Mysz TOP 5: Back to the 80’s – dramaty

W ramach cyklu o wartych uwagi produkcjach z lat 80-tych, Mysz przygląda się ciekawym i poruszającym dramatom.

Siódma i ostatnia część cyklu “Back to the 80’s“. Po filmach John Hughesa, filmach “dla dzieci”, komediach , strasznych filmach, animacjach, oraz komediach romantycznych przyszedł czas wielki finał: DRAMATY *dun dun DUN*

U Myszy sytuacja z dramatami jest równie skomplikowana co w wypadku filmów animowanych. To znaczy jestem zdania, że wymienione poniżej dramaty są na tyle dobre, że bronią się same i nie potrzebują żadnego – tym bardziej Mysiego – komentarza. Ponieważ jednak każdy z poniższych filmów dażę przeogromnym sentymentem, postanowiłam o każdym z nich napisać choć parę słów. Tym bardziej, że cztery pierwsze filmy na liście zaliczają się też do Mysiej toplisty “Najlepsze filmy wszechczasów” (numerem pięć na tejże liście jest The Shawshank Redemption, ale ponieważ jest z 1994 roku nie mogę go umieścić w tym wpisie; a szkoda). Nie wiem, jak o Myszy świadczy, iż cztery z jej top-filmów-ever pochodzą z lat 80-tych. Może naprawdę urodziłam się o 10 lat za późno?… w każdym razie wszystkie poniżej wymienione filmy obejrzałam w na tyle młodym wieku (na pewno przed ukończeniem 15-stu lat), że wywarły na mnie niezatarte, silne wrażenie. Z pewnością będę zmuszała swoje przyszłe hipotetyczne (hipopotamiczne!) dzieci do obejrzenia tychże filmów. Niech mi wyrosną na mądrych, empatycznych, wrażliwych ludzi. Jak ja. A poczucie humoru niech mają po tacie, bo moje jest zbyt zwariowane nawet jak na mój gust.

Dygresja o dzieciach pojawiła się dlatego, że naprawdę odczuwam w związku z tymi filmami silne emocje. Zależy mi na tym, by złożyć poniższym filmom należy im hołd. A także w miarę możliwości zachęcić do nich ludzi którzy ich jeszcze nie widzieli (są tacy?!).

Część siódma:
Dramaty

Amadeus (1984)

Tragiczna historia ludzi, których kolejami losu pokierowała nieposkromiona namiętność do muzyki. Włoski kompozytor Antonio Salieri (F. Murray Abraham) w głębi duszy zawsze podziwiał ogrom geniuszu Mozarta (Tom Hulce). Nigdy jednak nie zdołał pogodzić się z faktem, że Bóg obdarzył takimi zdolnościami człowieka, który w jego mniemaniu, zupełnie na to nie zasługiwał. Podając się za oddanego przyjaciela, w rzeczywistości Salieri pogardzał Amadeuszem zazdroszcząc mu wielkiego talentu i sławy. Upatrując winę za swoje życiowe niepowodzenia w Boskich wyrokach, zdesperowany Antonio postanowił ostatecznie wyrzec się Stwórcy oraz zemścić się na sprawcy swych nieszczęść – Mozarcie.
[źródło: Filmweb]

Amadeus jest dla Myszy kwintesencją kina – tego co w nim kocham, cenię i podziwiam. Film Milosa Formana odegrał ogromną rolę w muzycznym wychowaniu młodej Myszy. Drogi Czytelnik pewnie nie wie, ale Myszy Mamut Męski jest “fortepianistą” i pochodzi z rodziny znanej w kręgach muzyki klasycznej. Mysz poprzez osmozę odziedziczyła więc po ojcu miłość do muzyki poważnej, ale dopiero pokazanie młodej Myszy filmu Amadeus pozwoliło zakorzenić tę miłość na stałe;  więcej – przekształciło tę miłość w ogromne pokłady szacunku dla tej gałęzi muzyki. Wyobrażcie sobie, że małemu dziecku puszczacie Amadeusa – dziecku, które wychowane na muzyczne klasycznej zna Requiem Mozarta i wie, że jest to niedokończony utwór, ale nie wie dlaczego. Reakcja kilkuletniej Myszy, gdy wreszcie zrozumiała dlaczego Mozart nigdy swego Requiem nie skończył była niezmiernie silna. Fakt, że tata, który oglądał film wraz ze mną, również się popłakał tylko spotęgował bezbrzeżne uczucie smutku, które mnie wówczas ogarneło. Do końca życia zapamiętam to nieopisane poczucie straty, które odczuwam zdawszy sobie sprawę, że świat – w tym i Mysz – nie pozna prawdziwego zakończenia Requiem. Po dziś dzień Amadeus pozostaje jednym z niewielu filmów na których Mamut Męski płacze.

Nie ma sensu dyskutować o tym, dlaczego Amadeus jest wspaniały. Czy jest to zasługa scenariusza Peter Shaffera, reżyserii Milosa Formana (One Flew Over the Cuckoo’s Nest, które też znajduje się na liście najlepszych filmów wszechczasów), czy natchnionego aktorstwa. Tu oczywiście muszę wspomnieć o Tomie Hulce, który na zawsze pozostanie w mojej głowie dwoma postaciami: właśnie Mozartem… i Dzwonnikiem z Notre Dame (Hulce podkładał głos do Quasimodo w Disneyowskim The Hunchback of Notre Dame). Mysz lubi też przy okazji Amadeusa i jego przesłania wspominać o Oscarze w roli dla F. Murraya Abrahama. Zwycięstwo to nazywa się w popkulturze “Oscarem dla najlepszego nikogo”, bo niewiele osób pamięta kto zacz F. Murray Abraham. W konktekście nieosiągalnego pragnienia sławy Salieriego, wygrana grającego go aktora jest szalenie ironiczna. Bo z jednej strony wygrał on w pojedynku o Oscara z Hulcem (czyli Mozartem), a z drugiej strony wciąż pozostał “nieznanym” aktorem.

No i jest jeszcze muzyka – muzyka Mozarta. Muzyka tak niebiańska, że nawet nie będę próbowała szukać słów, by opisać jej wspaniałość. Wystarczy przecież posłuchać.

By zakończyć tę nie do końca udaną, ale płynącą z serca pochwałę Amadeusa dodam jeszcze tylko, że jest to film po którym Mysz wyznacza ludzi. To znaczy, że jeśli poznaję kogoś nowego i w wyniku rozmowy – nie koniecznie od razu – dowiaduję się, że dana osoba widziała Amadeusa, osoba ta natychmiast ogromnie zyskuje w moich oczach. A jeśli jeszce wyzna, że Amadeusa jako film lubi, to Mysz w ogóle już nie ma żadnych wątpliwości i taką osobę akceptuje z całym dobrodziejstwem inwentarza. Bo muzyki klasycznej nie trzeba kochać. Ale bezwględnie trzeba ją szanować.

8 Oscarów (najlepszy film, reżyseria, aktor pierwszoplanowy [Abraham], scenariusz adaptowany, kostiumy, make-up, sound mixing, scenografia) + 3 nominacje (aktor pierwszoplanowy [Hulce], zdjęcia, montaż).

Od lewej: Tom Hulce jako Wolfgang Amadeusz Mozart i
F. Murray Abraham jako Antonio Salieri.
——————————————————————————————————–

  The Name of the Rose (1986)

 “Akcja filmu, będącego adaptacją głośnej powieści Umberto Eco, toczy się w 1327 roku. Do benedyktyńskiego klasztoru przybywają franciszkanin William z Baskerville (Sean Connery) i jego młody uczeń Adso z Melku. Niebawem w klasztorze ma się odbyć przełomowa debata o słuszności ubóstwa Kościoła. Zaprzyjaźniony z Williamem opat prosi gościa o pomoc w wyjaśnieniu tajemniczych okoliczności śmierci jednego z mnichów. Gdy William rozpoczyna śledztwo, okazuje się, że przyszło mu rozwikłać nie jedno, ale całą serię tajemniczych zabójstw.
[źródło: Filmweb]

O dziwo Amadues to nie jedyny film wszechczasów z F. Murrayem Abrahamem, który znalazł się na liście Myszy. Kolejny to właśnie The Name of the Rose.

Przyznaję od razu: nie czytałam książki Umberto Eco. Probówałam wielokrotnie, ale niestety styl tego pisarza wybitnie mi nie pasuje. Za to film Jean-Jacquesa Annauda (Seven Years in Tibet) ma wszystko to, co Mysz – zarówno młodsza jak i starsza – ubóstwia: Sean Connery, średniowiecze, tajemnicze morderstwa, detektywistyczne dochodzenie i wreszcie Christian Slater. Właśnie The Name of the Rose obwianiam za swoją trwającą już ok. 15 lat miłość do Slatera. Nie ważne, że się zestarzał i wyłysiał – dla mnie na zawsze pozostanie Adso z Melku (oraz Willem Scarlett z Robin Hood: Prince of Thieves). Do zalet filmu dodajmy także Rona Perlmana w upiornej, ale wspaniałej roli Salvatore – kto by pomyślał, że paręnaście lat później ten sam aktor zagra Hellboya, prawda? *mruga zawadiacko* Nie należy też zapominać o F. Murrrayu Abrahamie, który w The Name of the Rose gra okrutnego, bezwzględnego inkwizytora, Bernardo Gui.

The Name of the Rose był w Myszy życiu  pierwszym pamiętnym filmem, który opowiadał o relacji mentor-uczeń. Odcisnęło to na mnie na tyle mocne piętno, że w swym późniejszym szkolnym życiu zawsze ciągnęło mnie do nauczycieli w typie Williama z Baskerville – lekko zbuntowanych, dowcipnych, opanowanych w obejściu, ale też czasem zadziornych i subtelnie ciepłych (nawet jeśli akurat tę cechę ukrywali dość głęboko). Niniejszym pozdrawiam swoją polonistkę z liceum i panią od biologii z gimnazjum – obie były moimi ulubienicami, właśnie ze względu na to charakterystyczne, ukryte pod szorstkością ciepło.

The Name of the Rose zawiera też pierwszą scenę erotyczną, jaką Mysz w życiu widziała. Do dziś miło ją wspominam i m.in. nią tłumaczę sobie swoją sympatię dla postaci niewinnych, niedoświadczonych młodzieńców. Po latach dowiedziałam się zresztą, że Slater w trakcie kręcenia tej sceny właściwie nie miał pojęcia co się będzie działo. Fakt, że jego zaszokowana reakcja jest autentyczna przynosi mi ogromną frajdę.

Aha, uwaga na koniec: tylko Sean Connery jest w stanie sprawić, że a) mnisia łysinka wygląda sexy, b) mnisie habity wyglądają tak miękko jak polarowy kocyk.

The Name of the Rose to jedyny film na liście, który nigdy nie był nominowany do Oscara.

Zainteresowanym polecam też innym film Annauda: The Bear z 1988. To jeden z najpiękniejszych filmów o zwierzętach jakie znam, a także jeden z najciekawszych, bo nie ma w nim ŻADNYCH dialogów. Niech się schowa Krystyna Czubówna!

William z Baskerville (Connery) i Adso z Melku (Slater)

   

 ———————————————————————————————————-

Dead Poets Society (1989)

Jesień roku 1959. Charyzmatyczny nauczyciel literatury, John Keating (Robin Williams) rozpoczyna pracę w ekskluzywnej i konserwatywnej szkole dla chłopców w Nowej Anglii. W placówce tej obowiązuje surowe wychowanie oparte na dewizie “Tradycja, honor, dyscyplina, doskonałość”. Tym skostniałym poglądom Keating przeciwstawia własne, niekonwencjonalne metody wychowawcze. Swoim postępowaniem nowy wykładowca bulwersuje otoczenie, zdobywając jednocześnie sympatię siedmiu utalentowanych uczniów, którzy reaktywują “Stowarzyszenie Umarłych Poetów”.
[źródło: Filmweb]

Skoro było o płaczu przy Amadeusie, nie można nie wspomnieć o Dead Poets Society. Jeśli jest osoba – płci dowolnej – która nie ryczy na tym filmie jak bóbr, to jest to człowiek bez serca. Mysz do dziś tak silnie przeżywa ten film, że nie może go oglądać więcej niż raz do roku, bo inaczej popada w duchowe odrętwienie.
Umówmy się: poezja omawiana w filmie rusza mnie mało. Walt Whitman nigdy nie należał do moich ulubieńców, choć go ogromnie szanuję. Także Thoreau, Frost, Herrick, Lord Tennyson czy Lord Byron nie wywierają na mnie ogromnego wrażenia. To co sprawia, że Dead Poets Society kocham miłością nieustającą to “A Midsummer Night’s Dream” Szekspira. “Sen Nocy Letniej” to ukochana Myszy sztuka Szekspirowska – do tej pory widziałam ją sześć razy, a film A Midsummer Night’s Dream z 1999 roku należy do moich ulubionych filmów ever. Do listy tej zalicza się też inny film opart na tej sztuce – musical kina LGBT Were the World Mine. Wracając jednak do omawianego filmu – właśnie wystawiana w Dead Poets Society sztuka Szekspira sprawia, że tak bardzo kocham ten film.

Mysz wielokrotnie w ciągu swego życia widziała Dead Poets Society, ale zawsze intrygowało ją to, że zależnie od tego na jakim etapie życia się znalazła, identyfikowała się z inną postacią. W latach najmłodszych bliski mi był Todd (Ethan Hawke) nieśmiały i cichy chłopiec, który w trakcie filmu uczy się i mężnieje. W okresie młodzieńczego buntu czułam jedność dusz z wesołym Neilem (Robert Sean Leonard), który nie rozumiany i tłamszony przez ojca, popełnia ostateczny krok. Z wiekiem, naturalnie, zaczęłam coraz bardziej skłaniać się w stronę Johna Keatinga (Robin Williams), który w latach młodszych mi umykał jako “postać poboczna”, bo koncentrowałam się bardziej na postaciach uczniów. Podejrzewam, że przyjdzie taki moment, gdy zacznę się nawet identyfikować z Nolanem (Norman Lloyd), rektorem Welton Academy. Na razie jednak obserwuję zasadę “zamkniętego koła”, bo po fascynacji Keatingiem znów zaczęła mi powracać sympatia do postaci Todda. Czyżby w najbliższych latach czekał mnie kolejny okres buntu w stylu Neila?

Psychological speculations aside, Dead Poets Society uważam za jeden z tych bezbłędnych, cudownych filmów, które absolutnie należy znać. Ciekawe także wydaje mi się, że Peter Weird – reżyser tego filmu – odpowiedzalny jest nie tylko za “udramatycznienie” Robina Williamsa jako aktora, ale że zrobił to także dla Jima Carrey w swoim filmie The Truman Show (który także jest na liście top-filmów wszechzcasów).

  


1 Oscar (oryginalny scenariusz) + 3 nominacje (najlepszy film, aktor pierwszoplanowy [Williams], reżyseria)

John Keating i jego uczniowie.


 ——————————————————————————————————–

  Empire of the Sun (1987)

 Rok 1941. Od kilku lat trwa wojna pomiędzy Chinami a Cesarstwem Japonii. Mieszkańcy Szanghaju żyją w ubóstwie. Nie dotyczy to jednak wielotysięcznej brytyjskiej kolonii osiadłej od dawna w okolicach miasta. Sytuacja drastycznie zmienia się po ataku Japończyków na amerykańską bazę wojskową w Pearl Harbor. Armia cesarska wkracza do Szanghaju. W mieście wybucha panika. Dwunastoletni Jim Graham (Christian Bale) zostaje oddzielony od swoich rodziców przez tłum uciekinierów. Do tej pory był rozpieszczany i żył w dostatku, z dala od grozy wojny. Teraz musi radzić sobie sam. Błąkając się po biednych dzielnicach miasta poznaje Amerykanina Basiego (John Malkovich). Wkrótce zostają złapani i trafiają do obozu dla internowanych. Ku zdumieniu wszystkich Jim bardzo szybko aklimatyzuje się w nowym otoczeniu. Przychodzi mu to tym łatwej, że w pobliżu znajduje się japońskie lotnisko, a on pasjonuje się samolotami. Przerażające realia sprawiają, że Jim nareszcie zaczyna dojrzewać.

[źródło: Filmweb]

Empire of the Sun to trudny film. Często próbuję go puszczać znajomym osobom, ale jeszcze nie spotkałam nikogo, kto by ten film wysiedział. Mysz nie rozumie dlaczego. To znaczy, inaczej: rozumie, ale sama nie mam tego problemu.

Owszem, film jest ciężki. Opowiada o czasach II Wojny Światowej, ataku na Pearl Harbor, próbach przetrwania młodego chłopca w obozie dla internowanych, głodzie, chorobie, utracie nadziei. Jest to też film długi i mało “mówiony” – sporo scen rozgrywa się bez dialogów. Najtrudniejszym aspektem jest jednak to, że wydarzenia w filmie obserwujemy z punktu widzenia dziecka i to on jest naszym głównym bohaterem. I wszystko byłoby w porządku, gdyby był to jeden z tych fajnych dzieciaków, jak Ania z Zielonego Wzgórza albo inna Pollyanna – słodkie, urocze i bystre. A Jim Graham nie jest takim dzieckiem. To rozpuszczony, rozwydrzony bachorror, który nijak nie umie sobie w życiu poradzić.

Ale właśnie dlatego Mysz ubóstwia ten film. Bo droga Jima, jego powolne dojrzewanie, coraz lepsze rozumienie zasad które żądzą światem, przypomina trochę Robinsona Crusoe i to, jak uczył się przetrwać na swojej bezludnej wyspie. Jednak w wypadku Empire of the Sun obserwujemy rozwój małego chłopca. Spróbujcie sobie wyobrazić, że w wieku lat 9-11 znaleźlibyście się w podobnej sytuacji – zagubieni, przerażeni, nie nauczeni życia… Mysz właśnie dojrzewanie Jima uważa za najmocniejszy aspekt filmu. A to, że jego postać gra młodziutki Christian Bale – który już wtedy był bardzo niczego sobie aktorem – tylko dodaje wagi tej swoistej hero’s journey.

Mysz ma jeszcze tę przewagę nad innymi widzami, że pamięta jak się czuła oglądając ten film w bardzo młodym wieku. A czułam się tak, jakbym oglądała bajkę fantasy. Przypomnijcie sobie dowolny film lub książkę, w której bohater z naszego świata trafia do magicznej, fantastycznej krainy, której zasad musi się nauczyć (np. The Chronicles of Narnia). Mysz, będąc młoda, zawsze odczuwała opowiedzianą w filmie historię Jima jako właśnie takie “magiczne” przygody. Dopiero w wiekiem zrozumiała, że historia przedstawiona w filmie miała miejsce naprawdę (powieść “Empire of the Sun” J.G. Ballarda na której zostały oparty scenariusz tego filmu jest na wpół biograficzna). Poza tym obserwowanie wojny oczami dziecka zawsze jest dla Myszy jednocześnie fascynujące i przerażające (vide Grave of the Fireflies Miyazakiego).

Dodajmy fakt, że reżyserem Empire of the Sun jest Steven Spielberg, jego scenarzystą wspaniały Tom Stoppard (Rosencrantz and Guildenstern Are Dead, Shakespeare in Love, Anna Karenina), a muzykę napisał wszech-geniusz John Williams, a otrzymamy naprawdę cudowny, ogromnie niedoceniany film.

6 nominacji do Oscarów (scenografia, zdjęcia, montaż, muzyka, kostiumy, dźwięk). Christian Bale otrzymał od National Board of Review of Motion Pictures nagrodę dla Najlepszego Młodego Aktora – nagrodę tę stworzono specjalnie dla Bale’a właśnie za jego występ w Empire of the Sun.

Ciekawostka: Ben Stiller, który gra w filmie niewielką rólkę, właśnie na planie Empire of the Sun wymyślił zarys do swego komediowego hitu Tropic Thunder.

Christian Bale jako Jamie “Jim” Graham.
———————————————————————————————————

Gorillas in the Mist: The Story of Diane Fossey (1988)

 W latach 60. Amerykanka Dian Fossey przybyła do Afryki. Wydała bezpardonową walkę kłusownikom, przyczyniając się tym samym do zwiększenia populacji goryli i ocalenia gatunku. Spędziła blisko dwadzieścia lat w tropikalnych lasach, prowadząc badania nad życiem i zwyczajami tych zwierząt. Swoje doświadczenia i spostrzeżenia opisała w książce. Jej nazwisko stało się symbolem determinacji w walce o ochronę środowiska naturalnego.”
[źródło: Filmweb]

Gorillas in the Mist to także nie jest łatwy film. Zwłaszcza jeśli tak jak Mysz – swego czasu – nie wiecie kim była Diane Fossey i jak rozegrało się jej życie. Ponieważ mogą wciąż istnieć osoby, które tego filmy nie widziały (a powinny) nie będę nic spoilować. Ostrzegam też tych, którzy nic o Diane Fossey nie wiedzą: do czasu obejrzenia Gorillas in the Mist radzę trzymać się z dala od wujka Google – efekt filmu jest wtedy mocniejszy.

O filmie nie będę pisać wiele. Wystarczy streszczenie i uwaga, że Gorillas in the Mist – ze wszystkimi swoimi wadami – pozostaje jednym z najpiękniejszych, najbardziej poruszających filmów, zarówno przyrodniczych jak i biograficznych. Poza tym umówmy się: fakt, że Sigourney Weaver nie otrzymała za swą rolę w tym filmie Oscara jest karygodny (dostała za to Złotego Globe’a). Sceny między Weaver a gorylami są tak urzekające, że nawet nie potrzeba słów – wystarczy obraz i cudowna muzyka Maurice’a Jarre’a.

5 nominacji do Oscarów (najlepsza aktorka pierwszoplanowa [Weaver], montaż, muzyka, scenariusz adaptowany, dźwięk)

Ciekawostka: Michael Apted, reżyser Gorillas in the Mist, odpowiedzialny jest także z jednego z Myszy ulubionych “nowych” Bondów – The World Is Not Enough, a także za ostani film o Narni: The Chronicles of Narnia: The Voyage of the Dawn Treader.

Sigourney Weaver jako Diane Fossey.

  

———————————————————————————————————

Goryle w mgle zamykają top piątkę dramatów. Lista ta nie byłaby jednak kompletna bez dwóch szalenie ważnych, dobrych filmów. O dziwo oba są w reżyseri Barry’ego Levinsona.

Mowa oczywiście o Rain Man, czyli Tym Filmie Gdzie Tom Cruise Jest Równie Dobry – Jeśli Nie Lepszy – Niż Dustin Hoffman, oraz Good Morning, Vietnam, czyli Dlaczego Robin Williams Byłby Zajebisty W Radiu.

  Rain Man (1988)

 “Charlie Babbit (Tom Cruise) to młody biznesmen, który przeżywa poważne kłopoty finansowe w swojej firmie. Kiedy umiera jego ojciec okazuje się, że cały majątek zapisał na rzecz szpitala psychiatrycznego, w którym przebywa cierpiący na autyzm brat Charliego ? Raymond (Dustin Hoffman). Charlie porywa brata, mając nadzieję na uzyskanie połowy spadku. Początkowo Raymond doprowadza go do szału, jednak z czasem wyciąga Charliego z jego egoistycznej rzeczywistości, a wraz z wzajemnym zrozumieniem, między braćmi nawiązuje się uczucie przyjaźni i miłości.”

[źródło: Filmweb]

Mam nadzieję, że nikomu nie muszę tego filmu opisywać ani zachwalać. To film obowiązkowy: w kinematografii, a także filmografiach zarówno Hoffmana, jak i Cruise’a. To nie tylko jeden z najlepszych i najważniejszych filmów o autyzmie, ale także wspaniała opowieść o rodzinie, miłości i przyjaźni. To dramat, komedia, a także film drogi. Ten udany misz-masz to w większości zasługa współscenarzysty filmu, Ronalda Bassa. Bass odpowiedzialny jest – oprócz Rain Mana – także za kilka z najlepszych dramatów lat 90-tych (Stepmom, What Dreams May Come, Dangerous Minds), komedię My Best Friend’s Wedding, która jeszcze bardziej wypromowała Julię Roberts jako królową komedii romantycznych, oraz Myszy ulubiony film “złodziejski”, czyli Entrapment. Jak tu nie lubić faceta z tak fajnym dorobkiem?

4 Oscary (najlepszy film, aktor pierwszoplanowy [Hoffman], reżyser, oryginalny scenariusz) + 4 nominacje (scenografia, zdjęcia, montaż, muzyka)

Dustin Hoffman i Tom Cruise, czyli Bracia Babbit.

———————————————————————————————————

  Good Morning, Vietnam (1987)

 “Zdobywca Oscara, Robin Williams, wciela się w rolę bezczelnego, przeciwnego wojnie radiowca Adriana Cronauera. W 1965 roku, w Sajgonie, gdy świat pędzi ku szaleństwu, Adrian ma swój poranny program w wojskowej rozgłośni. Jego niekonwencjonalny sposób prowadzenia audycji sprawia, że żołnierze go uwielbiają, a dowódcy nienawidzą. “

[źródło: Filmweb]

 
Jeśli są dwa filmy w karierze Williamsa, które należy obejrzeć by zrozumieć fenomen tego aktora, są to Aladdyn Disneya i Good Morning, Vietnam. Dlaczego? Bo w obu tych filmach Williams improwizował 99% swoich tekstów. 

Oczywiście fabuła Good Morning, Vietnam, gdzie Williams gra Adriana Cronauera, “wywrotowego” DJ w wojskowej radiostacji, jest idealnym tłem dla popisów Williamsa. Także muzyka zawarta w filmie – same najlepsze hity z lat 60-tychdodaje mu ogromnego uroku. Zmieszajmy to z wojną w Wietnamie i otrzymujemy wspaniały komedio-dramat, który ogląda się, a właściwie bardziej słucha, z prędkością i mocą karabinu maszynowego. Fakt więc, że jest to drugi film na liście z Williamsem w roli głównej, przestaje dziwić. Zwłaszcza gdy ktoś, tak jak Mysz, zaznajomiony jest z bardziej dramatyczną stroną tego wspaniałego aktora.

Nominacja do Oscara (najlepszy aktor pierwszoplanowy [Williams]). Złoty Glob dla Williamsa.

Od lewej: Robin Williams jako Adrian Cronauer
oraz Forrest Whitaker jako Edward Garlick.
——————————————————————————————————–

.. i to by było na tyle, kochani. Cykl “Back to the 80‘s” uważam za oficjalnie zakończony. Oczywiście odgrażałam się, że powstanie podobny cykl o latach 90-tych – pod roboczym tytułem90’s Nostalgia” – ale najpierw muszę do niego zrobić ekstensywny research. Tym bardziej, że w wypadku lat 90-tych chciałabym się skupić na rzeczywiście mniej znanych filmach i to głównie z nurtu młodzieżowego. Ale to dopiero w przyszłości.

Jeśli macie jakieś swoje propozycje Top 5 (lub Top 10), które mogłabym zrobić i o których chcielibyście poczytać, zapraszam do komentarzy!

Thanks to Erica for being my 80’s guru. You are – as they say – a gentleman and a scholar. I salute you.