Komu uderza piorun? – Struck by Lightning

Mysz nie spodziewała się, że film według scenariusza Chrisa Colfera okaże się takim zawodem.


Na Struck by Lightning miałam oko właściwie od momentu gdy w Internet poszła wiadomość, że Chris Colfer (Kurt Hummel z Glee) zamierza napisać scenariusz filmowy. Pomijając moją ogromną miłość do postaci Kurta, sam Chris również nie jest mi obojętny – z wielu widzianych z nim wywiadów wnioskuję, że jest to cudowny młody człowiek. Inteligentny, bystry, zabawny… i zadziwiająco cyniczny, jak na kogoś w tak młodym wieku i o takiej popularności. Dlaczego jego cynizm mnie dziwi? Może mylnie, ale uważam, że z zasady aktorska młodzież jest często dość zahukana, a jednocześnie rozemocjonowana pracą w show-biznesie. Ale może myślę o czasach gdy rzeczywiście tak było – lata 80-tych i 90-tych, gdy dziecięce i młodzieżowe gwiazdy prędko lądowały w brukowcach lub na odwyku. Życie celebrity ich przerastało. Może właśnie pewne „odsunięcie”, odseparowanie się od medialnego szumu wokół własnej osoby to to, co współczesnym młodym gwiazdom pozwala zachować twarz i trzeźwe myślenie. Zamiast brać narkotyki, biorą udział w marszach charytatywnych. Zamiast szaleć na imprezach, idą na studia. Czyżby więc cynizm Chrisa Colfera był swoistym lekarstwem na jego zwariowany tryb życia? Czy po prostu chłopak ma taki charakter?
Trudno powiedzieć? Obie teorie to tylko Myszy spekulacje. Natomiast z pewnością mogę powiedzieć, że nieważne skąd ten cynizm pochodzi jest na tyle silny, że wręcz wypływa każdym pixelem filmu Struck by Lightning.
Od razu zaznaczę, że o fabule filmu wiedziałam tylko tyle, ile pokazuje trailer. Nie czytałam ani książki, która powstała na podstawie filmu, ani żadnych jego streszczeń.

UWAGA: OGROMNY SPOILER
już w pierwszej linijce pod ostrzeżeniem.

Nie wiedziałam więc, że film zaczyna się od śmierci głównego bohatera. To natychmiast źle mnie do filmu nastawiło. To jednak akurat nie jest winą Colfera tylko książki, którą obecnie czytam (opowiem o niej innym razem). W każdym razie nie spodobało mi się, że oglądając cały film nijak nie byłam w stanie sympatyzować z jego bohaterem; nie mogłam się z nim „połączyć” emocjonalnie, thereforenie obchodziły mnie jego perypetie, zmartwienia, problemy. No bo czemu niby mam się do niego przywiązywać skoro wiem, że i tak zaraz zginie? Widzę tu fundamentalny błąd logiczny. Możliwe, że to rozwiązanie fabularne tak bardzo mnie zszokowało, bo nic o nim nie wiedziałam. Kompletnie się go nie spodziewałam. No bo skąd miałam wiedzieć, że tytuł filmu należy brać DOSŁOWNIE.
Oczywiście rozumiem, że jest to zabieg nieprzypadkowy – ma potęgować pokazane w filmie uczucie beznadziei, nieuchronności pewnych wydarzeń, niesprawiedliwości losu i świata. Rozumiem. Ale jestem zdania, że nastolatki mają dość zamieszania w głowie bez podrzucania im takie depresyjnych filmów.
 
Bo film jest depresyjny. Mamy głównego bohatera, Carsona Phillipsa (Chris Colfer), który chce być sławnym dziennikarzem, a zamiast tego jest szkolnym wyrzutkiem, wyśmiewanym i pogardzanym. Carson chce iść na wymarzoną uczelnię, ale nawet szkolna guidance counselor nie bardzo wie jak urzeczywistnić jego marzenie. Jest też matka Carsona, Sheryl (Allison Janney, The West Wing), która od rozstania z mężem – ojcem Carsona, Nealem (Dermot Mulroney, My Best Friend’s Wedding) – stała się pustelnikiem, nafaszerowanym prochami i wyraźnie nieszczęśliwym ze swojego życia. Właściwie jedyne miejsca gdzie Sheryl widzimy to jej dom, gdzie przesiaduje w ciemnościach, gabinet terapeuty – gdzie dostaje kolejne recepty – i apteka, gdzie recepty wykupuje. Tam natyka się na April (Christina Hendricks, Mad Men), która jest w ciąży. Jak się okazuje April jest narzeczoną Neala, a dziecko jest jego. Dun-dun-DUN.
Dermot Mulroney i Christina Hendricks.
 
Myślicie sobie: okej, ale może chociaż April i Neal są ze sobą szczęśliwi?…. Not really. A czy zapomniałam wspomnieć, że babcia Carsona, jego najukochańsza osoba na świecie, ma Alzheimera i kompletnie nie poznaje swojego wnuka?… No to teraz o tym wspominam.
Do tego należy dodać wszystkich młodych ludzi, z którymi Carson uczęszcza do szkoły, m.in.: Malerie Baggs (Rebel Wilson, Pitch Perfect), która wszędzie chodzi z kamerą wideo – kolejny wyrzutek; Claire Matthews (Sarah Hyland, Modern Family) – główna cheerleaderka i przewodnicząca samorządu szkolnego; Remy Baker (Allie Grant, Suburgatory, wcześniej Weeds) – edytorka szkolnego yearbook; czy Scott Thompson (Graham Rogers) – przewodniczący kółka dramatycznego i oczywisty gej.
Sarah Hyland (w środku), Allie Grant (po prawej).
Pan po lewej jest nieistotny.
 
Wszyscy ci młodzi ludzie to – naturalnie – chodzące stereotypy. Carson nieskutecznie próbuje ich pobudzić do życia, pokazać że świat nie kończy się na szkole średniej, że studniówka i kółka zajęć, a nawet czyjaś popularność, to naprawdę nie są rzeczy na których warto „zawieszać” całe swoje życie, całe swoje jestestwo. Ale kto by tam słuchał szkolnego wyrzutka?
Chris Colfer.
Jedno Carsonowi muszę przyznać. Choć postać trudno polubić – jego cynizm, choć momentami zabawny, bywa naprawdę odstręczający – nie da się jej nie szanować. Carson to młody człowiek, który rzeczywiście się nie poddaje, czy to w bitwach werbalnych, czy życiowych. Jeśli jest coś, co mi się w tej postaci podobało to to, że nigdy nie da się go zagadać – nawet jeśli jego rozmówca ma rację i wytyka mu autentyczne wady jego charakteru, Carson nie siedzi cicho. Bunt aż z niego wystrzeliwuje (co jest ładnym nawiązaniem do tytułowego pioruna) i jak na tak cynicznego chłopaka, Carson potrafi z wielką pasją i przekonaniem mówić o tym, na czym mu zależy. Trudno nie podziwiać postaci, która mimo etykietki szkolnego nieudacznika i wyrzutka wciąż walczy o swoje. Nawet jeśli musi uciekać się do szantażu.
Obecność Allison Janney?
Always a good thing!
Więcej o fabule nie powiem, żeby ci którzy filmu nie widzieli – ale i tak czytają posty pełne spoilerów – mieli szansę na choć minimalne zaskoczenie. Powiem za to dwa słowa o obsadzie: bardzo dobra. Pod tym względem nie mam filmowi nic do zarzucenia. Mimo wad głównego bohatera, Chris Colfer gra go bezbłędnie i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że akurat ja nic w tej postaci z Kurta Hummela nie widziałam. Co oczywiście się młodemu Chrisowi bardzo chwali. Allison Janney jako matka Carsona była wspaniała (zwłaszcza w końcowych scenach filmu), ale Allison jest ZAWSZE wspaniała (kto pamięta jej niewielką, ale cudowną rolę w 10 Things I Hate About You?). Dermot Mulroney jest odpowiednio bezbarwny – i pomyśleć, że kiedyś uchodził za filmowego amanta – a Christina Hendricks urocza i wielkooka. To że akurat Mysz ma ochotę pani Hendricks dać w papugę za każdym razem jak ją widzi na ekranie… to już insza inszość. Wynika raczej z osobistych preferencji estetycznych niż czegokolwiek innego. I wiem: nieładnie oceniać ludzi po wyglądzie. Ale myślę, że w zaciszu własnego bloga mogę się raz na jakiś czas wypowiedzieć na temat swoich aktorskich antypatii. Skoro o tym mowa… nie rozumiem zachwytów Rebel Wilson. Jej rola w Pitch Perfect nie denerwowała mnie jakość wyjątkowo, ale i tak uważałam ją za bezsensownie przerysowaną i właściwie bezcelową. W Struck by Lightning jest podobnie – nie rozumiem, dlaczego postać Malerie musiała zagrać Rebel Wilson. Mysz po prostu autentycznie nie rozumie co jest w tej aktorce takiego wyjątkowego.
Reszta młodej obsady troszkę znika w tle, ale mimo to sprawdza się dobrze – zwłaszcza panny Sarah Hyland i Allie Grant. Tak się akurat składa, że znam je z seriali w których grają, więc wiem że są dobrymi aktorkami. Szkoda tylko, że w tym filmie nie miały za bardzo szansy się talentem pochwalić.

Rebel Wilson.
 
A co do scenariusza Colfera i historii zawartej w filmie… hm. Nie bardzo wiem co myśleć. Cały film siedziałam skrzywiona jak mops, żałując że Chris – tak przecież dobrze zapowiadający się, wychwalany scenarzysta – napisał tak… niefajny film. To nie jest zły film, broń Boru! Ale jest niefajny, depresyjny, przygnębiający. I to nie w ten dobry, dający do myślenia sposób.
…do czasu.

Bo zakończenie filmu – które przecież widzieliśmy na początku – nagle, po tej półtorej godzinie, nabiera nowego znaczenia. Voiceover który towarzyszy końcówce filmu, a także kilka bardzo niewielkich ale istotnych ujęć, zmieniają wydźwięk filmu. Nie całkiem, co prawda: to wciąż film przygnębiający, ale nagle pojawia się przed nami małe światełko, iskierka nadziei. Że może jednak życie nie jest takie bezsensowne i bezcelowe. Że może warto walczyć o swoje i próbować zmieniać świat.
No i Mysz nie wie co myśleć. Z jednej strony film jej się nie podobał. A z drugiej strony, nie był to film zły. Perks of Being a Wallflower(najlepszy film młodzieżowy ostatnich 10 lat, BEZAPELACYJNIE) to to nie jest, ale mocno się trzyma. A zakończenie Struck by Lightning … zakończenie prawie wynagradza wszystkie pojawiające się w filmie niedociągnięcia.
Dziwi mnie jedynie, że za produkcję tak w sumie średniego filmu był odpowiedzialny m.in. David Permut, który wyprodukował tak świetny film młodzieżowy jak Charlie Bartlett, czy nawet przyzwoite Youth in Revolt. Z kolei reżyserem Struck by Lightning jest Brian Dannelly, scenarzysta i reżyser cudownego filmu Saved! – jedynego filmu w którym dorosły Macaulay Culkin (Home Alone) zagrał w miarę przyzwoicie. Ale o tym kiedy indziej.
Mimo, że w sumie nie wiem co myśleć o tym filmie, polecam go. Głównie po to, żebyście sami wyrobili sobie zdanie. Bardzo chętnie dowiem się też od kogoś kto czytał książkę, jak wiele wspólnego mają obie wersje. Może wtedy będę miała motywację, żeby książkę przeczytać. Bo chwilowo, po słodko-gorzkim filmie pana Colfera, jakoś nie mam ochoty sięgać po depresję w formie papierowej pigułki.
Zamiast tego obejrzę chyba jakąś durną komedię. Tak dla kontrastu. A może by tak w ramach antidotum któreś American Pie obejrzeć…?

Moment w którym Mysz się zorientowała,
że chętnie by kiedyś zobaczyła Colfera
w roli seryjnego mordercy. Man, he creepy.

 PS. Mysz zorientowała się, że jeśli pracując w tygodniu chce mieć czas na życie towarzyskie w weekendy, nie bardzo będzie miała kiedy pisać ani zamieszczać posty w soboty i niedziele. Tak więc niniejszym ustanawiam weekendy “dniami bez postów”… no chyba że akurat będę miała coś fajnego do powiedzenia. O! Od razu przestałam się czuć tak winna, że nie zdążę jutro nic napisać, bo razem ze swoimi mamutami idę na kolację do Lubego i jego rodziców.
Jasne – myśląc logicznie, powinnam jednak coś wrzucać w weekendy na bloga, gdyż właśnie wtedy wiele osób spędza dużo czasu w Internecie. Ale przecież nie chodzi o natrzaskanie jak najwięcej wyświetleń. Chodzi o frajdę, o wyrażanie swoich pasji i pisanie o czymś, bo naprawdę chcesz coś na ten temat powiedzieć. A jeśli miałabym się do czegoś zmuszać, straciłabym z tego całą radochę. Tak więc weekendy będą blogowo opcjonalne, kochani. Mam nadzieję, drogi Czytelniku, że Cię to nie zniechęci i zobaczymy się w poniedziałek na skrót seriali. Miłego weekend, robaczki!