Dreszczu, Dreszczu, pokaż rogi…

Mysz ocenia książkę “Dreszcz” Jakuba Ćwieka, deliberując czy osobiste sympatie do autora przekładają się na sympatię do jego twórczości.

 
Zdarzyło mi się w życiu pisać już parę recenzji książek. Jednak nigdy wcześniej nie próbowałam ocenić książki kogoś, kogo znam.
Historia tego jak poznała Jakuba Ćwieka to materiał na osobną notkę. Dość powiedzieć, że wkrótce miną trzy lata od kiedy poznałam Kubę bliżej. Surrealizm sytuacji, w której możesz powiedzieć, że przyjaźnisz się z jednym ze swoich ulubionych autorów jest trudny do wytłumaczenia. Wyobraźcie sobie, że kumplujecie się z np. Georgem R.R. Martinem albo J.K. Rowling. Dziwna myśl, prawda?… Ze znajomości z Kubą wynikło w moim życiu kilka naprawdę fajnych spraw (m.in. Mysz pojawiła się jako poboczna postać w jednej z Kuby książek), ale wciąż najfajniejszym aspektem znajomości z Kubą pozostają jego książki. Cieszy mnie, że przyjaźń z Kubą nie umniejszyła radochy jaką mam czytając jego dzieła. Oczywiście, radość ta przybrała trochę inną formę, ale na jego książki wciąż czekam z takim samym utęsknieniem. Fakt, że czasem mam wgląd w ich stan surowy tylko jeszcze bardziej zaostrza mój apetyt.
O postaci tytułowego „Dreszcza” usłyszałam pierwszy raz właśnie trzy lata temu, podczas pierwszego spotkania z Kubą w Klubokawiarni Grawitacja, podczas ogłoszenia nominacji do Zajdli. Już wtedy pomysł wydał mi się bardzo „ćwiekowy”. Teraz, po przeczytaniu „Dreszcza” mogę potwierdzić – jest to niewątpliwie dzieło spod klawiatury imć Jakuba Ćwieka. Jest sprytnie, zabawnie i bardzo popkulturowo. Czyli wszystko po staremu.

 

Tytuł oryginału: „Dreszcz”

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2013
Ilustracje: Iwo Strzelecki
Streszczenie:
„Bo ma być głośno (póki Angus gra).
Oto Dreszcz! Rock’n’Roll is Not Dead!
Keith Richards na osiedlu Tysiąclecia? Why not?!
Rychu Zwierzchowski wiedzie żywot pasożyta-luzaka – sex, drugs, and rock’n’roll. Pije, pali, gra na streecie i usilnie stara się nie znaleźć poważnej, regularnej pracy. Utrzymuje go córka, która co jakiś czas dba o uzupełnienie jego pustego portfela.
Całe życie Dreszcza to koncerty i AC/DC ponad wszystko.
Są przyjaciele i wrogowie, choć tych drugich rzecz jasna więcej. Aż pewnego dnia Dreszcz obrywa piorunem i… zyskuje nowe supermoce. Tylko czy to coś zmienia?
Jak to u Ćwieka bywa – muza głośno ryczy a każda strona wali po uszach siłą decybeli.
Odszedł „Kłamca”, nadchodzi „Dreszcz”.
Bo ileż się można pieprzyć z Bogami.”
[blurb z tylnej okładki]

Ten długi wstęp jest po to by uzmysłowić Ci, drogi Czytelniku, że Mysz jest nieco uprzedzona do książek Kuby, oczywiście w tym pozytywnym znaczeniu. Mimo to staram się mieć do nich w miarę obiektywne podejście, bo Kuba i tak ma już wokół siebie wystarczająco dużo osób, które do niego wzdychają. Mysz nie zamierza do tego przykładać ręki (oddechu?), bo jeszcze się Szanownemu Autorowi w…hrm, „głowie” poprzewraca.
Zacznijmy od tego, że Ćwiek z każdą kolejną książką ulepsza swój warsztat. Przeczytałam do tej pory wszystkie jego ksiązki (oprócz „Liżąc ostrze”) i widzę wyraźną…może nie poprawę, ale z pewnością rozwój ku lepszemu. W „Dreszczu” więc tekst jest prosty, dosadny i na temat. Nie ma w nim niepotrzebnych ozdobników, czy opisów godnych Orzeszkowej. Widać niemalże zastosowanie się do zasady Stephena Kinga: jeśli możesz jakieś słowo wyciąć ze zdania, bez utraty jego sensu – zrób to. Jak zwykle też u Kuby jest bardzo „filmowo”: opisane przez niego sceny są bardzo plastyczne, choć mniej niż np. swego czasu w „Kłamcy”. Co do kontrowersyjnych aspektów książki… Cóż, wulgaryzmy mi nigdy nie przeszkadzały – u Ćwieka tym bardziej – a dziewiczym rumieńcem na wzmianki o seksie to ja reagowałam mając lat 11-ście, a nie 25. Tak więc szumne ostrzeżenie wydrukowane na początku książki, przestrzegające co słabszych psychicznie czytelników, Myszy nie dotyczy. Także pod względem przekonań polityczno-społeczno-moralno-religijnych książka mnie jakoś specjalnie nie zaszokowała. Poza tym książka to książka i nie nadawajmy jej zbyt wielkiej wagi. Weźmy przykład chociażby z Biblii – branie pewnych rzeczy na serio z pewnością nie wyszło nam, ludziom, na dobre. Anywho, warsztatowi Kuby nic nie będę zarzucać, bo robiłabym to na wyrost. Podczas czytania nic mi się w oczy nie rzuciło (oprócz jednego błędu bodajże redakcyjnego), więc nie zamierzam na siłę szukać dziury w całym.
 
Jest jednak jedna rzecz, której Kubie nie wybaczę. Głównie dlatego, iż  wbijam mu tę zasadę do głowy od kiedy się znamy i myślałam, że w końcu się przyjęło. Apparently not. Mianowicie chodzi o zasadę, że po angielsku tytuły piosenek pisze się – praktycznie wyłącznie – wielkimi literami. Czyli nie „Highway to hell”, a „Highway to Hell”. Nie „It’s a long way to the top (if you wanna rock’n’roll)”, tylko „It’s a Long Way to the Top (If You Wanna Rock’n’Roll)”. Nie wiem, czy ten błąd pojawił się z winy Kuby, czy redaktora, ale zamierzam się go jeszcze długo czepiać. I nie przyjmuję do wiadomości, że „to polska książka więc tytuły piszemy według polskich zasad”. Nope. Tak samo jak pisze się Lord of the Ringsa nie „Lord of the rings”, tak samo „Back in black” powinno być pisane z wielkich litera: „Back in Black”. I tyle.
Wspaniale wypadają w książce ilustracje Iwo Strzeleckiego. Im dłużej obcuję z jego stylem, tym bardziej mi się on podoba. A to wielki komplement w moich ustach, bo Mysz jest komiksową ignorantką i za szczyt kunsztu rysunkowego uważa świętej pamięci Michaela Turnera (Fathom, Witchblade). Zachwyciły mnie zwłaszcza ilustracje na stronach 263 (ten piękny flowmateriału! Ta dbałość o detale!) oraz 207 (czyżby fryzura widniejącego tam pana była hołdem dla innej słynnej, popkulturowej fryzury?).
Wróćmy jednak do samego „Dreszcza”. Bohater książki – Rychu „Zwierz” Zwierzchowski – o dziwo jest najmniej lubianą przeze mnie postacią. Bynajmniej nie ze względu na swój trudny charakter. O nim wiedziałam od dawna i byłam na niego gotowa. Poza tym akurat „buntowniczość” Rycha wydaje mi się… przerysowana. Owszem, istnieje taki typ ludzi, który mówi to co myśli nie bacząc na konsekwencje, lubi się nabijać i robić na złość, leje na to co sobie o nim ludzie pomyślą, itd., itp. Jednak w wypadku Rycha miałam nieustanne wrażenie, że jego zachowanie nie wynika z autentycznego charakteru, a bardziej ze świadomego kreowania wizerunku. Tak jakby Zwierzchowski postanowił sobie, że będzie taki, a nie inny i tego się trzymał: tak się ubierał, tak mówił, tak żartował… Miałam wrażenie, że Rychu nie jest postacią rzeczywistą, „realną” (komiksowość samej książki, a także idea „supermocy” nie ma żadnego wpływu na jej realność). Rychu sprawia wrażenie konkretnej postaci, bo tak chciał autor; postać nie żyje własnym życiem, nie wyskakuje ze stron książki. Oczywiście możliwe jest, że to kwestia mojej indywidualnej interpretacji. O Dreszczu słyszałam już wszak wielokrotnie i zdążyłam się z tą postacią niejako osłuchać, więc jej shock valuenie robił na mnie tak ogromnego wrażenia jak powinien. Rychu wydawał mi się nieszkodliwym, zabawnym staruszkiem, którego z łatwością można olać. Lub, jak kto woli, polubić. Wybór, naturalnie, należy do czytelnika. Mysz postanowiła na Dreszcz patrzeć z uprzejmym pobłażaniem. A nie sądzę by taki był zamysł autora. Oh well, jak to mówią Amerykanie, shit happens.
Szalenie natomiast przypadła mi do gustu większość postaci pobocznych. Co prawda miałam ogromne problemy ze zrozumieniem wszystkiego, co mówił Alojz – rodowity Ślązak, therefore wyrażający się Ślunską gwarą – ale jako przyjaciel Dreszcza i jego sidekicksprawdził się świetnie. Zawsze zresztą lubiłam w postacie „wygadanych przyjaciół głównych bohaterów”… Nawet gdy tak jak w „Dreszczu” wyglądają oni cokolwiek… nieprzystojnie (eufemizm miesiąca!). Natomiast postać Benjamina Benforda Jr.’a wydawała mi się równie nierealna co Rychu. Może to wynika z naciąganej – w moim mniemaniu – backstorytej postaci. Przymknęłam jednak na to oko, bo skoro akceptujemy pseudo-komiksowe realia w których stary rockmanotrzymuje super-moce, równie dobrze możemy uwierzyć w istnienie wielopokoleniowego rodu lokajów. Chciałabym zobaczyć taki film z serii Bibliotekarz – The Librarian and the Clan of Butlers*chichot* Fakt, że imię Benjamin Benford Jr. nagminnie przekręcałam na Benjamin Buford Blue (Forrest Gump) także nijak nie pomagał mi w oswojeniu się z tą postacią.
 
Myślę, że moje cokolwiek oziębłe podejście do postaci Dreszcza wynikało z osłuchania. Wiedziałam o nim na tyle dużo, że gdy wreszcie go poznawał, nie był już dłużej fascynujący. Utwierdziła mnie w tym entuzjastyczna reakcja, jaką wywołały we mnie właściwie wszystkie inne pojawiające się w książce postacie. Jak w serialu Misfits – w pewnym momencie znudziła mi się główna obsada i jedyne na co czekałam to to, jakie moce będzie miał nowy bad guy w kolejnym odcinku. Podobnie miała się sytuacja u Ćwieka: im dalej w książkę, tym mniej interesowałam się Rychem, a bardziej super-wyposażonymi postaciami pobocznymi: tajemniczą bandą mimów, tajemniczym FB, czy równie tajemniczym mnichem pokrytym bliznami (jeżu, jakie te wszystkie postacie poboczne są tajemnicze!). To właśnie oni wydali mi się najciekawszymi aspektami „Dreszcza” i kolejnym przykładem tego, za co lubię Ćwieka – czyli zajebiste pomysły. Bo humor humorem, nawiązania do popkultury swoją drogą, ale to co zawsze u Kuby lubiłam najbardziej to sprawne łączenie ciekawych pomysłów. I to w tak fajnej formie, że czytając nie mogłam się powstrzymać od szelmowskiego uśmiechu, takiego z gatunku: „Skubany, znowu mu się udało”. Taką reakcję wywołali we mnie „Chłopcy” gdy pierwszy raz o nich usłyszałam. To zresztą obecnie  moja ulubiona książka Kuby, właśnie ze względu na zajebisty pomysł. Taką reakcję miałam również, gdy z każdą kolejną stroną „Dreszcza” dowiadywałam się coraz więcej o bandzie mimów czy mnichu-bliznowcu. Tym bardziej cieszy mnie, że wiele z tych postaci wróci zapewne w kolejnym tomie przygód Dreszcza. A przynajmniej bardzo na to liczę.
No dobra, a co z fabułą?… klasycznie, jak to u Ćwieka: „Dreszcz” to kilka mniej-lub-bardziej powiązanych ze sobą opowiadań, a w nich sporo akcji, kilka zaskoczeń, dużo humoru i popkultury, a także rockowej muzyki i przekleństw. Z obiecanej trójcy „sex, drugs and rock’n’roll” w książce z pewnością najwięcej jest muzyki – co kilka stron przewijają się tytuły lub teksty piosenek, które każdy szanujący się miłośnik rocka powinien znać. Narkotyków w „Dreszczu” też jest trochę, choć poza marihuaną od której nie stroni Rychu, reszta pojawia się raczej w przelocie. Najmniej natomiast jest obiecanego seksu, bo pomijając parę niewybrednych komentarzy Rycha i kilku-zdaniowych wzmianek, w tekście seksu jako takiego brak. Szkoda, bo po miłym zaskoczeniu jaką była scena erotyczna w „Krzyż południa. Rozdroża” spodziewałam się po Kubie naprawdę mocnego uderzenia. Zwłaszcza, że postać Dreszcza – i jego „niegrzeczność” – dawały do takich fragmentów wspaniałą wymówkę. Pozostaje mieć nadzieję, że w „Dreszcz 2” Kuba zapewni czytelnikom choć trochę mocniejsze pierd**nięcie.
Podsumowując: z Myszy punktu widzenia, „Dreszcz” nie jest najmocniejszą książką Kuby, zarówno pod względem tematyki jak i wykonania. W porównaniu z „Kłamcą” (nie da się uniknąć porównań do debiutu/najpopularniejszej serii autora), czy nawet ukochanymi przez Mysz „Chłopcami”, „Dreszcz” wypada… cóż, trochę słabo. Książka, zupełnie jak Rychu, zamiast naładować czytelnika potężnym ładunkiem mocy, tylko raz na jakiś czas łechcze go jakąś zbłąkaną iskrą. Szkoda – miało być z dreszczem, a wyszło z lekkim wzdrygnięciem. Pozostaje czekać na kontynuację i liczyć na zwiększenie napięcia. Elektrycznego.