Ser-skrót #11, czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.

Mysz po urlopie wróciła do roboty i jest w ciężkim szoku, że minęło dopiero półtorej godziny od momentu gdy do pracy przyszła. Będąc na urlopie ledwie miałam czas nadgonić seriale z minionego tygodnia, a teraz czas wlecze się jak krówki-ciągutki. Ech, prawa Murphy’ego…
Po przerwie powróciło Supernatural, Criminal Minds oraz Castle, przy czym pierwszy i ostatni mogą się poszczycić świetnymi odcinkami. Także Glee tym razem nie zawiodło.
W minionym tygodniu mogliśmy także obejrzeć pilotażowy odcinek Bates Motel ale jego recenzja pojawi się oddzielnie, jutro lub pojutrze. Na razie zapraszam do nadgonienia z Myszą zeszło-tygodniowych odcinków.

Miłego czytania. Jak zwykle ostrzegam: post PEŁEN SPOILERÓW.
EDIT: Post chwilowo niezbetowany.

Niedziela 17.03.13


Shameless 3×09 – Frank the Plumber

Dlaczego seriale w tym tygodniu – przynajmniej pod względem – gejowskich wątków próbują mi złamać serce? Najpierw The Following, potem Spartakus, teraz Shamelessanywho, napięta relacja między Mickeyem i Ianem mnie szalenie smuci. Naprawdę liczyłam na jakieś ogromne katharsis, ostateczne wyznanie Mickeya, że rzeczywiście kocha Iana, a tu… ech, szkoda gadać. Właściwie można tylko siąść i płakać.

Cieszy mnie natomiast możliwy rozwój wątku Jimmy’ego. Jeśli rzeczywiście planuje on wrócić na studia medyczne może to oznaczać, że nareszcie zniknie on z życia Fiony. Jimmy od pewnego czasu jest dość nudną, denerwującą postacią i jego nieobecność wcale by mnie nie zmartwiła. A odesłanie go do szkoły jest na tyle sensowne, że w razie czego zawsze może z tej szkoły wrócić, jeśli fabuła będzie tego wymagała.

Nie rozumiem po co był cały wątek z Sheilą proszącą Karen o wybaczenie. Sceny między Sheilą i Debbie były co prawda świetnie napisane i ładnie zagrane, ale nie podoba mi się, że Karen dostała szansę by pogodzić się z matką. Karen to wredna manipulatorka, a takie postacie nie powinny być „odkupione”. Tym bardziej się ucieszyłam, gdy moje ciche modły o to by ktoś „zaciukał Karen” zostały wysłuchane pod koniec odcinka. Szkoda tylko, że spełnieniem tych modłów okazała się Mandy. To może spowodować pewien konflikt między nią, a Lipem.

Skoro o nim mowa: kurczę. Z jednej strony bardzo chciałabym żeby Lip poszedł na MIT (swoją drogą cała scena z tym rekruterem była wspaniała). A z drugiej strony nie chcę, żeby postać Lipa zniknęła z serialu. No bo chyba Shameless nie zafundowałoby nam akcji podzielonej na dwa miasta, jak w Glee?

Cieszy mnie również nowa praca Fiony w call-center. Nowe „okoliczności przyrody” w których można obserować Gallagherów to zawsze fajna rzecz, a Fiona od zawsze jest jedną z moich ulubionych postaci w serialu. To znaczy kiedy nie jest kompletną jędzą dla Jimmy’ego. Ale poza tym bardzo ją lubię. Intryguje mnie także jej nowy przełożony w pracy, Mike Pratt (Jake McDorman, Greek). Coś czuję, że w związku z możliwym wyjazdem Jimmy’ego, Mike będzie nowym kandydatem na chłopaka (kochanka?) Fiony.

Zaś co do Franka… eh, jak zwykle rozkładam ręce, bo nie wiem co powiedzieć. Mogę jedynie wyrazić, jak cieszy mnie fakt, że Shamelesspróbuje omawiać kwestie homoseksualizmu i praw związków partnerskich w Stanach. No i cieszy obecność Bradleya Whitforda, którego nie widziałam od czasu Cabin in the Woods, a w telewizji nie występował chyba regularnie od czasu Studio 60 (Mysz sprawdziła: ostatni raz regularną rolę Whitford miał w The Good Guys, o czym zapomniałam bo był to kijowy serial). Ciekawa jestem jak dalej potoczą się losy Franka w gejowskiej społeczności…

Once Upon a Time 2×17 – Welcome to Storybrooke

Cały wątek z flashbackiem do czasów tuż po przenosinach to Storybrooke pozostawił mi pewien niesmak w ustach. Z jednej strony podobało mi się ukazanie najpierw radości, a później coraz większej frustracji Reginy, gdy zorientowała się, że zemsta wcale jej nie uszczęśliwiła. Ujęcie tego w montaż a’la Groundhog Daytakże było fajnym pomysłem. Niestety, z drugiej strony, wątek ten – zwłaszcza jego fragmenty związane z Kurtem i jego synem Owenem – po raz kolejny ukazał jak w gruncie rzeczy głupią postacią jest Regina. Gold w swej przemowie miał rację: kiedy przychodzi moment, gdy zemsta przestaje ci się opłacać (ze względu na to, co dla niej poświęciłeś/straciłeś, etc.), należy zbastować. Nie ważne jak bardzo byśmy się unosili honorem. Akurat Gold nie jest idealną osobą by takie kazania prawić – wszak sam chciał się mścić na Hooku za „porwanie” Milli. Then again, Gold od kiedy go znamy wyraźnie zmądrzał w pewnych sprawach. Jasne, nadal potrafi być dupkiem, ale taki ma charakter. Ale Regina… przecież widzimy, że słowa Golda do niej trafiają. Regina WIE, że źle robi. Jednak i tak nie jest się w stanie opanować. Dopiero jakieś zagmatwane prośby Henry’ego wreszcie do niej trafiają. A poza tym ile razy można powtarzać ten sam błąd – próba zmuszenia kogoś do miłości poprzez magię – zanim ktoś: a) zmądrzeje, b) zostanie na wieczność ochrzczony uparty głupkiem?… bo Mysz jest bardzo blisko obrzucenia Reginy właśnie takim wyzwiskiem.

Nieważne więc, jak fajnie było zobaczyć znów szeryfa Grahama, cały fladhbackuważam za nieudany. Tym bardziej, że sugestie, iż przebywający w miasteczku Greg jest w rzeczywistości dorosłym Owenem były – nawet jak na OUaT – wyjątkowo mało subtelne.
Pomijam już, że postać Henry’ego to jedna z najbardziej denerwujących postaci w seriali, jeśli nie w ogóle w telewizji (pod względem postaci dziecięcych, oczywiście). Z jednej strony chce, żeby być wobec niego szczerym i traktować go jak dorosłego. Z drugiej strony, gdy tylko słyszy coś nie po swojej myśli, ucieka z domu i postanawia być sprytniejsi niż wszyscy wokół. Rozumiem, że magia rzeczywiście stwarza w jego życiu problemy, ale szczerze wątpię – nawet w realiach OUaT – żeby wysadzenie magicznej studni spowodowało zniszczenie magii. I mean, czy ten scenariusz komukolwiek jeszcze wydawał się szalenie głupi? Wiem, że Henry to dzieciak, ale myślałam, że jednak ma trochę więcej oleju w głowie.

Zastanawia mnie także inna kwestia: w tym odcinku, właśnie we flashbacku, dano widzom do zrozumienia, że Gold nie miał pojęcia o swym poprzednim życiu (Rumplestiltskinie). Jednak w pierwszym sezonie wiemy, że Gold dobrze wiedział kim jest, kim jest Regina, na czym polega klątwa, itp. Czy więc w tym flashbacku Gold udawał, czy dopiero później się zorientował w całej sytuacji? I jeśli rzeczywiście chodzi o drugą opcję, jak to się stało?

Na koniec powiem jeszcze tylko, że mimo mojego ogromnego współczucia dla Mary Margaret w końcowej scenie odcinka, sama jest sobie winna. Przecież WIE, że jest „dobrą” postacią. A „dobro” nigdy nie może babrać się w złych uczynkach i manipulacjach bez okropnych konsekwencji! Przecież każde dziecko to wie! Nie da się używać czarnej magii i liczyć na to, że w ogóle nas to nie zmieni. Niech więc sobie teraz radzi ze swym czerniejącym sercem. Zobaczymy co z tego wyniknie.


Poniedziałek 18.03.13


  The Following 1×09 – Love Hurts

Niestety nie był to równie ciekawy odcinek co w zeszłym tygodniu. Zdążyliśmy już uświadomić sobie ogrom kultu Carrolla i teraz zaczyna powoli poznawać kolejnych jego członków. Miejmy nadzieję, że w nadchodzących tygodniach czekają nas bardziej złożone, ciekawsze postacie niż zdradzona-psychotyczna-kompletnie-zwariowana Amanda. W wyniku flashbacku dowiadujemy się, jak Joe poznał Amandę. Biorąc pod uwagę ile już osób widzieliśmy u Joe w więzieniu, trafne wydaje się porównanie Joe do trenera pokemonów, który zbiera kolejne stworzonka by w odpowiednim momencie wykorzystać je do swych celów (porównanie courtesy of AfterElton.com). Tym niemniej Myszy wciąż bardzo podoba się używana przez Joe metafora, że każdy zwolennik jego kultu może napisać własny rozdział w „powieści” Carrolla.

Dziwi mnie natomiast cały „plan” Amandy. Zarówno Joe jak i Roderick wydają się na tyle inteligentni, by wiedzieć, że prawdziwa Claire Matthews może się o niczym nie zorientować. Czy w takim razie odgórnie wiedzieli oni, że plan Amandy spali na panewce? Czy pozwolili jej go wykonać mimo to, tylko po to, by ją uszczęśliwić, czy by także naprzykrzyć się choć trochę Ryanowi?… im dalej w serial tym większe mam wrażenie, że Carroll tak naprawdę nie kontroluje sytuacji tak bardzo jak by chciał. I tak bardzo jak kibicuję Ryanowi w tym, że złapie on/powstrzyma Carrolla, tak bardzo chciałabym, by wątek „genialnego planu” Carrolla wciąż pozostał możliwe ciekawy i prawdopodobny. Wszak na tej nieomylności Joe, jego kontroli nad zwolennikami i ich działaniami, polega cały misterny plan zemsty. A jeśli – tak jak Amanda – większość z nich to ludzie chorzy psychicznie, których w rzeczywistości trudno kontrolować, jak wielkie szanse na powodzenie ma w rzeczywistości plan Carrolla?

Ciekawe w takim razie co się stanie teraz, gdy Roderick i Joe wiedzą – mniej więcej – gdzie jest Claire. Jaki misterny pomysł wykreują tym razem, by ją odzyskać?

Z innych tematów: przeniesienie centrali działań sił specjalnych było równie sensowne, co Myszy próby gry na bębnach – niby można, ale po co? Skoro wszystkie wydarzenia ostatnich tygodni mają miejsce w stanie Virgina, a konkretniej w okolicach Richmond, to po jaką cholerę przenosić centrum dowodzenia do Waszyngtonu? Rozumiem, że tak każe protokół, ale pomyślałby kto, że służby wywiadowcze typu CIA czy FBI powinny wykazywać się chociaż odrobiną pomyślunku. Także robienie z Debry nianki Ryana jest idiotycznym pomysłem – po pierwsze dlatego, że Deb wie co robi, a po drugie dlatego, że umniejszanie jej roli w śledztwie nic nie da. Akcja i tak będzie się skupiać wokół niej, bo Deb będzie w pobliżu Ryana. A jak wszyscy wiemy to on jest głównym celem działań Joe.

Swoją drogą, skoro przynajmniej 47 osób – z fałszywymi tożsamościami – miało przez lata dostęp do Joe, to dlaczego ma FBI ma pretensje do naszych ulubieńców? Nie powinni się raczej przyjrzeć więzieniu i jego obsłudze? Od kiedy łatwiej jest się dostać do więzienia o zaostrzonym rygorze, niż wyrobić sobie kartę do wypożyczalni DVD (gdzie trzeba okazać dwa dowody ze zdjęciem, a w Stanach często trzeba okazać także ostatni rachunek za prąd/gaz/wodę, by udowodnić, że mieszkasz tam gdzie twierdzisz)?

Zastanawiająca jest dynamika między Roderickiem, a Emmą. Wiadomo było od początku, że Joe ją odtrąci, bo przecież wciąż kocha Claire. Czy więc w takim razie teraz, po śmierci Louise, Roderick weźmie się za Emmę? I co w takim razie z cudem przywróconym na łono kultu Jacobem? Czy choroba Paula i morda „na życzenie” na nim dokonany w jakiś sposób zmienią Jacoba? Jak wpłyną na jego realcje z Emmą?

No i kiedy wraca Mike?… Na te i inne pytania Mysz chętnie pozna odpowiedź. A tak w ogóle to ponownie brawa dla Kevina Bacona, który pod koniec odcinka – w scenach negocjacji między Ryanem a Amandą – znów dał wspaniały popis aktorstwa. Chociaż Rynnowe namawianie każdego by go zabił zaczyna mnie powoli denerwować. Ten facet ma gorsze życzenie śmierci niż Charles Bronson.

Brawa też za guest stara Jayne Atkinson (czyli Erin Strauss z Criminal Minds) w roli matki Jacoba.

Castle 5×17 – Scared to Death

Szalenie mi przypadł do gustu odcinek Castle’a w tym tygodniu, ale to głównie ze względu na swoisty hołd złożony horrorom, jaki się w odcinku pojawił. Nie dość, że fabuła nawiązywała do filmów typu Ringu (amerykańska wersja lepsza!) czy wszelakich inszych horrorów, gdzie zabójcami są duchy, ale w odcinku pojawiał się także gościnnie Wes Craven – reżyser, którego Mysz ubóstwia. Kto widział wszystkie Scream-y oraz Cursed, ten z pewnością rozumie dlaczego. W ogóle odcinek był pełen horrorowych nawiązań: Ringu, laleczka Chucky, Hannibal Lecter (scena w szpitalu psychiatrycznym), dowolny film o nawiedzonym starym domu (hotelik, który odwiedzili Beckett i Esposito)… jedyne odniesienie, którego nie jestem pewna to pojawiająca się pod koniec odcinka chatka w lesie – czy było to odniesienie do Whedonowskiej Cabin in the Woods? Także końcowy reveal – ze współlokatorką – wydawał się jak żywcem wyjęty z filmu Wesa Cravena. Brawo dla twórców za tak fajny, sprawnie i sprytnie zrobiony odcinek.

Miło było również zobaczyć znajome twarze: pielęgniarki (Romy Rosemont, czyli mamy Finna z Glee), Leopolda (Sean Whalen), czy Marka (Brad William Henke).

Wbrew pozorom jednak, tym co Myszy się najbardziej w odcinku podobało, były relacje miedzy Kate i Rickiem. Zawsze się zastanawiałam dlaczego Castle tak bardzo pozwala sobie fantazjować, gdy wspólnie z Beckett próbują rozwiązać jakąś sprawę. Ten odcinek ostatecznie pomógł mi utwierdzić się w przekonaniu, że jedynym powodem dla którego Castle sobie pozwala na takie dziecinne, wyolbrzymiające wszystko, naiwne i łatwowierne teorie jest Beckett i jej logika. Właśnie dlatego, że Kate – ze swoim zdroworozsądkowym, no-bullshitpodejściem – jest zawsze w pobliżu, Castle może robić swoje i bawić się w pisarza o wybujałej wyobraźni. Ubóstwiam fakt, że Beckett mu na to pozwala i choć czasem się z niego nabija, Kate właśnie tę wybujał wyobraźnię w CAstle’u kocha. Tak samo Rick kocha w Kate to, że zawsze może liczyć na jej rozsądek – gdy się zagalopuje w swoich wymyślnych teoriach, Kate jest zawsze w stanie sprowadzić go na ziemię. Caskett (jak nazywają tę parę fani) są idealnym przykładem na uzupełnianie się dwóch różnych charakterów. Twórcy Moonlighting byliby dumni.

A reakcja Kate na informację, że bycie z nią jest numerem jeden na bucket list Castle’a?… no, wzruszyłam się, przyznaję.

Wtorek 19.03.13

 

Smash 2×07 – Musical Chairs

W telegraficznym skrócie:

– Derek jak zwykle jest bogiem, który zawsze ma rację i mimo swej opryskliwości wciąż jest najmądrzejszą postacią w serialu.

– Katie, córka Eileen, powinna częściej pojawiać się w serialu. Jej postać wydaje się powiewem świeżości i rozsądku w tej całej zwariowanej, teatralnej zgrai.

– Tom i Julia ostatecznie się godzą i teraz Bombshell może ruszyć z kopyta, z Eileen ponownie za sterami producenckimi, i z Ivy jako Marilyn. Cieszy mnie to niezmiernie, bo przyjaźń Toma i Ivy to jeden z najmocniejszych punktów serialu.

– upór (i opór) Jimmy’ego coraz bardziej mnie denerwują. Śliczny śpiew ślicznym śpiewem, ale takiego charakterku już dłużej nie zniosę. Dzięki Ci Borze liściasty za to, że jego postać chyba wreszcie zaczyna się zmieniać. Powoli bo powoli, ale zawsze coś

– może to tylko moje zdanie, ale mimo wszystko uważam, że Karen jest idiotką. Zrezygnować z roli na Broadwayu tylko dlatego, że nie dogadujesz się z reżyserem? To tak jakby rzucić szkołę, bo polonistka nie lubi Twojej poezji. Bzdura totalna. Ale przynajmniej teraz będziemy mogli obserwować trójkąt miłosny między Derekiem, Jimmym i Karen. Swoją drogą mimo całej mojej sympatii dla Dereka, nie podobało mi się, że w kontekście Karen zachował się wobec Jimmy’ego jak pies, który obsikuje swoją własność. Co to – podstawówkowe podwórko? Nie dam Ci mojej zabawki, bo jest moja?… porażka.

– śliczny nowy kawałek do Hit List, „Rewrite This Story”. Jeremy Jordan jak zwykle brzmiał jak objawienie. Nie było to co prawda „Broadway, Here I Come!” ale głos tego pana wciąż mnie tak samo zachwyca. Czy nie mógłby on już zawsze tylko śpiewać?

– postać Any w ułamku sekundy z „najlepszej przyjaciółki” została przekształcona w „zazdrosną mendę”. Jeżu, cóż za sztampa. Naprawdę spodziewałam się czegoś subtelniejszego. Ech… coś czuję, że jeszcze nie raz zobaczymy Anę w niekorzystnym świetle „tej zazdrosnej wariatki”.

– Sean Hayes jest geniuszem o czym dobitnie świadczył zaprezentowany w tym odcinku utwór „Ce n’est pas ma faut” (co tam błędne tłumaczenie!). Właśnie dla takich momentów Mysz ogląda ten serial. Nie zmienia to jednak faktu, że Smashpowoli zaczyna mi się przejadać. Niemniej szkoda mi będzie jeśli serial zostanie skasowany po zakończeniu drugiego sezonu, a niestety wszystko na to wygląda.

PS. Mysz niezmiernie rozbawiło, że w serialu użyto określenia „meh” na Liaisons. „Meh” jest określeniem, którego w realu Mysz używa wręcz nagminnie. Nie ma lepszego sposobu by powiedzieć, że coś było „w porządku, ale bez rewelacji” ^__^

 

Środa 20.03.13

 

Criminal Minds 8×17 – The Gathering

Mysz czuła się bardzo niezręcznie oglądając ten odcinek, ale to chyba dlatego, że swego czasu mocno siedziała w fanficach, także tych z gatunku Real Person Fiction (czyli opartego nie na postaciach fikcyjnych, a prawdziwych ludziach, na przykład aktorach czy piosenkarzach). W tym kontekście morderca, który realizuje cudze teksty w postaci krwawych mordów wydawał mi się szalenie… cóż, niepokojący. Zwłaszcza, że od zawsze uważałam, iż nie ma nic złego w zapisywaniu swoich fantazji – także erotycznych – w formie fikcji literackiej. Then again, właśnie na tym polega przewrotność morderców – są w stanie rzecz dla innych normalną przeinaczyć i przedstawić w innym, chorym świetle.

Natomiast bardzo mi się podobało, że twórcy Criminal Mindsznowu zaserwowali nam odcinek-podpuchę, w którym myśleliśmy, że obserwujemy jedną osobę, a tak naprawdę obserwowaliśmy dwie: pomysłodawcę morderstw i ich realizatora. Tego typu zagrania są powodem, dla którego tak lubię ten serial. Lubię takie pozytywne zaskoczenia.

Zaskoczenie jest także pojawienie się w odcinku nowego/starego  love interest dla Penelope. Sam wydaje się porządnym facetem, ale z drugiej strony wciąż pamiętamy jak skończył się jeden z poprzednich związków Penelope – postrzałem w serce i ciężką traumą. Poza tym smutno mi się obserwuje jej relacje z Kevinem. Przecież widać, że są dla siebie stworzeni! Czemu więc oni tego nie widzą?

Na koniec maleńki Mysi foch: rozumiem, że arc Replikatora musi zostać rozciągnięty na wiele odcinków (jeśli nie cały sezon), ale denerwuje mnie to, że kolejne kilka odcinków będzie stand alone cases (sprawy niezwiązane z Replikatorem). Wiem dlaczego twórcy tak skonstruowali fabułę, nie zmienia to jednak faktu, że mnie to denerwuje. Zaskoczenia zaskoczeniami, czekanie czekaniem, ale Mysia cierpliwość powoli się wyczerpuje. Kim jest Replikator?!

  

Supernatural 8×17 – Goodbye Stranger

O jeżu O_O

Nie wiem, jak podsumować ten odcinek. Tyle się w nim działo! *skacze z radości* Może zamiast więc wdawać się we wnikliwe dyskusje, rzucę parę haseł-kluczy, by dać znać co w odcinku uznałam za warte uwagi:

– nie lubimy Naomi. Naomi zrobiła Casowi pranie mózgu.

Voluptuous Asian Lovelies! *kwiczy*

– mam problem z tym odcinkiem. Skoro potem dowiadujemy się, że to Cas „niwelował” demony, to dlaczego Sam i Dean nie zorientowali się z wycinków gazetowych, że właśnie z anielskim „niwelowaniem” mieli do czynienia? Przecież nie raz widzieli, jak Cas to robi, co potem z takich demonów zostaje. Dlaczego nie wpadli na to, że ta nadnaturalna sprawa, którą chcą się zajmować to w rzeczywistości anielsko-demoniczne porachunki?… strasznie głupi ci Winchesterowie.

– krypty Lucyfera?… Dun-dun-DUN.

– MEG. O MÓJ BOŻE MEG WRÓCIŁA. KOCHAM MEG. (to znaczy kocham Meg od czasu gdy gra ją Rachel Miner, którą poznała i która jest wspaniała, dowcipna i kochana)

– “Aren’t you a little short for a Stormtrooper?” *banan na ryjku*

– “Hi, I’m Meg. I’m a demon.” *turla się po ziemi z uciechy* Oh Meg, tęskniłam.

– O mój Borze iglasty O_O Meg cytuje True Romance. Nie wiedziałam, że mogę ją ubóstwiać jeszcze bardziej.

– Anielsko-demoniczne flirty = BEST THING EVER.

– o paczcie, Crowley! Nazwanie Meg „gryzakiem” (chew-toy)?… bezcenne.

– nareszcie szczerość między Samem i Deanem odnośnie problemów zdrowotnych Sama. Szkoda tylko, że Cas nie był nam w stanie powiedzieć nic więcej na temat tego, co Samowi jest. I co ważniejsze: czy on z tego wyjdzie?

– Tak! Liczyłam strasznie na to, że ktoś wreszcie przytoczy fakt, że Meg spędziła trochę czasu w ciele Sama i wie, co on sobie tak naprawdę myśli. Z resztą scena między nimi była szalenie urocza.

– Ugh. Dean nazwał Casa swoją rodziną. Prędkość z jaką w moich oczach pojawiły się łzy na to wyznanie aż mnie fizycznie zabolała. Ach Ci Winchesterowie i emocje, które we mnie wywołują!

– Mysz niczego nie chce tak bardzo, jak wiedzieć co do jasnej ciasnej Anielki jest napisane na tej anielskiej tablicy. I dlaczego Casowi znowu odbiło?

– *Mysz łapie się za serce i zaczyna znowu beczeć* Ojejku. Meg nazwała Casa swoim jednorożcem!

– aSLKdhgalksdhgalskdhg! Crowley, ty złamasie! Jeśli zabiłeś Meg, zjem ci twarz!… Cofam to co powiedziałam o anielskiej tablicy – ona mnie nijak nie obchodzi. Jedyne co mnie obchodzi to to, by Meg przeżyła. I to W TYM KONKRETNYM CIELE – nikt inny nie gra Meg tak jak Rachel. Nie chcę innej aktorki. Chcę moją Meg *smutność*

– okej, nie ktoś mi serio wytłumaczy o co chodzi między Naomi i Crowleyem? Mysz musi wiedzieć.

– wow. Nie wyobrażam sobie bardziej uroczego zakończenia odcinka, niż parafrazowanie The Lord of the Rings i na dodatek wygłaszanie peanów na temat „the Rudy Hobbit”, czyli Sean Astina, który grał w słynnym filmie Rudy (1993).

Ogólnie bardzo mi się ten odcinek podobał, ale to głównie ze względu na Meg, a także fakt, że Cas znowu dał w długą i – miejmy nadzieję – jeszcze przez moment nie wróci. Ciekawa jestem co w takim razie zdarzy się w tym tygodniu….
The bitch is back! ^__^

 




Czwartek 21.03.13

 

Glee 4×17 – Guilty Pleasures

Po porażce zeszłego tygodnia, tym razem Glee znów pozytywnie mnie zaskoczyło. Odcinek o guilty pleasures był genialnym pomysłem, bo dzięki temu mogliśby usłyszeć/zobaczyć parę naprawdę fajnych, starszych piosenek, a nie jakiegoś – za przeproszeniem – łomotu w wykonaniu Sue Sylvester a’la Nikki Minaj *wzdraga się*

Jedyne co mnie w odcinku zastanowiło to to, że żadnej z zaśpiewanych w tym tygodniu piosenek nie uznałabym za guilty pleasure – Mysz bez wstydu może przyznać się do lubienia Spice Girls, Wham!, Barry’ego Manilowa czy Phila Collinsa (zwłaszcza tego ostatniego). Z drugiej strony Mysz nie ma już –nastu lat i trochę inaczej patrzy na te sprawy. Możliwe, że młodsze pokolenie rzeczywiście czuje wstyd na myśl o przyznaniu przed znajomymi, że lubi muzykę sprzed roku 2000. Mysz w każdym razie nie widzi w tym nic zdrożnego, ale i tak podczas odcinka bawiła się świetnie.

W tym tygodniu ekipa Glee przedstawiła nam:

– cudownie neonowe, piękne w swym kiczu wykonanie „Wake Me Up Before You Go-Go” zespołu Wham! Nie wiem, ile z czytających ten wpis pań kochało się swego czasu w George’u Michaelu, ale Darren Criss jako Blaine bez problemu wpasowuje się w rolę homoseksualnego obiektu marzeń. Nawet jeśli jego włosy bez żelu wyglądają jak futrzasta wypluwka jednego z moich kotów.

„Copacabana” Barry’ego Manilowa w wykonaniu Sama to jeden z najlepszych jego występów w serialu. Widać autentyczną radochę, jaką cały glee clubmiał podczas wykonywania tej piosenki. Co więcej dzięki nim Mysz nareszcie poznała cały tekst utworu, bo w oryginalnej wersji Manilowa bardzo trudno go odcyfrować.

śliczne wykonanie Blaine piosenki „Against All Odds” Phila Collinsa, której nie słyszłama wieki. I choć sam setting piosenki był nudny i niezręczny – ile można się gapić na swój obiekt westchnień zanim cały glee club nie zorientuje się, że masz na niego chęć – Darren Criss może zdaniem Myszy śpiewać nawet abecadło. Bo robi to ślicznie.

– popieram także okrzyk Artiego – występ Marley, Kitty, Unique, Tiny i Brittany jako Spice Girls (w nietypowych dla siebie wcieleniach) był definitywnie „BEST THING EVER” i takich występów powinno być w serialu więcej. Było energicznie, wesoło, ciekawie i dobrze zaśpiewane. Spice Girls rządzą!

równie kiczowate i urocze co kawałek Wham! wykonanie „Mamma Mia” Abby. Chociaż w tym wypadku również nie rozumiem czego mielibyśmy się wstydzić – Mamma Mia to wspaniały musical i świetny film, a oglądanie go to przyjemność absolutnie pozbawiona jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Przynajmniej według Myszy.

Poza piosenkami mieliśmy też przemielony po raz kolejny temat Rihanny i jej byłego-obecnego chłopaka, damskiego boksera Chrisa Browna. Gdy Gleepróbuje omawiać kwestie społeczne, wiedz że coś się dzieje. Zazwyczaj Mysz w tej sytuacji chowa głowę pod poduszkę i czeka, aż Glee skończy swą sztywną, nieudaną próbę rodzicielskiego moralitetu. Ludzie mądrzejsi i bardziej elokwentni wyrazili już swoje zdanie na temat całe sytuacji Rihanna versus Chris Brown. I choć cieszy mnie próba szerzenie wśród młodzieży przekonania, że bicie kobiet jest ZAWSZE złe i niemoralne, nie chcę by za tak istotną kwestię brało się Glee. Niejedną sprawę udało im się już spłycić swoimi nieudolnymi próbami. Enough is enough. Z tego też względu przemilczałam „My Prerogative” Bobby’ego Browna w wykonaniu Jake’a. Co z tego, że był to jeden z jego lepszych występów (ach ten taniec!)? Nie daje się w odcinku wątku o biciu kobiet i tym jakie to jest złe, by potem wrzucić do odcinka piosenkę faceta, który zniszczył Whitney Houston życie (i to więcej niż raz). Takie sprzeczne przesłania są chyba moim największym zarzutem w stosunku do Glee i gdyby nie moja chorobliwa miłość do musicali i muzyki jako takiej, już dawno bym z tego serialu zrezygnowała.

Natomiast za szalenie ważny i wspaniały uznaję cały wątek z Samem i Blainem. Tak bardzo jak cenię Glee za pokazywanie młodzieży, że homoseksualizm nie jest czymś złym czy wstydliwym, tak bardzo cieszy mnie, że wreszcie pokazano to z drugiej, równie ważnej strony. To niezmiernie istotne, by młodzi mężczyźni i chłopcy zrozumieli, że zainteresowanie ze strony geja nie jest czymś strasznym czy obrzydliwym. Zachowanie Sama w stosunku do Blaine’a – wytłumaczenie, że jemu to nie przeszkadza, a wręcz mu pochlebia – było wspaniałym zagraniem ze strony scenarzystów. Im częściej będziemy młodzieży płci męskiej pokazywać, że homoseksualizm nie jest „zaraźliwy” i że nie każdy gej dybie na ich cnotę, tym większą tolerancję będziemy w nich wzbudzać. A przynajmniej na taki efekt ma nadzieję Mysz.

Wspaniały był także cały wątek z Santaną i Kurtem, którzy wreszcie wyjawili Rachel prawdę o Brodym i jego karierze żigolaka. Co prawda wolałabym, żeby Rachel zamknęła paszczę i pozwoliła Brody’emu zaśpiewać „Creep” Radiohead samemu, ale lepszy rydz niż nic. No i teraz Santana oficjalnie zamieszkała z Kurtem i Rachel w ich mieszkaniu! Oj, będzie się działo.

A tak naprawdę najlepszy w tym odcinku była całkowity brak Mr. Shue i Finna, oraz fakt, że zarówno Brittany jak i Kitty oglądają filmy z serii Bring It On (Dziewczyny z drużyny). Mysz widziała je wszystkie i nijak się tego nie wstydzi. On the contrary: jest z tego dumna! 

Piątek 22.03.13

 

Grimm 2×15 – Mr. Sandman

Brrrr… to był chyba najobrzydliwszy odcinek Grimm jaki do tej pory widziałam. Nawet odcinek z pszczołami przy tym wysiada.

Pod wieloma względami Grimm stał się dla mnie serialem takim, jak niegdyś Supernatural: oglądając go odczuwasz huśtawkę reakcji od „ale to fajne” do „ale to obrzydliwe”. Oczywiście „fajność” dotyczy relacji między postaciami – ich przyjaźni, miłości, kłótni, itd. – a element obrzydliwości dotyczy „spraw” nad którymi pracują. W tym wypadku wątek z mucho-ludkiem i tymi okropnymi, czerwonymi, pasożytniczymi glizdami *otrząsa się* był definitywnie najobrzydliwszym. Niemniej muszę ogromnie pochwalić dział charakteryzacji na planie Grimm, bo ‘ślepy’ makijaż Nicka był wspaniale zrobiony – upiorny, ale intrygujący, przy tym wiarygodny. 
 Brawa także dla David Giuntoli za to, jak fajnie grał on Nicka, od momentu gdy oślepił go mucho-ludek. O ukłonach dla Silasa Weir Mitchella w roli Monroe i Bree Turner jako Rosalee już nie wspomnę.

Do „fajnych” momentów odcinka, takich które niezmiernie mnie uradowały a jednocześnie wzruszyły, zaliczam scenę wspólnego wieczornego obiadu Nicka, Monroe, Rosalee i Hanka. Szalenie mnie cieszy, że teraz Nick ma zżytą grupę przyjaciół z którymi może rozmawiać o swoich „grimmowych” problemach.

Fajne było także wykorzystanie w odcinku piosenki „Mr. Sandman” The Chordettes, chociaż nie wiem co miała ona wspólnego z fabułą.

Natomiast w kolejnych odcinkach czekam na ostateczne wyjaśnienie halucynacji Juliette. Przewidywałam, że są one związane z Nickiem – mam nawet teorię, że to są jej powracające wspomnienia – ale ich rozwlekanie już mnie trochę nuży.

Intrygujący jest także wątek ciąży Adalind (nie wiemy, czy ojcem jest Kapitan Renard, czy jego królewskiej-krwi braciszek), oraz koszmarów Kapitana. Czy są one takim samym efektem ubocznym jak wizje Juliette? Czy może ich powodem jest Adalind?… Mysz nie może się doczekać odpowiedzi.

Spartacus: War of the Damned 3×08 – Seperate Path


Po pierwsze: bardzo mi się podobały sceny walki w tym odcinku. Takie płynne, panoramiczne, jedno-ujęciowe… CUDO!

Po drugie: co ja się przy tym odcinku napłakałam tylko ja i moje biurko wiemy (moje biurko wie, że najwyraźniej moje łzy działają na lakier jak kwas i teraz powierzchnię blatu zdobią mi śliczne, wyżarte kropeczki).

Niesamowicie satysfakcjonujące jest oglądanie „nowego” Crassusa, który po przegranej ze Spartakusem i po ucieczce Kore stał się zaślepionym rządzą zemsty, unoszącym się honorem bubkiem. Może to kwestia tego, że wcześniej wydawał się przebiegłym, groźnym przeciwnikiem dla Spartakusa, a teraz jest po prostu bucem z dużą ilością wojska i chęcią zemsty, ale teraz z pewnością łatwiej jest mi go nienawidzić.

Skoro o nienawiści mowa: Tiberius. Wiem, że zarzekałam się, iż będę dzieciaka bronić własną piersią, ale to było zanim się pozamieniał ze swoim – za przeproszeniem – fiutem na głowy. Dawno nie widziałam postaci, która byłaby tak bardzo zaślepiona własną głupotą, niedoświadczeniem i dziecinną chęcią zemsty. I mean, ZGWAŁCIĆ CEZARA. In what world is that ever a good idea? Czy Tibby naprawdę myśli, że ten wybryk nie wróci by ugryźć go – nomen-omen – w dupę?… że już o jego gwałcie na Kore nie wspomnę, bo to karygodne zachowanie także z pewnością zostanie ukarane. Poza tym nie mogę dłużej lubić Tibby’ego, skoro nie dość, że gwałci wszystko co się rusza – i najwyraźniej uznaje to za odpowiednią metodę na radzenie sobie z problemami – to jeszcze na dodatek zabił Agrona i Crixusa. CO ZA SKUR…czysyn, no.

Skoro o Agronie mowa: no kurde, no. Nie chcę w to uwierzyć. Nie mogę. A z drugiej strony jeszcze bardziej nie mogę się łudzić, że Agron jednak żyje, bo takie myślenie wzbudza tylko we mnie fałszywą nadzieję. A to za bardzo boli. Ja wiem, że to tylko postać w serialu, ale Mysz jest znana z tego, że bardzo się do pewnych postaci przywiązuje. Poza tym Nasir i Agron mieli zginąć razem, w swoich objęciach, albo wspólnie wypasać kozy gdzieś w Brytanii. Mieli być RAZEM. Słyszysz, DeKnight?… i jeszcze mieli taką smutną scenę pożegnania *zaczyna cicho chlipać* Często zapominam jakim dobrym aktorem potrafi być Dan Feuerriegel, gdy się postara, a tu dostałam tak cudownie odegraną scenę. Na samo wspomnienie chce mi się wyć. A jak sobie pomyślę, co się stanie z Nasirem, jak się dowie, że Agron nie żyje… nie. Nie mogę o tym myśleć, bo nie wytrzymam i się znowu cała zapłaczę. Jak jeszcze do tej mieszanki dodam Castusa to już w ogóle wolę nie myśleć, co będzie dalej…

Łaskawie przemilczę za jak KOMPLETNIE IDIOTYCZNY wciąż uważam fakt, że Spartakus pozwolił Crixusowi ruszyć na Rzym i na dodatek zabrać ze sobą lwią część sił. Przyjaźń przyjaźnią, własne ścieżki własnymi ścieżkami, ale jeśli ktoś ci bliski z uporu i głupoty chce popełniać karygodny, brzemienny w skutki błąd to nie ma to-tamto – bierze się taką osobę za pysk i mówi „albo się mnie słuchasz, albo spadaj na sosnę, koleś”. Rozumiem dlaczego Spartakus i Crixus musieli się ostatecznie pogodzić i rozejść każdy w swoją stronę, ale nadal uważam, że mam prawo za całą tę akcję Crixusa – i Naevii –  nienawidzić. Nawet jeśli dostali w tym odcinku śliczną, ciepłą, wzruszającą scenę *ociera łzę*

Ciekawa natomiast jestem jaką rolę w tym wszystkim ostatecznie odegra Kore. No i Laeta – czy teraz, skoro skonsumowała swój związek ze Spartakusem, coś się zmieni w ich relacjach?… Mysz ma ogromną nadzieję, że tak, bo: a) od dawna tej parze kibicuje… i w pełni zgadza się z Agronem, że nikt tak jak Spartakus nie zasługuje na chwilę szczęścia, b) ich seks był nieziemski i chcę go widzieć więcej. Unf, Liam McIntyre… CO ZA CIACHO.

A tak w ogóle to do końca sezonu – i serialu – zostały tylko dwa odcinki. Nie wiem, jak ja to przeżyję.

PS. Kto jeszcze usłyszawszy, że Spartakus zamierza się przedzierać przez Alpy zapytał: „…ale czy będą słonie?” :D 

To tyle na dziś, kochani.

See you all next week.