Cult i Zero Hour – o nowych premierach.

Z nowymi serialami nigdy nie wiadomo – czy warto inwestować w nie czas? Mysz doradza i recenzuje pierwsze odcinki “Cult” i “Zero Hour”.


Wczoraj nareszcie udało mi się nadgonić dwa nowe seriale, które pojawiły się jak grzyby po deszczu. Żeby za nimi wszystkimi nadążyć naprawdę trzeba być chyba bezrobotnym, albo mieć Zmieniacz czasu, jak Hermiona w Harrym Potterze.
Ponieważ oba seriale miały stosunkowo udane piloty – i mają szansę przekształcić się w zarówno całkiem fajne serie, jak i tzw. cult following TV shows – chciałam o nich parę słów napisać.
Jeśli nie oglądaliście jeszcze pilotów Cult oraz Zero Hour, radzę dalej nie czytać bo będą SPOILERY (minimalne). No chyba, że to Wam nie przeszkadza. W takim wypadku hulaj dusza, piekła nie ma i serdecznie zapraszam. Howgh!

Cult

 

Serial stacji The CW – odpowiedzialnej za takie kochane koszmarki, jak Supernatural, The Vampire Diaries czy chociażby zmarłe już śmiercią naturalną Smallville – bardzo przypomina swoich braci i siostry. Już sama obecność w nim Matthew Davisa (Alarica z The Vampire Diaries) przywodzi nieodzowne na myśl skojarzenia z serialem o wampirach w cichym, spokojnym, amerykańskim miasteczku Mystic Falls.
 
W Cult Matthew Davis gra dziennikarza, Jeffa Seftona, którego brat Nate nagle znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Jedyny trop, jaki ma Jeff, by odnaleźć brata, to tajemniczy i cult-owy (see what I did there?) serial pod tytułem „Cult”. Z pomocą asystentki produkcji, która pracuje przy serialu, niejakiej Skye (Jessica Lucas, która najwyraźniej grała w The Covenant, She’s The Mani Cloverfield, a której w ogóle nie pamiętam), Jeff zaczyna się orientować, że z serialem związana jest masa dziwnych zdarzeń i tajemniczych zniknięć. Jeff i Skye wspólnie spróbują odnaleźć Nate’a i rozwikłać, na czym dokładnie polega sekret serialu „Cult”.
Matthew Davis i Jessica Lucas.
To tyle słowem wstępu i krótkiego streszczenia fabuły; skupmy się na szczegółach. Choć stacja The CW nie słynie z wybitnego poziomu aktorstwa, obsada Cult sprawia się całkiem nieźle. Choć Matthew Davis gra praktycznie tę samą postać co w The Vampire Diaries, a Jessica Lucas ma tyle ekspresji co nie przymierzając kot z zatwardzeniem (mam usilne wrażenie, że jest wyznawczynią szkoły aktorstwa Joey’a Tribbianiego – „smell the fartacting), ich postacie są ładnie i szybko w pilocie nakreślone. Ciekawiej wypadają osoby związane z „Cult”, czyli serialowym show-within-a-show. Swoją drogą bardzo mi się podoba pomysł na zrobienie serialu-w-serialu; to takie Szekspirowskie. Mamy więc Roberta Kneppera (znanego przede wszystkim z Heroes, Prison Break – którego Mysz nie widziała – oraz Carnivale), który gra aktora Rogera Reevesa, a ten z kolei w serialu „Cult” gra Billy’ego Grimma – lidera tyłowego kultu (gwoli wyjaśnienia dodam, że gdy piszę Cult boldem to mam na myśli serial główny, a „Cult” w cudzysłowie oznacza serial-w-serialu). Postać Billy’ego Grimma szalenie przywodzi na myśl rolę Samuela Sullivana, przywódcy grupy cyrkowców z tajemniczymi mocami, którego Knepper grał w Heroes. Na szczęście Knepper jest niezmiernie charyzmatycznym aktorem – dzięki temu powtarzalność roli Billy’ego nie mierzi. Oczywiście należy tu wspomnieć, że Cultautomatycznie wypada blado przy innym, obecnie wyświetlanym, „kultowym” w tematyce serialu, czyli The Following. Ach, gdyby Robert Knepper grał w The Following mielibyśmy zupełnie inną dyskusję.

Ale wróćmy do Cult. Występuje w nim też znana z Supernatural Alona Tal, która tutaj gra aktorkę Marti Gerristen, która z kolei w „Cult” gra Kelly Collins – policjantkę, która kiedyś należała do kultuy Billy’ego, a teraz go ściga. Strasznie to wszystko skomplikowane, prawda? W niewielkiej (jak na razie) roli pojawiają się jeszcze znajome twarze: Andrew Leeds (który w Bonesostatnio wspaniale gra Christophera Pelanta, głównego złego serialu) jako jeden z producentów serialu, Marc Segal, oraz Aisha Hinds (znana ostatnio z True Blood) jako detektyw Sakelik, która bada sprawę zaginięcia Nate’a.

Robert Knepper i Alona Tal.
Pilot jest ciekawe skonstruowany – praktycznie każdy nie jest tym, za kogo się podaje, niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, serial „Cult” ma jakiś chory, niemalże magiczno-hipnotyczny wpływ na swoich fanów, a największe podejrzenia padają na twórcę serialu, niejakiego Stevena Rae – tajemniczego odludka, którego na razie nie poznajemy, ale który wydaje się najważniejszą postacią w tej plątaninie dziwności.

Ani zamysłowi serialu, ani jego wykonaniu nie mam nic do zarzucenia. Fabuła jest intrygująca i wciągająca, zaś tajemnica i twisty fabularne są odpowiednio dawkowane. Widać że twórca Cult, Rockne S. O’Bannon (twórca Farscape’a, Alien Nation oraz nadchodzącego Defiance)  ma na swój serial całkiem niezły pomysł.

Muzyka, jak zwykle w wypadku stacji The CW, świetnie współgra z serialem („Crystalised” The xx wspaniale wykorzystane!), a kinematografia pilota – ciekawe ujęcia, oświetlenie, różnica barw między fabułą właściwą a fabułą serialu-w-serialu, szybki montaż pewnych scen – jest na bardzo przyzwoitym poziomie.
Co z tego jednak, jeśli obejrzawszy Cult zrobiłam jedno wielkie pffffft, poczym pomyślałam „no fajnie, tylko co z tego?”.

Serial na tyle mocno klimatem przypomina Supernatural czy The Vampire Diaries, że oglądając go ma się wrażenie powtórki z rozrywki. Tym bardziej jeśli ogląda się także The Following (co Mysz, jak Wam wiadomo, robi).
Czy więc mimo to serial polecam?… Tak. Obejrzyjcie pilota i sami przekonajcie się, czy Cult Wam pasuje. Ale coś czuję, że bardziej opłacalne będzie poczekanie aż wyjdzie cały pierwszy sezon i potem obejrzenie wszystkiego hurtem. Mysz w każdym razie zamierza tak zrobić. Więc na razie witaminka C między kolanka i ściskamy, jak to mówi Marta Madera. Bierzemy Cult na wstrzymanie. Zobaczymy kto się pierwszy złamie – oni, tworząc naprawdę angażujący serial, czy ja, przekonując samą siebie, że w gruncie rzeczy odgrzewane kotlety też potrafią być pożywne.
Obśmiałam się, gdy w jednej ze scen Cult, w kafejce w której fani mogą oglądać
swoje ukochane seriale, na ekranie telewizora pojawiły się ujęcia z Supernatural.
Zawsze wiedziałam, że The CW to jedno wielkie kółko wzajemnej adoracji!

Zero Hour

O jeżu. Tak jak Cult przypomina swoich braci i siostry ze stajni The CW, Zero Hour powinno się zastanowić nad płaceniem tantiem Danowi Brownowi. Serial aż krzyczy „patrzcie! Jestem odcinkową wariacją na temat Aniołów i Demonów!” *facepalm*
Nie zrozumcie mnie źle – nic mnie tak nie kręci, jak porządnie zrobiona spiskowa teoria dziejów. Co ja mówię „porządnie zrobiona”! Jakakolwiek spiskowa teoria dziejów od razu przyspiesza mi puls. Książki Browna wręcz pochłonęłam i bardzo je lubię (szkoda tylko, że za drugim razem nie robią już takiego wrażenia) – to tak żeby nie było wątpliwości.
Anthony Edwards, Addison Timlin, Scott Michael Foster.
Na czym więc polegają mankamenty Zero Hour?… przede wszystkim szwankuje aktorstwo. Mimo całej mojej miłości dla Anthony’ego Edwards (słynnego doktora Greene’a z ER), nie widziałam w jego roli Hanka Gallistona ani krzty emocji czy zaangażowania. Również inne postacie/aktorzy wypadają w serialu blado – Addison Timlin jako Rachel i Scott Michael Foster jako Arron, współpracownicy postaci Hanka, to typowi young sidekick, którzy choć między sobą mają zalążek ciekawej chemii, służą jedynie po to, by Hank nie rzucał swych słów w pustą przestrzeń. Michael Nyqvist (szwedzka trylogia Millenium, ostatnio także Mission Impossible: Ghost Protocol) jako big bad serialu – niejaki White Vincent – jest sztandarowym „niezniszczalnym”, genialnym, nieuchwytnym złoczyńcą, a w rzeczywistości przypomina bardziej Ernesta Blofelda, który z perfidnym uśmieszkiem głaszcze leżącego na kolanach kota i rzuca puste groźby. Jego postać szalenie przywodzi mi na myśl wszystkich bad guys jakich widzieliśmy w filmach przygodowych typu Tomb Raider czy Indiana Jones. Z kolei jego „tajemnicze” pochodzenie wydaje się równie płytkim zagraniem, co zrobienie z morderczego assassyna albinosa w „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Oczywiście liczę na to, że w późniejszych odcinkach „tajemniczość” pochodzenia Vincenta zostanie jakoś wyjaśnione. I niech to nawet będą magiczne wyjaśnienia – byle pasowały do kontekstu i idei serialu.
Michael Nyqvist.
Skoro o tym mowa, chyba pora streścić o co w serialu chodzi. Otóż jest sobie Hank Galliston (Anthony Edwards), wydawca magazynu „Modern Skeptic”, skupiającego się na wszelkiego rodzaju paranormalnych historiach. Jego żona Laila (Jacinda Barrett; Suits) – zegarmistrz z zawodu (!!!) – kupuje na ulicznym straganie tajemniczy zegar, a wkrótce potem zostaje porwana. Hank, przy pomocy swoich współpracowników, Arrona i Rachel, oraz znajomego księdza (Charles S. Dutton) próbuje odkryć na czym polega sekret zegara, którego tak strasznie pożąda porywacz Laili, niejaki White Vincent. Oczywiście okazuje się, że ów Vincet jest złoczyńcą najwyższej wody, poszukiwanym przez FBI, które natychmiast próbuje się wtrącać w sprawy Hanka. Nie zdradzając zbyt wiele z reszty fabuły pilota – bo akurat wątek spiskowej teorii dziejów jest w serialu, jak na razie, najmocniejszy – dość powiedzieć, że Hank wkrótce dowiaduje się, że nie tylko musi uratować swoją żonę, ale także cały świat przed zbliżającym się kataklizmem.
Anthony Edwards i Jacinda Barrett.

Ci, którzy widzieli pilota wiedzą, że wcale nie przesadzę gdy powiem, iż Zero Hour, im dalej tym bardziej, trąci zarówno książką „Anioły i Demony” jak i „Kod Leonarda da Vinci” Browna. I to STRASZNIE.
Ale ponieważ tak jak mówiłam Myszy w to graj, a dobrą spiskową teorię dziejów trudno ostatnio w telewizji znaleźć (no, chyba że w Supernatural*chichot*), z pewnością dam Zero Hourszansę. Mam jedynie nadzieję, że twórcom uda się przez 13 tygodni utrzymać stabilny, interesujący poziom intrygi. Bez tego, jak na razie, Zero Hour ma niestety niewiele do zaoferowania.
Dziwne. Po Paulu Scheuringu – twórcy Prison Breaka – spodziewałam się jednak więcej.