Ser-skrót #8, czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.

Po piątkowym, kontrowersyjnym wpisie z przyjemnością wrócę do – miejmy nadzieję – bezpiecznego, spokojnego objęcia Seriali (przez wielkie „S”, bo w tym tygodniu wiele się działo). Pomiędzy nadganianiem odcinków z minionego tygodnia udało mi się też wreszcie obejrzeć serial, który od miesięcy czekał aż znajdę dla niego czas. W najbliższej przyszłości spodziewajcie się więc całościowej recenzji pierwszego i jedynego sezonu The Gates, który należy do Myszy ulubionego nurtu – seriali ponadnaturalnych – i w którym gra wiele znanych twarzy.
A za to jutro z pewnością będzie o koncercie Mumford & Sons na który wybieramy się z Lubym. Mysz jest – jak to mówią w lengłidżu – beside herself with glee.

Miłej powtórki z rozrywki. But beware: post PEŁEN SPOILERÓW.

Niedziela 24.02.13


Shameless 3×06 – Cascading Failures


Odcinek Shameless w tym tygodniu był wyjątkowo smutny – klan Gallagherów został rozdzielony przez Opiekę Społeczną na kilka osobnych miejscówek:

– Liam i Carl trafili do pary gejów, którzy z miejsca chcą adoptować Liama (i poniekąd także Carla). Carl – pomiędzy podkradaniem im drobnych przedmiotów – musi wymyślić sposób, jak zniechęcić ich do adopcji brata. Co więcej Carl, zafascynowany od pewnego czasu szczegółami – czy też mechaniką – gejowskiego seksu, spędza swój pobyt w domu Cassiusa i Laniera na zadawaniu NAPRAWDĘ bezpośrednich pytań. A także oglądaniu kowbojskiego gej-porno. Bo dlaczego by nie?

– Debs trafia do kobitki, która teoretycznie prowadzi dom zastępczy, a tak naprawdę wykorzystuje mieszkające u niej dzieci do odbierania zapomogi. Dzieci muszą radzić sobie same, a dzielna Deb, mająca doświadczenie w prowadzeniu domowego żłobka, zostaje oddelegowana do zajmowania się gromadką dzieciaków
– w tym czasie Lip i Ian trafiają do ni-to-poprawczaka ni-to-domu-pracy, które funkcjonuje na podobnych zasadach jak więzienie – chcesz mieć spokój? Zapłać myto najsilniejszym rezydentom.

W tym czasie Fiona zostaje zmuszona zrezygnować z pracy w sklepie, bo wstrętny Bobby nie chce jej dać wolnego, by mogła latać po mieście próbując odszukać swoje rodzeństwo. Moment gdy Fiona wraca do pustego domu i zaczyna płakać autentycznie złamał mi serce. Jasne, oglądając serial i zwariowane przygody Gallagherów ma się wrażenie, że każdy z członków rodziny byłby szczęśliwy mogąc się wyrwać z tego nieustannego kieratu biedy, stresu i wariactwa. A jednak często zapominamy, że siłą Gallagherów jest ich jedność – pomijając wszystko, to po prostu naprawdę zżyta, kochająca się rodzina. Która, tak się składa, ma trupy w ogródku.

A’propos trupów: skoro Fiona pozbyła się ciotki Ginger z ogródka, Frank nie musi uciekać przed policją. Fiona jednak wymusza na nim pomoc w odzyskaniu dzieciaków – Frank musi wytrzeźwieć i przez pewien czas grać przykładnego rodzica przed opieką społeczną. O dziwo pomaga mu w tym Sheila, która w blond peruce zadziwiająco przypomina Monikę – matkę Gallagherów (a przynajmniej części z nich). O całej akcji z próbką moczu nie wspomnę, bo… cóż, nie mam słów.

I choć scena z płaczem Fiony była poruszająca, dwa inne wątki w tym tygodniu naprawdę mną wstrząsnęły. Pierwszy to, naturalnie, cała akcja z zapładnianiem mamy Veronici przez Kevina. I mean WHAT the flying FUCK?! Dzięki Borze, że oglądałam odcinek sama a nie w towarzystwie, bo nie wiedziałabym gdzie oczy podziać. Biedny Steve Howey. Nie wiem, jak on, ale ja bym nie chciała żeby siedziały na mnie dwie kobitki. Co prawda bardziej ze względu na ich łączną wagę niż konkretną “działalność”, but still.

Moment, który jednak rozłożył mnie kompletnie na łopatki – i wywołał reakcję z gatunku „Mysz ogląda serial przez palce” – dotyczył Ian i Mickey’a, których in flagranti przyłapał Terry Milkovich, czyli ojciec Mickey’a. Scena, gdy wezwana przez Terry’ego smutna Rosyjska prostytutka zaczyna ujeżdżać Mickey’a, by jak to ujął Terry „fuck the faggot out of you, a biedny pobity Ian musi pod groźbą broni na to wszystko patrzeć?… gdybym nie była w ciężkim szoku, płakałabym jak bóbr. Mina Iana wyrwała mi serce i zdeptała je w żelaznych chodakach. Oczywiście metaforycznie.

Z wielką niecierpliwością czekam na kolejny odcinek. Zwłaszcza teraz, gdy Fiona – dzięki pomocy Brittany, czyli opiekunki społecznej przydzielonej Gallagherom – dowiedziała się, że to Frank na nich doniósł. Hell hath no fury like a Gallagher scored. Czyżby Frank nie wiedział, że z własną rodziną się nie zadziera, zwłaszcza gdy należą oni do klanu Gallagherów??

Mysz bardzo jest też ciekawa kiedy sytuacja Jimmy’ego się skomplikuje. Bo niby udało mu się wreszcie pogodzić z Fioną, ale nadal nie przyznał się jej do swojego „wyskoku” z Estefanią. Ciekawe czy zrobi to z własnej woli, czy zostanie do tego zmuszony…



Poniedziałek 25.02.13


 
Bunheads 1×18 – Next!

Finał sezonu – który może być także, niestety, ostatnim odcinkiem serialu (ze względu na kiepskie ratingi i brak wieści o odnowieniu kontraktu) – nie był jakiś szalenie zaskakujący, emocjonujący czy wybuchowy. Ale z drugiej strony przecież to Bunheads i jego urok nie na tym polega.
W tym tygodniu zobaczyliśmy więc powrót Fanny, która w charakterystyczny dla siebie sposób znów bezceremonialnie wlazła Michelle do łóżka… to znaczy życia. Do łóżka Michelle wlazł Godot (z resztą chyba najlepsza scena odcinka). Za to w życiu Fanny niechcący pojawił się Scotty – brat Michelle – który w zamian za kimanie na kanapie w domu Fanny, staje się jej chłopcem na posyłki i tragarzem. Nie ma to jak rodzina, nawet przyszywana.
W tak zwanym międzyczasie okazuj się, że Sasha ma parcie na seks. A właściwie na możliwie jak najszybsze zwiększenie swojej wiedzy o seksie. Podpada pod to m.in.: wymuszenie na Romanie listy jego byłych seks-cesów, do wglądu Sashy; moralno-filozoficzne dysputy z pozostałymi „muszkieterkami”; research zarówno internetowy, jak i książkowy (ach, gdzie się podziały czasy „Men are from Mars, Women are from Venus”?); oraz stanięcie przed szalenie istotną decyzją, jaką jest wybór prezerwatyw. Oczywiście w przekonaniu Sashy im więcej wiedzy zdobędzie na temat seksu tym lepiej będzie przygotowana na moment, gdy wreszcie do zbliżenia dojdzie. Choć jej panika i próba radzenia sobie z tym uczuciem poprzez logikę i nadmierne analizowanie zrozumiałe, jest to też poniekąd smutne. Widać, że Sasha nie ma w swoim życiu osoby, która mogłaby z nią usiąść i spokojnie porozmawiać nie tyle na temat fizycznej, czysto mechanicznej strony seksu, a jego implikacji emocjonalnych. Może wtedy Sasha nie czułaby potrzeby jak najszybszego przespania się z Romanem. Co więcej nie zmuszałaby do tego biednej Boo, która wspólnie z Carlem podjęła przecież decyzję by poczekać z ich pierwszym razem. Na szczęście Boo po raz kolejny okazuje się głosem rozsądku w grupie i w uroczo napisanej tyradzie daje Sashy do zrozumienia, iż zamierza postąpić po swojemu, tak jak to sobie zaplanowała. Brawo, Boo! Nie ma to jak przeciwstawić się peer pressure.
Skoro o rówieśnikach mowa: Michelle raczej nie miała z nimi styczności podczas castingu, na który cichaczem się wymknęła. Jej ninja skills muszą być jednak trochę zardzewiałe, bo cztery Muszkieterki są w stanie bez problemu ją na owym castingu wyśledzić. Jak się okazuje Michelle próbuje załapać się do nowo powstającego musicalu. I choć przez moment świetnie jej idzie zostaje wkrótce spuszczona po brzytwie, a wszystko przez tak prężny w showbiznesie nepotyzm. Z jednej strony ucieszyło mnie, że Michelle nie wyjedzie z miasteczka Paradise i nie zostawi uroczych bunheads na pastwę madame Fanny, ale z drugiej strony nie ma nic smutniejszego niż przygaszona Michelle. Zwłaszcza, że zarówno jej taniec jak i wykonanie „If They Could See Me Now” (z musicalu Sweet Charity) były wspaniałe. Tu jeszcze wspomnę: brawa dla twórców za wyśmiewanie się z nagłego wybuchu popularności Les Miserables. Sama już mam poniekąd dosyć tego dzieła.
Dostaliśmy też ciekawy wątek między siostrami Trully i Milly, które nareszcie się pogodziły… or did they? Bo choć Milly postanowiła udostępnić swej siostrze Trully darmową przestrzeń na ponownie otwarcie butiku „Sparkles”, nagłe pojawienie się Scotty’ego na radarze sióstr wywołało natychmiastowe napięcie. Niech się zaczną miłosne igrzyska!
A skoro o miłości mowa: na zakończenie odcinka otrzymaliśmy cios w serce, gdy zapłakana Ginny przyznaje przed Michelle, że tydzień temu przespała się z Frankiem. Jak się można spodziewać od tego czasu komunikacja między nimi ustała i Ginny jest absolutnie załamana. I choć nie była to jakaś szalenie potężna scena, jej bardzo subtelnie ukazany ładunek emocjonalny był idealną nutą na jakiej należało zakończyć sezon.
Oczywiście nie licząc wspaniałego numeru tanecznego, zamykającego odcinek, do piosenki „Making Whoopie”.
A na koniec link do świetnego artykułu w Times Entertainment, dlaczego współczesna telewizja potrzebuje więcej seriali takich jak Bunheads. Food for thought.
PS. Niniejszym zaznaczam, że ja i Michelle jesteśmy bratnimi duszami – inni ludzie w kolejce gadają lub grają w coś na telefonie. Mysz i Michelle? Wyciągają z torby książkę i zaczynają czytać.

The Following 1×06 – The Fall

Najwyraźniej w zeszłym tygodniu musiałam coś źle zrozumieć, bo założyłam, że mężczyzna którego zadaniem było porwać Claire to właśnie słynny Roderick. Jak się okazuje postać Rodericka nadal pozostaje nam nieznana, a porywaczem Claire okazuje się być niejaki Charlie – były żołnierz, specjalista od cyber-technologii, wyznaczony przez Carrolla jako „ogon” Claire. Jak nakazuje imperatyw fabularny, wkrótce okazuje się że Charlie jest w Claire zakochany. Ta, jak na bystrą kobitkę przystało, wykorzystuje to by się uwolnić. Co prawda nie do końca jej się to udaje – ach ci żołnierze i ich wyszkolenie – ma okazję wyciągnąć z Charliego parę przydatnych informacji. Niestety gdy FBI robi nalot na kryjówkę Charliego, by uwolnić Claire, ten ucieka. Z przyjemnością zobaczę jednak jego postać w kolejnych odcinkach, gdyż jestem szalenie ciekawa, jak postać ze słabą psychiką – taką, która zmusza go m.in. do samookaleczenia i self-punishment – odnajdzie się w skomplikowanym, wymagającym posłuszeństwa planie Carrolla. Ludzie niestabilni psychicznie potrafią często doprowadzić do upadku takiego planu.

Interesującym wątkiem było w tym tygodniu także zagłębienie się w przeszłość agentki Debry Parker, serialowej specjalistki od kultów i przełożonej Ryana. Jak się okazuje panna Debra ma własne doświadczenia z kultami – jako dziecko mieszkała z rodzicami w ośrodku „Serenity Hills”. Twórcy The Following niestety nie postarali się zbytnio, pokazując wszystkie standardowe elementy backgroundu postaci, które w wątku o kultach się pojawiają – gwałt na młodej dziewczynce (Debrze), brak reakcji rodziców na takie znęcanie się nad dzieckiem, odrzucenie córki przez rodziców gdy ta z kultu ucieka, próby ponownego porozumienia dziecka z rodzicami które spełzają na niczym, bo ci zbyt głęboko siedzą w społeczności kultu… Oczywiście istotne jest, że jako widzowie wiemy już skąd się bierze, po pierwsze, wiedza Debry o kultach (nie ma to jak osobiste doświadczenia), a po drugie jej determinacja zawodowa, by to właśnie nimi się zajmować. Ale sztampowe przedstawienie przeszłości Debry?… cóż, Mysz spodziewała się po twórcach więcej. Jedynym interesującym momentem było odkrycie, że Debra wciąż nosi przy sobie medalion przedstawiający herb kultu, do którego kiedyś należała. Czy nosi go by zawsze pamiętać o tym co przeżyła, czerpać z niego motywację do swej pracy?… czy może twórcy insynuują, że mimo uwolnienia się od kultu Serenity Hills, Debra jest wciąż podatna na manipulacje i cult-behavior? Czyżbyśmy, jako widzowie, mieli zacząć podejrzewać Debrę jako kolejny kawałek w układance Carrolla?… Mysz w każdym razie zaczęła na Debrę mieć uważniejsze oko.
Zwłaszcza gdy okazuje się iż lokalna policjantka, pomagająca do tej pory Ryanowi i Mike’owi w ich dochodzeniu, jest w rzeczywistości kolejnym pionkiem Carrolla. To był niezły szok i kompletne zaskoczenie. Zarówno postać policjantki, jak i pojawienie się dwóch wytrenowanych, sprytnych, umięśnionych najemników – wysłanników Rodericka – każe się zastanawiać: jak daleko sięgają macki Carrolla? I kim jest Roderick, skoro ma dostęp do tak niebezpiecznych ludzi, gotowych na każde jego skinienie, oraz tak drogi specjalistyczny sprzęt (na przykład ten na którym pracuje Charlie). A może jest jeszcze jedna osoba, która finansuje to wszystko? Ile osób tak naprawdę bierze udział w planie Carrolla?… zastanawia mnie to, gdyż choć pojawienie się każdej nowej postaci jest fascynujące samo w sobie, boję się że w pewnym momencie twórcy przesadzą z liczbą zamieszanych osób. Nawet najlepszy plan zaczyna brzmieć nieprawdopodobnie, gdy zbyt wiele osób bierze w nim udział; im więcej osób, tym więcej niewiadomych… Ciekawa jestem jak twórcy – i poprzez nich Carroll – utrzymają swój plan w ryzach.
Naturalnie nijak Myszy nie zdziwiło, że w sytuacji kryzysowej to Emma przejęła stery dowodzenia. Jej bezceremonialne potraktowanie Ryana paralizatorem było wspaniałym momentem, w którym nagle wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu zrozumieli, kto tu rządzi. I jeszcze pomysł by szantażować Ryana groźbą zabicia Megan? Wspaniałe! Nie od dziś wiadomo, że są ludzie, którzy bez oglądania się na konsekwencje są w stanie poświęcić własne życia dla dobra innych (vide Ryan). Ale bardzo często się łamią, postawieni przed groźbą bycia świadkiem cierpienia innych. Altruizm i empatia mają jednak swoją cenę. Fajnie, że The Following to pokazało.
A skoro już jesteśmy przy Emmie: z ogromnym zaciekawieniem oglądałam telefoniczną wymianę zdań między nią a Debrą. Omawianie talentu artystycznego Emmy, jej relacji z matką… były to świetnie pomyślane i napisane sceny. I choć Emma z pewnością chciałaby sprawiać wrażenie nieporuszonej, widać że te komentarze – a także aluzja, że Joe stał się dla Emmy substytutem kontrolującej matki – nieźle nią wstrząsnęły. Dodajmy do tego zostawienie na pastwę losu Jakoba i Paula i możemy w przyszłym tygodniu spodziewać się naprawdę ciekawego wątku z Emmą.
Zastanawia mnie też jak teraz – po ucieczce Emmy – rozwinie się relacja Paula i Jakoba. Czy wrócą do dynamiki swej poprzedniej relacji? A poza tym jak sobie poradzą, teraz gdy Paul jest ranny, a Emma zniknęła? Czy Jakob stanie na wysokości zadania i – by bronić swego partnera (w zbrodni, aniekoniecznie miłości) – będzie w stanie zabić? Czy Paul w ogóle przeżyje?!
Największe brawa odcinka należą się Kevinowi Baconowi, który wzniósł się na aktorskie wyżyny. Postać Ryana była bystra, zabawna, upiorna, rozbrajająca, sprytna, odważna… i Kevin zagrał to wszystko koncertowo! Mysz przez wszystkie sceny Ryana śmiała się niepowstrzymanie w poduszkę, bo luzackie podejście Ryana do bycia zakładnikiem było – w Myszy mniemaniu – szalenie zabawne. Tym większe pochwały dla Bacona, że był w stanie jednocześnie przekazać komizm takiego zachowania, ale także jego wyrachowanie i nutkę czyhającego pod powierzchnią zagrożenia.
Jednak najmocniejszą emocjonalnie sceną odcinka była sama końcówka, gdy zawiedziona Claire próbuje bić Ryana, a ten tylko mocniej ją przytula. I jeszcze do tego ta piosenka – “Butterfly” Bassnectar feat. Mimi PageOh, be still my aching heart. Strasznie mnie to wzruszyło.

Castle 5×16 – Hunt

Ojej, czego myśmy w tym odcinku nie mieli?
Był Castle, wymykający się Beckett i lecący do Paryża, Takenstyle by odzyskać Alexis. Bawi mnie jedynie, że Kate – która przecież dobrze Ricka zna – nie przewidziała, że ten poleci do Francji. Mysz się zorientowała od razu, w momencie gdy Rick powiedział, że chce zostać sam.
Mieliśmy tajemniczego francuskiego najemnika (Christopher Heyerdahl, czyli Alastair w Supernatural) i jego cudacznego pomagiera-kreta. Oczywiście najemnik okazał się sprzedajną szują, jak to w filmach szpiegowskich zawsze bywa – a mam wrażenie, że właśnie na filmach szpiegowskich typu Jason Bourne został ten odcinek oparty.
Pojawiła się fabuła zakręcona jak ruski słoik, a do kompletu okrutny rosyjski agent Gregory Volkov z bardzo skomplikowanym planem zemsty, obowiązkową tajną kwaterą i tłumem ubranych na czarno przydupasów z bronią.
A na kim chciał się mścić Volkov, zapytacie? No cóż… Mysz zorientowała się dość prędko. Gdy tylko okazało się, że jakiś człowiek jest zawsze krok przed policją w ich śledztwie, a na dodatek jest to starszy pan, wszystko nagle stało się jasne. Tajemniczym człowiekiem, obiektem zawiłej zemsty Volkova jest… ojciec Castle’a. Który jest – jakżeby inaczej – szpiegiem. Mysz jest szalenie dumna, że udało jej się przewidzieć ten zwrot akcji na długo przed jego rzeczywistym ukazaniem na ekranie. I żeby nie było wątpliwości: nie miałam pojęcia, że ojciec Castle’a ma się w serialu pojawić. Słyszałam o nim plotki, ale szczerze myślałam, że jego pojawienie się ma być jakoś pod koniec sezonu. Niemniej fajnie, że tata Castle’a się pojawił i że gra go tak cudowny aktor (James Brolin). Brolin w idealny sposób pokazał w dość ograniczonym czasie, dodajmy jak bardzo Castle jest w rzeczywistości do ojca podobny. Na przykład obaj mają tę samą iskrę w oku i lubią stroić sobie żarty, nawet w trudnych sytuacjach. Widać też po ojcu Castle’a że potrafi być szarmancki wobec kobiet – nic dziwnego, że Martha na niego kiedyś poleciała.

Mimo tych wszystkich naprawdę fajnych elementów zaczynam się zastanawiać, czy odcinek ten nie był swoistym jump the shark w wykonaniu twórców Castle’a. Z drugiej strony nie tak dawno mieliśmy odcinek o spiskowej teorii dziejów z użycie metrów czerwonego sznurka, CIA i zagranicznych dygnitarzy. Chwilowo dam Castle’owi benefit of the doubt. Miejmy nadzieję, że wątek szpiegowskiej kariery taty Ricka zostanie dalej sensownie potraktowany.

Wtorek 26.02.13

 

Smash 2×04 – The Song

Mysz się strasznie w tym tygodniu wynudziła. Głównie dlatego, że nie ogląda tego serialu – za całym szacunkiem – po to by oglądać popisy wokalne Jennifer Hudson i jej postaci, Veronici. Cały wątek z jej koncertem i wszystkie dziejące się wokół tego wydarzenia kompletnie mnie nie ruszyły, ani emocjonalnie, ani nawet fabularnie. Także cały wątek Eileen i jej związku z Nickiem, a także problemów finansowych Bombshell,nijak mnie nie interesował. Smash oglądam dla wspaniałych piosenek, Dereka i odrobiny melodramatu. W tej kolejności.
Jedyne rzeczy, jakie uważam warte uwagi:
– szalenie luzackie podejście Karen do tego, że Jimmy regularnie bierze narkotyki. I nie mówimy o kilku buchach zielska, tylko o ciężkich narkotykach. Okej, może to nie jej miejsce by zwracać mu na to uwagę, ale gdybym była Karen chyba bardziej bym się przejęła informacją, że ktoś kogo znam nadużywa narkotyków. Just sayin’.
– głos Jeremy’ego Jordana. O. Mój. Boże. Uszny orgazm, normalnie.
– słyszymy po raz pierwszy śpiew Kyle’a, ale akurat jego głos mi się średnio podoba. Może w kolejnych odcinkach dostanie kawałek lepiej dopasowany do swoich możliwości.
– pod koniec odcinka dowiadujemy się, że kłopoty Bombshell się skończyły (nareszcie!) i spektakl rusza na Broadway. Jest jednak pewien haczyk: Eileen musi zrezygnować z bycia producentem. Zastąpi ją jej eks-mąż Jerry, którego jak się okazuje na cały szwindel z lewym finansowaniem spektaklu naprowadził… Ellis. Dun-dun-DUN! A już miałam nadzieję, że więcej tego dupka w serialu nie zobaczymy.
– o dziwo, w tym tygodniu wątkiem który najbardziej mi się podobał była powoli rozwijająca się relacja między Julią a Peterem. Cieszy mnie, że zamiast iść łatwą drogą ostrego romansu z gatunku „kto się czubi, ten się lubi”, twórcy dali postaciom czas by się poznały, a także *le gasp* znalazły nić porozumienia. I choć podstęp Petera by sprowadzić Julię na zajęcia aktorstwa (podczas których, na własne oczy i uszy, mogła się przekonać, co jest nie tak z jej sztuką) był wredny, sprawił że jeszcze bardziej mi się ta postać spodobała.
To inteligentny, gładki w obyciu, zrównoważony i przebiegły mężczyzna. Jestem bardzo ciekawa jakie zmiany w Bombshell wynikną ze współpracy Julii i Petera.






Środa 27.02.13

 

Criminal Minds 8×16 – Carbon Copy

Jak 12-stoletni ser irlandzki cheddar kocham, po obejrzeniu tego odcinka nigdy więcej nie będę rozmawiać z ankieterami. NIGDY. Jeszcze mnie jakiś porwie, wykrwawi i wytnie mi powieki. Brrrr.

Odcinek w tym tygodniu zaczął się mocnym uderzeniem, gdy J.J. dostała do biura BAU bukiet kwiatów z tajemniczą karteczką. A na niej, czarno na białym, zapisano słowo „zugzwang”, które poznaliśmy kilka tygodni temu w odcinku pod takim właśnie tytułem. Okazuje się, że to nie porywaczka Maeve zadzwoniła wtedy do Reida, tylko tajemniczy „replikator” – unsub, którego BAU nieskutecznie ściga od kilku(nastu) odcinków. Jak pamiętamy, Replikator od pewnego czasu zostawia dla BAU „prezenty” w postaci zwłok, idealnie odwzorowujących sprawy, które Wspaniała Siódemka zdążyła już rozwiązać. Jako widzowie wiemy, że jest Relikator jest także tajemniczy stalkerem, który od pewnego czasu uważnie śledzi każdy krok naszych ulubieńców.

Sam wątek procedurala w tym tygodniu był taki sobie i Mysz aż była zdziwiona – taki świetny początek, wreszcie porządne nawiązanie do tajemniczego Replikatora, już-już mają go złapać… a tu się okazuje, że to jakiś zwykły koleś, który próbuje się mścić na BAU za zrujnowanie mu życia 15-ście lat temu?…. eeee, nie postaraliście się, kochani twórcy Criminal Minds. A przynajmniej tak myślała Mysz do połowy odcinka. Bo nagle przypomniałam sobie jak wspaniałe, mądre, przemyślane, wielo-odcinkowe plotline’y serial do tej pory potrafił pokazać. Postanowiłam więc dać im szansę.

I dobrze zrobiłam. Nie wdając się w szczegóły, dowiadujemy się, że wszystkie wydarzenia tego odcinka były tylko zmyłką, sprytnie wyreżyserowaną przez Replikatora, który wciąż pozostaje: a) tajemnicą, b) na wolności.

Dopiero po obejrzeniu całego odcinka można w pełni docenić kunszt twórców Criminal Minds, którzy specjalnie po to by zmylić widza, wstawili standardowy wątek proceduralny w tak naprawdę świetny, zaskakujący odcinek wchodzący w skład arcu*. Po raz kolejny w ciągu kilku lat oglądania Criminal Minds zostałam przyjemnie zaskoczona inteligencją jego twórców. Z niecierpliwością oczekuję na kolejne odcinki dotyczące Replikatora. Here’s hoping że nie będziemy musieli długo na nie czekać.
Najlepszy cytat odcinka: Rossi – „Hey, what’s with you? You need a hug or something?

*arc (ang. łuk) określa się grupę pojedynczych odcinków serialu, które choć rozstrzelone na przestrzeni wielu tygodni, dotyczą jednego głównego wątku; videwątek Replikatora.

Supernatural 8×16 – Remember the Titans

Mysz bardzo lubi tzw. filler episodes, które służą jak wypełnienie sezonu pomiędzy istotnymi, myth-arcowymi* odcinkami Supernatural. Zeszłotygodniowy odcinek – o czarownicach i ich pupilach – podobał mi się szalenie. Niestety w tym tygodniu trochę się zawiodłam.

Po pierwsze sam tytuł oraz początek odcinka od razu wskazuje o czym będzie odcinek. A Mysz jednak lubi być w serialu takim jak Supernaturalzaskakiwana. Nawet średnio inteligentna osoba musiała się stosunkowo szybko skapnąć, że mamy do czynienia z Prometeuszem. Fakt, że Sam i Dean na to nie wpadli w przeciągu kilkunastu minut rozmowy z Shanem każe mi wątpić w ich – wielokrotnie nam sugerowaną – inteligencję. Codzienne umieranie? Amnezja? Góra w Europie?… jak można tego nie zgadnąć? How stupid are you?!

Kolejna rzecz, która mi się w odcinku nie podobała: greccy bogowie. W ostatnim, obfitującym w bogów odcinku (5×19 “Hammer of the Gods”), bóstw było wiele, z różnych kultur i mitologii i dzięki temu było ciekawie. To po pierwsze. Po drugie, w “Hammer of the Gods” bogowie rzeczywiście sprawiali wrażenie BOGÓW i to takich, którzy jednym pstryknięciem są w stanie obrócić cię w nicość. A pojawiający się w odcinku “Remember the Titans” Artemida i Zeus, choć fajnie opracowani, nie wydawali się wcale potężnymi przeciwnikami dla Winchesterów. Dobra, Zeus miał strasznie fajny głos – taki potężny i „burzowy” – a Artemida niezły łuk, ale poza tym były to postacie szalenie płaskie, na dodatek kiepsko zagrane.

A może moja niechęć do tego odcinka wynikała z nieuzasadnionej antypatii zarówno do postaci Hayley jak i Olivera, jej syna z Prometeuszem. Nie wiem co mi w tej dziewczynie nie pasowało. Może to była jej zrzędliwość, a może głupota jaką się wykazała w końcowych scenach (never trust a God!). A może wkurzył mnie fakt, że Sam i Dean w zupełnie niewytłumaczalnym manewrze taktycznym zdradzili trzem praktycznie obcym osobom gdzie znajduje się ich tajna miejscówka?… How stupid are you?!Nie widzę żadnego sensownego powodu dla którego mieliby to robić. Przychodzi mi do głowy tylko imperatyw scenariuszowy. A może to Mysz się myli myśląc, że skoro masz tajną kryjówkę to powinieneś się starać żeby pozostała jak najbardziej tajna. Zwłaszcza gdy osoby, którym zdradzasz swoją miejscówkę są wplątane w Boskie sprawy. Może to ja jestem ta głupia… ale w tym konkretnym wypadku wątpię.

Poza tym wszystko w normie: Sam nadal powoli umiera, plując krwią na lewo i prawo (oczywiście w tajemnicy przed bratem), a Dean, zamieniając się w coraz większą nieporadną beksę, leci ze skargą do Castiela, którydzięki niech będą Goudzie od dłuższego czasu nie daje znaku życia. Cholerni Winchesterowi i ich cholerna, braterska miłość. They’re breaking my heart.

*jak w przypadku Criminal Minds, odcinki arcowe dotyczą jednego głównego wątku, który ciągnie się przez cały sezon. Ponieważ w wypadku SPN często główny wątek dotyczy jakiegoś dużego aspektu mitologii serialu – anioły, demony, etc. – przyjęło się nazywać je mianem myth-arc episodes.

Piątek 22.02.13

 

Spartacus: War of the Damned 3×05 – Blood Brothers

O kurwa  O_O

Powiedzieć, że w Spartacusie przysłowiowe shit hit the fan byłoby niedopowiedzeniem roku.

Tyle się w tym tygodniu wydarzyło, że nawet nie bardzo wiem w co ręce – klawiaturę? – włożyć. Dość powiedzieć, że po osiągnięciu niemalże punktu załamania, przyjaźń Crixusa i Spartakusa została odbudowana. Pytanie tylko czy na dłużej, skoro Spartakus dał Crixusowi do zrozumienia, że ten nie nadaje się na przywódcę. I ma w tym absolutną rację. Jeśli jest ktoś w drużynie Spartakusa, kto mógłby go w razie czego zastąpić, byłby to Gannicus. That is when he’s not drunk. I choć Agron nie ma żadnych szans na przywilej bycia zastępcą Spartakusa – ach, ten porywczy germański temperament – Mysz niezmiernie się cieszy z wciąż rosnącej pozycji Agrona u boku Sparty’ego. Zwłaszcza w obliczu lojalności jaką Agron mu okazuje na każdym kroku, także w obliczu prowokacji Crixusa. Bitch, you did not just talk about Agron’s brother!… Na szczęście Agron jest ponad to i spuścił Crixusa po brzytwie tak pięknym tekstem, że Mysz aż wyrzuciła pięść w górę z radości.
Jednocześnie mam ochotę udusić Stevena D. Knighta za to, że próbuje pokłócić Agrona z Nasirem. Oni się mają kochać, a nie kłócić, Steven! Nie zachowuj się jak Ryan Murphy!

Z Rzymu przybywa senator Metellus (który ma zajebistą czapkę i zdechłego wilka w roli fantastycznej etoli; cóż za styl, cóż za szyk!) i próbuje namieszać w planach Crassusa. Na szczęście ten jest na to za sprytny… lub, jak kto woli, zbyt zajęty migdaleniem się z Kore. Serio, dwie rozbudowane sceny erotyczne w dwa odcinki? Simon Merrells, grający Krassusa, naprawdę musi nie mieć nic przeciwko grze nago.

Odcinek ten spowodował także powstanie rysy w Myszowym postanowieniu by kibicować Tiberiusowi. Do pewnego momentu uważałam nawet, że świetnie sobie radzi z wygnaniem – to przemówienie do jego byłych żołnierzy? Wspaniałe! – a potem mój ulubiony młodzik musiał wziąć i się unieść jakimś zupełnie durnym honorem, a’la dziecko w piaskownicy któremu ktoś zabrał zabawkę. Rozumiem, że mu smutno z powodu śmierci Sabinusa i jest zły na ojca. I really get that. Ale mszczenie się na niewinnej Kore? OH NO YOU DIDN’T. Takich rzeczy się nie robi.

Cezar w tym odcinku miał wreszcie okazję się popisać swoją bezwzględnością, przebiegłością, ninja skills oraz ślicznym wyglądem na tle płonącej bramy. No co? Czy podczas krwawych scen nie można doceniać walorów estetycznych? Gdyby tak było to scena napadu na transport ziarna, która miała miejsce w tym odcinku, nie odbywałaby się na tle tak wspaniałego wschodu/zachodu słońca. Just sayin’. Ale wracając do Cezara: staram się z całych sił mu (i Crassusowi) nie kibicować – bo Mysza jest Team Spartacus – jednak jest to wyjątkowo trudne postanowienie. Obaj panowie są naprawdę świetnymi bad guys. Takiej rozbieżności w uczuciach co do „złej” postaci w serialu nie miałam chyba od czasów Batiatusa (którego ubóstwiałam i nienawidziłam jednocześnie). Jednej rzeczy jednak Cezarowi nie wybaczę – DŹGNĄŁ SPARTAKUSA W PLECY! That asshole.

A tak w ogóle to martwi mnie, że mimo szalenie sprytnego planu Spartakusa, Crassus i tak był w stanie go wystrychnąć na dudka. Statki z jednej strony, taran rozbijający bramę z drugiej i drużyna Spartakusa zmuszona wycofać się w góry (pasmo Melia?), gdzie jest zimno, ciemno i do domu daleko. Iiiiik! To z pewnością nie skończy się dobrze dla Team Spartacus. Chyba najwyższa pora zacząć mocno ściskać kciuki za przeżycie Nasira i Agrona. Jeśli oni zginą, Mysz zamierza przeżyć załamanie nerwowe.

Morał z odcinka: NEVER TRUST A PIRATE.

Jak zwykle polecam obytym w lengłidżu recenzję odcinka portalu AfterElton.

Na koniec, tak a’propos męskiej przyjaźni i miłości – także w drużynie Spartakusa – bardzo ciekawy artykuł o homoerotyce (i innych przejawach bro-mansów) w telewizji.

I to tyle na dziś, kochani.

See you all next week.