Koncert Mumford & Sons – klub Stodoła, Warszawa, 04.03.2013

Mysz jest zwierzątkiem domowym, ale raz na jakiś czas wyściubia nosa z norki aby wybrać się na koncert. Tym razem padło na Mumford & Sons.

 Mysz była z Lubym na koncercie Mumford & Sons w klubie Stodoła. Przed chwilą, po powrocie do domu – ledwo przytomna, z bólem gardła od darcia ryja, łupaniem w krzyżu i szaleństwem w przekrwionch oczach – spisała swoje wrażenia.
Uwaga: jeśli nie wiecie kto zacz Mumford & Sons, przeproście i wyjdźcie. Albo po prostu szybciutko do-edukujcie się via Google.

Po tym bezapelacyjnie wspaniałym koncercie stwierdzam kilka rzeczy:
 
– język polski jest bardzo trudny. Przekonał się o tym Jesse Quinn, grający jako support, który przywitał się ze zgromadzonym w warszawskiej Stodole tłumem kulawym “cześć”. Za to Winston Marshall z Mumfordów – kojarzycie go pewnie jako tego pana od banjo – w pewnym momencie wyciągnął z kieszeni słownik rozmówek angielsko-polskich i zaczął czytać. Nie wiem, jak zrozumieć fakt, iż pierwszym zdaniem było “okradziono mnie” (czyżby żart z zachodniego przekonania o stereotypowym polaku?), ale z pewnością był to jeden z zabawniejszych momentów koncertu.
VIDEO: kiepskiej jakości filmik z telefonu Lubego – wszystkie filmiki są dzięki niemu – w którym Marcus pyta się publiczności jak jest “I love you” po polsku. Po czym mówi “Kocham cię Polska” ^__^
Jesse Quinn, czyli support.
Słodko, folkowo i lirycznie. Polecam!
 
– skoro o zabawnych momentach mowa, ich głównym powodem u Myszy był fanklub Mumfordów zgromadzony pod sceną, który w przerwach między piosenkami wykrzykiwał do chłopaków różne hasełka i okrzyki, często brzmiące jak bardzo niemoralne propozycje. Chłopcy Mumfordzcy przyjmowali to jednak z humorem i urokiem, ale śmiali się z nas, że jesteśmy najgłośniejszym tłumem przed jakim zdarzyło im się grać. Oczywiście tu także “winę” ponosi Mumfordzki fanklub wersja Poland, który jak na fanów (dobra, fanki. Nie oszukujmy się) przystało znali wszystkie teksty i bezceremonialnie wywrzaskiwali je w kierunku sceny.
576065_10151293212441883_1723688681_n
Winston Marshall i jego banjo.
– w związku z tym przy niektórym piosenkach poziom szału (pozytywnego) w jaki wpadał tłum był absolutnie nie do okiełznania (i opisania). Ten kto zna kawałek “White Blank Page” i kojarzy fragment tytułowy “a white blank page… and a swelling rage” wie, jak potężny i naładowany emocjonalnie jest to moment. Wyobraźcie go sobie teraz w wykonaniu rozochoconego tłumu polskiej młodzieży (i nie tylko). EPIC. Innym słowem nie da się tego opisać.
65510_10151293214051883_1468599676_n
“Wybierz mnie, panie! Mnie wybierz!”
 
– a’propos młodzieży: tendencja wiekowa trzymała się przedziału 25-35, z porywami w stronę gorących piętnastek i flirtujących dwudziestek. Pań oczywiście było więcej niż panów, a najczęstszą “komórką społeczną” była para – zarówno mieszana, jak i przyjacielskie pary płci obu. Brawa też dla zagranicznych członków tłumu – w trakcie stania w różnych kolejkach udało mi się podsłuchać rozmowy w angielskim (obviously), niemieckim, francuskim i duńskim. However ninijeszym chciałabym życzyć potężnego rozwolnienia szczebliotliwej Brytyjce, która przez cały support Jesse’iego trajkotała przede mną z psiapsiółą. Serio, lalka – gucio mnie obchodzi ślub Twojego brata. Przyszłam tu żeby posłuchać muzyki.
601495_10151293213911883_479846042_n
Cudowne trio trębaczy, którzy dzielnie wspierali Mumfordów.
 
– i to jakiej muzyki. Są zespoły, których świetnie się słucha na ogromnych stadionach (30 Seconds To Mars). Są wokaliści, których się świetnie słucha na festiwalach (Muse). Ale są też inni wykonawcy, takich których powinno się słuchać w niewielkich venues; po prawdzie im mniejsze lokale, tym lepiej. I Mumford & Sons do takich właśnie zespołów należą. Ich muzyka, styl grania i osobowość idealnie dopasowały się do w sumie niewielkiej sali w klubie Stodoła (wiem, że to w rzeczywistości duża sala, ale w porównaniu z takim Torwarem to jednak maluteńka, mysia norka). Tu ogromne brawa za design i oprawę oświetleniową sceny – ktoś szalenie mądry porozwieszał przez całą długość sufitu światełka naśladujące te z teledysku do “Little Lion Man”. A z kolei z tyłu sceny, za zespołem, zawisły ogromne światła, podobne do tych które oświetlały Mumfordów podczas tegorocznych rozdań nagród Grammy. Te drobne ukłony w stronę fanów z czułym zmysłem obserwacji – i najwyraźniej fisiem na punkcie oświetlenie (WTF Myszu?) – szalenie ujęły mnie za serce. Nie ma to jak konsekwencja.
5635_10151293213066883_1042415636_n
Na przedzie – słynny bęben Marcusa. Ach, ten beat!
 
– poza tym fajnie było zobaczyć Mumfordów na żywo, bo tylko w takich okolicznościach można odczuć jakim rodzajem “scenicznego zwierza” jest każdy z członków zespołu. Dość powiedzieć, że tak jak do tej pory kojarzyłam tylko głównego wokalistę, Marcusa, tak teraz będę po cichu wzdychać także do Winstona (tego od banjo) oraz wspaniałego klawiszowca, Bena Lovetta, który jest najbardziej czadowym, keyboardowym head-masherem jakiego w życiu widziałam. No i fajnie było zobaczyć Marcusa grającego w paru utworach na perkusji. Facet naprawdę potrafi narzucić niezłe tempo! A Teda Dwayne’a, kontrabasistę (kontrabas! Mysza tak lubi kontrabasy!) najchętniej bym wymiziała za cudowną, bujną brodę. Mysz nie jest mężczyzną, ale jakby nim była to chciałaby mieć taką brodę.
563442_10151293213896883_1776840537_n
Marcus-czajniczek, Winston w podskokach oraz Ted i jego KONTRABAS.
– skoro o tempie mowa: to był chyba jedyny zgrzyt, jaki Mysz odczuła. Zgromadzony na sali tłum, wyraźnie osłuchany z muzyką Mumfordów, bardzo chciał śpiewać z zespołem. I nic dziwnego – tłum zawsze śpiewa podczas koncertów, no chyba że jest to stadion Wembley, na którym publiczność nie płaci po to by śpiewać piosenkę ZA wokalistę, tylko za to by to wokalista ją śpiewał. W każdym razie polska publika bardzo chciała Mumfordom pomagać. Problem polegał na tym, że panowie śpiewali prawie wszystkie piosenki w tempie ociupinkę wolniejszym niż na swoich płytach. Nie wiem czy wynikało to z trudności grania w tak szybkim tempie na żywo (wszak granie pojedyńczych piosenek w studiu to co innego), czy po prostu z nastroju chwili. W każdym razie decyzja ta, choć zrozumiała, wywoływała nie raz dysonans między śpiewającymi na scenie chłopakami, a zgromadzonym pod sceną tłumem, który mimo najszczerszych chęci nie mógł się do panów śpiewaków dopasować. A jednak jeśli już tłum ma śpiewać wraz z zespołem, dobrze by było by robili to unisono.
225183_10151293212791883_1597354830_n
Ben Lovett, między jednym head-bangiem a drugim.
 
– Mysz w swojej “wszechwiedzy przewidziała ponad połowę setlisty, ale to pewnie dlatego, że jej wymarzone, najukochańsze kawałki Mumfordów należą też do ich “kanonu” koncertowego. Poza tym, gdy ma się tylko dwa albumy na koncie i tłum rządnych ukochanych piosenek fanów, trudno o bardziej zróżnicowany wybór. Mysz jednak nie narzeka. Cieszy się, że mogła sobie powyć, potupać, poklaskać i poskakać do “Babel”, “I Will Wait”, “Little Lion Man”, “Lover of the Light”, “The Cave”, a także pobujać się do “Thistle and Weeds”, “Roll Away Your Stone” [VIDEO, najlepsze!], a także popłakać przy “White Blank Page” (bo ta piosenka jej się szalenie osobiście kojarzy; w ogóle pierwszy album Mumfordów się Myszy bardzo kojarzy, bo płyty “Sigh No More” słuchała podczas bardzo trudnego okresu w swym życiu uczuciowym). A jeśli jest coś czego każdy powinien w życiu doświadczyć to to, jak zarówno zespół jak i publiką szaleją w kompletnym zapamiętaniu podczas “Dust Bowl Dance”. Porównać to do najostrzejszego metalowego pogo, ale z liryczną duszą, byłoby niedomówieniem roku. Brawa także dla chłopaków za arcy-ciekawe, “improwizowane” intra do “Thistle & Weeds” (pytanie Lubego: “dlaczego oni nagle grają jak Jean Michel Jarre?”) oraz “Dust Bowl Dance” (intro bardzo jazzowe, trochę w stylu Amelie) [VIDEO]. Publiczność słysząc te nieznajome intra kompletnie zgłupiała. A ponieważ Mysz ubóstwia, gdy wykonawca wybija publiczność “z rytmu”, miała dzięki temu ogromnego banana na ryjku.
Mumford & Sons Setlist Klub Stodoła, Warsaw, Poland, Europe 2013
 
– a tak w ogóle to jestem za stara na takie koncerty. Serio. Kilka godzin stania (i skakania) na nogach bez możliwości ulokowania gdzieś obu półdupków to katorga, która prawie nie jest warta wspaniałego doświadczenia, jakim jest uczestnictwo w wymarzonych koncercie. Mysz dodatkowo – ze względu na swój mikry, mysi wzrost – nadwyrężyła sobie zarówno kark, palce u stóp, kolana jak i krzyż, próbując wyciągnąć się jak najbardziej w górę, by choć przez ułamek sekundy móc rzeczywiście zobaczyć chłopaków na żywo, a nie na ekranach okolicznych telefonów komórkowych (których jak zwykle było chyba więcej niż ludzi zgromadzonych na sali). Klimatyzacja jak zwykle nie wyrabiała, ale ponieważ staliśmy z Lubym blisko prawej ściany (i owych klimatyzatorów), raz na jakiś czas trafił nam się jakiś zabłąkany zimny powiew. Mimo to w swym najbliższym otoczeniu zarejestrowałam przynajmniej jedno omdlenie, ale na szczęście dziewczę szybko doprowadzono do punktu pomocy. Myszy wniosek – po kolejnym w jej życiu koncercie – jest taki: albo trzeba jeździć na festiwale z kocykiem i słuchać/oglądać z daleka, albo szarpnąć się tę parę(dziesiąt) złotych więcej i – gdy jest to możliwe – kupować miejsca siedzące na trybunach. Ugh, mój biedny reumatyzm!
 
166741_10151293212931883_1665671338_n
Niebiański posłaniec – Marcus Mumford.
 
– parę słów o organizacji eventu: w Stodole byłam po raz pierwszy w życiu (wiem, hańba – całe życie w Warszawie i nigdy nie być w Stodole?!) i choć wcześniej zrobiłam spory research o klubie – Mysz lubi być przygotowana – byłam zarówno mile, jak i niemile zaskoczona. Wejście do klubu, bramki ochrony, sprawdzanie biletów i oddanie ciuchów do szatni przebiegły szybko i bezproblemowo. Za to otwarcie drzwi i dziki tłum, który rzucił się na salę koncertową przypominał Myszy scenę oszalałego stada antylop z The Lion King (czekałam aż ktoś zacznie wrzeszczeć “SIMBA!”), choć na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach. Problemy zaczęły się dopiero po zakończeniu koncertu – brak jakiegokolwiek (sensownego) systemu tworzenia kolejek spowodował półgodzinny korek do szatni. Mysz praktycznie zasnęła na plecach jakiegoś przemiłego pana – cały czas trzymana za łapkę przez Lubego – a poza tym ubawiła się setnie słuchając jakiś rozchichotanych szesnastolatek, które stały za nią w dzikim tłumie. Co nie zmienia faktu, że 30 minut stania w jednym punkcie, podczas gdy napiera na ciebie około setka ludzi to wciąż niezbyt miłe doświadczenie. A tłum, z minuty na minuty coraz bardziej mentalnością upodabniający się do stada, zachowywał się absolutnie nielogicznie i zamiast sobie pomagać – wszak wszyscy jesteśmy ludźmi – osoby stojące w kolejce do szatni nie chciały wypuścić tych, którzy już w odzieży wierzchniej chcieli się przedostać do wyjścia. “Ja się dla nich nie ruszę. Bo nie”. KURRrrr… *wdech, wydech* Gdybym miała więcej niż 158 cm wzrostu nakładłabym każdemu takiemu, niechętnemu do współpracy człowiekowi po łbie, jednemu po drugim. Takie bezmyślne, stadne zachowania mnie szalenie denerwują. Dzięki Borze, że udało nam się stamtąd wydostać zanim trafił mnie szlag – już trzymałam w ręku klucze z zamiarem wydłubania oczu najbliżej stojącej osobie, która ośmieli się mnie jeszcze raz popchnąć. TROCHĘ MYŚLENIA, drodzy Polacy. Chociaż trochę. To naprawdę nie boli.
625608_10151293212671883_1785665223_n
Każdy wiosło ma, każdy na nim gra…
– ponieważ Myszy telefon robi zdjęcia jak podczas gastroskopii – jeśli nie wiesz na co patrzysz, nic nie zrozumieszwięc zdjęcia są courtesy Rafał Nowakowski via Facebook. Mysz poleca też niewielką galerię zamieszczoną na oficjalnym FB-owym profilu LiveNation. Za to filmiki są dzięki uprzejmości mojego Lubego, który ze mną na koncercie był, bronił mnie przed tłumem dzikim i przytulał we właściwych momentach. Howgh!
A ponieważ smutno mi, że nie udało mi się podczas koncertu wpaść na Zwierza, na pocieszenie zamieszczam link do Zwierzowego wpisu. To tak żebyście mieli dla porównania uwagi “stary wyjadacz vs. pierwszy raz” ^__^