Ser-skrót #7, czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.

Ze względu na brak dobrego łącza and/or telewizora, Mysz nie widziała Oscarów. A ponieważ lubi być zaskakiwana, zamierza ograniczyć swą bytność na necie do czasu nadgonienia zaległości (i tak już zdążyłam sobie zespoilować kto wygrał Best Supporting Actress). Swoje przemyślenia na temat wygranych i przegranych Akademii zamieszczę pewnie dopiero pojutrze.

A dziś tradycyjnie skrót seriali z zeszłego tygodnia (bez nowego Bones, bo straciłam chwilowo do niego cierpliwość).

Miłego czytania. UWAGA: post PEŁEN SPOILERÓW.

Niedziela 17.02.13


Once Upon a Time 2×14 – Manhattan


– poznajemy historię tego, jak Rumplestiltskin został kaleką oraz wioskowym tchórzem. Okazuje się, że będąc na froncie podczas Ogrowych Wojen – na które z resztą wybrał się by udowodnić wszystkim, że nie jest tchórzem tak jak jego ojciec, który go zostawił – Rumple natyka się na wieszczkę (Pan’s Labyrinth much, drodzy twórcy OUaT?). Wieszczka wieszczy, że Rumple swymi działaniami sprawi, iż jego syn zostanie bez ojca. Tutaj obowiązkowe westchnienie zaskoczenia… *legasp*… że żona Rumple’a, Milah, jest w ciąży. Rumple, nie chcąc by jego syn przechodził przez to samo co on, okalecza się, spuszczając sobie kowalski młot na stopę. Niestety plotki krążą szybko: po powrocie do domu Rumple dostaje po uszach od Milah (trzymającej na rękach Baelfire’a) za swoje tchórzostwo. Wszelkie argumenty, że zrobił to dla dobra syna zostają dokumentnie olane. Najbardziej zadziwiający w tej sytuacji nie jest jednak upór Milah i jej kompletny brak współczucia, ale fakt że gdy Rumple wyjeżdżał na wojnę, po jego żonie nie było widać ciąży. A gdy wrócił, trzymała już na rękach syna. Jeśli rzeczywiście Rumple spędził na froncie ok. 9 miesięcy, twórcy powinni byli to lepiej pokazać. No chyba, że chcieli specjalnie insynuować, że Milah się z kimś puściła.
Mamy też kwestię przepowiedni wieszczki. Oczywiście Rumple zinterpretował jej przepowiednię po swojemu (że umrze na froncie i w ten sposób jego syn zostanie bez ojca). Jednak jako widzowie wiemy, że właśnie okaleczając się i otrzymując piętno tchórza, Rumple rozpoczął ciąg wydarzeń, który doprowadził go do zostania The Dark One i – w rezultacie – utraty Baelfire’a. Bardzo mi się podoba, że twórcy seriali zagrali na tym odwiecznym dylemacie proroctw: czy próbując zmienić naszą przyszłość nie robimy w istocie dokładnie tego, czemu chcemy zapobiec.
Co ciekawsze, otrzymujemy także jeszcze jedną scenę spotkania Rumple’a i wieszczki. Po latach, już jako The Dark One, Rumple znajduje wieszczkę i w ramach zemsty – a także kolejnej próby odzyskania Baelfire’a – zabiera jej dar widzenia przyszłości. Jest to jednak dar fikuśny i niejasny, pełen niedopowiedzeń i Rumple wyraźnie nie jest z tego powodu zadowolony. Dowiadujemy się jednak, że to właśnie wieszczka powiedziała Rumple’owi o Klątwie, która umożliwi mu odzyskanie syna; a także że do Baelfire’a doprowadzi Rumple’a pewien młody chłopiec (z kontekstu wynika, że chodzi o Henry’ego). However, wieszczka mówi, że chłopiec ów stanie się przyczyną upadku The Dark One. Czy w związku z tym mamy się spodziewać, że Rumplestiltskin zabije Henry’ego??
– tymczasem na Manhattanie, dokąd dojechali Mr Gold, Emma i Henry, potwierdzają się nasze (a przynajmniej Myszy) przypuszczenia: Neal, były ukochany Emmy i ojciec Henry’ego, to w istocie Baelfire. Dun dun DUN *dramatic music* Implikacje tego są na tyle zawiłe i ciekawe, że nie będę zbytnio o nich spekulować – poczekam aż twórcy powiedzą nam coś więcej na ten temat. Dość jednak intrygująco prezentuje się powoli rozkwitający związek Baelfire’a z Henrym. Czy Bae pojedzie za Emmą i Henrym do Storybrooke? Czy właśnie to będzie powodem ostatecznego pogodzenia się Bae z ojcem? Czy Henry odsunie się teraz od Emmy, która okłamała go na temat jego taty? Czy Emma znów zacznie zakochiwać się w Neal’u, teraz gdy wie, że jest on synem Rumplestiltskina?… no i teraz, wiedząc że Henry to jego wnuk, czy Rumple wciąż zamierza go zabić???
– a jeszcze w międzyczasie dowiadujemy się, że „tajemniczy gość w miasteczku”, czyli Craig, postanowił w mieścinie na pewien czas pozostać. Co więcej ma na komórce bardzo ciekawe nagranie… Mysz głosi: będzie nam bruździł.
Bruździ także duet Regina i Cora, które przy niechętnej współpracy Hooka, rozpoczynają – pod nieobecność Rumplestiltskina – poszukiwania jego magicznego, zabójczego sztyletu.
 
Dawno nie czekałam z takim zaciekawieniem na kolejny odcinek.

Shameless 3×05 – The Sins of My Caretaker

Po kolei, według postaci:
– Carl wrócił z obozu dla dzieci chorych na raka, ale Molly – kuzynka Mandy – wciąż mieszka za Gallagherami. Okazuje się jednak, że Molly nie jest hermafrodytą – jak podejrzewała Mysz – tylko w rzeczywistości chłopcem, którego matka wychowała jak dziewczynkę. Hm, awkward.
– Jody, wpadłszy w manię seksu, montuje w domu seks-huśtawkę. Przerażona tym Sheila wyjawia wszystkie swoje erotyczne wątpliwości zakonnicy, która przyjechała z hospicjum by Sheila mogła się nią opiekować. Zakonnica złożyła śluby milczenia, więc wygląda na to, że sekrety Sheili pozostaną na zawsze ukryte. Okazuje się jednak, że zakonnica prowadzi bloga *lol* gdzie pisze o najdrobniejszych szczegółach z życia Sheili, notorycznie ją potępiając. Sheila – jak każdy (nie)normalny człowiek – pakuje zakonnicy manatki i porzuca ją pod kościołem. Brawo, Sheila. Ważne, żeby dla człowieka być człowiekiem.
– Debbbie prześladują nastolatki na basenie, śmiejąc się z jej braku biustu oraz insynuując, że jest lesbijką (przy czym Debbie strzela im cudowną przemowę o tolerancji we współczesnym świecie). W wyniku naprawdę okrutnego żartu sytuacja kończy się tym, że Debbie – wyposażona teraz w super pojemne płuca – próbuje podtopić (utopić?) jedną z wrednych dziewczyn. Pomijając Franka, wobec którego Debbie zawsze była nazbyt pobłażliwa, jest to chyba pierwszy moment kiedy Debbie – wbrew pozorom najsensowniejsza, najmądrzejsza z Gallagherów – popełniła czyn cokolwiek niemoralny. Czy będą jakieś tego konsekwencje? A tak w ogóle, jak to pięknie powiedziała Fiona, pocieszając Debbie: nobody fucks with the Gallaghers!
– Lip ma trochę dosyć Mandy, która zaczęła mu ze swym przywiązaniem zbytnio włazić na głowę. Oczywiście robi jej z tego powodu idiotyczną aferę – zamiast dorosnąć i być mężczyzną – a potem ląduje pod domem jej ciotki, skamląc jak pies o kawałek kiełbasy. Mandy mu wybacza, a Lip, wreszcie zmądrzawszy, zostawia pełną inwektyw, niemiłą wiadomość na poczcie głosowej Karen – przyczynie jego wszystkich problemów uczuciowych. I tak jak uważam, że zostawienie tej wiadomości było dla postaci Lipa dużym krokiem naprzód, tak uważam, że był to idiotyczny pomysł. Teraz Karen będzie miała pretekst, żeby wrócić.
– Jimmy wciąż rozpamiętuje informację, że jego ojciec jest gejem. Towarzyszy temu wiele ciekawych dialogów między serialowymi postaciami (podejście Frank do homoseksualizmu mnie – pozytywnie – rozbraja; co za luz!), ale największym, czy też najgłupszym efektem tego jest kłótnia między Fioną i Jimmym. I choć uważam, że Jimmy przesadza ze swoim podejściem do tematu – najpierw niemym stuporem, a potem istnym słowotokiem – to niestety muszę mu przyznać rację. Wiadomo, że Fionie jest ciężko, ale życie naprawdę nie powinno polegać na porównywaniu naszych osobistych litanii nieszczęść. Poza tym (again, points for Jimmy) jeśli coś jest ważne dla jednej osoby, powinno być także ważne dla jej/jego partnera. Fakt, że Fiona nie jest w stanie nawet na moment przestać myśleć o sobie i swojej rodzinie, i dać Jimmy’emu chociaż parę gramów współczucia i zrozumienia, przerasta moje pojęcie.
Fakt, że zrezygnowany po kłótni Jimmy przespał się z Estefanią z pewnością sytuacji nie polepsza.
– Okazuje się, że Veronica absolutnie nie może zajść w ciążę. See kids, też tak skończycie jeśli w wieku 17-stu lat prześpicie się z rapperem, który przekaże wam chorobę weneryczną. Niezrażeni brakiem współpracy ze strony organizmu Veronici, ona i Kevin postanawiają znaleźć kogoś, kto będzie mógł zajść w ciążę zamiast V. Ponieważ Veronica chce by dziecko było choć minimalnie z nią genetycznie spowinowacone, wybór ląduje… na jej matce. Scena jej zapładniania jest chyba jedną z dziwniejszych jakie w Shamelessmieliśmy. And that’s saying a lot.
– zarząd miejski zamierza wymienić rury, biegnące pod ogródkiem Gallagherów. Jeśli dobrze pamiętacie stwarza to niejaki problem, bo w ogródku leży ciocia Ginger, którą Frank tam zakopał, by móc spieniężać jej zasiłek. Przez cały odcinek obserwujemy próby odnalezienia ciała cioci Ginger zanim przyjadą robotnicy (Frank oczywiście nie pamięta gdzie ją zakopał). Próby te – choć kończą się wreszcie sukcesem –  są m.in. powodem niesamowitego smrodu, gdy Carl podczas kopania przez przypadek przebija rurę  od kanalizacji. The Gallaghers are definitely having a shitty day.
– Ojciec Jimmy’ego – któremu na imię Lloyd (nareszcie się tego dowiedziałam!) – składa Ianowi niemoralną propozycję: Ian ukradnie z domu Lloyda parę potrzebnych mu rzeczy, a w zamian za to może zabrać co chce. Żona Lloyda podobno nie stanowi problemu, bo do południa jest nieprzytomna (nie ma to jak wieczorny koktalj z alkoholu i środków nasennych). Ian proponuje Mickey’owi, że mogą okraść dom Lloyda razem. Oczywiście Mickey – ever the jealous boyfriend – próbuje dowiedzieć się, co Ian w Lloydzie widzi. Najwyraźniej kilka szczegółów, które podaje Ian zostają w głowie Mickeya, bo podczas rabunku znienacka całuje on Iana prosto w usta. Jest to ważny krok w ich relacji, bo do tej pory Mickey całowania się wzbraniał (a tak naprawdę chyba po prostu bał się tego, co  taki pocałunek może oznaczać). Niestety żona Lloyda okazuje się mimo wszystko dość żywotna i Mickey ląduje z postrzelonym półdupkiem. Ian wiezie go do domu Gallagherów, dokąd szybko przyjeżdża Lloyd, jak się okazuje będący z zawodu lekarzem. Mickey ląduje więc na kuchennym blacie Gallagherów, podczas gdy ojciec Jimmy’ego/kochanek Iana wydłubuje mu z tyłka kawałki pocisku.
– na tę scenę natyka się niczego nieświadoma pani z opieki społecznej, którą – jeśli pamiętacie – parę odcinków temu wezwał Frank. Sytuacja nie wygląda dobrze dla Gallagherów. Pytanie tylko jak bardzo?


Poniedziałek 18.02.13


 
Bunheads 1×17 – It’s Not a Mint

W telegraficznym skrócie: w okolicznych lasach wybucha pożar i studio taneczne zamienia się chwilowo w schron dla okolicznej ludności. Nagromadzenie wszystkich na jednej przestrzeni kończy się, m.in. ślubem Talii i Ricka (mimo zastrzeżeń Michelle, bo okazuje się, że Talia jest w ciąży); powolnym naprawianiem relacji między Trully a Milly; uroczym rozwojem relacji między Melanie a Dezem (powoli stają się moją ulubioną „parą”); odkryciem, że któraś z bunheads uprawia seks (nie wiemy wciąż która!); nawiązaniem przyjacielskiej relacji między Ginny a Cosette, oraz przyszłymi lekcjami rysunku, których Ginny będzie udzielał Frankie. In other words, miłość wisi w powietrzu.
Poza tym odcinek miał cudowną scenę taneczną, przywodzącą na myśl skrzyżowanie Flashdance z Billy Elliot. Brawa!

The Following 1×05 – The Siege

– Joey jest chyba jednym z niewielu serialowych dzieci, które mnie automatycznie nie wkurzają. Jasne, nadal pozostaje naiwnym, ufnym dzieciakiem, ale nie jest głupi – znalazł ukryty przez Emmę telefon, zadzwonił do swojej matki, następnie zwiał z domu (nie gubiąc się w lesie), a potem jeszcze na koniec otworzył zamknięte na zasuwę drzwi. Naprawdę sprytny dzieciak z niego. Jestem szalenie ciekawa jak dalej ta postać się rozwinie.
– tak bardzo jak nie lubię Natalie Zea (nawet nie bardzo wiem dlaczego) po tym odcinku stwierdzam, że jest całkiem niczego sobie aktorką. Scena rozmowy telefonicznej Claire Matthews z jej synkiem niesamowicie mną wstrząsnęła. Przez moment autentycznie zapomniałam, że oglądam serial, a postać na ekranie nie jest prawdziwa, tylko grana przez zdolną aktorkę. Tym większe brawa należą się pani Zea… nawet jeśli Claire wykazała się podziwu godną głupotą, dając się nabrać na szantaż Carrolla. Czy tylko Mysz ma wrażenie, że porwanie Claire było „planem awaryjnym”, gdyby policja odzyskała Joeya? Wszak porwanie Claire jeszcze  mocniej wstrząsnęłoby Ryanem.
– trójkąt Emma/Paul/Jacob przechodzi kolejne turbulencje. Teraz to Jacob jest outsiderem – co prawda na własne, niejako, życzenie – a Emma i Paul silną parą. Ciekawa jestem tylko, czy odsunięcie się Jacoba od reszty grupy wynika rzeczywiście z jego pruderyjnych obiekcji względem trójkątnego charakteru ich relacji?… czy chodzi o kryzys seksualności (ciągłe zmienianie zdania, czy jest gejem czy nie). A może to problemy związanie z performance issues – czyli niemożnością zabijania?… Mysz w każdym razie jest ciekawa dalszego rozwoju relacji tej trójki.
– pojawiają się trzy nowe postacie (z czego jedna na krótko, ale zawsze coś). Jest więc tajemniczy Roderick, stojący najwyraźniej wyżej w hierarchii grupowej niż Emma, Paul i Jacob. Jest też Hank, który wydaje się być poniekąd specem od ciężkiej broni. Mysz ma niejasne podejrzenie, że Hank miał (tak, czas przeszły, bo Hank niestety był sczezł) doświadczenie wojskowe. Ale może to tylko kwestia jego poważnego, sztywnego zachowania. Trzecia istotna postać to Olivia Warren – prawniczka Carrolla, która jak się okazuje wcale nie jest tak bezstronna jak prawnicza przyzwoitość by nakazywała. Dowiadujemy się, że Olivia nie bez powodu spełnia życzenia Carrolla – jakiś czas temu odwiedził ją wspomniany wcześniej Hank i teraz pani prawnik chodzi po świecie bez dwóch palców lewej ręki (serdecznego i środkowego). Wprowadzenie tych nowych postaci zwiększa kontrolę, jaką Carrolla ma nad sytuacją, nawet z więzienia. Zwiększa także pole do popisu twórcom, którzy nie stronią od zaskakujących i świetnie przemyślanych zagrań fabularnych.
– w wyniku kilku bardzo fajnych twistów (m.in. dzięki chwilowej ucieczce Joeya) Ryan – którego Debra nareszcie zdeputyzowała i uzbroiła – odnajduje farmę na której przetrzymywany jest Joey. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że odcinek kończy się cliffhangerem, w którym Ryan stoi na muszce Paula. Iiiiik! Co będzie dalej?!

Castle 5×14/5×15 – Reality Star Struck / Target

Nadgoniłam odcinek sprzed dwóch tygodni (czyli odcinek walentynkowy) i mogę powiedzieć trzy rzeczy:

– bardzo fajny odcinek ze świetnym wątkiem „who done it?

– Gina Torress!

końcówka odcinka, gdy Beckett „wręcza” Castle’owi jego prezent (pustą szufladę w swojej komodzie) kompletnie mnie rozwaliła. Ale to wszystko wina Nathana Filliona, który tak wspaniale odegrał reakcję Castle’a. Było w tym zrozumienie, miłość, rozczulenie, radość… UGH. Tyle emocji *chlipie* I jeszcze to jak głos mu się załamał gdy mówi „It’s perfect”? *łzy wszędzie*
Niech Cię szlag, Nathanie Fillionie! Zawsze zapominam jak wspaniały z Ciebie aktor!
————————————————————————————————– 

 
ASKLDHGkasldhglkasdhgaklsksdhg!!!!!
O MÓJ BOŻE.

Nie mam słów na ten odcinek. No nie mam. Wspaniała fabuła, zawiła intryga, WULKAN emocji, cudowny rozwój postaci oraz relacji między nimi, igenialne aktorstwo. Nathan Fillion = ALL THE AWARDS.
Naprawdę nie wiem co powiedzieć. Mam tylko szczerą nadzieję, że przeżyję jutrzejszy nowy odcinek. Jeśli Alexis lub Castle’owi lub Beckett stanie się cokolwiek złego to pojadę do Stanów i skopię tyłki twórcom Castle’a. Bo tak. Bo takich rzeczy się po prostu nie robi!
PS. W tym tygodniu mamy jakieś nagromadzenie inteligentnie działających dzieci. Najpierw Joey w The Following, a w Castle‘u wspaniale dedukująca swoje położenie Alexis i jej przyjaciółka Sera. Nic tylko bić brawo scenarzystom, którzy wreszcie odeszli od stereotypu “sierotki do uratowania”. 

Wtorek 19.02.13

 

Smash 2×03 – The Dramaturg

Twórcy Smash zapowiadali, że w tym sezonie będzie więcej piosenek, a mniej rozwlekłych wątków fabularnych i mydlano-operowych zagrań. A tu – jak to mówią – gucio z tej obietnicy wyszło.

– serial dostał czołówkę. PO CO JA SIĘ PYTAM?!
 – Eileen zmusza Julię do współpracy z dramaturgiem, niejakim Peterem (Daniel Sunjata, Rescue Me), który ma jej pomóc ulepszyć książkę do musicalu Bombshell. Okazuje się, że Peter chce zmienić praktycznie wszystko co Julia do tej pory napisała. Gorzej: śmie insynuować, że Julia nie ma pojęcia o namiętności i dlatego, między innymi, książka jest tak nieudana. Cała relacja Petera i Julii – bo Toma, stojącego w tej sytuacji niejako z boku nie liczę – to jedno wielkie spięcie, a ich wzajemne boćkanie się niewątpliwie (zdaniem Myszy) doprowadzi do łóżka. Jako widza boli mnie trochę, że scenarzyści nie postarali się o trochę mniej oczywiste zagranie. Ale ponieważ Peter w wykonaniu Sunjaty jest zarówno uszczypliwy, jak i czarujący, z przyjemnością zobaczę czy uda mu się utemperować artystyczną duszę Julii. 
– skoro o artystycznej ekspresji mowa: warto wspomnieć właściwie tylko o dwóch utworach z odcinka (a było ich w ogóle więcej??). Pierwszy to „Dancing On My Own” Robyn, śpiewany przez Ivy. Mam poważne obiekcje co do tego wykonania, ale towarzysząca mu scena była ładnie pomyślana i zagrana, więc łaskawie im to wybaczę. Natomiast nie rozumiem jaki był cel piosenki „Our Little Secret”, która niby miała być napisana przez Julię jako dowód na to, że ona dobrze wie co to namiętność i potrafi o tym napisać piosenkę. Otóż nie potrafi. Piosenka nie jest seksowna – jest nudna i grzeczna, a scena którą naprędce wyreżyserował Derek sprawiała, że JFK wychodził na cokolwiek nachalnego lovelasa. Ewentualnie jest to wina Katharine McPhee, która mimo najszczerszych chęci jest absolutnie aseksualna. Jedyne, co mi się w utworze choć trochę podobało to głos Simona (Julian Ovenden), czyli aktora który grał JFK. Jego maniera śpiewania odrobinę przypominała mi croonerów z lat 50-tych. Bardzo fajnie pasowało to do stylu piosenki. 
– Derek, któremu nie udało się jednak dostać angażu jako reżyser „The Wiz”, zamiast tego wyreżyseruje dla Veronici (Jennifer Hudson) specjalny koncert. Pomysł fajny, ale Barbry Streisand i tak, złociutka, nie przebijesz *wystawia język* 
– w odcinku widzimy odnowienie przyjaźni Ivy i Toma. Szalenie mnie to cieszy, gdyż bardzo brakowało mi ich słodkich relacji. Tym bardziej, że Tom motywuje Ivy do wzięcia udziału w przesłuchaniu do Liaisons (w oparciu o Dangerous Liaisons, które z kolei jest oparte o Les liaisons dangereuses Christophera Hamptona). Ivy – dzięki na nowo odbudowanej pewności siebie – zdobywa rolę Cecile. Oznacza to, że razem z Bombshell, musicalem Jimmy’ego i Kyle’a (o którym za moment), koncertem Veroniki, Liaisons jest czwartym „przedstawieniem” w serialu. Czy twórcy Smash troszkę aby nie przesadzają? 
– w międzyczasie Kyle i Jimmy próbują się przygotować na spotkanie z Derekiem (do którego z resztą nie dochodzi z powodu nagłej próby Bombshell). Dzięki temu odkrywamy tajemnicę z przeszłości Jimmy’ego i Kyle’a – kim jest agresywny mężczyzna w ich byłym mieszkaniu? I dlaczego pobił Jimmy’ego?… Ważniejsze jest jednak, że Karen – po interwencji Jimmy’ego, który robi jej wykład o tym, że nie wolno jej zawieść Kyle’a i złamać mu serca – sprowadza Dereka do mieszkania chłopców. Tam wszyscy siadają przy piwie i „panowie pisarze” przestawiają Słynnemu Reżyserowi swój pomysł na musical. Nie brzmi on jakoś szalenie oryginalnie, ale ciekawe jest to, że nie kończy się on szczęśliwe. Jest lekko mroczny i drapieżny… tak jak Jimmy. Mysz chciałaby jak najszybciej dowiedzieć się więcej o szczegółach fabuły Hit List (bo taki tytuł nosi musical Jimmy’ego i Kyle’a). Mam nadzieję, że twórcy Smash nie karzą mi długo czekać.



Środa 20.02.13

 

Supernatural 8×15 – Man’s Best Friend with Benefits

Powiem od razu: w przeciwieństwie do zatwardziałego fandomu SPN, który uznał że „Man’s Best Friend With Benefits” jest spadkiem formy po kilku ostatnich świetnych odcinkach, Myszy odcinek się szalenie podobał. Tylko strasznie jej było szkoda Jareda, który wyraźnie był przez cały odcinek mocno przeziębiony.
Ubóstwiam fakt, że twórcy wciąż dodają kolejne aspekty i smaczki do mitologii seriali. W tym odcinku są to tzw. familiars – czyli towarzysze czarownic (a’la standardowe czarne koty, które kiedyś uchodziły za magicznych towarzyszy wiedźm, ich łączników z nieczystymi mocami, itd.). Poznajemy – w cudownej zresztą scenie – Portię, która jest towarzyszką niejakiego Jamesa, gliniarza. Okazuje się, że James jest znajomym Winchesterów, który po ich poznaniu zainteresował się magią. Dla Myszy postać Jamesa była o tyle istotna, że grał go Christian Campbell, który grał w ukochanym przeze mnie Reefer Madness. Co więcej Christian jest przystojnym, przepięknym mężczyzną, a ponieważ w odcinku było BARDZO DUŻO ZBLIŻEŃ (mniam), mogłam się do woli napatrzeć na jego – i Jensena – śliczne piegi.
Christian Campbell. I jego zielone oczyska. I jego piegi. Mniam.
Przyznaję, że sam wątek „dochodzenia” do tego kto i dlaczego zabija był średnio ciekawy, a jego podsumowanie – zazdrość o kobietę – dość ograny. Swoją drogą równie ograny był pseudonim Phillipe LeChat. Serio…? Jakim cudem wszyscy, włącznie z Deanem, się od razu nie zorientowali, że to jest kot? Mysz wiedziała natychmiast. Ale może instynkt mi podpowiedział.

Ciekawe, że jest to jeden z niewielu odcinków (jeśli nie jedyny), gdzie stosunkowo *hehe* ekstensywna scena erotyczna miała miejsce między Portią i Jamesem, a nie którymkolwiek z Winchesterów i dowolną kobietą. Mysz bynajmniej nie narzeka – jak już mówiłam, Christian Campbell jest przystojnym, uroczo piegowatym panem, którego bardzo lubimy. Także półnago.
Tak w ogóle to myślałam, że chłopcy już sobie w poprzednim odcinku wyjaśnili co i jak. A tu Dean znów wyskakuje ze swoimi wątpliwościami, Sam mu basically mówi, że jest głupim, samolubnym bucem, a potem strzelają na siebie focha. Nie lubię, gdy moi chłopcy się kłócą. Na szczęście pod koniec odcinka – dzięki kilku magicznie wywołanym, nieprzyjemnym flashbackom – bracia Winchesterowie zakopują toporów wojenny. 
And then… BOOM! Twórcy spuszczają nam na głowę bombę: Sam – oczywiście w tajemnicy przed Deanem – zaczyna kaszleć krwią. Czyżby to oznaczało, że trzy boskie próby mają jakiś niekorzystny, wyniszczający wpływ na ich wykonawcę? Czy to oznacza, że Sam ma ograniczony czas by próby wykonać? Czy każda kolejna próba będzie jeszcze bardziej pogarszała jego stan? Kiedy Dean się zorientuje, że coś jest nie tak? I najważniejsze: czy w takim razie rzeczywiście Jared był podczaskręcenia odcinka przeziębiony, czy było to tylko na potrzeby serialu? Ciekawskie Mysze pragną wiedzieć.

*histeryczny Mysi rechot*
Sam. W koszyku na pranie. KWIK.

Criminal Minds 8×15 – Broken

Strasznie smutny, wstrząsający odcinek o tym z jakimi horrorami – także współcześnie – muszą się zmagać osoby homoseksualne. Z jaką nietolerancją, niezrozumieniem, okrucieństwem, molestowaniem i psychiczną manipulacją *ciężko wzdycha* Mysz bardzo ten odcinek odchoruje, ale właśnie dla takich istotnych tematów warto oglądać i tworzyć telewizję.
Co więcej pod koniec odcinka ponownie widzimy tajemniczego stalkera ekipy z BAU. Kiedy wreszcie zaatakuje? Kim jest? Jaki jest jego plan? Dlaczego robi to co robi?… twórcy Criminal Minds ukazują nam bardzo niewielkie elementy tej układanki. They take their sweet time. To podpada pod dręczenie fanów *burczy*

Czwartek 21.02.13

 

Elementary 1×17 – Possibility Two

No chyba sobie, kufa misia, jaja robicie, panowie i panie z CBS. Elementary w ogóle bez czołówki tylko z kartą tytułową?!…  oj, bo się pogniewamy.
Bardzo ciekawy odcinek, choć może tylko mnie się taki wydawał, ze względu na aspekt genetyczno-biologiczno-medyczny oraz kwestię grantów naukowych (Mysz pracuje w tej dziedzinie). I choć „baza” odcinka wydawał ami się równie naciągana, co w odcinku o Rosyjskich sleeper spies w Nowym Jorku lub tym o tajnym wojskowym projekcie gier wojennych, cieszę się że twórcy Elementarynie wykorzystują jedynie wytartych schematów „zabili go i uciekł”. W ich dochodzeniach jest nie tylko zagadka „kto i dlaczego”, ale także „jak”. Połączenie tych aspektów ze współczesną zaawansowaną nauką, czy nawet spiskową teorią dziejów uważam za szalenie inteligentne zagranie. Oby więcej takich.
Holmesowe metody „tresowania” Watson szalenie mnie bawią z zasady – sfrustrowana Watson jest po pierwsze urocza, a po drugie śliczna – ale podoba mi się także, jak powolna nauka Joan wpływa na rozwój ich relacji: z trzeźwego towarzysza i klienta, poprzez przyjaciół, aż po, w chwili obecnej, mistrza i ucznia. A ponieważ fani dostali zapewnienie od twórcy serialu, że Joan i Sherlock NIGDY nie wejdą w związek romantyczny, możemy spokojnie i z lubością obserwować drobne niuanse ich wciąż rozwijającej się, zmieniającej relacji. Chyba właśnie ten aspekt serialu – a także ciekawy twist tych relacji, wynikający ze zmiany płci Watsona – tak szalenie mi się podoba i tego brakowało mi w Sherlocku BBC. Tam relacja Sherlock-Watson wydawała się zbyt natychmiastowa i oczywista, na zasadzie „tworzą parę przyjaciół i współpracowników, bo to przecież HOLMES i WATSON”. A w Elementary powolne budowanie relacji Sherlocka i Watsona – ich poznawanie się, obwąchiwanie, etc. – pomaga uwiarygodnić ich przyjaźń. Nie wykorzystuje bezpardonowo bazy, jaką stworzył Conan Doyle, tylko dodaje coś od siebie.
Ale i tak najlepszą rzeczą w odcinku był side case, którą musiała rozwiązać Watson, a dotyczyła ona POLSKIEJ pralni, będącej pralnią brudnych pieniędzy (jakżeby inaczej). Jedyne co dziwi to fakt, że najwyraźniej w całych Stanach nie było ani jednej aktorki, która mówiłabym poprawnie i czysto po polsku. Ech, Elementary. If I didn’t know any better, I’d say you weren’t trying hard enough.

Najśmieszniejsza scena odcinka:

Piątek 22.02.13

 

Spartacus: War of the Damned 3×04 – Decimation

Wiesz, że coś jest nie tak w Twoim ukochanym serialu, jeśli masz ochotę przywalić 95% postaci. W tym tygodniu zaliczając się nich WSZYSCY oprócz:

– Spartacusa, bo Spartacus jest chyba jedyną osobą w mieście – poza Gannicusem – która jeszcze chociaż trochę umie logicznie myśleć. Na początku sezonu uważałam, że to właśnie Spartacus jest zaślepiony żądzą zemsty, ale widzę że się myliłam – to Naevia i Crixus mają nierówno pod sufitem i to oni nie są w stanie odpuścić. Oni właśnie wkurwiają mnie najbardziej. Tak: WKURWIAJĄ. Użyłam przekleństwa. Taka zła na nich jestem, normalnie no!

– Agrona, który jest cudowny i lojalny i nawet jeśli mu się nie podobają decyzje Spartacusa to siedzi cicho, jak na wiernego towarzysza przystało.
LOL. Agron is like: Bitch, please!

– Cezara, którego trudno jest nielubić, bo jest szalenie charyzmatyczny, a jego scena z Fabią była bardzo poruszająca; oczywiście nie lubię go, bo jego obecność podsyca jedynie istniejące w mieście konflikty, ale to tak wspaniała, sprytna, wredna postać, że także ją – wbrew sobie – trochę za to lubię. Przy okazji wyjaśniło się, że te krwawe zabawy, którym poddawał się Cezar w willi Crassusa to nie był żaden fetysz, tylko prawdziwe poświęcenie sprawie: żeby móc uchodzić za niewolnika, Cezar pozwolił wyciąć sobie kawałek uda (że niby sam sobie to zrobił by pozbyć się piętna swego pana). Spryt, pomysłowość i poświęceniu duetu Cezar & Crassus mi szalenie imponuje. A z drugiej strony sprawia, że szalenie obawiam się o losy Spartacusa i jego ekipy. Crassus to naprawdę godny przeciwnik.
PS. Niewolnicze imię Cezara to Lyciscus. Podobno jako niewolnik był pasterzem z zawodu. Acha. Jasne. Wielu znacie pasterzy, którzy tak sprawnie posługiwaliby się mieczem?

– Heracleo, który po prostu robi wszystko za kasę i jest mu wszystko jedno co się dzieje, byle on dostał swoją działkę; więc jeśli Spartacus chce trzymać Rzymian przy życiu to Heracleo będzie siedział cicho… dopóki będzie mu to na rękę. Jakie to prawdziwie pirackie. Swoją drogą: czy ktoś ma jakieś teorie na temat tajnego planu Spartacusa i Heracleo? I czy na pewno Heracleo można ufać?

– Saxy, która mimo swego nieokiełznania jest wierna po pierwsze Gannicusowi (bo robi to co kazał), po drugie Spartacusowi (bo robi to co kazał). I mimo, że wciąż czasem się jej boję – jest dość nieprzewidywalna – coraz bardziej zaczynam ją lubić.

– Tiberiusa, który w tym odcinku stał się moim ukochanym, zranionym maleństwem i od teraz zamierzam go bronić własną piersią, kibicować mu niestrudzenie i krzyczeć na każdego, kto spróbuje go skrzywdzić. Poważnie. Dumna jestem, że mimo wszystko Tiberius odnalazł w sobie powagę/wewnętrzną siłę/zatracenie, by wykonać rozkaz ojca a potem jeszcze z taką cudowną pogardą się do niego odezwać. BRAWO TIBBY! Oby tak dalej. Jeszcze będzie z Ciebie mężczyzna!

– Crassusa. Bo bałabym się go zbić. Jeszcze by mi oddał. Albo wymordował mi rodzinę. Or both.

Komu mam ochotę nakłaść po mordzie? 

– Naevi i Crixusowi. O BOŻE DAJCIE MI ICH WYBATOŻYĆ. W głowach im się poprzewracało, jak Jupitera kocham! Od kiedy przestali się szwendać po drogach i bezdrożach i zamieszkali w „bezpiecznym” mieście, zapadli chyba na jakąś dziwną odmianę klaustrofobii, która objawia się agresją, SKRAJNĄ GŁUPOTĄ i wkurzaniem Myszy.
PS. Nikt mnie teraz nie przekona, że baby nie są zarzewiem całego nieszczęścia na świecie. Crixus w gruncie rzeczy to podatny na sugestie, ogromny misiek. Gdyby Naevia trzymała japę na skobel (ha! Cóż za starożytna metafora, Myszu!) byłby święty spokój. Ale nieeee, bo to baba. UGH. Czasem naprawdę nie lubię swojej płci.

– Laeta. Chociaż to nie jej wina. Ale to między innymi przez nią Spartacus ma problemy ze swoimi ludźmi. Bo to ona uwolniła i ukryła Rzymskich niewolników i to w wyniku jej działań zginął Atticus *kaszl*znowu głupota Naevi. ta baba naprawdę powinna się krzynkę opanować *kaszl*. Jedyną fajną sceną w odcinku, było gdy Laeta uświadomiła Spartacusowi, jak niebezpiecznym człowiekiem jest w rzeczywistości Crassus. Nie wiem, czy ona chciała wystraszyć Spartacusa swoją opowieścią, ale zamiast tego dała mu do ręki bardzo ważną broń: informację. Ciekawe, co Spartacus z nią zrobi. No i ciekawe, co się teraz stanie z Laetą? Spartacus jest na nią bardzo zły. I słusznie. Najwyższa pora ją ukarać *snuje wizje scen krwawych tortur*

– Nemetes. Bo go nie lubię i mu nie ufam. Nawet jeśli miał być tylko przynętą dla Cezara (swoistym “sprawdzianem” czy Cezar jest oddany Wielkiej Niewolniczej Sprawie Spartacusa). Mierzi mnie na sam widok Nemetesa *brrr*

– Sybil. Jeżu, co za delikatna mimoza. Niech ktoś jej wreszcie wbije do głowy trochę charakteru.

– Kore. Kolejna kobieta, co nie umie trzymać buzi w ciup. Gdyby nie jej ciągłe próby „podwyższenia” Tiberiusa w oczach ojca, Crassus nigdy nie wpadłby na pomysł zmuszenia syna do wzięcia udziału w zdziesiątkowaniu jego oddziału. A tak otrzymaliśmy jak do tej pory jedną z najsmutniejszych scen w sezonie, gdy to młody Tiberius musi dosłownie zakatować na śmierć Sabinusa, swojego najlepszego przyjaciela. Z jednej strony była to scena piękna, choć krwawa, z drugiej poruszająca i okrutna. Do tego połączenie scen zdziesiątkowania oddziału Tiberiusa i rzezi Rzymian w mieście z tą wspaniałą muzyką było szczytem geniuszu. I choć to bolesne, bo naprawdę współczuję Tiberiusowi ze względu na to, czego musiał doświadczyć – przecież to młody chłopak! – tak nie mogłam się powstrzymać od obejrzenia końcówki odcinka trzy razy. Bo naprawdę jest to kawał świetnej telewizyjnej kinematografii. I jeszcze to ujęcie gdy Cezar stoi wśród swoich zaszlachtowanych pobratymców… ojej. No wzruszam się na samo wspomnienie. Naprawdę podobało mi się to zakończenie

MOJE BIEDNE MALEŃSTWO *płacze*
Chodź. Ciocia Mysza przytuli.

Zastanawiają mnie teraz dwie rzeczy: co się z Tiberiusem będzie działo w tzw. followers camp, czyli obozie niewolników i dziwek, podążających za wojskiem, do którego zesłani zostali żołnierze, którzy przeżyli zdziesiątkowanie?
I druga kwestia: oglądając odcinek w pierwszej chwili pomyślałam, że Tiberius wylosuje biały kamień, a Sabinus czarny i że Sabinus zabierze Tiberiusowi jego kamień i się za niego poświęci. Pytanie moje brzmi: czy nie sądzicie, że takie rozwiązanie byłoby fabularnie i emocjonalnie jeszcze potężniejsze?

I to by było na tyle w tym tygodniu.

See you all next week!