Ser-skrót #1… czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.


Mysz wzięła się na ambicję i zrobiła mini-recenzje nowych odcinków seriali (licząc od czwartku 3-ciego stycznia). Naturalnie Mysz pisze tylko o serialach, które regularnie ogląda. Pełen grafik na styczeń możecie znaleźć TUTAJ.
Nie wiem, czy uda mi się takie podsumowanie robić co tydzień. Może mi się odechcieć [it wouldn’t be the first time]. Albo będę pisała bardzo skrótowo… takie miniaturowe „reaction posts” z tego zrobię. Lub po prostu będę pisała tylko o tych serialach, w których akurat działo się coś ciekawego.
Honestly, nie wiem jak to będzie. Ale miłego czytania póki co.
Mam nadzieję, że rozumie się samo przez się, że post jest PEŁEN SPOILERÓW. Zostaliście ostrzeżeni.

Czwartek 3.01.13

The Big Bang Theory 6×12 – The Egg Salad Equivalency

Odcinek jako taki był w porządku. TBBT od dłuższego czasu już trzyma poziom, a ten odcinek na szczęście nie obniżył poprzeczki. Co prawda wcale jej też nie podwyższył, ale nie będziemy mu mieć tego za złe.
Z odcinkiem tym natomiast jest związana interesująca sprawa, mianowicie kontrowersja (co w wypadku TBBT raczej rzadko się zdarza, mam wrażenie). Otóż podobno duży odsetek widzów – płci żeńskiej – uznał odcinek za obraźliwy i seksistowski.
I tu mój mózg wysiada z pociągu byle jakiego, bo moim zdaniem to bez sensu. Czy dialogi w odcinku były seksistowskie? Tak. Czy mogły zostać odebrane jako obraźliwe dla kobiet?… Dobra, okej. Mogły. Ale czy zostały napisane z taką intencją?… NIE. Zostały napisane z intencją ukazania, z resztą po raz kolejny, jaki clueless potrafi być Sheldon. Zarówno w wypadku kobiet, jak i po prostu dopuszczalnych norm społecznych, tego co wolno powiedzieć, a czego mówić nie należy. I jestem stuprocentowo pewna, że scenarzyści pisząc ten odcinek nie myśleli sobie “jak by tu dosrać kobietom w sprytny sposób, tak żeby nikt się nie zorientował?” tylko zastanawiali się “jaką durną, kompletnie wyssaną z palca, obraźliwą rzecz mógłby w tej sytuacji powiedzieć Sheldon?”. A przypominam, że Sheldon to postać fikcyjna. Rozumiem, że niektóre kobiety – i broń Borze liściasty nie mam tu na myśli tylko wojujących feministek – mogły się poczuć obrażone. Naprawdę to rozumiem.
Ale ja się obrażona nie poczułam. I uważam, że pisanie o serialu – i twórcach – że są seksistami i mają coś przeciwko kobietom, to przesada.
TO TYLKO SERIAL. Get over it. Tak tylko mówię.

Elementary 1×11 –  Dirty Laundry

Odcinki Elemantary oglądam od początku z systematycznie rosnącą przyjemnością. Oczywiście wersja BBC jest wspaniała, a Cumberbatch i Freeman są cudownym Sherlockiem i Watsonem, ale… Ale mnie się wersja z Millerem i Liu też podoba. Taka jestem tolerancyjna, a co!
Seriously though, podoba mi się zmiana w interakcji na lini Sherlock-Watson jaką wprowadza fakt, że Watson jest kobietą. Moja miłość do samej Lucy Liu jest tu totalnie beside the point. Mój podziw dla talentu aktorskiego Jonny’ego tym bardziej. Najzwyczajniej w świecie podoba mi się, jak Amerykanie kręcą ten serial. Owszem – wiele osób będzie głosić wszem i wobec, że wersja Moffata jest jedyną słuszną współczesną ekranizacją Sherlocka. I mają do tego pełne prawo. A ja i tak zamierzam Elementary oglądać i utrzymywać, że jest dobrym serialem. No i w miarę możliwości nie porównywać go z wersją brytyjską. Bo nie widzę w tym sensu. Niech każdy ogląda to, co mu się podoba. Myślę, że wtedy Cumberbatch będzie syty [hehe, Smaug joke!] i Miller cały.
A wracając do samego odcinka: fabuła z rosyjskimi sleeper agents – zwłaszcza ujęta współcześnie – wydała mi się aż nadto oldschoolowa i przez to naciągana. Czasy Zimnej Wojny i rosyjskich szpiegów ukrytych na każdym kroku już się dawno skończyły. Ale odcinek warto było obejrzeć chociażby dla cudownej i przezabawnej sceny przy hotelowym barze między Joan, Sherlockiem, a wysokiej klasy prostytutką. Miodzio!
Nadal się zastanawiam, jak scenarzyści rozegrają kwestię rychłego odejścia Joan. Czy rzeczywiście to pokażą, a potem Sherlock będzie ją próbował sprowadzić z powrotem jakimiś niecnymi sposobami? Czy może Joan zwyczajnie się rozmyśli [which would be totally lame]? Czas pokaże.
No co Ty nie powiesz, Sherlocku?
 

Niedziela 06.01.13

Once Upon a Time  2×10 – The Cricket Game

Już z czołówki odcinka mogliśmy się domyślić, że akcja będzie niejako dotyczyć Archiego (w czołówce na moment pojawia się jego dalmatyńczyk, Pongo). Nie wiem, czy ktokolwiek podejrzewał jakie machlojki i przekręty zorganizuje Cora po przybyciu do Storybrooke. Mnie w każdym razie zdziwiły jej metody. Choć, jak się przekonaliśmy, osiągnęła swój cel. Zastanawia mnie jedynie co będzie dalej? Czy wspaniała, wyrodna mamusia znów wykorzysta swoją biedną córkę, Reginę (której już od wielu odcinków strasznie współczuję i jest mi to bardzo na nie na rękę, bo lubiłam jej nie znosić)? A jeśli rzeczywiście zamierza ją wykorzystać, to w jaki sposób? No i swoją drogą: kto i jaką krzywdę zrobił młodej Corze, że stała się taką wredną mendą? Podobno mamy się tego dowiedzieć w nadchodzących odcinkach. I can’t wait.
Rozbawiło mnie w odcinku scena w której Emma i Henry nakrywają Śnieżki Margaret i Księcia Davida na “w rzeczy samej” (tak, Mysz nazywa ich per “Snow Margaret” i “Prince David”; skoro są amalgamatami postaci zarówno ze świata bajkowego, jak i Storybrooke, uznałam takie miszmaszowe imiona za adekwatne) . Scena była śmieszniejsza niż inne tego typu sceny chociażby z tego względu, że z winy klątwy Emma i jej rodzice są praktycznie w tym samym wieku. Awkward much? Ale brawa dla Księcia Davida za potraktowanie sytuacji z właściwym mu humorem i wdziękiem.
Ukłony także – jak zwykle z resztą – dla Roberta Carlyle’a, którego Mr. Gold/Rumplestiltskin pozostaje moją ulubioną postacią. Ten to nawet jak się za uchem podrapie to wiadomo, że ma w tym jakiś swój cel. Zastanawia mnie tylko, jaki jest jego cel w uczeniu Emmy kontroli nad jej talentem magicznym. Hm… jakieś teorie?
… the plot thickens.

Happy Endgins 3×08 – Fowl Play/Date

 
Wiele osób porównuje HE do świętej pamięci Friends (choć są też osoby, które bardzo się na to porównanie bulwersują; niby racja – Przyjaciele byli tylko jedni!). Rozumiem skąd takie przekonanie, ale osobiście nie uważam, by HE było podobne do Friendsów. Okej, oba seriale opowiadają o grupie znajomych i ich perypetiach związkowo-seksualnych, ale pod względem poczucia humoru i stylu HE bardziej przypomina Community. Oba te seriale garściami czerpią z pop kultury (chociażby odcinek HE gdy Max przebrał się z postać Josha Brolina z filmu The Goonies, albo cały odcinek, kręcący się wokół filmów Johna Hughesa). Co więcej zarówno Community jak i HE mają dość… hm, „niszowe” poczucie humoru. Że też nie wspomnę o wielu inside jokesi gagach, zrozumiałych tylko dla fanów, którzy są z serialem od początku (HE, w przeciwieństwie do np. How I Met Your Mother, nie robi króciutkich przypomnień na zasadzie „skąd się wziął slap-bet”, itd.)
Ale nawet biorąc pod uwagę zwariowane ramy, w jakich operuje HE, ten odcinek był cokolwiek crazy. Zwłaszcza cała akcja z Bradem, Penny i Tylerem – rasistowską papugą. Tak, rasistowską papugą. Jeśli nie oglądacie jeszcze tego serialu, radzę byście jak najprędzej zaczęli. RASISTOWSKA PAPUGA, kochani. You don’t see that every day.

Poniedziałek 07.01.13

 Miranda 3×03

 
Jejku-jej, jaki to był fajny i uroczy odcinek. Nie powiem nic więcej, bo nie chcę zepsuć przyjemności tym, którzy jeszcze go nie widzieli. Muszę jednak wspomnieć, że ten odcinek przypomniał mi, dlaczego tak bardzo lubię Mirandę (np. mój Luby nie rozumie fenomenu tego serialu; do niego on w ogóle nie trafia). Mianowicie, ideologia Mirandy idealnie zgrywa się z moim podejściem do świata. Mogę mieć ćwierć wieku na karku, ale nadal zamierzam cieszyć się życiem tyle ile wlezie. Nawet jeśli oznacza to dziwne spojrzenia ludzi. Spadajcie na bambus, sztywniacy! Nie będę przepraszać za to, że podskakuję gdy jestem szczęśliwa, śpiewam w deszczu i śmieję się głośno, czytając dobrą książkę. I tylko Was, smutasów jest mi żal. Bo ja się ze sobą dobrze czuję. A Wy możecie mi co najwyżej zazdrościć. 


Bunheads 1×11 – You Wanna See Something?

 

Bunheads wraca po NIEZNOŚNIE długiej przerwie i właściwe jedyne, czym mogę podsumować swoje wrażenia po tym odcinku to: *głębokie, rzewne westchnienie* Tak się cieszę, że Bunheadsnareszcie wróciło! *podskakuje w fotelu*
Naprawdę – jeśli ktoś lubił Gilmore Girls, powinien natychmiast nadgonić te 10 odcinków Bunheads. Dawno nie oglądałam tak ciepłego, zabawnego, a jednocześnie zjadliwego serialu. Polecam bardzo bardzo mocno!
It’s so shiny!
 

Castle 5×10 – Significant Others

Odcinek był bardzo średni pod względem samego aspektu proceudral show. Sprawa, którą rozpracowywali Castle i Beckett była dla mnie osobiście szalenie nudna. Na szczęście nie na tym mieliśmy się skupiać. Głównym nurtem fabularnym tegoż odcinka była pierwsza, stosunkowo poważna, scysja między Rickiem i Kate. Bardzo mi się podoba, że scenarzyści wciąż nie dają nam odpocząć i rzucają naszym ulubieńcom kłody pod nogi. Nikt tak fajnie nie pokazuje na ekranie swoistego push-pull dwojga silnych psychicznie ludzi, jak Nathan Fillion i Stana Katic. Tego typu zagrania, choć czasem frustrujące, mają szanse utrzymać serial na poziomie, mimo zawansowanego już wieku (5 sezon). Bardzo kibicuje Castle’owi i jego twórcom. Niechby udało im się uniknąć klątwy Moonlighting.
A swoją drogą bardzo chciałabym mieć takie włosy, jak była żona Castle’a. Rudzielce. KOCHAM RUDZIELCE.
Fassbender. Always na miejscu.

Wtorek 8.01.13

 New Girl 2×12 – Cabin

Mam znajomego, który utrzymuje, że New Girl to nowe Friends. Że jest równie dobre, jeśli nie lepsze. Osobiście nijak tego nie widzę. Ale przyznaję, że serial ma nieodparty urok. I wiem co mówię, bo wzdragałam się przed obejrzeniem go wręcz straszliwie. To nie moja wina, że wprost nie cierpię Zooey Deschanel (wolę jej siostrę Emily, która gra w cudownym serialu Bones). A gdy po obejrzeniu pilota stwierdziłam: „jeżu, co za szajs”, postanowiłam nigdy do serialu nie wracać.
Jednak ówże znajomy tak długo i skutecznie mnie namawiał do obejrzenia New Girl, że postanowiłam dać serialowi kolejną szansę. Okazuje się, że jest to jeden z tych seriali, gdzie pilot jest najgorszym odcinkiem sezonu, a potem jest tylko lepiej. Poziom serialu wzrasta wręcz geometrycznie [trochę jak pleśń w mojej lodówce].
Obecnie, będąc w połowie drugiego sezonu, uważam że serial się trochę opuścił. Mimo to nadal z przyjemnością obserwuję perypetie Jess i jej znajomych (niedawno leciał odcinek w którym Jess miała okres, a Winston bóle współczulne; leżałam na podłodze i płakałam ze śmiechu). Odcinek „Cabin” plasuje się gdzieś pośrodku skali (pomiędzy super śmieszny a odrobinę żenujący), a to przez bardzo nierówne wątki fabularne. Wątek Jess, Dr. Sama, Nicka i jego dziewczyny striptizerki, którzy wyjechali razem na weekend był śmieszny i uroczy (nie ma to jak Absynt). Natomiast cały wątek z Winstonem i Schmidtem pozostawił mi jakiś taki… niesmak w ustach. Może dlatego, że jestem wyczulona na kwestia rasowe [I blame Tumblr]. Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłym tygodniu będzie lepiej.

Go On 1×12 – Win At All Costas

Go On to zwierzę wyjątkowe, przynajmniej dla mnie. Jest to pierwszy serial z Matthew Perrym w roli głównej (guest starów w The Good Wife nie liczymy), który nadaje się jakkolwiek do oglądania. Kto widział Mr. Sunshine ten wie, jakie porażki lubią podążać tropem pana Perry’ego.
GO może nie jest dziełem wybitnym, ale ma swoje zarówno śmieszne, jak i poruszające momenty. Uważam, że serial jest uroczy, a fakt że już sam pilot serialu wycisnął mi łzy z oczu uważam za wielkie, godne pochwał osiągnięcie.
A tak naprawdę po prostu cieszę się, że znów co tydzień mogę widzieć Matthew Perry’ego na swoim ekranie. Nadal się w nim kocham. Już chyba nieodwołalnie [sorry, kochanie *patrzy na Lubego z perfidnym uśmiechem na pyszczku*].
Ale odcinek w tym tygodniu taki sobie. Bez zachwytów.
Nie umiem nie kochać tego pana.

The New Normal 1×12 – The Goldie Rush

… ehm, przepraszam. Mówiliście coś?… bo mój umysł zdominował widok nagiej klaty Matta Bomera… Poza tym w TNN bez zmian, czyli wszystko cudownie. Nic bym nie zmieniła (kocham ten serial – niestety – bezapelacyjnie).

Cougar Town 4×01 – Blue Sunday

Cougar Town po wielu przebojach powraca wreszcie na antenę… ale na zupełnie innej stacji. Na szczęście długa przerwa i zmiany w management nie zaszkodziły serialowi. Wciąż jest tak samo śmieszny i bezpretensjonalny. Oraz pełen wina.
Brawa dla ekipy CT za utrzymanie stałego poziomu. Biorąc pod uwagę ile przebojów mieli w ciągu całej swojej historii na antenie, nic tylko składać gratulacje.
Wielka butelka wina należy się im zwłaszcza za kończący ten odcinek skórt „coming up on Cougar Town”. Chyba najśmieszniejsza, najbardziej twórcza i błyskotliwa rzecz, jaką w tym tygodniu widziałam w telewizji. I tak – odtańczyłam mały taniec radości, gdy zobaczył Dawson’s Creek reunion, jakie nam zafundowano dzięki cameo Michelle Williams (zarówno Busy Philips, jak i Michelle Williams grały w cudownym, już-dobrze-moje-nastoletnie-serduszko-nie-pękaj serialu Dawson’s Creek aka Jezioro Marzeń. Kto pamięta, łapka w górę! *macha łapką w górze*)
Sam James Van Der Beek nie pamięta Dawson’s Creek.

Raising Hope 3×11 – Credit Where Credit Is Due

 Raising Hope to jeden z tych uroczych, nieskomplikowanych seriali, które lubię oglądać po ciężkim dniu. RH nie wymaga dużo myślenia, a jednak pozostaje przy tym bardzo zabawnym, inteligentnie prześmiewczym serialem. Przyznaję, miałam swoje wątpliwości gdy zaczynałam swoją przygodę z RH. Jak naśmiewanie się z biednej i głupiej amerykańskiej rodziny może być czymkolwiek innym, niż okrutnym naśmiewaniem się ze stereotypów? Serial powinien wręcz wywoływać poczucie winy. Przecież naśmiewanie się z ludzi jest nieładne *robi minę zbitego psiaka*
Na szczęście twórcy serialu zrobili z rodziny Chance’ów, owszem, ludzi niekoniecznie inteligentnych, ale za to bystrych, pomysłowych i naprawdę zżytych (pod tym względem serial przypomina mi komediową wersję Shameless). Skłonna jestem twierdzić, że niejednej rodzinie żyłoby się lepiej gdyby choć trochę upodobnili się do Chance’ów. Bo mogą oni być biedni, mogą być śmieszni, ale kochają się i są dla siebie podporą. I właśnie ten aspekt – ukazanie kochającej się rodziny, w której życiu nie brak problemów wielkich i małych – sprawia, że z taką przyjemnością co tydzień oglądam ten serial. Do tego dochodzi Garret Dillahunt, który tak wspaniale gra Burta: mężczyznę kompletnie clueless, ale o prawdziwie złotym sercem. Serio uważam, że pan Dillahunt powinien za swoją rolę w RH zgarnąć jakąś nagrodę. Partnerująca mu Martha Plimpton też ma niczego sobie komedią smykałkę (możecie ją kojarzyć m.in. z guest starów w The Good Wife, gdzie również widać przebłyski jej komediowego talentu).
Ten odcinek był wyjątkowo miłym zaskoczeniem. Twórcy RH w przypływie geniuszu – i świetnego chwytu marketingowego – użyli autentycznego DeLoreana jako metafory dla „podróży w czasie”. Co więcej udało im się namówić Christophera Lloyda – Doc z serii Back to the Future – by pojawił się w odcinku w małym cameo. Było to tak urocze i sprytne zagranie, że ten odcinek z pewnością można uznać za jeden z lepszych w ponad 2-sezonowej historii serialu. Tak więc polecam gorąco!
Moja miłość dla Back to the Future
przekracza wszelkie granice dobrego smaku.

 Happy Endings 3×09 – Ordinary Extraordinary Love

 
Z nieznanych mi powodów w tym tygodniu zafundowano nam dwa odcinki HE. Ja narzekać nie zamierzam. Zwłaszcza, że duża cześć odcinka skupiała się na postaci Maxa, który jest moim ulubieńcem. Zanim zaczną się pytania: tak, Max jest moim ulubieńcem, bo jest gejem. Nie zamierzam się z tego tłumaczyć, ani za to przepraszać. Rzekłam.
Tym razem HE wzięło się za parodiowanie homoseksualnych subkultur – twinks, bears, queens, itd. – gdy Max, razem z Jane i Derrickiem, próbuje odnaleźć swój gejowski stereotyp. Niestety – czy też moim zdaniem na szczęście – Max jest na tyle wyjątkowy, że zamiast dopasować się do cudzych stereotypów, stwarza własną „subkulturę”. Tkwi w tym ładna, szersza metafora: jeśli nie pasujesz do jakieś grupy, stwórz własną. Może to ciut zbyt głęboki morał by wyciągać go z tak, przyznaję, kiczowatego serialu (który często balansuje na granicy farsy), ale podoba mi się takie przesłanie. Nawet jeśli tak się składa, że sama je sobie wymyśliłam, a odcinek posłużył mi jedynie za inspirację.
Fabularnie HE znów zostało podzielone na kilka wątków:
1) Max, Jane i Derrick – W Poszukiwaniu Brakującego Stereotypu,
2) Dave i Brad – Pobawmy się w domorosłych elektryków. Badźmy prawdziwymi mężczyznami! (którzy zupełnie przypadkiem wyglądają jak The Village People”)
3) Penny i Alex – Katastrofa PR czyli wszyscy mamy uczucia.
Fajne w odcinku było to, że nie tylko z wątku Maxa można było wyciągnąć pewien morał. Tak więc, podsumowując:„if the stereotype doesn’t fit, make your own
”, men will always be men” oraz „celebrities are people, they have feelings too”. Weźcie sobie te słowa do serca, kochani.

Środa 09.01.13

 American Horror Story 2×11 – Spilt Milk

 
Ten odcinek – z nieznanego mi powodu [*kaszl* lenistwo *kaszl*] – nie zasłużył sobie na pełen wpis tak jak odcinek z zeszłego tygodnia. Zamiast tego będzie skrót Myszowych myśli:
AHSwielokrotnie wywoływało we mnie reakcje pt: „WTF?!”. Ale ten odcinek jest chyba wisienką na torcie. Sceny między „Johnnym” a prostytutką… no padłam. Nie wiedziałam nawet za bardzo gdzie oczy podziać. Było to szalenie mocne zagranie. Brawa dla scenarzystów.
Przyznaję również, że odcinek ten zrobił coś, co nie łatwo zrobić. Mianowicie wyrwał z Mysiego ryjka autentyczny wrzask: „GET IN THE FUCKING CAR!!!” (dotyczy oczywiście sceny, gdy Lana powoli schodzi do taksówki). Bardzo często mówię do ekranu, gdy oglądam serial lub film – wcale się tego nie wstydzę. Ale jednak rzadko wrzeszczę. Pod tym względem odcinek był pamiętny.
Z tego miejsca chciałabym znów zaznaczyć, jak wspaniałą postacią jest dla mnie Lana i jak bardzo jej kibicuję (mimo jej wielu wad, np. jej początków w Briarcliff i tego, jak nakablowała na Kita). Ale radość, jaką miałam oglądając wszystkie sceny Lany w tym odcinku… po prostu nie może być ujęta w słowa. Cóż za opanowanie, cóż za wyrachowanie… Cóż za gra aktorska! Sarah Paulson powinna dostać WSZYSKTIE nagrody. To moja bohaterka. I to nie tylko dlatego, że będąc lesbijką zagrała tak kontrowersyjną, a zarazem ważną rolę. Po prostu uważam, że jest wspaniałą aktorką i cudowną osobą. I życzę jej w życiu i karierze jak najlepiej [ta wypowiedź nie liczy się jako lizusostwo, bo pani Paulson nidy jej z pewnością nie przeczyta. Więc mogę się ślinić do woli].
Chwila niepowagi: naprawdę nie rozumiem jakim cudem oczy Josepha Fiennesa nie wypływają mu na policzki. Przecież one są takie ogromne i… mokre. Dosłownie jak oczy jelonka. Nic tylko go przytulić… albo zastrzelić mu mamę *złowieszczy śmiech*
Ehrm, back to the point: fajnie widzieć Kita szczęśliwego. Ale oczywiście Ryan Murphy musiał mu rzucić kłodę pod nogi. Jasne, sama wołałam o powrót Almy, ale w tej sytuacji widzę tu tylko i wyłącznie problemy. A ja naprawdę bym chciała by Kit był wreszcie 100% szczęśliwy.
Pytanie retoryczne: czy tylko ja dopiero W TYM  odcinku zauważyłam, jak dużą rolę w tym serialu gra muzyka? Nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, ale najwyraźniej pieczołowitość z jaką wybiera muzykę nigdy pana Murphy’ego nie opuszcza. Mr. Murphy… your Glee is showing again.

Suburgatory 2×08 – Black Thai

Odcinek wart obejrzenia chociażby po to, by zobaczyć jak Jeremy Sisto (kto pamięta tego pana za lat młodzieńczych w Clueless?) próbuje tańczyć hip-hop. Myślałam, że kwiknę.
Ale po prawdzie to ten odcinek nie umywa się do odcinka 2×07, który leciał jako ostatni odcinek przed grudniową przerwą. Był to – obviously– odcinek świąteczny… i to chyba jeden z najlepszych odcinków świątecznych, jakie zdarzyło mi się widzieć w telewizji. Nic bym w nim nie zmieniła. Był idealny. Obejrzyjcie koniecznie.
No to co, że jest styczeń?!
Ja mogę Love Actually oglądać cały rok!
 

Czwartek 10.01.13

The Big Bang Theory 6×13 – The Bakersfield Expediticion

I znowu w Internecie wrze. Apparently wiele kobiet geeków/nerdów (do których śmiem się zaliczać) ma za złe twórcom TBBT propagowanie stereotypu, że kobiety nie czytają komiksów, a co więcej: nie kumają o co z nimi chodzi. Co gorsza, twórcy śmieli insynuować, że dziewczyna będąca w związku z facetem, który ma fisia na punkcie komiksów, nigdy by do takowych nie zajrzała.
Znowu chyba jestem poza marginesem jakimś, bo w ogóle nie rozumiem o co tu się rozchodzi.
Czy są takie dziewczyny? Takie, które nie interesują się wcale-a-wcale hobby swojego faceta, po prostu „nie bo nie”? Są. Czy od początku serialu dawano nam do zrozumienia, że ani Penny, ani Amy, ani Bernadatte nie rozumieją swoich mężczyzn w kwestiach zainteresowań? Tak. A wię pytam się: co w tym jest:
a) tak strasznego,
b) nowego?
I mean, didn’t we know this already?
Naprawdę nie rozumiem w czym problem. Czy istnieją dziewczyny takie, jak zostało to pokazane w serialu? TAK. Czy to znaczy, że twórcy mówią iż WSZYSTKIE kobiety takie są?… NIE. A jeśli Wy uważacie inaczej, to pokażcie mi kurde, gdzie to jest powiedziane.
Bo fakt, że Penny, Amy i Bernadette są takie, a nie inne, nie tworzy żadnej reguły. To, że chłopcy z TBBT są przyzwyczajeni do tego, że kobiety się nie interesują komiksami jest PRAWDZIWE. Są takie kobiety. A najwyraźniej tylko z takimi kobietami chłopcy mieli do tej pory styczność (miałoby to sens fabularnie). Serial pokazuje tylko PRAWDZIWE REALIA WYMYŚLONEGO ŚWIATA I ZAMIESZKUJĄCYCH GO BOHATERÓW. Nie jest to serial dokumentalny. On nie pokazuje prawdziwego świata!
Czy chciałabym, że pokazano w serialu prawdziwe geek-girls i nerdettes? Borze Liściasty, TAK. Czy zamierzam robić szum, gdy takich postaci nie ma, a zamiast tego pojawiają się FABULARNIE SPÓJNE wątki dotyczące już nam znanych postaci?… Nie.
A wiecie dlaczego? Bo dla mnie ta cała sytuacja przedstawiona w serialu była po pierwsze zabawna, a po drugie prawdziwa. Znam wiele dziewczyn, które nie dość, że mają takie same podejście („jego hobby jest dziwne i mnie nie interesuje”), to pewnie miałyby bardzo zbliżone reakcje po przeczytaniu paru komiksów, jak Penny, Amy i Bernie.
A to, że ja czytam – niektóre, podkreślam NIEKTÓRE – komiksy? Że być może nie jestem reprezentowana w telewizyjnym serialu jako subkultura? Że NIEWAŻNE CO LECI W TELEWIZJI faceci i tak będą wątpili w moje geekostwo? To, kurwa, przepraszam co z tego? Nie, serio. Co z tego? Ja jestem geekiem/nerdem, bo kocham nim być. Robię to dla siebie, a dzielenie się miłością do popkultury z innymi to tylko dodatek. Jeśli ktoś wątpi w to, czy jestem tru nerd, hak mu w smak. A tak w ogóle dorzucę swoje trzy grosze do dyskusji o tru nerdach: O MÓJ BOŻE ZLEŹCIE Z TEGO TEMATU. Im bardziej się bronicie, tym gorzej się dzieje. Po prostu róbcie swoje i bawcie się dobrze, dziewczyny!
Nie wymądrzam się, ale mnie z takim podejściem dobrze. Ale oczywiście Wam nie musi być. Ja tylko mówię what works for me.
Ale naprawdę: wolna droga. Róbcie co Wam się żywnie podoba.
Tak tylko myślałam, że się wypowiem.
A TBBT będę oglądać nadal, z wielką przyjemnością. Bo jest zabawny. I to mi wystarcza.
Ignorance is bliss.
It’s also everywhere.

Elementary 1×12 – M.

“Moriarty”.
Powiem krótko: WIEDZIAŁAM. Wiedziałam, że Vinny Jones (którego kochamy, of course) to nie Moriarty. Ale tego, że gra Sebastiana Morana to się nie spodziewałam. Chociaż w sumie powinnam. Jeżu, fandom BBC Sherlock pewnie drapie ściany z frustracji, że Amerykanie znowu kopiują po Brytyjczykach.
Odcinek był prześwietny. Myślę co prawda, że Jonny Lee Miller musiał być ostro przeziębiony – czy ktoś jeszcze zauważył, że cały odcinek ma bardzo niski głos, niższy niż zwykle i jakby problemy z oddechem? – ale nie przeszkodziło mu tu wspaniale zagrać Sherlocka; wpierw żądnego zemsty, później psychicznie pokonanego. Scena końcowa między Joan a Sherlockiem… och, be still my beating fandom heart. I tak jak wcześniej uważałam, że lamerskie będzie jeśli Joan zostanie z Sherlockiem bo się zwyczajnie rozmyśli, tak teraz zmieniam zdanie. Scenarzyści cudownie to rozegrali!
Ciekawam także kto będzie grał Moriarty’ego. Skoro Vinny Jones był Moranem, casting na Moriarty’ego musi być równie zajebisty.
No i brawa za końcową piosenkę w odcinku. Seriously: bravo!
PS. Sprawdziłam w Internecie i według zarówno kanonu, jak i fanonu, ojciec Sherlocka raczej nie miał imienia na literę „M”. A w mailu, który Holmes-ojciec przysyła Joan widać wyraźnie „from M. Holmes”. Moja teoria: MYCROFT, bitches. Jeszcze się nie pojawił, a chyba powinien, prawda? Kto jeszcze myśli, że to możliwe? Mysz chętnie podyskutuje o spiskowych teoriach.
Me. Every single day of my life.
To tyle na ten tydzień. Dziś nowy odcinek Mr. Selfridge, ale chyba omówię go w oddzielnym poście.
Od niedzieli wieczór dochodzi nam do grafiku powracające Shameless (US) – rodzino Gallagherów, pójdź w me ramiona! – a w poniedziałek zaczyna się nowy serial The Carries Diaries. Ani ważcie się mnie oceniać! Lubię seriale młodzieżowe, lubiłam Gossip Girl i widziałam cały Sex and the City. Zamierzam przynajmniej dać The Carries Diaries szansę.

See you all next week… I hope.