Czy “Drżenie” Maggie Stiefvater wywołuje drżenie przyjemności?

Mysz raz na jakiś czas sięga po książki z gatunku “Young Adult novel”. Tym razem padło na “Drżenie” Maggie Stiefvater.

Urlop to jednak fajna rzecz – przez ostatni miesiąc nie byłam w stanie przeczytam nawet jednej książki, a teraz w tydzień przeczytałam cztery i właśnie kończę piątą. Niestety dzisiejszy dzień przemknął mi między palcami ze względu na wiosenne porządki (a przynajmniej ich namiastkę) i mimo ogromnych chęci nie jestem wstanie napisać porządnej, długiej notki. Pomyślałam więc, że zamiast tego opowiem Wam w kilku słowach o jednej z przeczytanych książek – nie ma wszak większej radości niż dzielenie się książkami. Jednak z góry uprzedzam, że poniższa pozycja nijak nie należy do wybitnych, ale Mysz czasem lubi się nad takim “czytadłem” recenzencko poznęcać. Teksty o negatywnym wydźwięku zawsze jakość wygodniej mi się pisze (ciekawe dlaczego?).

Anywho, niniejszym przedstawiam recenzję książki z gatunku nastoletniego paranormal romance: “Drżenie” Maggie Stiefvater – pierwszy tom trylogii “The Wolves of Mercy Falls“.



Tyuł polski: Drżenie
Tytuł oryginału: Shiver
Autor: Maggie Stiefvater
Tłumaczenie: Ewa Kleszcz
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2012, wydanie 2
Streszczenie: 

„Współczesna opowieść o wilkołakach? Tak! A w niej miłość, przyjaźń, wielka samotność, okrucieństwo, poświęcenie i ból.

Kiedy zapada zmierzch i robi się coraz zimniej, niektórzy ludzie stają się wilkami. Grace odkrywa, że musi walczyć o wilkołaka Sama, którego pokochała. Zagrażają mu myśliwi i mróz, który może sprawić, że Sam nigdy nie odzyska ludzkiej postaci.”
[blurb z tylnej okładki]


Zacznijmy od kwestii technicznych: książka jest świetnie wydana. Duża, czytelna czcionka, ładny skład i formatowanie tekstu, papier o bardzo przyjemnej fakturze. Design okładki od razu wpada w oko, ze względu na wyraźny kontrast kolorów, choć szkoda, że nie pozostawiono oryginalnego wyglądu okładki. Muszę również pochwalić wydawnictwo Wilga za sprawną korektę/edycję – “Drżenie” to jedna z niewielu książek które ostatnio przeczytałam, w których nie było literówek czy rzucających się w oczy błędów. Then again, korektę robiły trzy osoby. Widać więc, że w książkę włożono sporo starań. W porównaniu do obecnej sytuacji na rynku wydawniczym jest to ogromna zaleta.
Oryginalny design okładki.
 
Także tłumaczeniu nic nie mogę zarzucić, co niezmiernie cieszy. Nie ma nic gorszego niż przeczytać pół książki po czym nagle trafić na jedno, wyraźnie źle przetłumaczone zdanie. Mysz, jako tłumacza, szalenie to irytuje. Co więcej już do końca książki wybija mnie z rytmu czytania, bo co chwila zastanawiam się, co jeszcze została przez tłumacza źle zinterpretowane. W “Drżeniu” udało się tego uniknąć.
Książka napisana jest szalenie prostym językiem (pod tym względem przypominała mi “The Hunger Games” Suzanne Collins), a fabuła wciąga już od pierwszego rozdziału. Ciekawie wypada podział książki na dwa punkty widzenia – głównej bohaterki Grace oraz jej ukochanego, Sama. Myszy podobało się także, że każdy rozdział rozpoczyna się podaniem panującej w książkowym świecie temperatury. Biorąc pod uwagę jak ogromną rolę w fabule odgrywa zimno, jest to niesamowicie sprytne zagranie – czytelnik z każdym kolejnym rozdziałem z coraz większą pilnością zwraca uwagę na stopniowo obniżającą się temperaturę. A im bliżej zeru stopni Celsjusza, tym większy niepokój odczuwamy na myśl o losach Sama. W ogóle pomysł, by przemiana w wilka (wilkołaka) była uzależniona nie od księżyca, a od niskiej temperatury, uważam za strasznie fajny. Nie spotkałam sie do tej pory z taką interpretacją wilkołaczego mitu i ta innowacyjność z pewnością przyczyniła się do szybkiego tempa czytania. Szkoda więc, że Stiefvater nie zawarła w “Drżeniu” więcej aspektów życia sfory, szczegółów przemiany, itd. Otrzymujemy całkiem sporą dawkę tych elementów dzięki rozdziałom Sama – jego wspomnieniom, przemyśleniom – ale pozostawiają one po sobie niedosyt. Podejrzewam, że autorka zachowała resztę tajemnicy sfory na kolejne dwa tomy trylogii.

Fanart autorstwa dauntlessly-shadowhunted
Skoro już jestem przy Samie, parę słów o bohaterach: bez wątpienia są oni skonstruowani na tyle sprawnie, że łatwo odczuć do nich sympatię. Czytając odniosłam jednak wrażenie, że Stiefvater usilnie stara się by jej główna bohaterka nie posiadała cech Mary-Sue. Niestety nie do końca się to udało. Owszem, Grace nie jest klasyczną Mary-Sue, która jest piękna, we wszystkim jest zajebista i czego to ona nie potrafi. Jak na postać młodej dziewczyny jest nad wyraz rozsądna, logiczna i do tego stopnia “przyziemna”, że wielokrotnie podkreślana jest jej niechęć do fikcji literackiej (woli czytać biografie, książki faktu, etc.), poezji i wszelkich dziewczyńskich pierdół. To odstępstwo od klasycznej postaci nastolatki jest o tyle odświeżające, co dla Myszy podejrzane. Może to tylko moje wrażenie, ale Grace jest aż -zbyt- rozsądna, zbyt “przeciętna”. Tym bardziej, że ta jej zdroworozsądkowość strasznie zgrzyta, gdy weźmie się pod uwagę jej całkowitą i natychmiastową akceptacja faktu, że po okolicznym lesie grasuje banda wilkołaków. Wydaję się także, że w trakcie unikania stworzenia Mary-Sue autorka popełniła strasznego Gary-Stu. Sam jest wiecznie smutny, melancholijny, mądry, oczytany, “wyjątkowy”, niewinny, wstrzemięźliwy, pisze własne piosenki, kocha poezję i ma piękne, nietypowe, złote oczy. Aha jasne i co jeszcze? Płacze brylantami? Umie magicznie przywoływać jedzenie na stół mówiąc “stoliczku, nakryj się”?… Nie zrozumcie mnie źle: Sama trudno jest nie lubić. Jego dylemat – walka ludzkiej i zwierzęcej świadomości – jest wciągający i angażujący emocjonalnie. Wciąż jednak pozostaje on postacią złożoną z romantycznych klisz.
Zaś co do zaangażowania emocjonalnego czytelnika, raczej się tego nie uświadczy w odniesieniu do uczucia, które łączy Grace i Sama. Stiefvater także tu nie uniknęła pewnych sztampowych zagrań. Choć związek głównych bohaterów rozwija się w spokojnym, sensownym tempie, to siła ich wzajemnych uczuć wydaje się od początku zbyt wielka. Taka miłość-od-pierwszego-wejrzenia wydaje się kłócić z logicznością postaci Grace. Także sceny między dwójką głównych bohaterów – ich wzajemne relacje, akcje i dialogi – ukazują zbyt wielką “wspólnotę dusz”. Wszystko między nimi jest magiczne, przeznaczone i naturalne. Rozumieją się niemalże bez słów. Więcej, praktycznie czytają sobie w myślach, a przez to ich rozmowy są bardzo zdawkowe, pełne niezrozumiałych skrótów myślowych. Ta lakoniczność jest na tyle zaawansowana, że parokrotnie musiałam czytać niektóre akapity po kilka razy, by zrozumieć co tak naprawdę bohaterowie mówią między sobą. Początkowo myślałam, że to kwestia tłumaczenia, ale wątpię by tłumacz miał aż takie problemy z co drugim dialogiem. Wnioskuję stąd, że konstrukcja dialogów szwankowała także w oryginale. Moje wątpliwości co do jakości tłumaczenia rozwiały się zaś kompletnie podczas czytania fragmentów piosenek, zawartych w książce. Nie dość, że są one sprawnie przetłumaczone to jeszcze piękne pod względem poetyckim. Ukłony więc dla pani Ewy Kleszcz.
 
Ogólnie “Drżenie” kuleje najbardziej właśnie od strony psychologicznej postaci. Motywacje ich działań są często niejasne, wynikają z imperatywu fabularnego, a nie ciągu przyczynowo-skutkowego. Wiele sytuacji wyraźnie odgrywa się według wymyślonego przez autorkę scenariusza, a nie zgodnie z “rytmem” sceny. Brak rytmu widać także w dialogach, które brzmią sztucznie i wymuszenie. Przede wszystkim zapisane w książce kłótnie i spięcia sprawiają wrażenie wymyślonych na siłę; przy okazji są na tyle płaskie, że nie pozostawiają w pamięci czytelnika prawie żadnego śladu – Mysz dwukrotnie musiała się cofać do początku książki, by przypomnieć sobie o czym była kłótnia i o co chodziło.
  
Największym jednak zgrzytem są rodzice głównej bohaterki. Stiefvater popisała się szczytem niekonsekwencji konstruując ich postacie. Na początku książki można odnieść wrażenie, że Grace jest z rodzicami bardzo blisko – przekomarzają się, przyjaźnią, itd. Jednak gdy tylko w życie Grace wkracza Sam jej rodzice nagle się od niej oddalają. Co więcej Stiefvater próbuje nas przekonać – poprzez wspomnienia Grace – że jej rodzice zawsze tacy byli. Oczywiście nie twierdzę, że tego typu postacie rodzicielskie nie są wiarygodni charakterologicznie. Często słyszy się o rodzicach, którzy zwyczajnie nie interesują się życiem swoich dzieci. Nie biją ich, nie krzyczą na nich, w żaden sposób się nad nimi nie znęcają. Ale mimo to robią im krzywdę swoją obojętnością. Rodzice Grace zostają nam przedstawieni jako właśnie tacy “niebywający w domu” rodzice. Takie zagranie ze strony Stiefvater nie dziwi – fabuła wymagała by Sam mógł spędzać z Grace jak najwięcej czasu, na dodatek w ocieplonym pomieszczeniu, a jakie miejsce mogłoby być lepsze niż dom Grace?… problemem byli jednak rodzice. Każdy normalny rodzic przecież by zauważył, gdyby w pokoju jego/jej córki zaczął regularnie nocować jakiś obcy chłopak, prawda? Ale nie rodzice Grace. Przecież oni się nie interesują życiem swojej córki!… I call bullshit, pani Stiefvater. Po co w ogóle zaczynać książkę od ciepłych, rodzinnych scen, by potem zrobić z rodziców oddalonych od córki, zaniedbujących ją buców? Gdzie konsekwencja? Gdzie inwencja pisarska, która pozwoliłaby inaczej rozegrać ten dylemat logistyczny? Czy nie można było inaczej się tych rodziców z domu pozbyć? Mogli na przykład wyjechać na wczasy czy wyjazd służbowy. Możliwości było mnóstwo. Babranie się w psychologii postaci okazało się najgorszą opcją.
W rezultacie najciekawszymi postaciami są bohaterowie drugo- i trzecio-planowi: Isabel, jej brat Jack, przyjaciółka Grace, Olivia, czy mentor Sama, Beck. Zwłaszcza postacie kobiecie w tym zestawieniu wypadają najciekawiej. Jednak jest to często występująca sytuacja, gdy weźmiemy pod uwagę, że Isabel jest “tą wredną zołzą”, a na dodatek popularną dziewczyną w szkole, a Olivia skłóconą z Grace przyjaciółką, która zbytnio zbliża się do odgadnięcia sekretu Sama. Tego typu postacie poboczne zazwyczaj są o wiele ciekawsze niż główna bohaterka. W wypadku “Drżenia” mam jednak wrażenie, że to zasługa rzadkiego pojawiania się Olivii i Isabel na stronach książki. Stiefvater nie miała więc zbytnio okazji mieszać w charakterach tychże postaci, dzięki czemu są one spójniejsze i bardziej wiarygodne. Zwłaszcza Olivia stała się – pod koniec książki – postacią, której losami Mysz najbardziej się przejęła i której najbardziej kibicuje.

Fanart autorstwa gabrielightwoods
Stiefvater nie można jedynie odmówić barwnych i lirycznych opisów. Podejrzewam, że duży wpływ na to miały jej zamiłowania artystyczne – autorka jest także znaną malarką i instrumentalistką (dudy, zespół muzyki celtyckiej). Niestety nawet najpiękniejsze opisy nie są w stanie wynagrodzić braku logiki w konstrukcji postaci. Mysz uważa, że gdyby wyciąć przynajmniej połowę treści – książkę szybko się czytam choć ma bardzo wolne tempo (cóż za paradoks) – a potem to co zostało jeszcze porządnie przemyśleć, “Drżenie” byłoby o wiele lepszą książką. A tak jest tylko kolejnym paranormalnym romansem z fajnym, ale nie do końca wykorzystanym – by nie powiedzieć zmarnowanym – pomysłem. Czytadło jakich wiele. A to że się szybko i łatwo czyta?… so what. “Zmierzch” też przeczytałam w jeden dzień *wredny uśmiech*.
Pozostaje jedynie czekać na wydanie drugiego tomu. Przekonam się wtedy czy pani Stiefvater swe kolejne dzieło z trylogii “Wolves of Mercy Falls” przemyślała lepiej niż “Drżenie”. Here’s hoping.
PS. Poniżej dwa ksiązkowe trailery promujące “Drżenie”, autorstwa samej, uzdolnionej artystycznie pisarki.