Gryzoń w kinie – 1 dzień, 3 filmy

Raz na jakiś czas Mysz spędza cały dzień w kinie, oglądając film za filmem. Tym razem padło na “Oz, the Great and Powerful”, “Warm Bodies” i “21 and Over”.

W ramach odpracowania wczorajszego braku notki, dziś będzie nie o jednym, nie o dwóch, a o trzech filmach, które udało mi się wczoraj w kinie obejrzeć. Oglądanie kinowych filmów hurtem może dziwić, ale jest bardzo opłacalne, gdy tak jak Mysz ma się mało czasu i mało pieniędzy (w środy w Ciemna City są tańsze bilety). Poza tym to fajne doświadczenie: przychodzisz koło południa do kina i idziesz na pierwszy film, który ci wpadnie w oko. Potem wychodzisz i sprawdzasz jaki kolejny, najbliższy film cię interesuje. Oglądasz go, potem idziesz na szybki obiad, potem kolejny film… Wierzcie mi: po takim dniu świat rzeczywisty wydaje się szalenie nierealny. I choć przydaje się pokaźny zapas środków przeciwbólowych (ach, kinowa migrena), warto czasem zrobić sobie taki dzień odpoczynku od świata.


A teraz, już bez dalszego rozwlekania się, zapraszam na bezspoilerowe recenzje trzech nowych filmów, które można obecnie w kinach zobaczyć: Warm Bodies (Wiecznie żywy), 21 and Over(nieletni/pełnoletni) oraz Oz, the Great and Powerful (Oz Wielki i Potężny).


Zombie propaganda
 

 

„Wydawać by się mogło, że w świecie, w którym umarli powstają z grobów a słowa „życie” i „śmierć” tracą swoje znaczenie, nie ma już miejsca na miłość. Nic bardziej mylnego! Pewnego dnia córka wojskowego odpowiedzialnego za eksterminację nieumarłych spotyka niezwykle przystojnego R. Między obojgiem od razu zaczyna iskrzyć. Nie ma tu żadnego znaczenia, że serce chłopaka już od dawna… nie bije. Ich miłość jest z jednej strony skazana na niepowodzenie, ale z drugiej daje szansę, na zbudowanie mostu między życiem i śmiercią. Dzięki nim może zakończyć się konflikt między ludźmi i martwymi.”

Nie wiem dlaczego polski tytuł filmu Warm Bodies nie jest taki sam jak polski tytuł książki Isaaca Mariona (Ciepłe ciała). Może to takie specjalne utrudnienie, żeby fani książki nie mogli na film trafić?… Niby „Wiecznie żywy” to niezły tytuł, ale ten brak konsekwencji w nazewnictwie niezmiernie Mysz dziwi.

Co do samego filmu: śpieszę uspokoić Cię, drogi Czytelniku, że Warm Bodies ma tyle wspólnego z Twilightem co ja z lisem – oboje lubimy jeść kaczuszki. Jasne, w obu filmach pojawia się wątek uczucia między ludzką dziewczyną a nieumarłym chłopakiem, ale na tym podobieństwa się kończą. Tam gdzie Zmierzch jest niezręczny i pompatyczny, Warm Bodies jest urocze i sarkastyczne. Duża zasługa w tym voiceoveru głównego bohatera, o wdzięcznym imieniu „R”, który przewija się przez cały film. Kontrast między martwym wzrokiem głównego zombie, a jego wnikliwymi obserwacjami i poczuciem humoru tworzy bardzo interesującą mieszankę. „R” to postać, której bardzo łatwo kibicować. Do tego stopnia, że gdy główna bohaterka – Julie – spotyka po raz pierwszy „R”, widz prędzej wolałby zobaczyć na ekranie jej śmierć przez konsumpcję, niż headshota, który ostatecznie powali „R”. Takie identyfikowanie się z postacią zombie w pierwszej kolejności, a dopiero w drugiej z człowiekiem jest bardzo istotnym elementem filmu. Warm Bodies trudno byłoby oglądać, gdyby widz nie kibicował „R”. Twórcom filmu – dzięki użyciu bardzo prostych środków – udało się to przywiązanie do głównej postaci zagwarantować. Mysz była tak zaangażowana w losy „R”, że w końcowej, kluczowej scenie filmu autentycznie pisnęła na głos (czym wywołała śmiech na sali). 

Warm Bodies należy się także pochwała za pewną wstrzemięźliwość. Film po pierwsze nie stara się szpanować wymyślnymi efektami specjalnymi. W gruncie rzeczy jedynie postacie Szkieletorów rzucają się w oczy jako twór całkowicie cyfrowy. Reszta „efektów zombie” została uzyskana wyłącznie dzięki naprawdę wspaniałemu makijażowi. W filmie pojawia się wiele zbliżeń m.in. twarzy „R”, dzięki czemu w pełnej krasie możemy zaobserwować wszystkie szczegóły i niuanse jego zombie looku.

Wstrzemięźliwość twórców objawia się też w relacji dwójki głównych bohaterów. Bardzo łatwo byłoby im podążyć ścieżką wytyczoną przez Twilight: zombie + dziewczyna = miłość od pierwszego wejrzenia. Na szczęście Warm Bodies ustrzegło się tego schematu. Julie dość długo pozostaje nieufna w stosunku do „R”. I choć potrafi to być denerwujące – zwłaszcza w momencie gdy kibicuje się „R” i jego uczuciu do Julie – ma to absolutny sens. I mean, czy wy byście tak z miejsca zaufali zombie?… podejrzewam, że nie. Sądzę nawet, że w obliczu ostatniej fali negatywnego wizerunku zombie w kinie i literaturze – The Walking Dead, World War Z, Pride and Prejudice and Zombies, The Zombie Survival Guide  bylibyście raczej skłonni najpierw do zombie strzelać, a dopiero potem wysłuchiwać jego z trudem dukanych słów.

Skoro o tym mowa: ogromne brawa dla Nicholasa Houlta, który świetnie sprawdził się jako „R”. Nie miałam wątpliwości, że podoła on roli leading mana – jego występy w About a Boyczy chociażby serialu Skins bardzo wcześnie utwierdziły Mysz w przekonaniu, że Hoult potrafi udźwignąć na swych barkach rolę głównego bohatera. Byłam więc szalenie ciekawa jak Houltowi uda się odegrać rolę, która wymaga ogromnej kontroli. Wszak zagranie zombie w którym z wolna budzą się ludzkie uczucia to tylko z pozoru łatwa rola. Każdy może szwendać się przed kamerą w zombie makijażu, z nieobecnym wyrazem wzroku i okazjonalnym jękiem. Zagranie emocji, które się w takim zombie powoli pojawiają to już insza inszość. Hoult sprawdza się świetnie – jego „R” jest uroczo niewinny i, jak na zombie, bardzo zabawny. Największe pochwały należą się jednak Houltowi nie tyle za grę aktorską, co za pewien dwa jej apskety – mowę i sposób poruszania. To w jaki sposób „R” się komunikuje, jaką ma przy tym mimikę, jaki wyraz oczu, jest absolutnie fascynujący. Mysz także radzi byście przyjrzeli się, jak Hoult operuje ciałem (zwłaszcza, na przykład, w scenach biegu). Widać, że sesje treningowe z ekipą Cirque du Soleil bardzo mu się przydały.

Ludzka część obsady blaknie przy „R” i jego zombie-przyjacielu „M” (w tej roli Rob Corddry, którego Mysz nie znosiła w Hot Tub Time Machine, a w tym filmie polubiła). Teresa Palmer (I am Number Four) jako Julie jest poprawna, ale aktorsko ma tyle ekspresji co, nie przymierzając, Kristen Stewart. Mysz w każdym razie w roli Julie równie prędko zaakceptowałaby wieszak na ubrania. John Malkovich jako ojciec Julie oraz wojskowy przywódca ludzkiej enklawy ma rolę absolutnie nieznaczącą. Wybrano go do niej chyba tylko dlatego, że groźnie wygląda. Najfajniej wypada Analeigh Tipton (Crazy, Stupie Love) jako Nora, przyjaciółka Julie; tym większa szkoda, że w filmie jest jej tak niewiele.

Brawa należą się także reżyserowi i scenarzyście filmu, Jonathanowi Levine’owi, za sprawne połączenie dwóch wydawałoby się sprzecznych gatunków: romansu i filmu o zombie. Nie byłby to pierwszy raz, gdy taki myk się Levine’owi udał – jego poprzedni film, 50/50 był wszak komedią o przyjaźni połączoną z dramatem o nowotworach. Patrząc na rozwój kariery Levine’a oraz jego smykałkę do fajnego łączenia gatunków, Mysz nie może się doczekać jego interpretacji serii książek Legend autorstwa Marie Lu.

Ciekawe jest jak wielką rolę w filmie odgrywa muzyka. Mysz to szalenie cieszyło, gdyż od lat uważa, że właściwa ścieżka dźwiękowa (nie oryginalna muzyka do filmu, tylko użyte w nim piosenki) potrafi ulepszyć film lub kompletnie go zniszczyć. Soundtrack do Warm Bodies ma w sobie urocze retro elementy, które ładnie komponują się z przesłaniem filmu, iż wspomnienia z przeszłości są ważne, że to one są tym co czyni z nas ludzi. Także bardziej alternatywne, indie brzmienia (Bon Iver, The National), dodają filmowi uroku.

Mimo tych pochwał jest coś do czego Mysz musi się przyczepić: kwestia prądu. Z fabuły filmu wiemy, że od początku „zombie apokalipsy” minęło przynajmniej osiem lat. Dlaczego więc, na terenach opanowanych przez zombie, wciąż działają maszyny na prąd? Jakim cudem na zamieszkanym przez zombie lotnisku wciąż działa pas bagażowy i system ogłoszeń? Czyżby zombie nauczyły się obsługiwać elektrownię?… Więcej: jakim cudem nie wyczerpały się akumulatory w samochodach?… tego typu zagrania odrobinę psuły Myszy przyjemność z oglądania. Oczywiście łatwo domyślić się, że były to działania czysto „estetyczne”, mające nadać filmowi pewien konkretny klimat, ale ich nielogiczność wciąż trochę drażni.

Na szczęście nie wpływa to na ogólną przyjemność i dobrą zabawę, którą z oglądania Warm Bodies można wynieść. Mysz bez wahania poleca film wszystkim, którzy lubią klimaty zombie, przedstawione z lekkim przymrużeniem oka. 

However, nie zmienia to faktu, że Mysz – znalazłszy się w samym środku zombie-apokalipsy – będzie miała podejście pt. „shoot first, ask questions later”. Tak na wszelki wypadek. Na pohybel zombie-propagandzie przedstawionej w Warm Bodies *chichot* 

PS. Gdy Mysz w scenie pod domem Julie zorientowała się wreszcie do czego, tak naprawdę, nawiązuje film prawie spadła z krzesła. Głównie ze względu na własną głupotę i fakt, że nie domyśliła się wcześniej, ale także dlatego, że jest to naprawdę fajny twist.

PS2. Kolejne prawie-spadnięcie-z-krzesła Mysz zaliczyła przy scenie przed lustrem. Muzyka lecąca wtedy z iPoda (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi) kompletnie mnie rozbroiła.


Definicja przyjaźni


“Jeff Chang jest wzorowym uczniem. Szykuje się do najważniejszego dnia w życiu… Nieudany skok z balkonu do basenu, ucieczka przed napalonymi nastolatkami z kijami baseballowymi i sprint po dachach samochodów w bikini z pluszowym misiem w… a do tego żubr na zebrze. Tysiące siniaków, setki śladów damskiej szminki na ciele i potworny kac, a za dwie godziny egzamin do najbardziej prestiżowej szkoły… To wszystko nie tak miało wyglądać.”

Mysz przyznaje bez bicia, że ubóstwia filmy typu American Pie– widziała wszystkie siedem filmów o tytułowej szarlotce (cztery oryginalne i cztery straight to DVD). Staram się też na bieżąco oglądać inne filmy z gatunku teen comedy, od Pitch Perfect począwszy, poprzez Project X, na Mardi Gras: Spring Breakskończywszy.

Długo się zastanawiałam, co mnie do tych filmów przyciąga. Na pewno nie są to bezpruderyjne żarty czy niewybredne facecje, którew tego typu „dziełach” się pojawiają. Te elementy wywołują raczej poczucie winy z gatunku guilty pleasure. Jednak po obejrzeniu 21 and Over (polski tytuł: nieletni/pełnoletni) chyba nareszcie rozgryzłam co w tych filmach mnie intryguje.

Chodzi mianowicie o męską przyjaźń. Młodzieżowe komedie – zwłaszcza te z gatunku „sprośnych” – w 95-ciu procentach są skierowane do chłopców. Podobną tendencję można zaobserwować także w „dorosłych” sprośnych komediach typu The Hangover czy Horrible Bosses, które w większości są skierowane do facetów (The Bridesmaids czy Bachelorettesą tu chlubnymi i rzadkimi wyjątkami). Jest wiele prawy w stwierdzeniu, że mężczyzna prędzej roześmieje się z żartu o pierdnięciu niż kobieta. A jak pewnie wiesz, Czytelniku, w tego typu komediach dowcipy o pierdzeniu to zazwyczaj najniższy szczebel sprośności.

W 21 and Over tego typu humoru jest pełno. Jest też morze alkoholu oraz piękne panie, seks w wielu wariacjach oraz sporo nagości. Czyli wszystko w zgodzie z młodzieżową konwencją (co można było wywnioskować także ze średniej wieku na sali, gdzie Mysz była najstarsza, a najmłodszymi osobami było dwóch siedemnastoletnich chłopców).

Nie oszukujmy się: 21 and Over nawet przy najlepszych chęciach nie jest dobrym filmem. Według scenariusza i w reżyserii panów Jona Lucasa i Scott Moore’a, którzy napisali pierwszy The Hangover, to kolejna durna komedyjka dla nastolatków z rozbuchanym libido, lubujących się w nadużywaniu alkoholu, narkotyków, wariackich zachowaniach a’la Jackassi imprezach do białego rana. Idealnie trzyma się ram swojej konwencji, nie będąc ani wybitnym egzemplarzem w swym gatunku, ani jego najgorszym przykładem.

Czy w takim razie Mysz żałuje 14-stu złotych wydanych na bilet?…. Nie. Z bardzo prostego powodu: tego typu filmy są fascynującym studium męskiej przyjaźni.

Gdy się zastanowić i głębiej przyjrzeć, za tą całą fasadą seksualnej rozwiązłości i zwariowanych przygód, kryje się ogromna moc prawdziwej męskiej przyjaźni. Takiej, która mimo morza alkoholu, kolejnych wizyt na pogotowiu i obrażeń na ciele oraz psychice jest w stanie przetrwać lata. Mysz chciałaby kiedyś przeczytać pracę naukową na temat teen comedies i tego w jaki sposób przedstawia się w nich męską przyjaźń. Gdyby na przykład przyjrzeć się oryginalnemu American Pie, owszem – pierwszym elementem filmu jest szeroko pojęty seks (a także, poniekąd miłość). Ale fundamentem fabuły jest przyjaźń między grupą facetów, którzy wspólnie podejmują decyzję by stracić dziewictwo przed ukończeniem szkoły. Pomijając wszystkie miłosne perypetie, pod koniec filmu to właśnie ich przyjaźń okazuje się najważniejsza. Właśnie ta przyjaźń stała się także fabularnych motorem dla kolejnych „szarlotkowych” odsłon – American Pie II, gdzie grupa przyjaciół wyjeżdża na wspólne wakacje, American Pie: The Wedding, w którym ta sama grupa spotyka się na ślubie jednego z nich, czy ostatnio American Pie: Reunion, który opowiada o szkolnym zjeździe i ponownym spotkaniu grupki dzieciaków z East Great Falls.

Biorąc pod uwagę jak wiele młodzieżowych – i nie tylko – komedii skierowanych jest do mężczyzn, tym bardziej cieszy powstawanie takich filmów, jak Bachelorette czy zrecenzowane kiedyś przez Mysz For a Good Time, Call… Kobiety też mają prawo do swoich buddy comedies. Nawet tak fatalnych jak The Bridesmaids(Mysz ma swoje powody by tego filmu nie lubić).

Wiadomo, że nastolatki zgromadzone na kinowej sali nie miały tak „filozoficznego” podejścia do filmu jak Mysz. Dla nich najistotniejszy był aspekt komediowy: niewybredne żarty i sprośne komentarze. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wątek prawdziwej przyjaźni – takiej, która przetrzyma nawet najgorsze przeciwności losu – i tak, w jakiś sposób, trafi do ich podświadomości. Oczywiście nie musi to mieć miejsca. To, że Mysz w ten sposób interpretuje młodzieżowe komedie nie znaczy, że rzeczywiście mają one jakieś głębsze przesłanie. Ale dobrze by było. Zwłaszcza, że w tego typu filmach męska przyjaźń zakorzeniona jest w dwójnasób: zarówno na ekranie, jak i poza nim. Gdyby spojrzeć na przedział wiekowy ludzi, którzy takie filmy oglądają, okazałoby się, że większość z nich to młodzi mężczyźni w wieku 16-23 (obliczenia szacunkowoe). Co więcej, gdyby się przyjrzeć w jakich konfiguracjach osobowych widzowie na takie filmy chodzą, okazałoby się, że głównie są to pary lub grupy nastolatków płci męskiej, które wspólnie takie filmy lubią oglądać. Właśnie dlatego, że filmy o męskiej przyjaźni najlepiej oglądać właśnie w towarzystwie kumpli.

Kończąc tę pseudonaukową dygresję, która niewiele wam o filmie mówi: 21 and Over możecie spokojnie ominąć, chyba że tak jak ja lubicie się zrelaksować przy bezmyślnej komedii. Mysz w każdym razie nie żałuje czasu, który filmowi poświęciła. Główna w tym zasługa dwóch głównych bohaterów, których grają lubiani przez Mysz aktorzy: Miles Teller (Project X, Footloose, The Rabbit Hole) i Skylar Astin (Pitch Perfect, Hamlet 2), oraz specyficznej fabuły, która przypomina połączenie The Hangover w wersji koledżowej oraz Weekend at Bernie’s. Nie zmienia to jednak faktu, że filmu nikomu z czystym sercem nie polecę.



There’s no place like home


“Gdy Oscar Diggs, drugorzędny magik cyrkowy o nieco wątpliwej moralności, zostaje przeniesiony z zakurzonego Kansas do tętniącej życiem Krainy Oz – cudownego świata pełnego barwnych postaci i niesamowitych krajobrazów – wydaje mu się, że wygrał los na loterii. Sława i bogactwo zdają się leżeć u jego stóp do chwili, w której spotyka trzy piękne i tajemnicze czarownice…

Theodora, Evanora i Gliwia nie wierzą, że to właśnie Oscar jest potężnym czarnoksiężnikiem, którego wszyscy w Oz oczekują. Oscar z wielką niechęcią musi zmierzyć się z potężnymi problemami krainy i jej mieszkańców. Korzystając ze swego uroku osobistego, pomysłowości, a nawet odrobiny magii, nie tylko przemienia się w Wielkiego i Potężnego Oza, ale przede wszystkim staje się lepszym człowiekiem.” 

Oz, The Great and Powerful to chyba pierwszy film, którego oglądanie w 3D wydało się Myszy sensowne. Zazwyczaj filmy 3D są zbyt ciemne, a akcja zbyt szybka by można było cokolwiek zobaczyć; zwłaszcza że „trzeci wymiar” sprawia, iż trudno skupić wzrok na jednej rzeczy, bo wszystko się rozjeżdża.

Na szczęście nowy film Sama Raimiego (Spider-Man) nie jest filmem akcji. To cudowna, kolorowa baśń, w najlepszym możliwym tego słowa znaczeniu. Dla Myszy, wychowanej na The Wizard of Oz z Judy Garland, który co roku w Sylwestra oglądała na stacji TNT, film Raimiego był jak powrót do domu.

W Oz możemy zobaczyć zarówno miejsca dobrze nam znane – Szmaragdowy Gród, początek Żółtej Brukowanej Drogi – jak i te, których do tej pory nie mieliśmy okazji zobaczyć. To ważne, bo ze względu na prawa autorskie (niegdyś należące do MGM, obecnie Warner Bros.) Disney nie mógł wykorzystać niektórych kluczowych dla krainy Oz elementów, jak chociażby rubinowych bucików. Nawet odcień skóry Złej Czarownicy z Zachodu musiał się u Raimiego różnić od tego, użytego w oryginalnym filmie z 1939 roku.

Mimo to, zarówno styl (początek filmu vs. wydarzenia w krainie Oz) jak i niewinna, prawie infantylna, baśniową fabuła Oz sprawiają, że jest on idealną kontynuacją – a właściwie przodkiem – losów Dorotki. Duża zasługa w tym dobrych scenarzystów: David Lindsay-Abaire jest także autorem scenariuszy do tak wspaniałych, baśniowych filmów Inkheart oraz ostatnio puszczanego w kinach The Rise of the Guardians (że już nie wspomnę o nagrodzie Pulitzera, którą Lindsay-Abaire otrzymał za swoją sztukę Rabbit Hole). Drugim scenarzystą jest Mitchel Kaper, który napisał The Whole Nine Yards oraz jego sequel The Whole Ten Yards, z Brucem Willisem i Matthew Pearym. Czyli mamy pewność, że w Ozbędzie spora dawka humoru.

Jak już pisałam na początku, ociekający soczystymi kolorami, jasny jak słoneczny dzień Oz jest wręcz idealny, by oglądać go w trójwymiarze. Choć niektóre typowe dla 3D zagrania bardziej śmieszą niż straszą (np. lecące w stronę ekranu włócznie, itd.) cała trójwymiarowa otoczka dodaje filmowi poczucia nierealności. A w wypadku baśni takie wrażenie jest szalenie istotne. Mysz przyklaskuje więc całej ekipie, która w filmie odpowiedzialna była za efekty specjalne i CGI. Widać, że te 200 milionów dolarów nie poszło na marne. 

Ozogląda się niemalże jak dzieła Tima Burtona w rodzaju Big Fish lub Charlie and the Chocolate Factory. Powodem tego jest zarówno żywa kolorystyka i specyficzna „dziwność” krainy Oz, jak i muzyka Danny’ego Elfmana, która wspaniale uzupełnia klimat filmu. Jak się okazuje Sam Raimi, który z przygód Spider-Mana zrobił kolorową bajkę dla dzieci był idealnym wyborem na reżysera Oz.

Także obsadzie nie można nic zarzucić: James Franco jest jak zwykle czarujący i choć Mysz wciąż uważa, że aktor z niego jak z koziej rzyci waltornia, świetnie się sprawdza jako Oscar Diggs alias Oz alias Czarnoksiężnik. Towarzyszące mu Rachel Weisz jako Evanora, Mila Kunis jako T(h)eodora i Michelle Willaims jako Glinda (po polsku Gliwia, for some reason) – czarownice krainy Oz – również wspaniale wpisują się w baśniową, przerysowaną konwencję filmu. Tu przede wszystkim ogromna pochwała dla Mily Kunis. Po Weisz i Willaims spodziewałam się wspaniałych występów, bo to wspaniałe aktorki. Za to Kunis, która choć wykazała się niedawno w Black Swan dla Myszy wciąż pozostaje komediantką z That 70’s Show, w Oz po raz pierwszy mnie autentycznie zachwyciła. Aktorska odwaga jakiej wymagało rozmyślne przeszarżowanie postaci Teodory okazało się genialnym rozwiązaniem. Dzięki temu jej postać jeszcze mocniej wpisuje się w specyficzną konwencję filmu; staje się też jego najciekawszą bohaterką. Najwyraźniej jeśli trafi ci się – tak jak Kunis – właściwy film, bledną przy tobie nawet zdobywczynie/nominowane do Oscara. Wspaniale było też zobaczyć ogromną liczbę karłowatych aktorów zaangażowanych do roli Munchkinów. Dlaczego jest to istotne możecie poczytać w bardzo ciekawym poście Zwierza na ten temat.

Podsumowując: zdaniem Myszy urok Oz tkwi w odpowiednim do niego podejściu. To film dla „dużych dzieci”, które nie mają problemu z uwierzeniem w baśnie. Jeśli więc widz wykaże się dziecięcą naiwnością i zachwytem, a także wiarą w magię, z pewnością wyjdzie z kina oczarowany filmem Raimiego. Mysz w każdym razie dokładnie tak się czuła. Z tym większym więc oczekiwaniem czekam na sequel Oza. Podobno ma być ich kilka!

Na koniec, refleksja: jeśli oglądasz w kinie trzy filmy i trzy razy siedzisz na tych samych reklamach, a niektóre z nich wciąż ci się podobają znaczy to, że są to naprawdę fajne reklamy. Niniejszym zamieszczam dwa spoty, które mimo wielokrotnego obejrzenia wciąż mi się podobają:

PS. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego film The Lone Ranger będzie zdubbingowany (przed Oz leciał do filmu trailer). Nigdy też nie zrozumiem dlaczego tytuł przetłumaczono na „Jeździec znikąd”.

PS2. Mysz trzy razy wczoraj obejrzała trailer do The Host, według książki Stephanie Meyer pod tym samym tytułem. I szlag mnie bierz, bo wiem że to Meyer i powinnam automatycznie uznać film za straszny gniot, ale trailer bardzo mi się podoba. Główna w tym zasługa piosenki Imagine Dragons „Radioactive”, którą w trailerze wykorzystano. Chyba powinnam dołączyć zwiastun The Host do swojej listy muzycznie zajebistych trailerów.