Supermegafoxyawesomehot! – Team Starkid

Mysz zachwyca się niewielką uniwersytecką trupą teatralną, której produkcje stały się internetowym fenomenem.


StarKid Productions (znane także jako Team StarKid) to jeden z fenomenów Internetu. Trupa teatralna specjalizująca się w musicalach (musical theatre company) powstała w 2009 na Uniwersytecie Michigan, miała być tylko sposobem na spędzanie czasu; miejscem gdzie możnaby dać upust kreatywności. I to nie byle jakiej kreatywności – takiej, która nakazuje pisać musicale. Z oryginalną muzyką i tekstami, pełne nawiązań do popkultury, hermetycznych żarcików, ostrego jak brzytwa poczucia humoru i ogromnego dystansu do siebie.

A wszystko zaczęło się od filmu, nakręconego podczas jednego z przedstawień dla rodziny i znajomych, którzy tego dnia na spektakl nie dotarli. And then the whole Internet exploded! StarKids z dnia na dzień nabrali viralnego rozgłosu i przyspieszenia, by nigdy tak naprawdę już nie zwolnić.


Jeśli nie zauważyliście z powyższego akapitu, Mysz jest skończoną fanką StarKid. Nie psycho-fanką – do takiej mi, dzięki Boru, sporo brakuje. Nigdy ich nie poznałam osobiście, wiem o nich tyle co można poczytać w Internecie i choć kiedyś miałam fazy na drobny cyber-stalking po pierwszym obejrzeniu AVPM (skrót wyjaśnię za moment), tak teraz jestem już zdrowa i normalna *chrum* I choć nigdy nie byłam na żadnym ich spektaklu, właśnie to jest w StarKid najfajniejsze – nie trzeba nigdzie jechać by doświadczyć zajebistości, z jaką utożsamiana jest ta grupa.

Zanim odezwą się głosy oburzenia pt. „oczywiście że ich zachwala, skoro jest fanką”, wyznam, że przez długi czas broniłam się przed fenomenem StarKid. Gdy fandom Harryego Pottera, w którym maczałam poniekąd palce, zaczął po raz pierwszy szeptać o dzieciakach z UM (University of Michigan) postanowiłam zapchać uszy watą i olać sprawę. Nie będzie Mysz głupią owcą w ślepym pędzie podążającą za resztą stada. Potem fandom zaczął głośniej mówić o StarKids, aż wreszcie natężenie osiągneło poziom wrzasku. Ale Mysz trwała niewzruszona na posterunku: że to nie dla mnie, to zbyt hermetyczne, jaki jest sens oglądać musical na YouTube, przecież to nie to samo… swoją drogą do dziś jestem „wyznania”, że oglądanie/słuchanie musicalu via Internet to nie to samo, co przeżyć go w teatrze. Ale StarKid są w tej kwestii chlubnym wyjątkiem.

Wreszcie, po długim czasie, temat musicalowej grupy teatralnej podupadł. I wtedy w Myszy obudził się zwierz… nie, nie był to Ten Słynny Zwierz, ani nawet zwierz-leniwiec. Był to zwierz ciekawski (czyli, jak podpowiada wujek Google, albo surykatka, albo łoś, albo małpa czyli Curious George). Któregoś więc razu, późno w nocy, gdy współlokatorka Myszy już spała, gryzoń zasiadł do YouTube’a w słuchawkach. Przez pierwsze parę minut próbował się osłuchać z kiepskiej jakości dźwiękiem. Potem próbował przejść do porządku dziennego nad jakością scenografii, dorównującej tej, którą Mysz własnoręcznie malowała w podstawówkowej świetlicy do przedstawienia o gąsce Balbince. I gdzieś między mrużeniem uszu by lepiej słyszeć (hę?), a krzywieniem ryjka na braki techniczne… zadziałała magia. Mysz najpierw zaczęła się uśmiechać, potem parskać, aż wreszcie rżeć ledwo-tłumionym rżeniem, by nie budzić współlokatorki (I failed, jeśli dobrze pamiętam). Skończyło się na tym, że godzinę później wisiałam na oparciu fotela z twarzą zalaną łzami, skurczami mięśni twarzy i spalonym tysiącem kalorii ze śmiechu.


Natychmiast zGooglałam wszystko co się dało o StarKids i chybcickiem obejrzałam dwa ich kolejne musicale (rachunek za Internet tego miesiąca był niedopozazdroszczenia). Zawiedziona, że nie ma nic więcej, wzięłam się za wspomniany wyżej cyber-stalking w wersji light, a potem na wiele miesięcy… niemal lata… zapomniałam o StarKids. Do, mniej więcej, zeszłego tygodnia gdy w odcinku Gleepojawił się nie kto inny, a Joey Richter (piszę o tym pod koniec tego wpisu).

Winą za niecne porzucenie StarKids obarczam Darrena Criss. Tak, TEGO Darrena Crissa, który gra Blaine’a w Glee i jest darem niebios dla tego serialu… a przynajmniej był gdy po raz pierwszy się w nim zjawił. Byłam na StarKidsowym głodzie gdy Darren zaczął swą przygodę z Glee, więc naturalnie pan Criss stał się moim nałogiem zastępczym. Darren to w ogóle postać na osobny post – chłopak który osiągnął Internetową sławę dzięki roli Harryego Pottera u StarKids, później nie dość że dostał pracę w najpopularniejszym (wówczas) serialu młodzieżowym w telewizji, to jeszcze zastąpił na Broadwayu samego Daniela Radcliffe’a, gdy ten porzucił rolę J. Pierreponta Fincha w How To Succeed in Business Without Really Trying. Co prawda tylko na trzy tygodnie, ale podobno był boski. To przemiły chłopak – otwarty, ciepły, tolerancyjny i przeuroczy, a na dodatek absolutnie niesarkastycznie kochający piosenki Disneya tego i wiele innych rzeczy dowiedziałam się w trakcie swojej „fazy” na Crissa. Jak tu go nie ubóstwiać?

Ale ja nie o tym chciałam! Zanim Darren Criss nie odwrócił niecnie mojej uwagi, miałam Ci, drogi Czytelniku, pokrótce przedstawić co do zaoferowania ma YouTubeowy kanał StarKids, gdzie można znaleźć pełne wersje wszystkich ich musicali. I tak, Mysz ostatnio nadgoniła kilkuroczne zaleglości (czyli dwa musicale – wychodzą mniej-więcej raz na rok) i teraz będzie piać w zachwyce nad cudownym, absolutnie wspaniałym i niewyobrażalnie zaskakującym rozwojem, jakiemu uległo StarKids Productions od czasu swych skromnych początków.


A Very Potter Musical (2009)



A Very Potter Musical (czyli AVPM) to pierwszy, pamiętny spektakl trupy StarKids. Jak już wspomniałam wyżej pod względem technicznym wiele mu można zarzucić – niedostateczne i nieprzemyślane oświetlenie, brak odpowiedniego nagłośnienia (muzyka i śmiech publiczności często zagłuszają dialogi), ogromna umowność scenografii i niechlujstwo niektórych rekwizytów. Tylko kostiumom Mysz niewiele może zarzucić, ale to dlatego, że nawet te trochę gorszej jakości/mniej starannie wykonane przynajmniej wpasowują się w ogólnie niski poziom „zaplecza” scenicznego.
Sama muzyka nie zachwyca, ale Myszy odgórnie imponuje każdy, kto muzykę umie pisać w ogóle, kropka. Dialogi, choć śmieszne i nawiązujące wieloktronie do popkultury, są także pełne hermetycznych inside jokes, które ma się wrażenie rozumie tylko obsada i „lokalna” ludność – współuczniowe, itd. – zgromadzona na widowni.

 

Okej, to może nie brzmieć zbyt zachęcająco, ale wierzcie mi – wszystko da się znieść. Na YouTubie są wersje zarówno z angielskimi napisami dla tych, którzy jak ja mają czasem problemy z dosłyszeniem kto co powiedział, jak i z polskimi napisami, dla tych co po angielsku nie sprechen. Na scenografię, kostiumy i całą resztę można przymknąć oko – wszak pewna umowność jest w teatrze nieodzowna. Poza tym to przecież grupa studentów, którzy bawią się w teatr. Tak więc wszystkie te drobne niedociągnięcia można spokojnie olać wzruszenie, ramion.

A warto. Bo mimo mankamentów, AVPM ma w sobie jakiś magiczny, nie-do-przyszpilenia urok, który skruszy nawet najtwardsze skorupy i wywoła uśmiech nawet u najbardziej sceptycznie nastawionych gburów. Well przynajmniej takie święte przekonanie ma Mysz.


Może to zasługa hermetycznego klimatu, który z jednej strony sprawia, że człowiek czuje się wtajemniczany w jakąś super-fajną akcję, a z drugiej strony zmusza widza do oglądania musicalu wiele razy, by wyłapać wszystkie żarciki i odniesienia. A może to zasługa aktorstwa. Bo jeśli jest coś, co Myszy zdaniem u StarKids jest bezbłędne, jest to aktorstwo. Nie chodzi mi o jakiś Szekspirowski jego poziom czy techniczną wprawę, ale o zaangażowanie, dobrą zabawę i autentyczną miłość do materiału. Od razu widać, że te dzieciaki robią coś, co kochają i kochają to, co robią. A to, że czasem któreś pomyli tekst, albo i nawet zafałszuje… trudno. Taka cena sztuki pełnej młodej pasji. Najlepszym przykładem jest tu Joe Walker, którego Voldemort jest może przerysowany, ale dzięki temu jest najlepszą postacią całego spektaklu. Świetny makijaż i kostium tylko się do tego przykładają. 

Więc jeśli macie trochę wolnego czasu, dobre łącze internetowe i znacie świat Harryego Pottera, gorąco polecam zapoznać się z AVPM. Coś czuję, że jeszcze mi za to podziękujecie.



PS. Ważna uwaga: AVPM czerpie ze wszystkich części sagi, ale przede wszystkim z Kamienia Filozoficznego, Czary Ognia i Insygniów Śmierci, a w pomniejszych wątkach także z Więźnia Azkabanu i Księcia Półkrwi. Jeśli jeszcze nie skończyliście całej serii – Luby, I’m looking at you – kategorycznie odradzam oglądanie AVPM. Najpierw skończcie książki, potem nadróbcie oryginalne filmy (przynajmniej do czwórki włącznie), a dopiero potem weźcie się za StarKids. Inaczej nie będziecie z tego mieli tak dużej radochy.

Najlepsze kawałki: „Missing You” – ballada; „To Dance Again” – numer taneczny; „Different As Can Be” – najlepszy tekst piosenki w całym musicalu. Wielu fanów podaje „Not Alone” jako ulubiony kawałek z musicalu, ale Mysz akurat woli wersję oryginalną.



Me and My Dick (2009)


 
Tak, dobrze czytacie – to musical o chłopcu i jego najlepszym przyjacielu… członku o trafnym imieniu Dick.

Jest to pierwszy w pełni oryginalny musical StarKids (no bo Harry Potter to jednak pomysł J.K.Rowling, nawet jeśli sprawnie przez gwiezdne dzieciaki sparodiowany). I tak jak cały spektakl obejrzałam z wielkim, anime-like znakiem zapytania na czole, tak ukłony obsady oglądałam już z uśmiechem na ustach i łzami pozytywnego wzruszenia w oczach.

Od lewej: Dick (Joe Walker) i jego pan, Joey (Joey Rickter)


Jeśli do tej pory mieliście wątpliwości to o niewytłumaczalnym uroku StarKids niech świadczy, iż wystawili MUSICAL o nastoletnim chłopcu i jego członku. I to nie takim „wyimaginowanym” organie, do którego bohater tylko dramatycznie monologuje – ten członek jest obecny cały czas na scenie. Odpowiada na kwestie swego właściciela. Prowadzi z nim żarliwe dyskusje. Gra go aktor. Przebrany w kostium i w ogóle. A czy wspomniałam już, że głównej bohaterce towarzyszy na scenie jej… hemhem, wagina o wdzięcznym imieniu Miss Cooter, na dodatek mówiąca z południowym akcentem godnym Scarlett O’Hary?… Że pojawiają się także inne waginy: Flopsy i The Old Snatch? Serio, nie zmyślam. A czy mówiłam, że grają je mężczyźni (bardzo po Szekspirowsku)? I że w spektaklu pojawia się scena – i piosenka – znana jako „Flight of the Pussies”? *turla się*

Ja naprawdę wiem, jak to brzmi. I wiem, że moje gusta mogą być spaczone – ubóstwiam wszak wszystkie części American Pie (tak, widziałam nawet te wydane straight to DVD). Ale nigdy nie widziałam żadnego filmu, serialu ani sztuki, które w bardziej do-w-cipny (!), bezczelny i prawdziwy sposób mówiły by o miłości, seksie i pożądaniu u nastolatków. Co ja mówię! U dorosłych też. Wyobraźcie sobie takie Monologi Waginy jako komedię musicalową, dorzućcie do tego parę penisów, beczkę nastoletnich hormonów… i macie MAMD.


I choć zarówno scenografia, jak i kostiumy są jeszcze bardziej umowne niż w AVPM (co jest niejako usprawiedliwione tematyką), pod względem aktorstwa i czystej twórczej kreatywności StarKids znów lądują na szczycie.

To znaczy szczytują *ba dum tss*

Najlepszy kawałek: piosenka tytułowa „Me and My Dick”; Nothin’ Like a Dick” – śpiewane przez Miss Cooter oraz The Old Snatch; „Even Though” – prześliczna ballada o niezręczności nastoletniej miłości. A tak w ogóle Mysz lubi ten musical, bo Joey Richter nareszcie mógł się tutaj porządnie popisać swoimi możliwościami wokalnymi.

A  Very Potter Sequel(2010)


 
Jak się można domyślić, AVPS to kontumacja AVPM. I jeśli chodzi o do tej pory średnią stronę techniczną to przy AVPSwidać już zmiany. Nie wiem czy powodem tego był zastrzyk gotówki, uzyskany dzięki rosnącej popularności grupy w Internecie (i nie tylko), czy po prostu większa chęć dania upustu kreatywności plastycznej. I’m guessing both. W każdym razie, tam gdzie część pierwsza smętnie kwiliła pod względem scenografii, kostiumów i rekwizytów, tam AVPS już pieje z dumą. Cudownie kolorowe, pne detali prospekty, przecięcia, kulisy, fermy i zastawki, dekoracje… zmiana była tak drastyczna, że Mysz oglądając spektakl po raz pierwszy myślała, że kliknęła zły link i wyniosło ją na jakąś profesjonalną teatralną scenę. A tu proszę – grupa dzieciaków-zapaleńców z koledżu. Nic tylko skulić się pod kocem i chlipać na to, jakie moje życie jest puste i nieciekawe… *kaszl* Moving on.


AVPS czerpie wątki fabularne z Kamienia Filozoficznego, Więźnia Azkabanu i Orderu Feniksa, spotykamy więc postacie, których do tej pory nie widzieliśmy (Lupin, Syriusz, Lucjusz Malfoy). Geniusz StarKids – tak, użyłam słowa na „G” *le gasp* – polega jednak nie na adaptowaniu tekstu J.K.Rowling, ale na takim splataniu wątków po swojemu, że nie dość iż mają one sens, to jeszcze tworzą niemalże lepszą historię od tej pani Rowling. Co więcej, StarKids sprytnie umieszczają w AVPS nie tylko nawiązania do swych filmowych odpowiedników, ale także do gagów i żartów z AVPM, jeszcze bardziej propagując w ten sposób hermetyczność swych przedstawień (oczywiście, jeśli ktoś widział AVPM, natychmiast załapie o co chodzi).

Ron, Harry i Hermiona, czyli Joey Richter, Darren Criss i Bonnie Gruesen.


A jeśli jest coś, za co kocham AVPSnajbardziej to chyba Joe Walker, który w tym spektaklu pokazał mi, że nie ma takiej roli w której nie byłby zjawiskowy. Bo jeśli jest facet który potrafi zagrać zarówno Lorda Voldemorta, penisa i Dolores Umbridge, to ja przed tym panem zdejmę nie tylko kapelusz, ale także uszy. Mysie. Mam takie, na opasce się trzymają. I ja je przed Joe Walkerem zdejmę. Za to przed Joey Richterem zdjęłabym co innego, ale to inna historia [Luby, udawaj że tego nie przeczytałeś!].

Najlepsze kawałki:  „To Have a Home” – ballada; „No Way” – ensemble; Mysz jeszcze bardzo lubi „Those Voices”, bo towarzyszy wyjątkowo rzewnej scenie oraz „Stutter”, które jest totalnie niepoważnym numerem tanecznym, ale Mysz ubóstwia Joe Walkera, który tę piosenkę… nawet nie tyle śpiewa, co meczy (ale tego wymaga rola). Za to jakby ktoś chciał przesłuchać oryginalną wersję Darrena Crissa, to mogę polecić chociażby .


Starship (2011)



Starship odkryłam dopiero niedawno, choć w międzyczasie słyszałam o nim to i owo – gdy po raz pierwszy wkręcałam się w StarKids, były już plany powstania Starshipi przyznam szczerze: były one cokolwiek ambitne.

Ladies and jelly-spoons… StarKids, teatralna trupa Z KOLEDŻU, powtarzam, stworzyła oryginalny musical science-fiction. O insektach. W kosmosie. Z KUKIEŁKAMI!!!!

W centrum: Bug (Joey Richter) – główny bohater przedstawienia.


Ja nie żartuję – te dzieciaki zbudowały na potrzeby musicalu paręnaście działających kukiełek (a właściwie lalko-pacynek), które służą za bohaterów fabuły. Ja pomijam jakie wrażenie robi na mnie sam fakt ZBUDOWANIA DZIAŁAJĄCEJ KUKIEŁKI. Pomijam jednej! Ale parunastu?… *niemy podziw* Ale że wokół tych kukiełek zbudowano wciągającą, oryginalną, zabawną fabułę? Pełną zwrotów akcji, miłości, zdrady, zemsty, humoru, ambicji, marzeń, owadów i mnóstwa śluzu? Proszę państwa, ja wysiadam! *niniejszym wysiadła*

Ale tak na poważnie: kukiełki są z technicznego punktu widzenia szalenie imponujące (zwłaszcza jedna, która pojawia się w połowie spektaklu; nie powiem co to za postać, ale wierzcie mi – TO jest coś co każdy powinien zobaczyć na własne oczy). Jednak to, co najbardziej mnie rusza to fakt, że po pierwszych paru minut, gdy widz przyzwyczaja się do tego, że aktor ma coś przyczepione do ręki/ciała i że ten kawałek plastiku i sztucznego futerka jest w rzeczywistości bohaterem musicalu… nagle… cóż, zaczyna działać magia StarKids. Postacie nabierają życia i nagle łapiemy się na tym, że nie patrzymy już na aktorów, ale na ich kukiełki. Co nie umniejsza talentu aktorskiego, jakiego jesteśmy świadkami na scenie – widać, że każdy ruch, każdy gest kukiełki jest pełen wyczucia i emocji; przemyślany i zagrany by dokładnie przekazać dokładnie to, co postać chciała wyrazić. Jeśli ktoś widział kiedyś Avenue Q, wie co mam na myśli.

Oprócz owadów-kukiełek pojawiają się też postacie ludzkie. Na szczęście – co również świadczy o profesjonalizmie ekipy – ludzcy bohaterowie nie wypadają blado przy swych wielo-odnóżastych towarzyszach. A obejrzawszy oba w pełni oryginalne musicale StarKids (MAMD oraz Starship), stwierdzam z przekonaniem, że to właśnie w Starship pojawiają się najfajniejsi bohaterowie. Co ja mówię – to najfajniejsi bohaterowie ze wszystkich musicali StarKids, włącznie z Holy Musical B@man (o którem za moment). Postacie ze Starship są, rzekłabym, complete; ich działania są spójne, charakterologicznie konsekwentne, a emocje i przeżycia wiarygodne. I odnosi się to zarówno do ludzi, jak i owadów.

Taz (Lauren Lopez) i Commander Up (Joe Walker)


Klasycznie już – jak to u StarKids-  pojawiają się liczne inside jokes i odniesienia do poprzednich przedstawień. Jednak najlepszym żartem jest bez wątpienia ten, który pada w akcie II, części 7. Gdy na niego traficie, będziecie wiedzieli, że to to. Zwłaszcza jeśli wiecie conieco o historii StarKids, a także Darrenie Crissie i Glee. A jeśli nie wiedzieliście do tej pory nic, to może ten wpis wam choć trochę w tej kwestii pomógł.

Oczywiście scenografia (w nowym teatrze w Chicago, gdzie StarKids się przenieśli z University of Michigan), kostiumy, make-up i rekwizity znów są tip-top. Ale najważniejsza zmiana, jaka zachodzi w Starship to jakość dźwięku – nareszcie jest głośny i wyraźny. Wszystko dzięki temu, że StarKids sprytnie zaczęli używać malutkich mikrofonów, takich przylepianych taśmą do ryjka. I chwała im za to! Dzięki temu nareszcie mogłam usłyszeć większość dialogów, bez konieczności mrużenia uszu, żeby przebić się przez śmiech publiczności (uzasadniony śmiech, dodajmy).

Najlepszy kawałek: „Kick It Up a Notch” – numer taneczno-kukiełkowy (Dylan Saunders jest w nim GENIALNY; w ogóle w tym spektaklu jest w szczytowej formie, a Joe Walker, Lauren Lopez i Meredith Stepien dotrzymują mu równo kroku); „The Way I Do” – ballada (wersja z soundtracku jest ładniejsza niż ta w musicalu)


Holy Musical B@man (2012)



Musical. O Batmanie. Och, przepraszam: B@manie. Nie ma to jak copyright, prawda? Jednak ekipa StarKids nie pozwoliła by taki drobny szczegół zepsuł im zabawę.

W ramach tej zabawy stworzyli chyba najfajniejszą wersję Batmana, jaką widziałam. And that’s saying a lot, gdyż swego czasu byłabym w stanie zlizać bitą śmietanę z pokrytego lateksem uda Michelle Pfeiffer. Who Am I kidding? I’d still totally do that!

Wracają do sedna: HMB jest utrzymane w bardzo specyficznej stylistyce. Nigdzie mu do mrocznego bat-człowieka Nolana czy Burtona (Schumachera z godnością przemilczę). Gwiezdne dzieciaki zdecydowały się na bardzo mądry ruch i postanowiły swój parodystyczny musical zainspirować telewizyjnym Batmanem z lat 60tych, z Adamem Westem i Burtem Wardem. Zarówno kolorystyka kostiumów, ich krój, jak i cała scenografia wyraźne nawiązują do tego pamiętnego serialu, że o postaci Dicka Graysona aka Robina nie wspomnę (stąd zresztą tytuł, naturalnie nawiązujący do catchphrase Robin z lat 60tych, czyli „Holy _____, Batman”).

Po prawej: B@man (Joe Walker)
Ja pomijam, że Joe Walker jest genialny jako Batman (no i wreszcie nie musi mówić z jakimś dziwnym akcentem), a Nick Lang jako Robin wywoływał u mnie za każdym razem histeryczny chichot. Pomijam, że Chris Allen (który do tej pory w przedstawieniach się w ogóle nie pojawiał) był chyba lepszym Alfredem niż Michael Caine. Pomijam, że Jeff Blim mógłby z powodzeniem zagrać Jokera u Burtona lepiej niż Nicholson (chociaż wtedy pewnie był jeszcze w pieluchach, ale you get my point), a jego postać bad guya, który używa nazw słodyczy jako żarcików i powiedzonek jest zarówno kompletnie zwariowana, jak i chyba najlepiej w spektaklu zagrana. Pomijam też, że pojawiają się – między innymi – Superman czy The Green Lantern. 
B@man (Joe Walker) i Superman (Brian Holden)

Jednak tym, co mnie w HMB ujęło najbardziej to fakt, że StarKids nie spoczywają na laurach. To wciąż grupa ludzi pełnych pasji, zaangażowania, humoru i wielkiej miłości dla gatunku, jakim są komediowe/parodystyczne musicale. W wypadku AVPS widać to było po rozwijaniu zaplecza technicznego i skomplikowaniu wątków fabularnych; w Starship pozostawiono te elementy, ale także je rozszerzono – dodano kukiełki (kolejne technicznie wyzwanie) i udoskonalono stronę muzyczną (Starshipma przyzwoite teksty, za to bardzo dobrą muzykę). Zaś HMBłączy w sobie te wszystkie rzeczy, ale robi jeszcze krok dalej – ma tak niesamowicie wpadająca w ucho muzykę, tak fajne teksty, tak sprawnie przemyślane i wykonane aranżacje (śpiew na głosy!!!)… że Myszy pozostaje tylko paść na kolana i błagać: jeśli macie zamiar obejrzeć tylko jeden spektakl StarKids, albo nie mieliście wcale zamiaru oglądać żadnego z ich przedstawień, dajcie szansę Holy Musical B@man. A jeśli Wam się nie spodoba, to przysięgam… że, no… zjem miskę szpinaku. A Mysz NIE ZNOSI szpinaku. Ewenatualnie, jeśli będziecie w przychylnym nastroju w drugiej kolejności należałoby obejrzeć Starship. Tak tylko mówię *wycofuje się powoli*

Najlepsze kawałki: „Rogues Are We” i „To Be a Man” – ensemble; Mysz też bardzo lubi Dark, Sad, Lonely Knight, zwłaszcza od momentuI wanna be somebody’s buddy…”. Strasznie mi ten fragment wlazł do głowy.



———————————————————————————————————-


HHo

Zastanawiacie się pewnie dlaczego, skoro piszę o musicalach, nie wspomniałam właściwie słowem o muzyce i tekstach piosenek. Cóż… powód jest prosty. Nie mam o nich nic do powiedzenia. Bo choć niektóre kawałki nie są wybitne, a inne mogą nie należeć do moich ulubionych, razem tworzą całość. Cudowną, fajną, poruszającą, zabawną, jedyną w swoim rodzaju całość. To tak jakby tłumaczyć dlaczego The Rocky Horror Picture Show jest kultowe. Trust me, jeśli nie zrozumiałeś tego sam, za pierwszym razem to nawet najgorliwszy fan i najzażartszy krytyk (Myszu, thats not a word) ci tego nie wytłumaczą, Czytelniku.
A z twórczością StarKid Productions tak właśnie jest – nie da się ich tak naprawdę wytłumaczyć… co widać po strasznej nieskładności i chaotyczności tego posta. Trzeba ich samemu obejrzeć i na własnej skórze, uszach, oczach i czym tam jeszcze sobie życzycie doświadczyć PRAWDZIWEJ MAGII, jaka w tych ludziach drzemie.
Teraz wybaczcie, ale muszę zmykać. Zamierzam przez cały luty czatować na ich YouTubeowym kanale, bo do końca lutego 2013 ma się na nim pojawić A Very Potter Senior Year – trzecia i ostatnia część Potterowego musicalu. I CAN’T WAIT.


Dla zainteresowanych/leniwych podaję linki do różnych wersji omówionych musicali:
Wersje z angielskimi napisami:

Wersje z polskimi napisami(za jakość których Mysz nie gwarantuje):
Me and My Dick – brak; tylko angielskie napisy
Holy Musical B@man – brak; tylko angielskie napisy

Wersje z oficjalnego kanału YouTube StarKids:
HolyMusical B@man

Mysz z ostatnich produkcji uznaje Starship za najlepiej i najprofesjonalniej wykonany spektakl,
AVPS za najbardziej emocjonalnie naładowany, a HMB za najśmieszniejszy. To tak tytułem jedno-zdaniowego podsumowania.