Ryan, Ryan, Bo Byan…

Mysie przemyślenia o odcinku 2×10 American Horror Story: Asylum.


 
Wczoraj, po świątecznej przerwie powróciło American Horror Story: Asylum – Ryan Murphy’s other child (jego drugie dziecko, Glee, jest w tej analogii The Popular Kid, oczywiście).
Przyznaję bez bicia, że nie wiele pamiętam z dwóch ostatnich odcinków przed przerwą (Mysz ma krótką pamięć – pomocne przy spoilerach). Z drugiej strony, nie chciało mi się marnować czasu na powtórki, więc wybaczcie, jeśli niektóre me wnioski będą zawiłe/błędne.

Pierwsze co mi przychodzi do głowy za każdym razem, gdy oglądam AHS to myśl: „Ryan Murphy. Co za fascynujący paradoks”. Z jednej strony, człowiek odpowiedzialny za muzyczno-telewizyjny fenomen ostatnich czasów – Glee. Z drugiej strony, twórca cheap NFL jerseys American Horror Story, jednego z najbardziej pokręconych, obrzydliwych, a czasem autentycznie upiornych seriali ostatnich lat (pomijając oczywiście takie np. The Walking Dead).
Naturalnie, można mieć swoje zastrzeżenia do Glee – przy czym większość osób przyznaje jednak, że pierwsze 13 odcinków pierwszego sezonu było przecudowne – ale należy oddać Ryanowi, co jego. Udało mu się odkurzyć i tchnąć życie w praktycznie zapomniany gatunek serialu, a co więcej sprawił on, że musicale znów stały się modne wśród młodzieży. Śpiewanie, czy to w szkolnym chórze czy na zajęciach teatralnych, przestało być czymś wyśmiewanym. Musicale znów stały się popularne. Nie wiem, czy na dłuższą metę wyszło nam to na dobre – Glee jest obecnie jednym z najbardziej wyśmiewanych i krytykowanych seriali, a kolejne filmy musicalowe są automatycznie gnojone i szufladkowane jako „potomkowie ery Glee” – ale patrząc na chociażby takie filmy jak Pitch Perfect(2012), pozostaje tylko mieć nadzieję.
Ciekawe wydaję mi się, że mimo drastycznych różnic między Glee, a AHS, seriale wywołują podobny efekt. Pomijając, że łączy je osoba twórcy – który chyba musi mieć wholesale NFL jerseys niezłe rozdwojenie jaźni, żeby z jednej strony robić serial o śpiewających dzieciakach w liceum, a Godiva z drugiej krwawe, groteskowe opowieści o duchach i kosmitach – oba seriale, choć z definicji niszowe (musical/horror), są szalenie popularne. Co więcej, oba seriale niejako łamią konwencję – zarówno przed Glee, jak i AHS, pomysł na stworzenie serialu-musicalu, albo horroru w odcinkach raczej by nie przeszedł. Sądzę więc, że mimo zastrzeżeń fabularno-postaciowych do Glee, i oskarżeń o niepotrzebne epatowanie okrucieństwem i groteską w AHS, oba seriale należy uznać za przełomowe i ważne. Tak więc ja, biorąc to pod uwagę, zamierzam Ryana Murphyego niezmiennie szanować i podziwiać… nawet jeśli jego postacie są durne jak but i niekonsekwentne. Albo giną jak muchy.

Dobra, koniec dygresji o mojej bezwstydnej miłości do twórczości pana Murphyego. Porozmawiajmy o wczorajszym odcinku.

SPOILERY WIELKIE, JAK KLATKA SCHODOWA W BRIARCLIFF



Hurra, Kit jednak żyje! *taniec radości*
Oczywiście, wszyscy na to liczyli, ale liczyć na coś MuhmadEmad to jedno, a mieć pewność to drugie. A Murphy i jego scenarzyści mają brzydki zwyczaj ruchania nas w tej kwestii. I to bez mydła (more na temat ruchania jako takiego in a bit).
Skoro już mówimy o Kicie [Kitcie? Jeżu, jak to pisać?] i jego cudownym… hm, przyrodzeniu, naprawdę zastanawiam się, jak scenarzyści wytłumaczą, dlaczego to akurat Kit jest dla kosmitów tak istotny. Internet może sobie żartować, że Kit ma magicznego fiuta, ale bądźmy przez chwilę poważni [tak, poważni. W rozmowie o kosmitach. OJ CICHO].
Dlaczegoakurat on? Co Kita ma takiego w sobie, że ufoludki uznały go za właściwego dawcę kosmicznego nasienia? I dlaczego zobaczyliśmy powrót Grace – i jej dziecka [Grace of GodAliens… get it?]… ale już nie Almy? Skoro podobno obie są: 1) martwe-niemartwe, 2) zapłodnione przez Kita-magiczny-penis, 3) trzymane przez kosmitów jako żywe-nieżywe inkubatory, to czemu jeszcze Almy nie widzieliśmy w świecie realnym? Czemu pojawia się tylko w wizjach? Murphy lubuje się przecież w wyciskaniu z nas łez. Dlaczego więc nie wykorzystać jedynej-prawdziwej miłości Kita i już totalnie nas dobić?… *wzruszenie ramion* we may never know.

Speaking of kids…niby rozumiem – w sensie tak charakterologicznie – dlaczego dr. Thredson tak strasznie chce mieć dzieci. Matka go nie kochała, więc on chce to wynagrodzić swojemu dziecku, być lepszym rodzicem, niż sam miał itp., itd. Ale z drugiej strony… mieć dziecko z kobietą, której wyraźnie nie cierpi? Która krzyżuje mu plany? Szantażuje go?… biorąc pod uwagę jakim jest dokładnym, uważnym mordercą powinien zrozumieć, że jest mu to kompletnie nie na rękę. Z drugiej strony, takie postacie często mimo fasady inteligencji, nie są w stanie myśleć logicznie i do wielu rzeczy podchodzą emocjonalnie. Sądzę więc, że w tym wypadku uczucia i chęć „naprawy przeszłości” wygrywają ze zdrowym rozsądkiem.
Lana Winters. You are my hero.

Still, interakcje Lana vs dr. Thredson to mój ulubiony aspekt serialu. Wiemy chociażby z Heroes, że nikt tak jak Zachary Quinto nie gra okrutnych sukinsynów. Z kolei Sarah Paulson ujmuje mnie od lat, zarówno specyficzną urodą, jak i stylem gry. Nigdy nie zapomnę uroku, jaki roztaczała w Studio 60 [aaa! Aaron Sorkin! *mdleje*], a obie jej role w AHS absolutnie zapierają mi dech w piersiach.


Jesteśmy przy temacie dobrego aktorstwa, więc naturalnie należy wspomnieć o Lily Rabe. To, co ta aktorka zrobiła z postacią siostry Mary Eunice… no brak mi słów. Za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie kompletnie zapominam, że to aktorka odtwarzająca postać. Lily Rabe całkowicie przeistacza się w niewinną, zahukaną Mary Eunice, by potem w dalszych odcinkach, przeistoczyć się w rozbawione, fascynujące, erotycznie-rozbuhane Zło, które opętało biedną zakonnicę [prawie napisałam niewolnicę, ha!]. Sama nie wiem, które wcielenie wolę. Chyba jednak Mary-Diablicę, choć były momenty, gdy z autentycznym współczuciem myślałam o biednej Mary Eunice, uwięzionej we własnym ciele i skazanej na bierne obserwowanie wszystkich zbrodni i bezeceństw, których się dopuszcza. Tym większa chwała dla Lily Rabe, że wywołała we mnie takie reakcje.
Dobrze powiedziane, ojcze Szekspirze.
Śmierć Mary Eunice to był epic fail.
Mam jednak pewne anse do plotline’u Diabła i Mary Eunice. Osobiście uważam, że nie mamy żadnej pewności, że „the Devil is gone for good”. Ale jeśli tak rzeczywiście jest, jeśli Diabeł rzeczywiście umarł wraz z Mary Eunice… to dupa. Monsignor z gifa ma absolutną rację: epic fail.
Owszem, plotline z Diabłem był momentami nużący – nawet zabawne zło zawsze.będzie.złe i prędzej czy później stanie się przewidywalne, nudne – ale biorąc pod uwagę jak tworzony był wątek, jak stopniowo ujawniany, zakończenie go teraz nie ma sensu. Tak budowano napięcie, tak insynuowano, że Diabeł ma „wielkie plany”, najpierw biskupstwo, potem Rzym, a na koniec, Pinky, zapanujemy nad całym światem, MUAHAHA… a tu nic. Lipa. Diabeł-Mary spadła z trzeciego piętra, dostała buzi od Anioła Śmierci (swoją drogą, moja ulubiona postać! Frances Conroy FTW!) i została spalona w piecu. No durne to to i antyklimatyczne jak cholera. Taki build-upnam zrobili i co? Już koniec? Eeeee… mnie się nie podoba.
Autentycznie liczę na to, że Murphy & Co. wyciągną jeszcze królika z kapelusza i Diabeł/Mary Eunice wróci.


Z kolei zakończenie wątku doktora Ardena uważam za mądre posunięcie. Postać szalonego doktora, zakochanego w opętanej zakonnicy już od jakiegoś czasu traciła polot. Oczywiście historia z Anne Frank i Nazistami była świetnie poprowadzona, ale po zamordowaniu Nazi-huntera przez Diabła-Mary, a także uznaniu siostry Jude za obłąkaną, wątek Ardena stracił na suspensie (mowa o ang. słowie „suspense”, a nie suspensie kościelnej). Co jeszcze mogło się wydarzyć? Więcej okropnych eksperymentów? Kolejne okaleczenia i tajemne operacje? Wszystko już było. A dla związku Arden/Mary Eunice nigdy nie było przyszłości. I pomijając fakt, że zabicie Mary Eunice uważam za cokolwiek głupie, podoba mi się, że wątki śmierci Ardena i jego ukochanej zakonnicy zostały powiązane. Oczywiście ironia sytuacji, w której kat-Nazista ginie spalony w piecu nie umknęła naszej uwadze. Very clever, Mr. Murphy.


Przy okazji Nazistów [that’s a sentence I never thought I’d utter], w tym odcinku niegdysiejsza siostra Jude mówi w pewnym momencie do Lany: „We’re all numbers here”. Czy tylko ja miałam nagłe wrażenie, że jest to zaowalone nawiązanie do obozów koncentracyjnych?


Chwilowy off-topic: PEPPER RZĄDZI.
Lubię jak okazuje się, że jeden z background characters ma w istocie większą rolę niż nam się pierwotnie wydawało. A to jak Naomi Grossman gra Pepper, w jaki sposób moduluje głosem, jak czyta swój tekst, jak gra… miodzio!
Wszystko co złe to przez elfy. I balwierzy.
I dziwolągi, apparently.

AHS, jak wiemy, wzbudza wiele kontrowersji. Czy It’s to ze względu na odważne sceny seksu (winylowy ludek z sezonu cheap MLB jerseys 1), czy sceny różnych obrzydliwych praktyk i tortur (biedna Shelley). Jednak największe kontrowersje w tym odcinku wzbudziła scena gwałtu dokonana przez Mary Eunice na ojcu (m/w) Szekspirze [no co? Tak go nazywam]. Mnie osobiście scena nie wzburzyła tak jak niektórych, ale rozumiem skąd taka reakcja. I mimo, że w żadnej, podkreślam ŻADNEJ rozciągłości, wypadku i sytuacji nie pochwalam gwałtu – nie ważne na jakiej płci – to scena ta, w kontekście serialu, bardzo mi pasowała. Biorąc pod uwagę, że ojciec Szeks–… to znaczy Seks–tfu!… ojciec Tim odrzucał względy siostry Jude, logiczne fabularnie jest, by to właśnie seks stał się jego zgubą.
*siedzi cicho i gryzie skraj rękawa*
*wcale nie myśli o Josephie Fiennesie*

Dla mnie scena była szalenie poruszająca… i to bynajmniej nie z takiego powodu, jak myślicie [get your mind out of the gutter, please]. Otóż zawsze uważałam, że księża nie mają w ogóle prawa wypowiadać się na temat erotyki, seksu, pożądania i czy życia „miłosnego” ludzi w ogóle.I mean, oni często nie mają na ten temat zielonego pojęcia! A jeśli już, to tylko bardzo oględnie, rzekłabym wręcz „technicznie”. Jeżeli rzeczywiście poczuli powołanie przed utratą dziewictwa i zachowali śluby czystości przez ten cały czas, to skąd mogą mieć chociaż minimalne pojęcie, o co w seksie chodzi? I nie mówię, oczywiście, o kwestiach czysto logistycznych.

Biorąc to pod uwagę, scena między Monsignorem a Mary Eunice jest fascynująca. Gdy ojciec Tim prosi Mary Eunice by przestała, jest to odruch, czy to zakorzeniony w religii, wierze czy przekonaniach. Jednak ojciec Tim zostaje zdradzony przez własne ciało, własne żądze, gdy chwilę później prosi ją, by nie przestawała. Ukazanie jak potężną siłą i pokusą potrafi być seks, zwłaszcza w kontekście klerykałów, uważam za genialne posunięcie ze strony Murphyego (który, jak wiemy, od kontrowersyjnych tematów nie stroni). Ale gwałt pozostaje gwałtem. Niech nie będzie pochwalony. Amen.

A wracając do trochę weselszych tematów – zanim zostanę zlinczowana za swój powyższy wywód przez wojujące feministki albo równie wojujących dewotów – najlepszym momentem odcinka była naturalnie halucynacja siostry Jude.
Ryan Murphy… your Glee is showing.

Piosenka „The Name Game”, towarzyszący jej układ taneczny, nasycenie kolorów w tej scenie… całość była po prostu wyjątkowa. Zarówno ze względu na to, że po prostu była urocza, jak i ze względu na swój wydźwięk. Obserwowanie, jak siostra Jude – czy też obecnie Judy – powoli osuwa się w obłęd, było wstrząsające. Zwłaszcza w wykonaniu tak wspaniałej aktorki, jak Jessica Lange (jej Tamora w filmie Titus była cu.do.wna).

A już tak z totalnie fanowskiego punktu widzenia: fajnie było zobaczyć, jak Kit się śmieje i dobrze bawi. Biedny Evan Peters. Już nie raz się skarżył, że Ryan Murphy nic tylko go torturuje, bo chyba sprawia mu to perwersyjną przyjemność. Jestem skłonna się zgodzić – pan Peters jest bardzo ładny, kiedy jest mu źle. Ale jak jest szczęśliwy to też jest cute ^_^


Podsumowanie odcinka

At first I was like this…

… but then I was like this.


PS. Podobno w odcinku padła wskazówka co do fabuły season 3. Według najpopularniejszej teorii chodzi o coś związanego z wiedźmami/czarami ze względu na piosenkę „I Put A Spell…” która leciała w odcinku. Thoughts? Theories?