Deszczowa piosenka – Teatr Roma

Niestety okazuje się, że w kwestii adaptowania klasycznych musicali, teatr Roma musi się bardziej postarać – czyli Mysz narzeka na “Deszczową piosenkę”.

W niedzielę w ramach świętowania naszej rocznicy wybraliśmy się z Lubym do Teatru Roma na  „Deszczową piosenkę”.
Długo deliberowaliśmy nad tym, czy w ogóle chcemy na ten spektakl iść. Po pierwsze dlatego, że film z 1952 roku jest dla nas świętością podobne podejście mieli puryści Star Wars na wieść, że za ich ukochane dzieło bierze się J.J. Abrams i studio Disneya. Po drugie, ponieważ oboje z Lubym jesteśmy z zamiłowania i zawodu tłumaczami, zawsze mamy obawy odnośnie wszelkich tłumaczeń na język polski. I nie mówię tu wyłącznie o klasyce takiej jak „Deszczowa”, ale także o zwykłych filmach czy książkach. Łatwo zauważyć, że współcześnie poziom tłumaczeń się bardzo w Polsce obniżył – w kinowych napisach łatwo można wyłapać błędy wynikające z nieznajomości potocznego języka czy związków frazeologicznych i przysłów, że o źle przetłumaczonych żartach nie wspomnę. W książkach jest jeszcze większa tragedia (ostatnio w jakiejś książce przyuważyłam zdanie „musiał się wynieść z Dodge”, które jest, naturalnie, źle przetłumaczonym powiedzeniem „get the hell out of dodge” oznaczającym „zniknąć, ulotnić się”).
W każdym razie obawialiśmy się z Lubym jak wersja Romy wypadnie w porównaniu z tak ukochanym przez nas, wyniesionym na piedestał oryginałem. Poniekąd nasze obawy okazały się słuszne.

Jak się okazuje niesłusznie martwiliśmy się tłumaczeniem. Daniel Wyszogrodzki, który do tej pory przekładał dla Romy m. in. „Koty”, „Upiora w operze” czy „Les Miserables” sprawdził się bardzo przyzwoicie. Jego tłumaczenie było poprawne i na tyle wierne, że słysząc wersję polską bez problemu byłam w stanie przywołać z pamięci wersję angielską. Zwłaszcza tłumaczenia piosenek uznaję za udane, co w ustach (palcach?) Myszy jest ogromnym komplementem. Dialogi przetłumaczyć względnie łatwo. Piosenki potrafią być pod tym względem o wiele trudniejsze. A ponieważ są istotnym elementem spektaklu – wszak to musical – ich ładne polskie brzmienie niezmiernie Mysz ucieszyło.
Z drugiej strony Polacy zawsze mieli smykałkę do tłumaczenia angielskich piosenek, czego dowodem praktycznie każdy film Disneya wydany po polsku. W wypadku „Deszczowej” koronnym przykładem jest szalenie inteligentne, rymowane przetłumaczenie piosenki „Moses Supposes”, które po polsku brzmi „Mojżesz, czy możesz?”:


“Mojżesz, czy możesz
Przeskoczyć przez morze
Wzburzone, czerwone
Jak świeży krzak róż?
Mojżesz, to morze
To pożal się Boże
Kałuża nieduża
Zanurzaj się
Już!


Oczywiście fabuły „Deszczowej Piosenki” chyba nikomu nie muszę przypominać ani tym bardziej opisywać. Spektakl wyjątkowo wiernie odwzorowuje akcję filmu Singin’ in the Rain, sprytnie aranżując lub upraszczając niektóre sceny. Na scenie mamy więc szansę zobaczyć wszystkie utwory z filmu, a także dwie piosenki pojawiające się jedynie w wersji scenicznej: „You Stepped Out of a Dream” (Ty wybiegłaś ze snu) w wykonaniu Dona Lockwooda, serenadującego Kathy, oraz „What’s Wrong With Me” (Co ze mną jest?) w wykonaniu Liny Lamont (!!). Podczas sztuki wyświetlane są także nakręcone specjalnie na potrzeby spektaklu nieme/udźwiękowione filmy, które znamy z oryginalnego Singin’ in the Rain – „The Royal Rascal” (Królewski psotnik) oraz „The Duelling Cavalier/The Dancing Cavalier” (Waleczny kawaler/Taneczny kawaler).
Pomówmy najpierw o pozytywach „Deszczowej” na deskach Romy: kierownictwo muzyczne Krzysztofa Herdzina, a także skomponowana przez niego muzyka (wykorzystana w wyświetlanych filmikach) są wspaniałe. Także dyrygowana przez niego orkiestra gra sprawnie i świetnie trzyma tempo. A króciutki występ Herdzina na scenie – pod koniec II Aktu – należał do Myszy ulubionych momentów. Z pewnością był jednym z najbardziej uroczych i naturalnych w całym spektaklu.
Drugi komplement należy się Borisowi Kudlicce (Kudlicka – czeskie nazwisko, nie jestem pewna jak je odmieniać?) za bardzo sprytną scenografię – prostą, skromną, bardzo umowną, a jednocześnie trzymającą się nie tylko oryginalnego filmu, ale także konsekwentnego stylu. Zwłaszcza sprytne wykorzystanie kurtyny w scenach dziejących się przed nią i za nią przypadło Myszy do gustu.
Tu także wspomnę o Marcu Heinzie, reżyserze światła. Miałam przyjemność podziwiać jego kunszt parokrotnie w Teatrze Narodowym w Warszawie. Dobrze wiedzieć, że nawet na mniejszej scenie Romy był w stanie wspaniale rozwinąć skrzydła – oświetlenie spektaklu (także scen deszczowych) było definitywnie jednym z mocniejszych punktów wieczoru.
Za pozytyw uznaję też fryzury spod grzebienia Jagi Hupało. Co prawda stylistyka spektaklu – i materiału źródłowego – nie daje zbytniego pola do popisu, ale Jaga i tak spisała się nieźle. Szkoda jednak, że nie mogła sobie pozwolić na odrobinę ekstrawagancji, jak było w wypadku Madame Butterflyw reżyserii Trelińskiego. Do makijaży Sergiusza Osmańskiego i kostiumów Dorota Kołodyńskiej nie będę się czepiać, choć mogłabym; powiem tylko, że były one poprawne.
Teraz przechodzimy na teren bardziej drażliwy: aktorzy. Z głównego tria – Dariusza Kordka w roli Dona Lockwooda, Jana Bzdawki jako Cosmo Browna i Marty Wiejak jako Kathy Selen to kobieta wypadła najlepiej. Wiejak w roli Selden jest świeża, naturalna i urocza, a jej popisy taneczne bezapelacyjnie należały do najsprawniejszych. Jest to smutne o tyle, że przecież Kordek gra postać unieśmiertelnioną przez Gene’a Kelly’ego – mistrza tańca. Oczywiście nie wymagam by Kordek dorównał Kelly’emu. To przecież niemożliwe – Kelly chyba na zawsze pozostanie niedoścignionym ideałem i bogiem tańca. Szkoda jednak, że w tańcu Kordka widać było tak ogromną niepewność. Jeszcze gorzej wypada Bzdawka, którego występom brakło energii, zwłaszcza w absolutnie kultowym „Make’em Laugh” (Ty ich baw). Mimo mojej miłości do Kelly’ego to właśnie Donald O’Connor jako Cosmo jest powodem dla którego Singin’ in the Rain oglądam przynajmniej raz do roku. Bzdawka w tym utworze nie sprawdził się w ogóle, ale tu wina leży zarówno po stronie aktora, jak i reżysera, który moim zdaniem kiepsko zainscenizował cały utwór.
Najlepiej w spektaklu wypadli aktorzy drugoplanowi: Barbara Kurdej-Szatan jako brawurowa Lina Lamont (panna Szatan znana jest z występowania w programie „X Factor” w zespole Soul City); Paweł Strymiński jako Roscoe Dexter wspaniale zinterpretował rolę wspaniale zagraną w filmie przez Douglasa Fowleya; Bartosz Figurski jako Nauczyciel dykcji, który w kawałku „Moses Supposes” (Mojżesz, czy możesz) przerósł zarówno Kordka jak i Brodawkę. Nie dziwi to jednak, gdy doczytamy, że Figurski jest wyszkolonym, wytrenowanym tancerzem.
W tym między innymi leży problem „Deszczowej” – mimo starań aktorów, główni bohaterowie (za wyjątkiem Marty Wiejak, również wytrenowanej tancerki) wypadają blado w porównaniu z zespołem tanecznym. Mogę się domyślać, że Agnieszka Brańska próbowała dostosować choreografię pod ich umiejętności, ale Myszy zdaniem to tylko uwypukliło różnicę między poziomem głównych aktorów, a reszty zespołu. Widać to wyraźnie zwłaszcza w drugim akcie, który obfituje w więcej numerów tanecznych.
Tu kolejna nierówność spektaklu: choć Akt I zawiera większość najlepiej znanych filmowych utworów – „Make’em Laugh”, „Good Morning” czy tytułowe „Singin’ in the Rain” – to Akt II wypada żywiej i ciekawej, ze względu na większą ilość sprawnie zrealizowanych występów tanecznych. Dla Myszy było to o tyle ciekawe doświadczenie, że oglądając Singin’ in the Rainwłaśnie na utworze „Broadway Melody” nudzi się najbardziej. W Romie zaistniała sytuacja wręcz przeciwna – „Broadway Melody”* to najciekawsza i najżywsza sekwencja w całym spektaklu. Jej znaczne skrócenie bardzo temu utworowi pomogło.
 
No właśnie: skracanie i rozbudowywanie pewnych sekwencji. Akurat skrócenie „Broadway Melody” okazało się mądrym posunięciem, zaś w wypadku „Beautiful Girl” (Cudna jak sen) jest to rozwiązanie o tyle zrozumiałe, co smutne – Mysz zawsze lubiła w filmie moment, gdy po kolei ukazywane są modelki w różnych strojach. W porównaniu z barwnością tej sceny w filmie, wersja sceniczna wydaje się pusta i nudna.

Dziwi za to niezmiernie wydłużenie sceny pierwszego poznania Kathy i Dona, poprzez wstawienie piosenki „You Stepped Out of a Dream” (Ty wybiegłaś ze snu), której nie było w oryginale. Myszy zdaniem niepotrzebnie przedłuża to scenę, której urok tkwi właśnie w dynamice i szybkich dialogach – wstawienie tam piosenki, która na dodatek jest sprzeczna z dialogami (w których wszak Don naśmiewa się z Kathy) uważam za bezsensowne.
Także dodatkowa piosenka Liny – „What’s Wrong with Me” (Co ze mną jest?) – wydaje się dziwnie nie na miejscu, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że przecież postać ta nie umie śpiewać. Rozumiem, że aktorka grająca Linę musi mieć w spektaklu swój popisowy – komediowy w tym wypadku – numer, ale według Myszy niepotrzebnie ukarykaturalnia (jest takie słowo?) on Linę jako tę głupią blondynkę”. A kto widział film wie, że Lina wcale nie jest taka głupia za jaką się ją uważa.

 Wracając na moment do aktorów, chciałabym przytoczyć fragment recenzji Romana Pawłowskiego z wyborcza.pl:

„Tym, co psuje efekt lekkiego, przyjemnego widowiska jest niestety aktorstwo w scenach dialogowych – ciężkie, przerysowane, na siłę śmieszne. Aktorzy Romy, precyzyjni i giętcy w numerach muzycznych i tanecznych, z chwilą gdy milknie muzyka, zmieniają się w drewniane figury. Dlaczego przy każdej kwestii muszą tak gwałtownie gestykulować, robić miny i kręcić się w miejscu? Dlaczego mówią cały czas WIELKIMI LITERAMI, chociaż są wyposażeni w mikroporty? Dlaczego każda puenta musi mieć siłę uderzenia kafara na budowie Stadionu Narodowego? Czy nie wierzą w inteligencję publiczności? Naprawdę, żeby pokazać na scenie, że się myśli, nie trzeba chodzić w kółko ze zmarszczonym czołem i założonymi z tyłu rękoma. A złość można zagrać inaczej niż krzykiem i tupaniem nóżkami.
Ta skłonność do bulwarowego efektu zabija dowcip i sprawia, że postaci nie niosą ludzkiej prawdy.”

 
Poniekąd zgadzam się z Pawłowskim: rzeczywiście aktorzy grają „wielkimi literami”. Według mnie wynika to jednak ze specyfikacji epoki, którą przedstawiają, a konkretniej: specyficznej gry aktorskiej, która w Singin’ in the Rain się pojawia. Pewnie sceny i dialogi są w filmie specjalnie przerysowane właśnie po to, by oddać komizm ówczesnego stylu aktorskiego. Zgadzam się jednak, że cały spektakl – podczas fragmentów mówionych – jest szalenie ciężki w odbiorze. Teksty w zamierzeniu śmieszne brzmią wymuszenie, nienaturalnie. A ponieważ „Deszczowa” jest wszak komedią, pod ciężarem aktorstwa ginie cały urok materiału źródłowego… nie ważne jak sprawnie byłby on przetłumaczony. Tu największe pretensje mam do Bzdawki, którego Cosmo powinien być na scenie najzabawniejszy, a to właśnie jego postać wypadła najbardziej „sztywno”. Ciężar gry aktorskiej wpływa też niekorzystnie na przedstawione relacje między postaciami – trudno uwierzyć zarówno w miłość Dona i Kathy, jak i przyjaźń Dona i Cosmo; postacie wydają się zetknięte na siłę, bo tak każe imperatyw scenariuszowy.
Po prawie największa wadą spektaklu jest jego tempo: raz zbyt szybkie, innym razem niepotrzebnie rozwlekłe. Powolność objawiała się przede wszystkim w długich, absolutnie niepotrzebnych pauzach w dialogach postaci. Urok Singin’ in the Rain zawsze polegał między innymi na śmiesznych, dynamicznych dialogach. W spektaklu ta „iskra” gubi się w bezsensownych pauzach.

Jedyny aspekt pod względem którego nijak się nie mogę przyczepić to śpiew. Wszyscy, od Kordka począwszy, poprzez Bzdawkę i Wiejak, a na zespole wokalnym skończywszy, byli wspaniali. Zwłaszcza Wiejak w roli Kathy Selden zachwyca czystym, wysokim, lirycznym głosem, a Kordek jako Don Lockwood z pewnością sprawiłby, że Gene Kelly byłby dumny – jego pełny, ciepły ton wspaniale pasuje do odtwarzanej postaci.

 
Winą za wady spektaklu Mysz obarcza reżysera. Wojciech Kępczyński – dyrektor Teatru Roma – od lat jest reżyserem wszystkich spektakli, które się na deskach teatru pojawiły. Wszystkie (!) tak chwalone w ostatnich latach musicale Romy – „Miss Saigon”, „Grease”, „Koty”, „Tanie wampirów”, „Akademia Pana Kleksa”, „Upiór w operze” i „Les Miserables” – wyszły właśnie spod jego ręki. Jest to dla mnie o tyle ciekawe, że Mysz przestała chodzić do Romy właśnie wtedy gdy Kępczyński zaczął robić karierę. Z jego twórczości widziałam tylko pierwszy musical w Romie – „Crazy For You” – i pamiętam z niego tyle, że mimo świetnej muzyki strasznie mnie wynudził. Najwyraźniej jest to motyw wspólny dla dzieł Kępczyńskiego, skoro podobnie sytuacja się miała w wypadku „Deszczowej piosenki”. I tak jestem pewna, że to wina spektaklu, a nie materiału źródłowego, bo film oglądam co roku i wciąż mnie tak samo bawi, cieszy i rozczula.
 Nie wiem co prawda, czy inne „dzieła” Kępczyńskiego również wiały nudą, ale jeśli ktoś coś w jego reżyserii w Romie widział, chętnie posłucham opinii. Zwłaszcza, że spektakle, które w Romie widziałam przed powrotem na scenę Kępczyńskiego – „Wesoła wdówka”, „Orfeusza w piekle” i „Piotruś Pan” – były wspaniałe (na Piotrusiu byłam nawet dwukrotnie, ale to przecież dzieło Józefowicza więc nie ma co się dziwić). Przyznaję bez bicia, że nie wiem ile jest winy Kępczyńskiego w wadach „Deszczowej”. Może wynikają one ze zmian wprowadzonych w oryginalną wersję sceniczną, którą Roma jedynie wystawia?… Wiem tylko, że rozbieżność między „Deszczową piosenką” w Romie a Singin’ in the Rain wręcz bije po oczach. I nie dajcie się nabrać recenzjom – może wkrótce po premierze urządzano aktorom owacje na stojąco. Jednak publiczność zgromadzona z Myszą i Lubym na sali nie odczuła takiej potrzeby. Możliwe, że od czasu premiery spektakl już się aktorom znudził, a publiczność tę niemrawość wyczuła?

W ogóle publiczność zgromadzona w teatrze wprawiła Mysz w zamyślenie. Otóż miałam silne wrażenie, że wiele osób Singin’ in the Rain widziało albo bardzo dawno temu, albo zna jedynie fragmenty filmu. Ich reakcje na oczywiste gagi, a także ich brak podczas subtelniejszych żartów sugerował, że Mysz mogła być jednym z niewielu true fanów na sali. Co więcej, mogłam też być jedną z niewielu fanek musicali jako takich, bo mam wrażenie, że nikt oprócz mnie nie zrozumiał żartu o płaszczu w technikolorze (odniesienie do musicalu Andrew Lloyd Webbera „Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze” – „Joseph and the AmazingTechnicolor Dreamcoat”).
 
Na koniec najważniejsze: tytułowy utwór wypada w spektaklu bardzo fajnie. Dariusz Kordek, do tego momentu raczej bezbarwny w swej interpretacji Dona, całkiem sprawnie oddaje radość swej postaci, gdy ten tańczy i śpiewa w deszczu. A właśnie lejący się z sufitu deszcz to z pewnością największa atrakcja spektaklu. Siedząc na balkonie mieliśmy z Lubym świetny widok na pierwsze cztery rzędy, chowające się za plastikowymi, przezroczystymi pelerynami (zapewnianymi przez teatr), które piszczały z zachwytu, gdy Kordek specjalnie chlapał na nich wodą. Cały teatr zaśmiewał się przy tym z radości i myślę, że wszyscy mimo swych „wieczorowych”, wyjściowych strojów mieli ochotę wskoczyć na scenę by również sobie w deszczu pochlapać.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Deszczowa piosenka” jest, tak jak jej tytułowy kawałek, chwilową atrakcją. Nie wnosi sobą nic nowego – jest odtwórcza, prosta i cały jej urok polega na zagraniu na dość niskim ludzkim instynkcie, który każe nam się śmiać, gdy ktoś nas opryskuje wodą. „Deszczowej” brak polotu i energii oryginału. I nie jest to, jak chcieliby niektórzy, kwestia zestarzenia się materiału źródłowego, bo gwarantuję Wam, że Singin’ in the Rain przez ostatnie 60-siąt lat wcale się nie zestarzało. Mierność spektaklu leży za to w marnej reżyserii, niedostatecznych talentach tanecznych i sztywnym, wymuszonym aktorstwie. Jedynie muzyka i śpiew wychodzą z tego starcia obronną ręką.

A o przemijalności fenomenu „Deszczowej piosenki” na deskach Romy niech świadczy fakt, iż wychodzący z teatru widzowie nie podśpiewują pod nosem tytułowego utworu, a o wiele żywsze, energiczniejsze „Dzień dobry”.

Dobranoc.
*Nie znam godności pani, która grała Panią w Zielonej Sukience (jak ją w myślach nazywa Mysz) w filmie pod tą postacią kryje sięwspaniała Cyd Charisse ale chciałabym tej pani powiedzieć, że ma świetne nogi, a jej numer taneczny był jasnym punktem spektaklu.