Do hymnu powstań! – pieśni łączące fandom

Każdy kraj ma swój hymn, ale okazuje się, że grupy fanów konkretnych produkcji również posiadają wspólne, rozpoznawalne przez wszystkich pieśni.

Dzisiejszy wpis będzie niepoważny, fandomowy i wyjątkowo krótki. Wszystko przez to, że na Mysz czeka – i gapi się złowieszczo – Rise of the Guardians, które dziś wreszcie wyszło na DVD. Czeka także oryginalny Red Dawn z 1984 roku, który Mysz chce porównać z wczoraj obejrzanym Red Dawn, wersja 2012.
Wszystko zaczęło się w drodze do pracy. Słuchałam ci ja sobie jak zwykle MP3, gdy nagle zaczęło lecieć „You’re The Voice” Johna Farhama. Dla niewtajemniczonych: jest to bardzo popularny – swego czasu – kawałek pewnego australijskiego wokalisty, o tym jak to jesteśmy głosem pokolenia i nie powinnyśmy dać się uciszyć. W Polsce nie spotkałam zbyt wielu osób, które by tę piosenkę kojarzyły… za wyjątkiem fandomu serialu stacji BBC, Merlin. Co ma porywający hymn z lat 80-tych do dziejącego się w średniowieczu serialu o Arturze Pendragonie i jego wiernym towarzyszu, Merlinie?… już spieszę wyjaśnić. „You’re the Voice” to tak zwany Hymn Fandomu.

Większość fandomów seriali posiada w swym zanadrzu specyficzny „okrzyk godowy”. Często są to cytaty znane z danego dzieła. Są jednak fandomy, które w celu wzajemnej identyfikacji wykorzystują utwory muzyczne. Wystarczy je zanucić na dowolnym konwencie miłośników fantasy/sci-fi/szeroko pojętej popkultury, a z pewnością wkrótce otoczy Cię tłum fanów-współbraci.
Te geekowe „pieśni godowe” to zazwyczaj utwory, które lecą w czołówce danego serialu – motyw przewodni Game of Thrones, ociekające seksapilem „Bad Things” Jace’a Everetta z True Blooda, skoczne dźwięki czołówki How I Met Your Mother czy The Big Bang Theory, czy chociażby mocne brzmienie intra do Sons of Anarchy. Nawet melodia z oryginalnego Star Treka jest łatwo rozpoznawalna. Druga kategoria to utwory, które się pojawiły w samym serialu. Tu należy chlubnie wspomnieć rap „Donde esta la biblioteca” z Community (oraz poniekąd „Africa” Toto) oraz cover „Don’t Stop Believin’” z Glee, które wciąż pozostaje niekwestionowanym hymnem tego serialu. Przykładów filmowych jest więcej, ale to głównie dzięki temu, że wiele filmów posiada bardzo charakterystyczne muzyczne motywy przewodnie (Star Wars) lub piosenki czołówkowe (np. Bondy). Tym ciekawiej prezentuje się w tej kwestii fandom The Lord of the Rings, który rozpoznaje się nie tylko dzięki piosenkom Enyi, Emiliany Torrini czy Annie Lennox oraz soundtrackom Howarda Shore’a, ale także dzięki słynnemu memowi „They’re Taking the Hobbits to Isengard”.
 
Istnieją jednak seriale, które nawet posiadając w czołówce znany utwór, są rozpoznawane dzięki piosenkom, które często niewiele mają z serialem wspólnego. Dziś chciałam wam przedstawić dosłownie kilka największych tego przykładów.
Pierwsze miejsce zajmuje fandom Supernatural z piosenką Kansas „Carry On Wayward Son”. Nie jest to może idealny przykład, gdyż piosenka w serialu się pojawia, ale znalazła się na liście z jednego prostego powodu: Supernatural nie ma żadnej (!) piosenki w swej czołówce. Więcej: serial ten ma jedną z najkrótszych czołówek obecnie w telewizji (wyświetla się tylko tzw. title card i charakterystyczny odgłos „wybuchu” i szeptów). „Carry On Wayward Son” to fandomowy substytut theme songu serialu.
 
Utwór pojawił się po raz pierwszy w odcinku 1×21 „Salvation”, jako podkład do montażu scen streszczających to, co do tej pory się w serialu wydarzyło („The road so far…”). Już wtedy został on jednogłośnie ochrzczony w Internecie jako nieoficjalny hymn Supernatural, ze względu na kompatybilność tekstu piosenki i fabuły serialu. W wyniku ogromnej fanowskiej miłości do tego utworu, wkrótce zaadaptowanej przez twórców serialu, kawałek pojawił się także podczas montażu scen w finałowych odcinkach 2×22 „All Hell Break Loose: Part Two”, 3×16 „No Rest for the Wicked”, 4×22 „Lucyfer Rising”, 5×22 „Swang Song”, 6×22 „The Man Who Knew Too Much” oraz 7×23 „Survival of the Fittest”.
Piosenka stała się tak szeroko rozpoznawalna w fandomie (i poza nim), że dowolny zjazd fanów serialu nigdy nie może się odbyć bez wycia „Carry On…” podczas karaoke. Mysz wie, bo widziała i słyszała to na własne uszy.
Kolejny fandom z własnym hymnem to, naturalnie, Doctor Who z BBC. „I’m Gonna Be (500 Miles)” zna chyba każdy fan Doktora. Ale nie tylko! Choć Mysz widziała zaledwie 10 pierwszych odcinków z Dziewiątym Doktorem, nie jestem w stanie poruszać się po Internecie bez natykania się, co i rusz, na klipy z Davidem Tennantem i ekipą serialu, tańczących do wspaniałej marszowej pieśni The Proclaimers. Mysz za każdym razem jak klip ogląda ma przeogromną ochotę do tych ludzi dołączyć. Jest to z pewnością koronny przykład na to jak fantastycznym, ciepłym i pełnym humoru fandomem jest ten zgromadzony pod sztandarem Doctor Who.
Fandom Doktora jest o tyle interesujący, że posiada też drugi dość charakterystyczny utwór, który każdy fan Timelorda z Gallifrey powinien znać. Mowa oczywiście o „Doctorin’ the Tardis” zespołu The Timelords. Co więcej, „Doctorin’ the Tardis” to nie tylko utwór – to także skomplikowany układ taneczny. Mysz rok po roku próbowała się go na konwentach nauczyć. Nie dałam rady. Najwyraźniej nie zasłużyłam jeszcze na ten przywilej prawdziwego fana.
 
Następny w kolejce jest serial BBC Sherlock. To jeden z fajniejszych przykładów, bo utwór uznawany powszechnie za hymn fanów Sherlocka dość mocno kontrastuje z samym serialem. Mowa o „Stayin’ Alive” zespołu Bee Gees. Skąd taki dziwny wybór, zapytacie?… jeśli oglądaliście serial z pewnością pamiętacie, jak w odcinku 2×01 „A Scandal in Belgravia” Moriarty’emu, w samym środku pojedynku tytanów – między nim a Sherlockiem – zaczyna nagle dzwonić telefon. Jego dzwonkiem jest właśnie „Stayin’ Alive”, a scena gdy na basenie rozbrzmiewają charakterystyczne dźwięki utworu jest jedną z najkomiczniejszych w serialu.
 
Ponownie utwór pojawia się w finałowym odcinku drugiego sezonu (2×03 „The Reichenbach Fall”), w już o wiele mroczniejszym kontekście. Fakt, że twórcom udało się powiązać tak skoczną, nietypową piosenkę z fabułą serialu – wszak ostatecznym dylematem Sherlocka i Moriarty’ego jest właśnie „pozostanie przy życiu” – świadczy nie tylko o inteligencji Gatissa i Moffata, ale także mocy Sherlockowego fandomu, który wielokrotnie wyrażał swój nieokiełznany entuzjazm dla tego utworu.
 
Ostatnim przykładem fandomowego hymnu jest kolejny serial BBC (brytyjska plaga!), wspomniany wcześniej Merlin. Historia tego jak serial otrzymał swoją pieśń przewodnią jest chyba jedną z najbardziej skomplikowanych, ale dzięki temu idealnie obrazuje jaką moc potrafi mieć fandom. Swego czasu na planie Merlina były kręcone tzw. video diaries. Bradley i Colin – dwóch głównych aktorów – dostało do łapy kamery i kręciło co tylko im się żywnie podobało: wygłupy na planie, szczegóły zaplecza produkcyjnego, itd., itp. W jednym z tych klipów widać scenę gdy Bradley i Colin – w przebraniach swych postaci – siedzą na planie i słuchają jakieś piosenki na MP3. Każdy ma w uchu jedną słuchawkę, ich głowy kiwają się w jeden rytm, a ich usta bezdźwięcznie wyją (tak, wyją!) utwór, którego widz niestety nie słyszy.
Ale po co komu słuch, skoro ma się fandom. Wkrótce po pojawieniu się tego filmiku jakaś bardzo zdeterminowana fanka użyła swych umiejętności czytania z ruchu warg (!!!) by odcyfrować jakiegoż to utworu słuchają Bradley i Colin. Tym sposobem w fandom poszła wieść, że jest to „You’re the Voice” Johna Farnhama. Ponieważ to stosunkowo mało znany utwór, wszyscy byli ciekawi dlaczego aktorzy podśpiewywali sobie na planie właśnie ten kawałek. Long story short, Bradley i Colin zgadali się kiedyś na temat swojej sympatii dla filmu Hot Rod, gdzie piosenka ta się pojawia i postanowili uwiecznić swoje nieme wykonanie tej piosenki w video diary. Dopiero gdy popularność piosenki wśród fanów serialu wzrosła, otrzymaliśmy – w dodatkach do drugiego sezonu – poniższy filmik:
 
Tym oto pokrętnym sposobem fandom Merlina otrzymał swą pieśń. I tak oto australijski hymn „wyzwoleńczy” z lat 80-tych (z kobzą w tle) będzie mi się już na zawsze kojarzył ze średniowieczem, królem Arturem i czarodziejem Merlinem. Howgh.
I to by było na tyle. Ostrzegałam, że będzie krótko, niepoważnie i fandomowo. Jeśli przyjdą Wam do głowy jeszcze jakieś przykłady seriali – czy filmów a nawet gier – które mają własne charakterystyczne hymny, z chęcią je poznam.
A na koniec wrzucę coś tylko minimalnie związanego z tematem: skoro pisałam o muzyczno-serialowych skojarzeniach, wrzucam filmik reklamujący Doritos, o którym zawsze myślę gdy oglądam Spartacusa. Może dlatego nigdy nie jestem w stanie brać go na poważnie ^__^
EDIT: W komentarzach pod postem Wspaniałe Blogerki przypomniały mi o paru innych pieśniach fandomowych, które warto dodać do listy: Star Trekkin’ the Universe (Star Trek), wersja “Kiss from a Rose” z serialu Community oraz “Hero of Canton”, które z pewnością nieobce jest fanom Firefly. Dzięki, Drogie Panie, za Wasz wkład!