O przeroście lukru nad piernikiem – Hansel and Gretel: Witch Hunters

Mysz z zasady lubi głupiutkie, rozrywkowe produkcje, ale o przygodach wyrośniętych Jasia i Małgosi nie ma wiele dobrego do powiedzenia.


Jak się okazuje, nie tylko Mysz miała ochotę obejrzeć w ten weekend Hansel and Gretel: Witch Hunters. Polecam przeczytanie postu Zwierza, który skupia się na elementach około-filmowych tego „dzieła” – współczesnej interpretacji baśni, trudów w ukazaniu relacji rodzeństwa (z punktu widzenia kogoś, kto rodzeństwo posiada) i kwestii różnic wiekowych między aktorami. Mysz, będąc gryzoniem prostym w konstrukcji, skupi się natomiast na samym filmie. Niestety, Hansel and Gretel jest wybitnym przykładem przerostu formy nad treścią. I jest to właściwie jedyny dobry aspekt tego filmu. Let me explain…

UWAGA: drobne SPOILERYodnośnie fabuły, ale nic
czego nie możnaby się samemu domyślić,
lub przeczytać gdzie indziej.

Jako stoi w ostrzeżeniu, pierwszą wadą filmu jest jego przewidywalność. Nie wiem czy rzeczywiście wynikało to ze sztampowej konstrukcji fabuły, czy po prostu z tego, że Mysz w życiu za wiele już „takich” filmów widziała, ale cały scenariusz – wszystkie jego twisty i zaskoczenia – byłam w stanie przewidzieć w przeciągu… no, pierwszych parunastu minut. A ponieważ podejrzewam, że jest to jednak wina samego materiału, a nie jakiejś wybitnej Mysiej domyślności, nie zdziw się Czytelniku jeśli oglądając film będziesz odczuwał znudzenie, ewentualnie bardzo silne uczucie deja-vu.
Sam pomysł opowiedzenia dalszych przygód Jasia i Małgosi – którzy po pokonaniu wiedźmy z piernikowej chatki zostali łowcami (czy też zgodniej z prawdą zabójcami) czarownic – uważam za bardzo fajny. Mam jednak wrażenie, że w wypadku Hansel and Gretel na samych pomysłach się skończyło. W scenariuszu zabrakło jakiejkolwiek treści i zamiast dostać kawał porządnego, pachnącego i sycącego filmowego piernika, zostaliśmy zalani rzeką lukru. Smacznego i pięknie wyglądającego, ale jednak lukru.

Ciemny las, rodzeństwo i chatka z piernika… sound familiar?

Co gorsza widać, że nie taki był zamysł twórców. Reżyser i scenarzysta Tommy Wirkola (Norweg, odpowiedzialny za chwalony ostatnio Dead Snow – komedio-horror o zombie Nazistach) wyraźnie miał na film zarówno pomysł jak i wizję. I nie wiem teraz czy winą za braki scenariusza powinnam obarczyć jego, czy Dante Harpera, który zrobił rewrite (próbując – apparently – oscylować bliżej poczucia humoru Shaun of the Dead), ale nie da się ukryć, że braki są.
Mam wrażenie, że problem tkwi w tym, iż twórcy nie mogli się zdecydować czy robią film na zupełnie poważnie, czy na pastiszowo. Opcja pierwsza przybliżyła by ich do niedawnego Abraham Lincoln: Vampire Killer, które akurat w swym „braniu się na serio” nieco przesadziło; co nie zmienia faktu, że Mysz miała z Abrahama kawał porządnej, kiczowatej rozrywki.
Niestety tego samego nie można powiedzieć o Jasiu i Małgosi. Skądinąd wiem, że Wirkola nie chciał by film miał zbyt komediowy feel, jak chociażby Dead Snow. Moim zdaniem właśnie w tym leży największa mankament filmu – gdyby Wikrola zdecydował się na pełen pastisz, wszelkie braki scenariuszowe możnaby filmowi wybaczyć. Tak było w wypadku Van Helsinga, który dobrym filmem nie był, ale po dziś dzień pozostaje jednym z najfajniejszych, najbardziej rozrywkowych filmów w swoim gatunku. Więc gdyby Hansel and Gretel było chociaż zabawne, Mysz naprawdę olałaby sprawę miałkości scenariusza i jego przewidywalności. Zwłaszcza, że taki pastiszowy humor bardzo by się posłużył leżącej u podstaw filmu idei – opowiedzenia starej historii z nowym twistem. Także pojawiające się w filmie bardziej „nowoczesne” bronie – karabin maszynowy, paralizator/defibrylator na korbkę, podwójna, rozkładana kusza, czy składany shotgun – miałyby większą rację bytu. W pastiszu widz przymknąłby na takie gadżety oko, ale w filmie który bierze się na poważnie, powinno padać wytłumaczenie skąd i dlaczego takie bronie się pojawiły. Niestety w Hansel and Gretel takiego wytłumaczenia nie dostajemy.

Zajebista broń – marzenie każdego steampunkowca.

 

Hansel and Gretel to w Myszy przekonaniu idealny przykład na to, jak głupim pomysłem jest balansowanie po środku (jak gówno po kotku). Podjęcie ostatecznej decyzji – czy bierzemy się na poważine, czy robimy z tego parodię – nadałoby filmowi przynajmniej konkretny kierunek. A tak lądujemy ani tu, ani tu: film nie jest ani dobrze napisany, ani śmieszny. Gorzej – nie jest nawet na tyle zły czy głupi, żeby wywoływać śmiech politowania (z gatunku „jeżu, co za kompletna durnota”). Więc zamiast dobrze się bawić na filmie, który jest tak zły że aż śmieszny, zostajemy z filmem, który jest tak nijaki, że nawet nie jest zły.
Hansel and Gretel ratuje się za to – poniekąd – jako film akcji. Sceny walk czy pościgów są w filmie dobrze rozłożone, jednak zarówno choreografia jak i montaż pozostawiają wiele do życzenia. Twórcy chcieli by film nie cechował się popularną ostatnio modą na „Bourne’a”, czyli super-szybki montaż, który właściwie uniemożliwia zorientowanie się kto kogo bije i dlaczego. Niestety nie udało się to do końca, bo choć montaż w Hansel and Gretel jest wolniejszy, to każda walka przypomina poprzednią i wkrótce sceny akcji kwitujemy jedynie wzruszeniem ramion. Tylko sceny pościgów – których w filmie jest może ze dwie lub trzy – wypadają w porównaniu do scen walk lepiej.

 

Jedna z niewielu fajnych scen walki.
Szkoda że taka krótka.

Tym co za to wzbudziło wielką Myszy ciekawość – i świadczy o tym, że Wikrola miał wiele świetnych pomysłów na film, ale że końcowy efekt mu się rozleciał w rękach – jest design filmu, a zwłaszcza wyżej wspomnianych broni oraz, czy właściwie przede wszystkim, postaci czarownic. Unikając wielkich spoilerów powiem tylko, że w pewnym momencie widzimy ich w filmie wiele, zebranych w jednym miejscu. I tu właśnie pojawia się ciekawy element, bo zamiast zrobić ze wszystkich czarownic klasyczne wiedźmy o haczykowatych nosach, twórcy zdecydowali się na podejście indywidualne (bardzo w stylu Petera Jacksona i studia Wety). Mianowicie każda czarownica to kompletna postać – jej wygląd, strój, sposób zachowania od razu sugerują nam historię tej postaci, jej pochodzenie, itd. Mamy więc babkę-starowinkę z fajką a’la rosyjska babuszka, mamy wiedźmę z dalekiej północy okutaną w futra, mamy Egipską kapłankę, czy wiedźmę z bezkresnych stepów Azji. Mamy czarownice wojowniczki i staruchy; kobiety zdeformowane, dziwne, straszne, ale przede wszystkim CIEKAWE. Myszy największym żalem do filmu jest zmarnowanie potencjału sceny, która owszem jest grande finalefilmu, ale absolutnie nie daje pola do popisu zgromadzonym tam wspaniałym postaciom. Mysz ujrzawszy wiedźmy – gdzie każda jest inna i wyjątkowa – niczego tak bardzo nie chciała, jak móc dowiedzieć się o każdej z nich jak najwięcej. A tak postacie służą jedynie jako tło, pojawiające się na ułamek sekundy w roli mięsa armatniego.

Wspaniały wiedźmowy design.
Jest to kolejny już przykład na zmarnowanie naprawdę dobrego pomysłu. Po dbałości o detale – właśnie w postaciach czarownic, w pojawiającej się w filmie naprawdę fajnie wyglądającej, pseudo-steampunkowej broni, dekoracjach czy kostiumach, a nawet bardzo przyzwoitym poziomie efektów specjalnych – widać, że twórcy naprawdę mieli na film wiele świetnych pomysłów. Więcej: wykonanie też mieli niczego sobie, bo pod względem wyegzekwowania designu Hansel and Gretel nasuwa skojarzenia z przepychem produkcji Guillermo Del Toro. Mysz nie wie dokładnie co zaszwankowało u Jasia i Małgosi, ale efekt końcowy był taki, że choć film trzyma się kupy, nie jest właściwie niczym: ani pastiszem, ani poważnym retellingiem, ani filmem akcji, ani nawet filmem o rodzeństwie.
Gemma Arterton jako Gretel i Jeremy Renner jako Hansel.

Tu dochodzimy do kolejnego problemu, o którym zresztą wspomniał ww. Zwierz. Mimo mojej wielkiej sympatii do zarówno Jeremyego Rennera jak i Gemmy Arterton – oraz ich całkiem przyzwoitych starań by wykrzesać z drętwego scenariusza ile się tylko da – autentyczność ich bratersko-siostrzanej relacji jakoś mnie nie przekonała. Choć w filmie pojawia się parę (dosłownie!) scen, w których widać błysk jakichś autentycznych uczuć między Jasiem i Małgosią, są one tak krótkie, wyrwane z kontekstu, a przede wszystkim rzadkie, że kompletnie się nie przedkładają na wiarygodne ukazanie bratersko-siostrzanej relacji. Pffft, Mysz nawet nie bardzo mogła się bawić w wyobrażanie sobie subtextowego bratersko-siostrzanegoincest, tak niewiele tych emocji tam było.
Również same postacie Jasia i Małgosi (czy też Hansela i Gretel) wypadają blado. Renner gra właściwie tę samą postać co w Mission Impossible 4, tylko gorzej – jest sztywny i niezaangażowany emocjonalnie w materiał (a przynajmniej takie Mysz odniosła wrażenie). Już postać Małgosi w wykonaniu Arterton wypada wiarygodniej. Szkoda tylko że Małgosia, mimo swej szorstkości, jest w rzeczywistości li jedynie „your basic DID – Damsel In Distress” (Hercules Disneya), ale to akurat nie wina Arterton, tylko scenariusza. At the risk of repeating myself, powtórzę raz jeszcze: scenariusz filmu jest tak nijaki, że nawet dobrzy aktorzy nie są w stanie uratować opisanych w nim płaskich postaci. Bardzo więc możliwe, że to co Mysz odebrała jako kiepską grę Rennera było w rzeczywistości jedynie źle napisaną postacią.

Famke Janssen jako Muriel.
O Famke Janssen jako głównej złej wiedźmie nie będę się wypowiadać, bo a) tego typu postacie już nie raz i nie dwa widzieliśmy i Muriel nic do tej grupy nie wnosi nowego, b) podobne postacie w wykonaniu Famke też już widzieliśmy (Xenia Onatopp w Bondzie, Dark Phoenix w X-menach). Poza tym Mysz uważa Famke za w gruncie rzeczy kiepską aktorkę. Co więcej Janssen sama przyznała, że rolę przyjęła tylko dla pieniędzy, a także że granie z protetykami przysporzyło jej wiele trudności. To nijak nie polepsza Myszy opinii na temat wkładu pani Janseen w film

Od lewej: Peter Stormare jako Szeryf i Pihla Viitala jako Mina

Fajnie natomiast, że pomniejsze role w filmie dostali bardzo interesujący aktorzy: Peter Stormare (Constantine) jako miejscowy szeryf, młody Thomas Mann jako fanboy Ben (Project X), polska aktorka Joanna Kulig w malutkiej rólce rudej wiedźmy, czy chociażby Skandynawka Pihla Viitala w roli Miny, której niepokojąca i eteryczna uroda – obok ślicznej Gemmy Arterton i ciosanej klaty Rennera – była jednym z wizualnie apetycznych elementów filmu. Ciekawostka: znana z filmów Tarantino Zoe Bell (Death Proof) była główną „wiedźmową” kaskaderką w filmie (nieobeznanym wyjaśniam, że Zoe Bell jest właśnie przede wszystkim rozchwytywaną kaskaderką, a dopiero w drugiej kolejności aktorką).

Od lewej: Thomas Mann jako fanboy Ben, w tle “Jaś” i “Małgosia”.

Wracając jednak do przykładów zmarnowanych, choć dobrych pomysłów [niewielki spoiler fabularny]:… cukrzyca Jasia. Uważam, że obdarzenie postaci Jasia “słabością” jest bardzo mądrym pomysłem, a powiązanie tej słabości z oryginalną baśniową postacią jest tym zmyślniejsze. Znów jednak jest to pomysł nie do końca wykorzystany. Po pierwsze dlatego, że w filmie ma się wrażenie iż młode rodzeństwo jest uwięzione w chatce piernikowej wiedźmy przez pół dnia co najwyżej. Niby kiedy Jaś miałby się tej swojej cukrzycy nabawić? W oryginalnej baśni wiedźma utuczył Jasia do naprawdę pokaźnych rozmiarów i tylko interwencje sprytnej Małgosi – która niedowidzącej wiedźmie podtykała kurze kosteczki, zamiast dawać jej do macania pulchniutkie palce Jasia – uratowały go od bycia zjedzonym. Tak więc, choć pomysł cukrzycy jest fajny u swych podstaw, w filmie nie ma logicznego uzasadnienia (no chyba, że zakładamy iż wytłumaczeniem jest magia; but that would be extremely lazy). Co więcej w samej fabule filmu choroba Jasia służy jedynie jako pretekst do wydłużenia finałowej sceny walki. Poza tym tak jak Mysz jest w stanie przymrużyć oko na steampunkową broń, tak na XIX-stowieczną insulinę już nie bardzo. Zwłaszcza, że Jaś powinien brać ją regularnie, a nie w ostatnim momencie (jak to w filmie niejednokrotnie widzimy). Więcej – przez nieprzemyślany montaż w drugiej połowie filmu można odnieść wrażenie, że Jaś przeżywa ponad trzy dni bez ani jednej dawki lekarstwa. Jaki jest więc sens obdarzać postać słabością, która właściwie nijak negatywnie na jego życie nie wpływa, i której na dodatek nie umiemy konsekwentnie wykorzystać?
Żeby było ciekawie, w oryginalnym scenariusziu istniał pomysł by, tak jak Jaś ma cukrzycę wynikłą z nieszczęść które przeżył będąc dzieckiem, także Małgosię obdarzyć konkretną traumą: zaburzeniami żywienia. Nie wiem czemu zrezygnowano z tego zamysłu. Jak dla mnie brzmi on szalenie twórczo i bardzo sprytne. Jednak z drugiej strony, biorąc pod uwagę jak zmarnowano potencjał Jasiowej cukrzycy, może i lepiej, że Małgosia nie musiała walczyć na ekranie z bulimią czy anoreksją. Wtedy dopiero Mysz mogłaby po filmie jeździć.

Renner z reżyserem, Tommym Wikrolą

Hasło „zmarnowany potencjał” idealnie podsumowuje Myszy wrażenia po obejrzeniu Hansel and Gretel. Owszem, w film próbowano włożyć wiele świetnych pomysłów, ale wszystkie zostały albo zmarnowane albo roztrwonione. Zaś sam ich potencjał na papierze – to, czym w założeniu twórców MIAŁY być – nie wystarczy by film uratować. I tylko szkoda naprawdę świetnej muzyki Islandzkiego kompozytora (protegowanego Hansa Zimmera) Atli Örvarssona.
Podsumowując: Hansel & Gretel: Witch Hunters to po pierwsze idealny przykład przerostu formy nad treścią. Po drugie, to koronny przykład tego, że nie da się czegoś zrobić na pół gwizdka, tak by wszystkich zadowolić. Albo robimy film na poważnie, albo na śmiesznie. Inaczej wylądujemy z czymś, co jest zbyt poważne, by być zabawne, i jednocześnie zbyt niepoważne, by brać to na serio. Jedynie co nam pozostaje po wyjściu z kina to tępy ból. Zębów. Od zbyt dużej ilości bezsensownego lukru.
PS. Jedynym miłym zaskoczeniem było, że jest to pierwszy film 3D, który nie był według Myszy za ciemny (jak na przykład The Avengers). Tak więc nie trzeba czekać na DVD, bo wersja 3D wyświetlana w kinach nawet nadaje się do oglądania. I mean, nadaje się jeśli lubicie takie lukrowane kino. Tylko żeby potem nie było, że nie ostrzegałam jak się nabawicie cukrzycy.