w The Big Bang Theoryniech przygotuje się na miłą niespodziankę.
Dexter byłby dumny.

Jimmy robi za Mr Mom, czym doprowadza Fionę do szału. Na szczęście, czy też niestety, w życiu Jimmy’ego znów pojawia się Arnando – ojciec Estefanii, mafioso bez skrupułów. W przeciągu paru sekund, bardzo w stylu American Psycho czy Dextera, pozbywa się Marco, chłopaka Estefanii, tym samym mieszając Jimmy’ego w swoje ciemne sprawki. Teraz już nie ma żartów – sterroryzowany przez Arnando, Jimmy musi znaleźć sobie pracę. I to legalną! Żadnych kradzieży aut, żadnych przekretów. Jimmy musi odtąd wieść przykładne, normalne życie, w razie gdyby Urząd Imigracyjny postanowił odwiedzić jego i Estefanię. Jak to się odbije na związku Jimmy’ego i Fiony? Czas pokaże. A na razie Mysz zamierza się cieszyć, że akurat jej ojciec: a) bardzo lubi jej Lubego, b) nie posiada broni. Nie uśmiechałoby mi się zmywanie uroczych czerwonych deseni ze ścian.

Meanwhile Fiona, zwolniona z kolejnej roboty, postanawia raz jeszcze spróbować pracy w klubie. Chce nareszcie zdobyć posadę menedżerki, o którą tak walczyła w zeszłym roku. I wygląda na to, że ma pewną szansę – jej szefowa jest w ciąży i po dłuższym namyśle pozwala Fionie spróbować swych sił. Efekty tego zobaczymy jednak dopiero w następnych odcinkach. Mysz już wietrzy jakąś straszną rozpierduchę.
Pozostają jeszcze Sheila i Joey, którzy wciąż opiekują się nieślubnym i upośledzonym dzieckiem Karen (o jej miejscu pobytu nic na razie nie wiemy). Widać, że sytuacja ta zaczyna ich już przerastać. Jest to wyraźnym znak, że wkrótce the shit will hit the fan, możliwe że dosłownie.
A najlepszym elementem odcinka byli Kevin i Veronica, którzy w oczekiwaniu na dziecko, próbują dorobić sobie trochę kasy… kręcąc patriotyczno-rasistowskie BDSM porno o Thomasie Jeffersonie i jego niewolnicy.
Właśnie za taki brak hamulców kocham Shameless. Zapomniałam jak bardzo lubię rodzinę Gallagherów. Daleko jeszcze do przyszłego tygodnia?

———————————————————————————————————–
Drugi odcinek Mr. Selfridge niestety troszkę opuścił poziom.

Sklep Selfridge & Co. nadal ma problemy z przyciągnięciem klienteli, więc Harry – będąc prawdziwym Amerykaniniem, przedsiębiorczym i wizjonerskim – wykorzystuje swój „can-do spirit” i postanawia wypromować Selfridge’s w dość nietypowy sposób. Mianowicie umieszcza w swoim sklepie autentyczny samolot, którym Louis Blériot przeleciał właśnie po raz pierwszy przez kanał La Manche. Żeby było ciekawiej: nie jest to wymysł scenarzystów. Harold Selfridge autentycznie umieścił monoplan Blériot’a w sklepie Selfridge’s w 1909 roku.
W międzyczasie wyjaśnia się mroczna tajemnica Agnus – ona i brat ukrywają się przed ojcem, nieudacznikiem, pijakiem i (jakżeby inaczej) domowym bokserem. Poznajemy go w tym odcinku, jako (podobno) cudownie odmienionego człowieka, który prosi córkę o “drobną” pomoc, póki nie stanie na nogi. Ani my nie wierzymy w tę odmianę, ani chyba tym bardziej Agnus, ale jak to mówią blood is thicker than water. Ojciec więc zamieszkuje razem z rodzeństwem i już na samym początku zaczyna stwarzać problemy. Wprowadza to napięcie między Agnus i George’m, które z pewnością jeszcze nie raz wybuchnie.
Skoro o George’u mowa: zaczął pracę w Selfridge & Co. jako ładowacz. Mimo ciepłego przyjęcia w grono pracujących tam mężczyzn, wprawne oko i ucho natychmiast wychwyci, że przełożony George’a ma wobec niego jakieś niecne plany. Bo choć przełożony ten jest dla George’a miły i uprzejmy, natychmiast można się zorientować, że macza palce w jakimś nielegalnym procederze. Pozostaje poczekać na kolejne odcinki, by przekonać się, co to takiego.
Mamy także rozwijające się wątki postaci pobocznych. Są więc Mr. Grove i Mrs. Mardle, którzy mimo zakazu „fraternizowania” między pracownikami Selfridge & Co., są w związku (o którym przypadkiem wie Agnus). Jest to romans podwójnie skandalizujący, gdyż pan Grave ma już żonę. Widać jednak, że postacie te są sobie autentycznie bliskie. Ich problemy sercowe – bo takie z pewnością nadejdą – mogą stać się jednym z moich ulubionych aspektów serialu.

Jest też Victor – kelner który smali cholewki do Agnus. W interesującym twiście fabularnym okazuje się, że jego przełożony w restauracji jest swego rodzaju alfonsem. Namawia on Victora do „podlizywania się” klientkom, by po pierwsze zapewnić ich przychylność sklepowi Selfridge’a, ale także czerpać z tego osobiste korzyści. I to niekoniecznie finansowej natury *znacząco porusza brwiami*. Takiego zagrania się ze strony scenarzystów definitywnie nie spodziewałam i jestem ciekawa, jak to się dalej potoczy.
Mamy także wciąż mieszającą się w nie swoje sprawy Lady Mae, która coraz bardziej zaczyna mnie denerwować. Bardzo nie lubię postaci, które lubią namieszać tylko dlatego, że np. im się nudzi, albo je to bawi. Żądam jakiegoś lepszego wytłumaczenia dla postaci Lady Mae niż tylko to, że jest znudzoną, zblazowaną, bogatą wdową.

Wreszcie wątek Henri’ego, który w sklepie Selfridge & Co. pełni funkcję naczelnego „geniusza” od wszystkiego – odpowiada za wystrój okien wystawowych, zdjęcia promujące sklep… ogólnie za stronę estetyczną. W tym odcinku dowiadujemy się, że biedny Henri czuje się niedoceniany i wykorzystywany przez pana Selfridge’a. Nie jest to samo w sobie ciekawe, natomiast interesujące jest jak prawdopodobne odejście Henri’ego z pracy wpłynie na sytuację Agnus. Z pierwszego odcinka możemy się domyślać, iż posiada ona głęboko skrywane aspiracje, by kiedyś również zająć się wystrojem okien wystawowych. Mysz jest szalenie ciekawa czy dobrze obstawia dalsze losy tej postaci.

Arystokratka i artysta bez grosza przy duszy…
*w tle rzewnie leci “My Heart Will Go On”*
Natomiast wątek Rose Selfridge i poznanego przez nią Rodericka Temple’a, biednego ale uroczego malarza, był wyjątkowo łatwy do przewidzenia. Jest to o tyle smutne, że autentycznie wzruszyło mnie – wydawałoby się udane – pożycie małżeńskie państwa Selfride’ów. A tu nie dość, że Rose zostaje zauroczona przez młodego malarza to jeszcze Harry Selfridge zaczyna już na poważnie okazywać zainteresowanie pannie Ellen Love. Sytuacja jest na tyle poważna, że Harry sprezentowuje pannie Love mieszkanie w bogatej dzielnicy. Can you say “love nest”? Tym samym – przynajmniej w moim mniemaniu – oficjalnie można uznać Ellen za kochankę Harry’ego, mimo że tak naprawdę jeszcze nie doszło między nimi do… hm, “skonsumowania” romansu. To jednak tylko kwestia czasu.