Ser-skrót #5, czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.


Skrót seriali z zeszłego tygodnia. Wyjątkowo krótszy niż zwykle, bo bez większości seriali komediowych (została podjęta męska decyzja i Mysz będzie pisać tylko o tych, w których w danych tygodniu coś ważnego/fajnego się wydarzyło). Za to po długiej przerwie mamy wreszcie premierę czwartego sezonu Community (o którym mogę napisać tylko, że nie zawodzi) oraz dwu-odcinkową premierę drugiego sezonu Smash (Mysiej guilty pleasure). Gryzoń ma także duże zaległości w oglądaniu Mr. Selfridfge  oraz The Carrie Diaries, ale ich odcinki zostaną omówione hurtem, każde w swoim czasie, w średnio-dalekiej przyszłości.

Miłego czytania. No i klasycznie: post PEŁEN SPOILERÓW.

Niedziela 03.02.13


Elementary 1×14 – The Deducionist

Stacja CBS wyjątkowo w tym tygodniu zaserwowała nam odcinek w niedzielę. Myszy w to graj, bo Elementary nigdy nie ma dosyć. Nie zamierzam się kłócić z tym, czyj Sherlock jest lepszy – Cumberbatcha, czy Millera, i kto lepiej uwspółcześnił prozę Conan Doyle’a: Brytyjczycy czy Amerykanie. Cieszy mnie jedynie, że amerykańska wersja ma więcej odcinków niż brytyjska, bo oznacza to więcej Sherlocka.

Równie ucieszona była Mysz gdy okazało się, że jest to jeden z pierwszych odcinków od długiego czasu, w którym pojawia się pełna czołówka. Mysz uważa, że Elementary ma jedną z najlepszych czołówek serialowych obecnie w telewizji, a już muzyka się w niej pojawiająca to mini-perełka – Mysz dostaje dreszczy ekscytacji za każdym razem jak ją słyszy.

Odcinek był o tyle ciekawy, że poznaliśmy kolejną postać z przeszłości Sherlocka. Tym razem jest to niejaka Kathryn Drummond – profiler z FBI (a właściwie specjalistkaa od analizy behawioralnej, bo nazwa “profiler” w FBI w ogóle nie funkcjonuje), która zajmuje się opracowywaniem portretów psychologicznych zbrodniarzy. Tym razem musi ponownie połączyć siły z Sherlockiem by schwytać mordercę, którego lata temu razem doprowadzili przed wymiar sprawiedliwości. Oczywiście dowiadujemy się, że Sherlock i Kathryn mieli romans, ale to nie ich rozstanie jest kością niezgody. Chodzi o artykuł pt. „The Deductionist” (zamieszczony w dzienniku psychiatrycznym), który Kathryn napisała o Sherlocku, korzystając z informacji, których on udzielił jej na stopie prywatnej. Jednak nawet to nie byłoby takie strasznie gdyby nie jeden ważny szczegół – Kathryn, pisząc swój artykuł, stworzyła portret psychologiczny Sherlocka i w nim przewidziała jego upadek. Innymi słowy Kathryn przewidziała, że Sherlock zacznie brać narkotyki.

Ponowne pojawienie się Kathryn w jego życiu zmusza Sherlocka do zastanowienia się, w jakich jeszcze kwestiach mogła mieć rację. Czy rzeczywiście Sherlock skazany jest – prędzej czy później – na autodestrukcyjną zagładę, czy może jest dla niego jakaś nadzieja? Czytelnik zaznajomiony z materiałem źródłowym Conan Doyle’a moż sam próbować sobie odpowiedzieć na to pytanie. Mysz, będąc pod pewnymi względami leniwym oglądaczem, woli poczekać aż twórcy serialu szerzej rozwiną ten temat zanim zacznie spekulować czy Sherlock Miller ma szansę stoczyć się na samo dno, czy nawet doprowadzić się do śmierci.

Proceduralny aspekt odcinka był bardzo ciekawy, zwłaszcza kwestia moralna decyzji podjętej przez siostrę mordercy. Mysz cieszyła się niezmiernie gdy okazało się, że jej czuły na kruczki fabularne nos rozgryzł od razu, kto jest rzeczywistym bad guy odcinka. Ciekawa jestem tylko, czy w związku z zaistniała sytuacją Kathryn jeszcze kiedyś w serialu się pojawi. Mam nadzieję, że tak, bo Kari Matchett należy do aktorek, które bardzo lubię na swym ekranie widywać (była wspaniała w Invasion).

No i oczywiście należy wspomnieć o przekomicznym wątku filmu pornograficznego kręconego w wynajmowanym mieszkaniu Watson. Bardzo mi się podoba w jaki sposób twórcy serialu przedstawiają powolny rozwój dedukcyjnych zdolności Joan. A także – nie zapominajmy – jej wciąż pogłębiającej się przyjaźni z Sherlockiem.

Na koniec dodam tylko, że Johnny Lee Miller, który od pewnego czasu szalenie mi imponuje swym talentem aktorskim, potrafi być niesamowicie… creepykiedy chce. Jego Sherlock czasem zachowuje się z tak upiornym spokojem, że groźby które składa są tym bardziej straszne. Co ciekawe, podobną techniką gry aktorskiej cechuje się Cumberbatch. Curioser and curioser

Poniedziałek 04.02.13


Bunheads 1×15 – Take the Vicuna

Głównym Myszy „haczykiem” emocjonalnym w tym odcinku była postać Sashy. Mysz parę lat temu rozpoczęła długi i bolesny (a także nadal nie do końca kompletny) proces odcinania rodzicielskiej pępowiny, i doświadczyła na własnej skórze, co to znaczy „dorosłe”, pełne obowiązków życie. Oczywiście Sasha, wyposażona w złotą kartę kredytową rodziców i tak jest w lepszej niż Mysz sytuacji, bo może wszystko zorganizować sobie tak jak chce, nie martwiąc się o koszty; wszystkich formalności i tak prędzej czy później się nauczy. Tym niemniej imponuje mi sprawność i szybkość z jaką udało jej się urządzić w nowym mieszkaniu. I to w jakim stylu! Choć nie pasuje on do osobistych preferencji Myszy, trzeba przyznać, że mieszkanko ma niepowtarzalny klimat i fajny rustykalno-hacjendowy, ale współczesny feel.
Z równie wielkim zaangażowaniem emocjonalnym Mysz przeżywa powoli rozkwitający związek Sashy i Romana. Swoją drogą – brawa dla młodego człowieka za znajomość takiej klasyki kina lat 80-tych, jak Say Anything.
Odcinek ten w cudowny sposób ukazał rozdźwięk, jaki w showbiznesie panuje między twórcami, a ich sponsorami (impresariami?), tudzież producentami. Tu należy wspomnieć, że Liza Weil wspaniale gra Milly – jej „no bullshit” approach do życia może i jest denerwujący dla ludzi wokół niej, ale dla widza jest nader rozrywkowy do oglądania. Tym niemniej Milly wypada blado przy Fanny, z której w tym odcinku wychodzi straszna manipulantka – to z jakim polotem i absolutnym brakiem wstydu wykorzystuje ona Milly do swoich celów jest istnym majstersztykiem krętactwa. Oczywiście okazuje się, że w osobie Milly Fanny trafiła wreszcie jak ta przysłowiowa kosa na kamień. Dobrze jednak, że pod koniec odcinka udało im się wszystko wyjaśnić i ustalić jasny podział ról.
Mamy też kolejny rozrost rodziny Michelle – w poprzednim odcinku poznaliśmy jej brata, Scotta, a w tym tygodniu zostaje nam przedstawiona matka rodzeństwa. Dla Myszy nadal niejasne jest czemu matka Michelle ma niby być taką straszną, traumatyczną postacią w jej życiu (pomijając oczywiste powody, dla których matki są traumatycznymi postaciami). Co więcej aktorka grająca postać matki (Lolita Davidovich) nijak Myszy do siebie nie przekonała – nie w sensie że jej nie polubiłam, chociaż to też, ale akurat twórcom chyba właśnie o taki efekt chodziło. Mam na myśli raczej to, że aktorka grała swą postać nieprzekonująco i jakoś tak… hm, „na odwal” mam wrażenie. Mysz byłaby bardzo zadowolona, gdyby nigdy więcej nie musiała oglądać tej postaci na oczy. Ale znając gryzoniowe szczęście… fat chance.
A na koniec dodam, że moja miłość do Bunheadsmoże być podsumowana jednym zdaniem: tylko w takim serialu jak Bunheads może się pojawić sarkastyczny żart odnośnie „Mein Herr” z Cabaret.
Dialogi w tym serialu są NIESAMOWITE.

Bones 8×14 – The Doll in the Derby


Mam jakiś ogromny żal do ekipy Boneso, wydawałoby się, zupełnie random wprowadzenie wątku Bootha, który nagle postanawia z dobroci serca pomagać dzieciom chorym na neurofibromatozę. Oczywiście nie zaprzeczam, że propagowanie wiedzy o mało znanych schorzeniach, zwłaszcza takich które dotykają dzieci, jest zaiste słuszne i sprawiedliwe. Ale żeby robić to w serialu? Zupełnie out of the blue? Myszy nasuwa się wstrętne, nieprzyjemne, cyniczne podejrzenie, że dziecko jakiejś osoby związanej z serialem cierpi właśnie na neurofibromatozę i stąd takie niespodziewane wtrącenie tego wątku. I boli mnie to, że a) twórcy serialu tak kompletnie po chamsku to zrobili, b) wywołali we mnie takie cyniczne, niemiłe podejście do przecież bardzo smutnego, ważnego tematu. Not cool, Bones. Not cool.

The Following 1×03 – The Poet’s Fire

Im dalej w serial, tym lepiej. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że to się jeszcze przez baaardzo długi czas nie zmieni.
Bardzo mi się podoba, że im więcej dowiadujemy się z serialu, tym bardziej ma on sens (wiem, że zazwyczaj tak jest, ale podoba mi się jak powoli i niemalże metodycznie twórcy The Following wszystko przed nami odkrywają). Mówię tu m.in. o samej koncepcji by to nauczyciel był seryjnym mordercą. Często mówi się, że np. liderzy kultów są bardzo dobrymi mówcami, że świetnie argumentują i przekonują do swoich racji. Są także często empatyczni, lub potrafią przynajmniej za takich uchodzić. Postać Carrolla nie dość, że posiada wszystkie te cechy, to jeszcze na dodatek jest nauczycielem. Twórcy bardzo sprytnie stworzyli sobie z gruntu idealną postać mordercy-przywódcy kultu. To nie tylko człowiek, który inspiruje młodych ludzi (już nieistotne do czego). To człowiek tak przekonywujący, tak –stworzony- do tego by dzielić się wiedzą i doświadczeniem, swym urokiem osobistym, że nawet sam Ryan przyznaje, iż Carroll jego także kiedyś zwiódł (a może nawet uwiódł). Myszy jeszcze bardziej się podoba, że tak naprawdę nie widzimy tego niemalże mistycznego wpływu Carrolla na ludzi „na żywo”, czyli poprzez interakcje tych ludzi z Carrollem (oprócz, oczywiście, konfrontacji w siedzibie FBI, i flashbacków do czasów powstawania kultu). Chodzi o to, że widzimy jak ogromny wpływ ma Carroll na ludzi z ICH punktu widzenia – widzimy jak oni się zmienili dzięki Carrollowi, słyszymy jak o nim opowiadają, poznajemy go poprzez pryzmat ich przeżyć i przemyśleń. Taki sprytny zabieg sprawia, że gdy już Purefoy się pojawia jako Carroll na naszych ekranach, widz już jest podatniejszy na sugestie i z tym większą łatwością może uwierzyć, że ten człowiek rzeczywiście jest taki wspaniały i pociągający, jak wszyscy o nim mówią. Tak więc brawa dla Kevina Willaimsona za stworzenie tak sprytnej, mądrej, spójnej logicznie postaci i fabuły (przynajmniej na razie). Równie duże brawa za powolny, stały rozwój wszystkich wątków, w tym nieśpieszne ujawnianie roli każdego z akolitów i szczegółów ich indywidualnych „rozdziałów”.
Kevin Bacon z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej mi imponuje. I choć na początku idea postaci byłego agenta FBI, który ma problem alkoholowy i zemstę seryjnego mordercy na karku wydawał mi się ograny, Bacon swym aktorstwem i ciekawym podejściem do roli wykrzesał z tej postaci coś niesamowitego. Mianowicie angażującą, godną współczucia i zrozumienia postać. Z drugiej strony może na Myszy robi to takie duże wrażenie dlatego, że zwykle łatwiej jej jest kibicować seryjnym mordercom, niż tym którzy ich ścigają. Nie wnikajmy jednak dlaczego tak jest *patrzy jak powoli wycofujecie się z zasięgu jej łapek*
Coraz bardziej mi się też podoba  postać Shawna Ashmore’a, czyli Mike Weston. Choć zaczynam podejrzewać, iż to oznacza że okaże się on bad guyem. Zazwyczaj tak jest, że im bardziej Mysz kogoś w serialu lubi, tym gorszym sukinsynem się on ostatecznie okazuje być. Mysz wnioskuje to tajże stąd, że coraz lepiej obraca się w specyfice serialu i bez trudu rozgryzła, że żona jednego z akolitów wcale nie jest taka niewinna za jaką chciałaby uchodzić. Tym słuszniejsze więc wydają jej się podejrzenia w stosunku do czystości intencji Westona. Zwłaszcza, że jak sam mówi jest najmłodszym członkiem ekipy. A Carroll lubi wpływać przede wszystkim właśnie na młodzież.
Ponownie muszę też pochwalić ścieżkę dźwiękową. Cover „The Killing Moon” Echo and the Bunnymen w wykonaniu The Silent Days, towarzyszący scenie pocałunków między dwoma przystojnymi panami?… Kevin Williamson musi bardzo Myszę lubić, bo dawno nic nie wywołało takiego uśmiechu na moim pyszczku. Także ostatni utwór “Cover My Face” Miranda Sex Garden – i filmik z machającym Joeym – były wyjątkowe mocne.
I tak jak wiem, że fabuła The Following polega głównie na kolejnych sposobach, w jakie Carroll będzie się znęcać nad Ryanem, to i tak mi go strasznie żal. Then again taki emocjonalny stosunek do tej postaci sprawia, że z tym większym oczekiwaniem czekam na kolejne odcinki.
*Mysz mruczy*
Kevin Williamson. You are my hero.

Castle 5×13 – Recoil

Kolejny odcinek z gatunku „dobijanie psa łopatą” czyli dalsze babranie się w historii tego kto i dlaczego zabił matkę Beckett. Ja przepraszam. Ja naprawdę lubię tę postać i z przyjemnością pooglądam sobie jej rozterki moralne na temat, czy warto ratować życie Brackena, czyli faceta, który zlecił zabicie jej matki. Zwłaszcza, że tego faceta gra akurat Jack Coleman, który jest przewspaniały w graniu wielowymiarowych postaci (chociażby pamiętna rola w Heroes).
Jednak już od jakiegoś czasu obserwuję wątek śmierci matki Beckett z rosnącym znużeniem. Po pierwsze dlatego, że trwa on już pięć sezonów. Po drugie ponieważ jest strasznie rozstrzelony pomiędzy odcinkami i to do tego stopnia, że jak się wątek ten ponownie pojawia to Mysz tak kompletnie nic nie pamięta, że nawet skrót na początku odcinka w niczym jej nie pomaga. A jeśli Mysz nie pamięta kto, kogo i dlaczego, to przestaje się emocjonalnie angażować w losy bohaterów. Tak więc mogę sobie z przyjemnością poobserwować zmagania Beckett z senatorem Brackenem, ale prędzej będzie to spowodowane pojedynkiem dwóch fajnych aktorów – Stana Katic ma Kate Beckett obcykaną do perfekcji, a jak już mówiłam Coleman jest zawsze świetny – niż autentycznym przejmowaniem się tym, czy Kate w końcu zemści się na Brackenie za matkę, czy nie.
A po trzecie: Myszy przeszkadza, że wątek ten jest z sezonu na sezon coraz bardziej skomplikowany. Pojawiają się coraz to nowe poszlaki, kolejny podejrzani, coraz wyżej postawieni. Mysz jest fanką dobrej spiskowej teorii as much as the next person, ale bez przesady. Jeśli twórcy Castle u mety nie uzasadnią tej ogromnej konspiracji w jakiś sensowny, emocjonalnie angażujący sposób, to Mysz się poważnie na nich obrazi. Nadal będzie serial oglądać, ale już nie dla historii postaci, tylko dla samego aspektu procedurala. Bo tego Myszy nigdy dość. Hmmm, może w takim razie powinnam zainwestować w obejrzenie CSI?

How I Met Your Mother 8×15 – P.S. I Love You

Powiem jedynie, że był to chyba najlepszy odcinek tego sezonu. Miał wszystko to, co w HIMYM najfajniejsze:
– ciekawą teorię (Dobbler/Dahmer effect; swoją drogą drugie w tym tygodniu odniesie do Say Anything. Chyba naprawdę pora na ten wpis o klasyce lat 80-tych),
– flashbacki do młodości naszej serialowej ekipy (urocza historia Lily o tym jak to „trochę” pomogła losowi, by móc poznać Marshalla),
– super guest-starów (powrót James Van Der Beeka i Alana Thicke’a; plus takie osoby jak Jason Priestley, K.D. Lang czy Paul Schaffer),
– oraz, przede wszystkim, powrót ROBIN SPARKLES, tym razem w zupełnie nowej odsłonie. Czy tylko ja miałam niejasne skojarzenia z Alanis Morissette (która też jest Kanadyjką)?

Wtorek 05.02.13

Smash  2×01/2×02 – On Broadway / The Fallout

Mysz określa Smash jako swoje guilty pleasure, ale robi to tylko z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że na musical theatre nadal patrzy się z pewnym skrzywieniem (zwłaszcza od czasu spadku formy Glee, które szerzej rozpropagowało ten gatunek wśród współczesnej młodzieży), a po drugie dlatego, że pierwszy sezon Smash zgarnął bardzo mieszane opinie – z przewagą krytycznych. Mysz nie zaprzecza, że serial ma/miał swoje wady, ale jest coś takiego w serialach-musicalach, że jestem im w stanie wybaczyć wiele, a czasem nawet wszystko.

Tak jest w wypadku Smash, które jest takim Glee dla dorosłych. Serial pokazuje – od kulis – drogę jaką musical musi przejść od pomysłu do wystawienia na scenie, a także wszystkie perypetie z tym związane. Serial ma wspaniałą obsadę – że wspomnę chociażby Anjelicę Huston (pamiętna Morticia Adams z The Addams Family), Debrę Messing (Will & Grace), Katharine McPhee (znana przede wszystkim jako piosenkarkę) i Jacka Davenporta (czyli Norrington z Pirates of the Caribbean).

Naturalnie najmocniejszym atutem serialu są piosenki, czy też „numery”, bo zazwyczaj każdemu kawałkowi towarzyszy albo skomplikowany układ taneczny, albo scena wyjęta ze spektaklu/przeżycia emocjonalne bohaterów. W Smash pojawiają się utwory oryginalne, napisane na potrzeby serialu, a także covery – zarówno znanych utworów (wykorzystane podobnie jak w Gleeczy np. Moulin Rouge!), jak i mało znanych artystów. Tu muszę koniecznie wspomnieć o cudownej piosence „Broadway, Here I Come!” Joe’a Iconisa, która pojawiła się w premierowym odcinku drugiego sezonu, zaśpiewana przez Jeremyego Jordana, który gra Jimmyego – nową postać w serialu. Jego wykonanie piosenki towarzyszy mi właściwie nieprzerwanie od kiedy obejrzałam odcinek. I choć piosenka sama w sobie może sprawiać wrażenie prostej czy nawet banalnej, scena w której pojawia się w serialu jest – według Myszy – szalenie potężna. Dość powiedzieć, że gdy Mysz oglądała scenę za pierwszym razem, nie była w stanie się ruszyć; nawet nie mrugała, patrząc na ekran (co, naturalnie, skończyło się wysuszeniem spojówek i płaczem). Co więcej, Mysz już paręnaście razy sobie tę scenę ponownie odtwarzała i wciąż robi ona równie mocne, pełne przyjemnych dreszczy wrażenie. Główna w tym zasługa Jeremyego Jordana, który ma przepiękny głos – rockowy, ale o dość wysokiej barwie, czysty i przejrzysty, balansujący na ciekawej, prawie nosowej granicy. Mysza jest tym głosem absolutnie oczarowana, bo jest to dokładnie taki głos, którego powinno się we współczesnej muzyce słyszeć więcej. A niestety tak nie jest. Pomijam już, że oprócz pięknego głosu pan Jordan ma też wiedzę jak z tego głosu korzystać. Nie mogę się doczekać jego następnych występów wokalnych.
Pochwała należy się też Ivy (Megan Hilty) za wspaniały występ w drugim premierowym odcinku, „The Fallout”, z piosenką „They Just Keep Moving the Line”. Choć postać Ivy na zmianę mnie rozczula i denerwuje, a głos panny Hilty czasem mi zgrzyta na pewnych dźwiękach (ma dość specyficzną manierę śpiewania), nie mogę odmówić jej ogromnego talentu i płuc jak dzwonów. Gdy ta dziewczyna śpiewa pełną parą, to kłaniajcie się narody! A fakt, że jej interpretacja tej piosenki przypominała mi pod pewnym względami styl Hanny Banaszak tylko przyłożył się do Mysiego zachwytu.
A streszczając premierowe odcinki dla tych, co serial znają i przekonywać ich do Smashnie trzeba:
– Karen jest nadal obrażona na Ivy i robi jej koło ogona jak może. Ivy z kolei, zachowując godny podziwu spokój, próbuje utrzymać swoją pozycję w spektaklu. Czas pokaże czy jej się to uda.
– Tom i Sam wciąż są parą, ale Sam dostał propozycję tournee w przedstawieniu Book of Mormon. Rodzi się pytanie: który z nich, w trakcie nieobecności Sama, dopuści się „niedyskrecji”. Bo w to, że twórcy serialu taki wątek przygotowali, akurat nie wątpię.
– pojawiają się dwie nowe postacie – wspomniany wyżej Jimmy i jego przyjaciel Kyle (kolejny gej! *tańczy*). Wspólnie piszą oni swój pierwszy oryginalny musical, a Karen, oczarowana ich pracą, postanawia im pomóc (m.in. daje ich piosenki do przesłuchania Derekowi). Wiadomym jest, że Jimmy będzie nowym love interest dla Karen. Zastanawia mnie natomiast, czy twórcy chcą w serialu pokazywać jednocześnie dwa spektakle – „Bombshell” i ten nowy, pisany przez Jimmyego i Kyle’a. Byłoby to ryzykowne, ale bardzo ciekawe przedsięwzięcie: żonglować tyle piosenek i numerów tanecznych w jednym serialu? Imponujące.
– „Bombshell” jak zwykle ma swoje problemy, finansowe (i nie tylko) w które wdawać się nie będę, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. Dość powiedzieć, że Tom i Julia znów się strasznie kłócą, Julia znów rozstaje się z mężem, tym razem chyba na dobre, a jeszcze na dodatek ma depresję, a Derek zostaje oskarżony o molestowanie seksualne. Jest to o tyle korzystne, że zupełnie przypadkiem (winię za to często ostatnio oglądany wideoklipu do „Called Out in the Dark” Snow Patrol, o którym pisałam tutaj) Mysz wykształciła sobie crush na pana Jacka Davenporta, i im więcej w Smash Dereka, tym Mysz jest szczęśliwsza. Oczywiście Derek, ze względu na swój dualistyczny charakter – zewnętrznie buca, a wewnętrznie wrażliwego artysty – był od początku Myszy ulubieńcem; jego cudowny akcent też tej sympatii nie utrudniał. Jednak teraz Mysz patrzy na Dereka i widzi potarganego, szarego szczeniaczka (rasy sznaucer miniaturka), którego strasznie chciałaby przytulić. A to niewątpliwa oznaka, że sympatia przerodziła się w coś więcej. Pora najwyższa dobrać się do całej filmografii pana Jacka Davenporta i oglądać wszystko jak leci. Osiągnięcie przesytu to jedyna metoda by pozbyć się celebrity crush.
…a jeśli nie wszystkie, to wiem przynajniej o jednej, która cię bardzo lubi.

Środa 06.02.13

 
Criminal Minds 8×14 – All That Remains

Bardzo ciekawy odcinek. Jeden z tych, gdzie właściwie do końca nie wiadomo kto zabił, bo twórcy co chwila rzucają nam pod nogi kolejne poszlaki i obciążające dowody. Mysz od początku podejrzewała, kto jest mordercą, ale przyznaje – parę razy dała się zwieść z właściwego tropu.
Odcinek jest o tyle fajny, że jest to pierwszy odcinek, który wyreżyserował Thomas Gibson, czyli serialowy Hotchner. Poprzednio odcinki reżyserował Matthew Gray Gubler (serialowy Reid) o niestety muszę przyznać, że jego odcinki są lepsze. Może to wynika z tego, że Matthew wybiera sobie bardzo mocne odcinki: „Mosley Lane” (5×16), „Lauren (part 2)” (6×18), „Heathridge Manor” (7×19), czy ostatnio „The Lesson” (8×10), jeden z najupiorniejszych odcinków serialu, o morderczym lalkarzu.

Przy odcinkach wybieranych przez Matthew, „All That Remains” wypada może nie blado, ale na pewno bardzo stonowanie. Widać, że Thomas Gibson skłania się ku fabułach grających na subtelniejszych emocjach, niż Gubler, który wyraźnie lubi się bawić groteską i shock value swoich odcinków.

Nie zmienia to faktu, że odcinek miał świetnie poprowadzone napięcie – utrzymane na systematycznie rosnącym poziomie – i ciekawie rozpisane postacie. Zwłaszcza miło było zobaczyć większy wkład postaci J.J. Ostatnio była cokolwiek wycofana, a szkoda bo to jedna z najbardziej, mam wrażenie, empatycznych postaci w serialu (oczywiście oprócz Garcii). Zaś sam aspekt procedurala w tym tygodniu był o tyleż ciekawy, co dla Myszy intrygujący. Bo tak jak mieliśmy już w serialu zarówno motywy siostrzanej rywalizacji – a przynajmniej tak mi się wydaje – jak i dissociative identity disorder(dysocjacyjne zaburzenie tożsamości; osobowość mnoga; schorzenie to pojawiło się już we wspaniałym odcinku „Conflicted” 4×20 z Jacksonem Rathbonem), to połączenie tych elementów w jeden wątek uważam za bardzo ciekawe. Natomiast tym co mnie intryguje jest ponowne wykorzystanie w serialu motywu DID. Zwłaszcza gdy zna się artykuły na ten temat, z których sporo sugeruje, że DID w rzeczywistości może nie być “prawdziwą” chorobą psychiczną.

Supernatural 8×13 – Everybody Hates Hitler

 

Jeeeeeżu… co tu się dzieje? Kolejne tajne stowarzyszenia. Żydzi. Golemy. Nazistowscy nekromancerzy. Homoseksualne żarty. Supernatural kompletnie powariowało. Gdy próbowałam mojej współlokatorce – Żydówce z resztą – opowiedzieć fabułę tego odcinka, musiałam przerwać już po pierwszym zdaniu (zawierającym słowa „Żydzi, Golem, Naziści nekromancerzy”), tak histerycznie zaczęła się śmiać. So… there you go.

Jednak im dłużej siedzimy w tym wątku spiskowej teorii dziejów, Men of Letters i całej tej tajemnej otoczki, tym bardziej Mysz zaczyna znów się cieszyć na nowe odcinki SPN. Nie wiem czy pamiętacie, ale Mysz jest jedną z tych osób, którym od początku nie pasował pomysł aniołów, Castiela nigdy nie lubiła, a ostatnie kilka sezonów spędziła cicho kwiląc w kącie za dawnym Supernatural. Naturalnie obecnie serial nie ma nic wspólnego ze „starym dobrym SPN”, ale nie jest to też chwilowo serial tylko i wyłącznie o Niebie i Piekle. A Myszę to niezmiernie cieszy.

Cieszy także nowa home base Winchesterów, która nie dość że fajnie wygląda (kojarzy mi się bardzo silnie z Brunwaldzkim Zamkiem Nazistów z Indiana Jones and the Last Crusade), to jeszcze ma zajebisty soundtrack.

A już końcówka odcinka, gdy Dean pyta Sama, czy ten zamierza teraz być „man of letters” totalnie mnie rozbroiła. Przez moment miałam przebłysk dawnej, wyluzowanej, przedrzeźniającej się wzajem, ale jednak wyrozumiałej dla siebie relacji, jaką chłopcy tak pracowicie budowali przez dwa pierwsze sezony.

I nawet jeśli to nowe Supernatural nie ma wiele wspólnego z jego niegdysiejszymi początkami, coraz bardziej jest to serial, który znów chcę oglądać. Byle tylko się wstrzymali jeszcze parę odcinków z powrotem Castiela.

PS. Interakcje Winchesterów z Golemem powinny się zdarzać CO TYDZIEŃ. Dawno się tak nie ubawiłam oglądając Sama i Dean, jak w tym odcinku. Ciekawostka: aktor grający golem grał już kiedyś z Jensenem Acklesem w Dark Angel.

Aaron, witaj w moim świecie.

Czwartek 07.02.13

 
Glee 4×13 – Diva

 

O Boże. Jak ja ciężko odchorowałam ten odcinek. Nie było w nim właściwie nic, co by mi się podobało. Ani wątki fabularne, ani piosenki. NIC. Nawet Blaine w tym tygodniu mnie zawiódł. Ale to akurat wina scenarzystów, którzy są szalenie niekonsekwentni (w Glee jest to od pewnego czasu istna plaga). Blaine od początku był przedstawiany jako rodzaj przeciwwagi dla Kurta – owszem, jest nastoletnim gejem, ale nie jest taki fabulous jak Kurt. I nie powinien być, bo nie o to chodzi. Kurt jest jeden, a Blaine nie ma być Kurtem, tylko sobą. Jednak najwyraźniej scenarzyści uznali, że w McKinnley brakuje tzw. flamboyant gay, bo to co zrobili z Blainem w tym odcinku… żal i zgrzytanie zębów po prostu. I ja naprawdę w tym momencie nie odmawiam mężczyznom prawa do bycia divami… ale na miłość boską nie w czerwonym skórzanymi gorsecie i boa z piórek!
Zwłaszcza jeśli do tej pory wynikało z historii danej postaci, że nie zwykła ona ubierać się w ten sposób. Nie ważne czy próbuje być divą, czy nie. I nie ważne, że Darren Criss całkiem porządnie wykonał „Don’t Stop Me Now” Queen. Całą Mysią uwagę rozpraszał strój BDSMowego bikersa. Pytam się WHY?

By jeszcze pogorszyć sprawę, scenarzyści zrobili z Rachel jeszcze bardziej nieznośną jędzę. Nic dziwnego, że nawet Kurt nie wytrzymał. Niestety podsumowanie ich „wielkiej rywalizacji”, czyli bitwa na głosy video „Bring Him Home” z Les Miserables nie była w ogóle emocjonująca (co nie zmienia faktu, że była 1000 razy lepsza niż wersja Hugh Jackmana). Gdzie się podziali Kurt i Rachel, którzy jedną nutą byli w stanie mnie doprowadzić do płaczu? Gdzie Rachel i Kurt których „Happy Days Are Here Again/Get Happy” słucham za każdym razem jak mi źle i uważam ich wykonanie za lepsze, niż to Judy Garland i Barbry Streisand? (wiem, profanacja)

Wisienką na szczycie niesmacznego tortu jakim był ten odcinek jest uparte kontynuowanie wątku sekretnej miłości Tiny do Blaine’a. Nie wiem, co scenarzyści próbują dzięki temu osiągnać i do czego dążą, ale nijak mi się to nie podoba. I co to w ogóle była za scena z tym mizianiem go po gołej klacie maścią rozgrzewającą? Przecież to podchodzi pod gwałt!

Na idiotyczny wątek Finna i panny Pillsbury spuszczę zasłonę milczenia, bo nie jestem nawet w stanie wyrazić słowami, jak durne, leniwe i niesprawiedliwe w stosunku do widzów jest to zagranie. Shame on you, Ryan Murphy!

I nawet Santana – świętująca swój, najwyraźniej w miarę stały, powrót do ekipy Glee – nie była mi w stanie wynagrodzić tego odcinka. A szkoda. Zwykle jej występy są najsilniejszymi w serialu. Tym razem jej talent wokalny przegrał z wydumaną, nie-do-odratowania fabułą.

Oby w przyszłym tygodniu Glee się poprawiło *trzyma kciuki*

PS. Dla obeznanych z lengłidżem, bardzo BARDZO mocno polecam recenzję tego odcinka z portalu AfterElton.com. Jeśli kogoś interesują wątki LGBT, a także wspaniałe, śmieszne, zjadliwe recenzje, warto czytać ich teksty.

Myszy reakcja na ten odcinek

 

The Big Bang Theory 6×15 – The Spoiler Alert Segmentation

 

Piszę o odcinku tylko po to, by ostrzec postronnych widzów: jeśli nie czytaliście/oglądaliście Harryego Pottera i jakimś cudem nie zostaliście jeszcze zespoilowani, to nie radzę oglądać tego odcinka. Podobnie jeśli macie zaległości w trzecim sezonie The Walking Dead – odcinek sieje strasznymi spoilerami w obu przypadkach. Żeby nie było, że nie ostrzegałam.
PS. Po raz pierwszy miga nam także postać matki Howarda *le gasp* A zajęło to jedynie sześć sezonów!

Elementary 1×15 – A Giant Gun, Filled With Drugs

Drugi w tym tygodniu odcinek ponownie przedstawia nam postać z przeszłości Sherlocka. Tym razem jest to niejaki Rhys, przyjaciel Sherlocka i jego były diler *facepalm* Ale klops. Na szczęście gra go wspaniały John Hannah, który sprawnie dotrzymuje Millerowi kroku pod względem poziomu aktorstwa, a carefree podejście jego postaci do życia wnosi tak potrzebny powiew świeżości do dość poważnej relacji Watson-Sherlock. Mysz co prawda w pierwszej chwili pojawienia się Johna Hanny na ekranie – cóż za wejście! – myślała, że może to Mycroft. But alas. Naprawdę szkoda. Akurat Hannah na brata Millerowego Sherlocka pasowałby jak mało kto. Naturalnie, Myszy szkoda postaci Rhysa, bo bardzo chciała go polubić, ale tak naprawdę nie wie co o nim myśleć. Niby otrzymał pod koniec odcinka swoiste odkupienie, ale Myszy to nie wystarczy – chciałaby Rhysa widzieć w serialu częściej. Niestety szanse na to są niewielkie, biorąc pod uwagę rozpad relacji między nim a Sherlockiem.
Implikacje tego odcinka, odnośnie nałogu Sherlocka i jego starań by utrzymać się w „trzeźwości”, są oczywiście szalenie istotne dla dalszej fabuły serialu. Istnieje nadzieja, że fatalistyczne proroctwa Kathryn (odcinek 1×14) mają szansę się nie sprawdzić – skoro Sherlock oparł się pierwszej styczności z ciężkimi narkotykami, na dodatek wetkniętymi mu centralnie w łapę, to może rzeczywiście uda mu się nie wrócić już do nałogu. However, fakt że oparł się pokusie za pierwszym razem nie oznaczam że oprze się za drugim, trzecim, itd. Mam niemiłe podejrzenie, że prędzej czy później Sherlock skończy jak doktor House i będziemy musieli obserwować jego upadek. Co by miało sens, biorąc pod uwagę, że House na postaci Holmesa był oparty. Znając życie następnie  twórcy zaserwują nam ponowny, powolny powrót Sherlocka do formy, oczywiście z pomocą Watson. Osobiście liczę na to, że scenarzyści wyciągną wątek „powrotu do nałogu” dopiero w finale pierwszego sezonu, lub jako cliffhanger w połowie drugiego. Myślę, że wprowadzanie tego wątku za wcześnie byłoby dużym błędem. Najpierw należy naprawdę mocno zestablishować (Myszu, to nie jest słowo!) związek Watson i Sherlocka, tak by powrót Sherlocka do nałogu był prawdziwie emocjonalnym ciosem zarówno dla Watson, jak i dla widza. I mean w tym odcinku już sam fakt, że Sherlock autentycznie bał się o Joan, kompletnie rozłożył mnie na łopatki. Moment, gdy wykrzykiwał „Watson. Watson!” do telefonu autentycznie ścisnął Mysz za serducho. I to mocno. Boję się jak ja przeżyję dalsze emocjonalne huśtawki. A tych w Elementary z pewnością będzie pełno.
Brawa ogromne dla scenarzystów za wrzucenie do odcinka odniesienia do jednego z oryginalnych Sherlockowych opowiadań Conan Doyle’a, mianowicie „The Adventure of the Crooked Man” (po polsku „Garbus”). Ukłon ten pojawia się w scenie gdy na spotkaniu grupy wsparcia Sherlock opowiada o jednej ze swych byłych „przygód”, dotyczącej magika i mangusty.
Pojawiająca się także w odcinku wzmianka, że Sherlock potrafi rozróżnić ponad sto marek papierosów tylko po popiele również jest hołdem dla Conan Doyle’ – jego oryginalny Holmes rzeczywiście napisał kiedyś monografię o tytoniu.
Kolejny przykład na to, że ekipa Elementary się powoli rozkręca: zawarty w odcinku prztyczek/ukłon? (trudno jednoznacznie stwierdzić) w stronę Sherlocka BBC. Mowa oczywiście o padającym nie raz w trakcie odcinka zdaniu „I believe in Sherlock Holmes”, które jest niemalże hasłem wywoławczym fanów brytyjskiego Sherlocka. Zbyt wielkim zbiegiem okoliczności byłoby, gdyby to zdanie pojawiało się w amerykańskiej wersji przypadkiem. Pytanie tylko, jaki był tego cel? Pokazać Brytyjczykom, że interpretacji Holmesa może być wiele i każda z nich jest równie wartościowa? Czy była to jednak zemsta na Moffacie – twórcy brytyjskiej wersji – który parokrotnie na swym Twitterze pisał na temat Elementary obraźliwe komentarze?… Mysz nie wie. Ale z nieustającym rozbawieniem obserwuje Internetowe oburzenie brytyjskich Sherlockowców.
Mysz w każdym razie krzyczy ochoczo: „Ja też wierzę w Sherlocka Holmesa! Ja też! Ja też!” (Peter Pan). I wszystko mi jedno czy gra go Cumberbatch czy Miller.
W odcinku tym nie podobało mi się jedynie, że w przeciwieństwie do odcinka 1×14, w 1×15 czołówka była super-krótka (chyba najkrótsza do tej pory). Ale za to mieliśmy piękną piosenkę na zakończenie, no i powrót Angusa! (gwoli przypomnienia Angus to porcelanowe popiersie frenologiczne, które stoi na gzymsie kominka w mieszkaniu Holmesa).

Najlepszy cytat odcinka: “I can identify 140 cigarette and cigar brands by their ash alone. Now, if you bothered to read my monographs, you would know that.”
I was wondering kiedy po raz pierwszy pojawi się żart,
odnośnie tego, że Sherlock ma obliczone, kiedy Watsonowi wypada okres.
It was bound to happen sooner or later.

Piątek 08.02.13

 
Spartacus: War of the Damned 3×03 – Men of Honor

 

Mysz bardzo przeprasza. Naprawdę. Ale w tym tygodniu jej streszczenie/recenzja sprowadza się do jednego słowa: FINALLY.

Oczywiście mam na myśli długo oczekiwaną scenę erotyczną między Nasirem i Agronem. Nie wiem jakim cudem przegapiłam, że „żelazna kurtyna” na Nagrona ma opaść w tym konkretnym odcinku (ostatnio nie bywam prawie w ogóle na Tumblrze; może to dlatego? Wszak to źródło wszelkiego fanostwa), ale była to NAJLEPSZA serialowa niespodzianka jaką mogłam sobie wymarzyć. Gdy Nasir i Agron – po uroczym i jednocześnie przerażającym – ataku zazdrości Agrona znaleźli się w swojej komnacie, myślałam że znów tylko dadzą sobie buzi, a potem szybki montaż pokaże ich już „po fakcie”, rozanielonych i pełnych tego wewnętrznego blasku, który tylko seks – albo dużo oliwki i dobry makijażysta – jest w stanie zapewnić. A tu Mysz dostała pięknie nakręconą, zmontowaną i zagraną scenę miłosną (!) między dwoma panami (!), którzy są najciekawszą (!) i najnormalniejszą (!) parą w tym brutalnym i gwałtownym (!) serialu.

Gdybym mogła w tej chwili znaleźć się w pobliżu Stevena DeKnighta i podziękować mu za to, co razem z całą ekipą Spartacusa robi dla pozytywnego propagowania homoseksualnych postaci w telewizji i dla polepszania sytuacji gejów na świecie (tak, naprawdę tak myślę i nie, nie przesadzam), musiałabym go chyba zacząć całować po stopach, żeby w pełni oddać jak wdzięczna i szczęśliwa jestem mogąc oglądać Nagrona na ekranie swego laptopa. I nie chodzi wyłącznie o sam aspekt wizualny – gdyż Mysz uważa widok dwóch intymnie zażyłych panów za bardzo ładny i pociągający – ale także o przywiązanie emocjonalne jakie, jako fanka, mam do tych postaci. A także – a może przede wszystkim – chodzi o wdzięczność jaką czuję, jako osoba wspierająca całym sercem społeczność LGBT i jej starania w kierunku równouprawnienia, godnego traktowania, uzyskania praw do związków partnerskich/małżeństw, adopcji dzieci, i wszystkich innych rzeczy, które obecnie, z jakiegoś niejasnego dla mnie powodu, przysługują jedynie heteroseksualistom. I może wam się wydawać, że pokazywanie raz na jakiś czas jakiś tam gejowskich scen erotycznych jest nieważne; że pokazywanie postaci gejów i lesbijek we współczesnej telewizji w niczym nie pomaga. That’s where you’d be wrong.

A jeśli akurat tak się składa, że homoseksualiści Was brzydzą… cóż, nie ma przymusu oglądać seriali i filmów, w których takie postacie się pojawiają. Ani czytać Mysich rozważań i przekonań na ten temat. Upraszam jedynie o zatrzymanie wszelkich homofobicznych opinii dla siebie. Tu ich widzieć nie chcę.

*schodzi z piedestału poparcia LGBT, na który się z rozpędu wspięła*

Mysz autentycznie chciałaby móc napisać o tym odcinku więcej. Z ręką na sercu przysięgam, że robiłam notatki do odcinka. Ale gdy zobaczyłam scenę Nagronowego seksu, mój umysł zrobił krótkie spięcie i nie pamiętam co się działo, oprócz tego że gapiłam się na ekran z wypiekami na twarzy i łzami szczęścia w oczach. Potem musiałam wziąć zimny prysznic, ale to już inna sprawa. Natomiast po powrocie zdałam sobie sprawę, że przez przypadek skasowała, wszystkie swoje poprzednio zanotowane uwagi i jedyne co widnieje w otwartym pliku Notatnika to: “ASDLGJas’ljrwaoe gjO2u5vq2 y0ug 3jq0 yhu9rvslfdgjfk023ic t@Q!!!!11!”. Cytuję dosłownie, of course.

Mgliście pamiętam, że w odcinku było coś odnośnie piratów cylicyjskich, absyntu, walk Rzymian o chleb, powolnego rozwoju relacji między Spartakusem a Laetą, Naevi mordującej Atticusa za bycie (podobno) zdradliwą mendą, końskich zalotów Sibyl do Gannicusa, oraz głupoty Tiberiusa, który nieopatrznie zaatakował siły Spartakusa i przy okazji dostał dzidą po bebechach. Ale mogłam to sobie wszystko zmyślić w przerwach między odtwarzaniem w głowie sceny między moimi ukochanymi gejami *wink wink*

Jeśli ktoś potrzebuje dokładniejszego streszczenia, a sprechen sie Americano, polecam ponownie AfterElton.com i ich recenzję. Bo jak Bór i Jeżu mi świadkami, ja już nic z siebie na temat Spartacusa nie wykrzeszę. Obiecuję poprawę za tydzień. No chyba, że Steven DeKnight postanowi zrobić mi cudowną niespodziankę i zaserwować kolejną porcję gay sex. Mało prawdopodobne. But a girl can dream;)

Nie mogłam się oprzeć wrzuceniu chociaż jednej gifa.
A to i tak jeden z tych bardziej PG13.
Be grateful, że cały post nie jest pełen tego typu obrazków.
Mysz ledwo się powstrzymała.
That’s all folks!

See you all next week.