Bates Motel, czyli “Przepraszam, ale w moim prysznicu są zwłoki”

Zaadaptowanie fabuły “Psycho” Hitchcocka na serial telewizyjny było cokolwiek nietypowym pomysłem. Mysz ocenia na ile “Bates Motel” jest wartościową produkcją.


“You can check-out any time you like,
but you can never leave!”

Dziś obiecana recenzja premierowego odcinka serialu Bates Motel, czyli swoistego prequela do filmu Hitchcocka Psycho, wykorzystującego postacie i motywy z powieści „Psychoza” Roberta Blocha. Najpierw muszę się jednak do czegoś przyznać. Niektórzy Czytelnicy już wiedzą, bo Mysz wyznała to przy okazji recenzji Hitchcocka, ale na wszelki wypadek przypomnę: Mysz nie widziała Psycho. Nie czytałam również książki Blocha. Wszystko co wiem o bohaterach i fabule tych dzieł, wiem z szeroko pojętej popkultury. Jeśli więc wyciągane przez Mysz wnioski wydadzą się Wam naiwne/błędne, upraszam o wybaczenie. Wynikają one ze zwyczajnej niewiedzy. Poza tym uważam, że takie świeże spojrzenie pozwala mi dość obiektywnie ocenić Bates Motel, w przeciwieństwie do fanów wersji Hitchcocka, którzy w Internetach zdążyli już serial nieco stłamsić. Mysz rozumie co prawda ich argumenty, niemniej uważa, że Bates Motel jest serialem, któremu należy dać szansę.

  
Mysz zupełnie zapomniała o tym, że serial ten ma być nie tylko prequelem, ale także wersją uwspółcześnioną. Jest to zrozumiałe zagranie ze strony twórców, bo przenosząc wydarzenia w czasy współczesne, nie muszą poświęcać czasu ani pieniędzy na wiarygodne oddanie realiów lat 60-tych (czy też przełomu lat 60-tych, bo oryginał pochodzi z 1960 roku, a książka Blocha z 1959 roku). Niemniej dziwnie wygląda dom Batesów, a także ich styl ubioru, gdy weźmie się pod uwagę, że akcja dzieje się w czasach gdy istnieją już telefony komórkowe, Internet, że o telewizji nie wspomnę. Co prawda owa współczesność ma na premierowy odcinek niewielki wpływ, ale Myszy i tak dała do myślenia. Biorąc pod uwagę, co w przyszłości ma się w tym hotelu dziać, jak twórcy chcą wytłumaczyć fakt, że nikt się w tym nie zorientował. W latach 60-tych, gdy nie było komórek, ekscesy Normana Batesa miały szansę mu ujść na sucho – dom i motel były wszak odosobnione. Czy więc, jako widzowie, mamy uwierzyć, że w dobie powszechnej komunikacji i informacji nikt się nie domyśli jakim „hobby” para się Bates?… jakoś trudno mi to sobie wyobrazić. Pozostaje mieć nadzieję, że twórcy wzięli ten element pod uwagę i zamierzają go jakoś sensownie wytłumaczyć.
 
Tym bardziej, że ta współczesność stoi w ogromnym kontraście ze stylistką serialu. Jak już wspomniałam dom Batesów w Bates Motelidealnie odwzorowuje ten widziany w Psycho– nic z resztą dziwnego, biorąc pod uwagę, że oryginalny plan Psycho (czyli motel i dom Batesów) wciąż stoi na terenie studia Universal. Wygląda on więc jak żywcem wyjęty z przełomu lat 50-tych i 60-tych. Oczywiście planowany jest gruntowny remont i prze-aranżowanie wnętrz, ale póki tego nie zobaczę, oldschoolowość domu będzie mi zgrzytać w współczesnym klimatem. Także stroje Normana, jak i jego matki, w dziwnie sztywny sposób trzymają się ram lat 60-tych. Ich krój, linie, kolory, czy nawet desenie wyraźnie przypominają te sprzed paru dekad. Pytanie tylko czy jest to chwilowy hołd złożony oryginałowi – i w związku z tym zaobserwujemy zmianę stylu na bardziej współczesny – czy może permanentna stylizacja. Tak bardzo jak Mysz kocha konsekwencję, w tym wypadku byłaby raczej skłonna widzieć rozwój klimatu serialu w stronę rzeczywiście bardziej współczesnego.
 
Pomijając dyskusyjny walor „współczesności”, największym atutem serialu są jego aktorzy, a konkretnej główna dwójka. Freddie Highmore, znany nam z Finding Neverland czy chociażby Charlie and the Chocolate Faktory (choć Mysz pierwszy raz widziała go w The Mists of Avalon, gdzie grał młodego Artura), z wiekiem przekształcić się w naprawdę dobrego młodego aktora. Jego Norman jest odpowiednio cichy i wycofany, lecz gdy trzeba widać w jego oczach iskrę… „czegoś”. Jeszcze nie szaleństwa, ale z pewnością czegoś niepokojącego; czegoś, co nawet osobom nieświadomym jego dalszych losów kazałoby się lekko wzdrygnąć. Jego ekranową partnerką jest zjawiskowa Vera Farmiga, którą ostatnio mogliśmy oglądać w Up in the Air, za które zresztą dostała nominację do Oscara. Po występach jej siostry (Taissa Farmiga, American Horror Story) wiem, że cała żeńska część klanu Farmiga jest wyjątkowo utalentowana aktorsko, ale Vera jest z pewnością klejnotem koronnym. Jej kunszt w roli Normy (!) Bates świeci wyjątkowo jasno. Nie tylko w scenach wymagających ogromnego natężenia emocji – jak chociażby wstrząsająca scena w kuchni – ale przede wszystkim właśnie w tych scenach subtelniejszych. Tu dla Myszy istotnym przykładem była rozmowa z Normanem podczas obiadu na temat jego przystąpienia do drużyny biegowej. Gama emocji przez które w tej scenie przechodzi Vera jest niesamowita. 
Mysz o postaci matki Normana Batesa, tak jak była ona ujęta w Psycho, wie praktycznie zero. Geniusz Very Farmigi tkwi w tym, że z jej odgrywana roli Normy jestem w stanie się bardzo wiele domyślić: dlaczego Norman stał się tym, kim się stał? Skąd to się wzięło? Jakie rany psychiczne zostawiła w nim matka, by zrobić z niego takiego potwora?
 
Może właśnie dlatego, że słabo znam oryginał, oglądanie Bates Motel sprawiło mi taką frajdę. Mogłam do woli analizować każdą scenę, każdy dialog czy grymas ust pod kątem psychologicznym. Mogłam na własną rękę szukać podstaw przyszłych chorych zachowań Normana; doszukiwać się ich w jego relacjach z matką. Te właśnie relacje są oczywiście najbardziej interesującym aspektem serialu – przynajmniej dla mnie. Z jednej strony Norma wyraźnie traktuje swojego syna jak substytut męża (czy też ogólnie mężczyzny) – czeka na niego z romantyczną (świecie, kwiaty!) kolacją, ma pretensje o inne kobiety w jego życiu, nawet jeśli jest to tylko szkolna nauczycielka. Subtelne – choć dla uważnego widza łatwo wychwytywane – manipulacje Normy są absolutny tour de force aktorstwa w wykonaniu Farmigi. W jednej sekundzie Norma to energiczna, uradowana wyzwoleniem od męża kobieta, pełna marzeń i nadziei, chwytają szansę na „nowy początek”. W następnej to zgorzkniała, kompletnie narcystyczna jędza, która świadomie wykorzystuje poczucie winy syna, by tym sprawniej go kontrolować, tym mocniej do siebie przywiązać. Vera naprawdę jest w swej roli wspaniała – tylko naprawdę dobra aktorka jest w stanie powiedzieć kwestię „no one’s ever helped us” w taki sposób, by widz natychmiast zrozumiał, że nie chodzi o żadne „nas”, a o nią, o Normę; chodzi o to, że nikt nie pomógł jej się wyrwać z nieszczęśliwego małżeństwa. Kwestia tajemniczej śmierci jej męża – ojca Normana – to z resztą osobny temat. Jednak by go omówić chciałabym najpierw obejrzeć jeszcze kilka odcinków.

Także postać Normana jest fascynująca z psychologicznego punktu widzenia. Wiedząc, jak Norman skończy, nietrudno doszukać się w jego zachowaniu pewnych wskazówek. Jego niezręczność wobec kobiet, a jednocześnie ogromna nimi fascynacja są wyraźnym elementem jego zachowania. Pytanie tylko, co zwycięży? Chęć wolności, podejmowania własnych decyzji? Czy może lęk przed matką, przed tym, że jakaś kobieta mogłaby zająć jej miejsce w życiu Normana? A może jeszcze inaczej: może właśnie chory związek, jaki Norman ma z matką powoduje, że tak bardzo szuka on kobiecego ciepła i wsparcia, jakiejś namiastki normalności?…. tego typu rozważania napastowały Mysz przez cały czas oglądania odcinka. I nie ukrywam: był to najfajniejszy aspekt jego oglądania.
 
Do pozytywnych stron serialu dodać należy także obsadę poboczną: Keegan Connor Tracy (czyli Błękitna Wróżka z Once Upon a Time), Mike Vogel (Pan Am), czy Nestor Carbonell (m.in. Lost).
 
Co do samej fabuły serialu, prezentuje się ona powoli, ale intrygująco. Mysz jest niezmiernie ciekawa roli jaką w życiu Normana odegrają dwie koleżanki ze szkoły: Bradley (Nicola Peltz), w której Norman wyraźnie się podkochuje, oraz poznana  w przelocie Emma (Olivia Cooke), chora na mukowiscydozę dziewczyna, która ma szansę zostać przyjaciółką Normana, a może nawet jego powierniczką. Mysz ma na temat Emmy własną – dość krwistą i mroczną – teorię, ale omówię ją gdy fabuła serialu trochę bardziej się rozkręci. Dochodzi także kwestia brata Normana i starszego syna Very, niejakiego Dylana, ale na razie wiadomo o nim tak niewiele, że trudno cokolwiek na ten temat powiedzieć.
 
Interesujący jest za to delikatnie zarysowany wątek porwanych i torturowanych dziewczyn, którego ledwie przebłysk widzimy w ostatnich scenach premierowego odcinka. Kim jest tajemnicza postać, która się nad nimi znęca? Jaki ma ona związek z motelem, który przejęli Batesowie?… i dlaczego Norman znalazł (autorską) mangę o tematyce BDSM pod wykładziną w jednym z motelowych pokoi?… Swoją drogą z wizualnego punktu widzenia manga ta jest pięknie narysowana. Oczywiście pomijając tematykę.
 
Podsumowując: jeśli nie przeszkadzają Wam klimaty rodem z American Horror Story, czy oryginalnego Psycho, z powinniście dać Bates Motelszansę. Serial polecam tym bardziej osobom, które lubią oglądać na ekranie – i doceniać – naprawdę dobre aktorstwo.
A ja czekam z niecierpliwością na odcinek drugi. Ciekawe co jeszcze ciekawego wydarzy się w tym serialu pod prysznicem?…