Ser-skrót #9, czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.

W tygodniu Mysz się kaja niezmiernie, gdyż ze względów towarzyskich (Spartacus-planszówka!) zaniedbała trochę oglądanie seriali. Tak więc do połowy wpis jest mniej-więcej przyzwoity, a potem już bardziej mniej niż więcej. To znaczy screencapów jest więcej, ale za to tekstu mniej. Nie zmienia to faktu, że miniony tydzień uznaję za bardzo udany pod względem serialowym. Głównie dlatego, iż większość postaci żeńskich, które do tej pory mnie denerwowały, w tym tygodniu trochę zdołały się odkupić. A poza tym zbliżają się Myszy urodziny, więc humor mi wzrasta wprost proporcjonalnie do liczby dni, jakie do tej daty jeszcze pozostały.
Poza tym mój wewnętrzny geek wciąż z uśmiechem wspomina fakt, że w tym tygodniu The Big Bang Theory wspomniało o Soul Calibur (Myszy ukochanej grze na konsolę). No i jest jeszcze fakt, że Jeff Winger z Community i Rick Castle z Castle’a najwyraźniej są spokrewnieni. A przynajmniej tak sugerowałaby telewizja.

Miłego czytania dzisiejszego bardzo-skrótowego skrótu. Beware: post PEŁEN SPOILERÓW.
EDIT: Z góry przepraszam jeśli we wpisie rozjedzie się formatowanie – Internet mi w domu szwankuje. Naprawię to jutro rano w pracy. Post także do jutra będzie niezbetowany.

Niedziela 03.03.13


Shameless 3×07 – A Long Way From Home

Myszy bardzo się ten odcinek podobał. Właśnie ze względu na swój spokój, swoją odświeżającą realność. Po raz pierwszy chyba mieliśmy okazję wysłuchać wspomnień Gallagherów ujętych ich własnymi słowami. Nie musieliśmy obserwować wszystkiego na żywo, ale w przejmującej ciszy wysłuchać historii Fiony. Mysz co prawda nie płakała, ale była głęboko poruszona zarówno tym co Fiona mówiła, jak i tym jak wspaniale Emmy Rossum odegrała tę scenę. W ogóle dziw bierze, że Rossum nie była ani razu nominowana do nagrody swej imienniczki (taki joke, nie?). Emmy się Emmy należy jak psu buda. A cała ta scena rozgrywająca się w sądzie była przewspaniała!
– nie zmienia to faktu, że jestem troszkę zawiedziona ostatecznym rozwiązaniem tego wątku. Frank nie traci praw rodzicielskich (sędzia nie ma pojęcia z kim ma do czynienia), za to Fiona staje się prawnym opiekunem dzieciaków. Okej, wszystko fajnie. Tylko, że to oznacza, że Frank ma teraz jeszcze mniej obowiązków niż zwykle, a Fiona i tak pewnie spędzi następne -naście lat swojego życia pomagając swojej rodzinie. Rozumiem, że sędzia próbował jej pomóc (i widać było po minie Fiony, że jego słowa do niej trafiają), ale w wyniku tego mam wrażenie, że widzowe otrzymali taki nie do końca zamknięty wątek. A nie ma nic gorszego niż brak closure.
wciąż jestem ciekawa jak się ostatecznie zakończy wątek Carla mieszkającego w Casa de Gay. Z jednej strony do Gallagher i powinien być z resztą rodziny, a z drugiej strony chciałabym by mógł spędzić ze swoimi “przyszywanymi tatami” jeszcze trochę czasu. Mam wrażenie, że mogłoby mu to wyjść na dobre.
–  Jody w tym odcinku przypomniał mi dlaczego kiedyś go lubiłam – pod skorupą wioskowego idioty, Jody skrywa naprawdę ogromne serce. Jego wykłócanie się z babcią Wong o Himey’ego i jego dodatkowy chormoson szalenie mnie wzruszyło. A potem wziął i zaprosił swoich znajomych na gangbang i nagle wszelkie ciepłe uczucia jakie miałam w stosunku do Jody’ego przeszły jak ręką odjął.
– słowem nawet nie skomentuje całej akcji z kradzieżą trupa i podstawieniem go (jej?) za zmarłą ciocię Ginger. Po prostu nie mam słów.
– nie bardzo wiem co myśleć w tym tygodniu o postaci Steve’a. Z jednej strony rozumiem dlaczego jest zły na Fionę, że nie omówiła z nim kwestii przejęcia praw rodzicielskich nad dzieciakami (brak jakiejkolwiek konsultacji między Stevem a Fioną jest z resztą wciąż powracającym tematem). A z drugiej strony pomagier Estefenaii – którego imienia teraz nie pomnę – ma rację: family always comes first. Steve może tego nie rozumieć, bo jego rodzina nie jest tak zżyta jak Fiony, ale naprawdę uważam, że nie powinien mieć o to do niej pretensji.
– Debs najwyraźniej musiało się poprzewracać w głowie po tym, jak prawie utopiła dziewczynę na basenie, bo fakt, że zakleiła powieki Mamy Kamali super-glue to już ostra przesada. Ewentualnie to zgubny wpływ Carla. Ale szczerze nawet jego o takie “psikusy” bym nie podejrzewała
– Karen wróciła! Mysz jest niezmiernie dumna, że udało jej się ten wątek przewidzieć. Pytanie tylko jak to wpłynie na związek Lipa i Mandy?
– Ian i Mickey łamią mi serce. Niech oni się wreszcie pogodzą! *płacze*



Once Upon a Time 2×15 – The Queen is Dead

– cudownie było zobaczyć Bailee Madison ponownie w roli młodziutkiej Snow. To jak bardzo pasuje ona po pierwsze do roli małej Śnieżki, a po drugie do młodszej wersji Mary Margaret (Ginnifer Goodwin) jest niesamowite. A jej interakcje w tym odcinku z Królową Matką – w tej roli absolutnie przewspaniała i  idealna do tej roli Rena Sofer (Heroes) – były z pewnością najmocniejszym punktem odcinka. Mysz była bardzo szczęśliwa, że mogliśmy zobaczyć jak ogromny wpływ Królowa miała na Snow.
– jestem szalenie ciekawa jakąż to krzywdę wyrządziła Królowa Corze skoro ta nie dość, że ją otruła *le gasp* to jeszcze tak uparła się uprzykrzać życie Snow. Cora wspomniała coś o “córce młynarza”. Nie wiem dlaczego pomyślałam nagle o kocie w butach.
wprowadzenie postaci Johanny uważam za absolutnie durne. Z jednej strony fajnie, że Snow miała po śmierci matki namiastkę tzw. mother-figure w swoim życiu. Z drugiej strony wiadomo było od samego początku, że postać ta została wprowadzona tylko po to, by później ją wykorzystać przeciwko Snow. Szkoda, że twórcy OUaT nie byli w stanie tego subtelniej zrobić np. w przeciągu chociażby dwóch odcinków, a nie jednego. Miałoby to sens, zwłaszcza gdy weźmie siępod uwagę, że im więcej czasu Snow spędziłaby z Johanną tym bardziej poruszyłaby ją – i widzów – śmierć Johanny. A tak, po wymianie ledwie kilku zdań między nimi, po odzyskaniu Johanny na jeden dzień, nagle Snow przechodzi ogromne załamanie nerwowe?… Myszy wydaje się to naciągane. Of course, to załamanie mogło w Snow narastać już od pewnego czasu. Ale OUaT nie pierwszy raz stosuje takie mało-subtelne zagrania. Normalnie jestem w stanie przymknąć na to oko – bo kto brałby na poważnie serial o bajkach? – ale tym razem grubymi nićmi szyta postać Johanny, która wyraźnie ma być katalizatorem dla “mrocznej przemiany” Snow wydała mi się zbyt nachalnie w serial wrzucona.
– Mysz może być w tej opinii odosobniona, ale woli Reginę gdy ta stara się być dobra, a nie gdy jest znów – Złą Królową. Podejrzewam, że to dlatego iż motywacje Reginy by nienawidzić Snow wciąż wydają mi się dziecinne i niepoważne. W takim kontekście “zło” Reginy nie jest mroczne, tylko głupie i mściwe. Niestety zaczynam podejrzewać, że motywacje Cory w stosunku do Królowej – oraz do Snow przez przedłużenie mogą być równie płytkie. 
“mrocznej” strony Snow w ogóle nie zamierzam przyjmować do wiadomości. Nie podoba mi się ten pomysł. Ani trochę. Jedyna dobra rzecz jaka z tego wynika to to, że Regina chyba nareszcie zrozumiała, że Cora chce sztylet Rumplestiltskina zatrzymać dla siebie. Czyżby między matką a córką miał nastąpić kolejny rozłam?
– w tym tygodniu wątek wkrótce-już-nie-nowojorski podobał mi się bardziej niż wydarzenia dziejące się w Storybrooke i świecie bajkowym. Między innymi bardzo mi się podoba, że dostajemy kolejne przebłyski w przeszłość Neala (pracował na pirackim statku? *rozgląda się w poszukiwaniu Johnny’ego Deppa*). Cieszy mnie też, że scenarzyści znaleźli sprytny sposób, by sprowadzić Neala do Storybrooke (Hook dźgający Golda zatrutym hakiem). Z przyjemnością będę obserwować jego interakcje z Henrym, Goldem, Emmą, a także jej rodzicami. Wszak nie ma to jak teściowie, prawda?
– Nie obyło się jednak bez Mysiego zgrzytania zębów. Wszystko za sprawo Golda, który jak kompletny idiota nagle zaczął zachowywać się w stosunku do Henry’ego jakby ten samym oddechem mógł Golda zabić. Wiem, że w poprzednim odcinku dowiedzieliśmy się, iż Henry może być powodem porażki Golda (“his undoing“), ale przecież Gold wiedział o tym od dawna. A przynajmniej tak implikują scenarzyści. Po co więc w poprzednich odcinkach zbliżać Golda i Henry’ego do siebie? Czy nie sensowniej by było, by Gold zawsze był chłodny w obeściu w stosunku do Henry’ego?… ten brak konsekwencji – a poprzez to nagły, szalenie drastyczny zwrot podejście Golda do jego wnuka – bardzo ale to bardzo mi zgrzyta. Ogromne “buuuu” dla twóców OUaT za tę niekonswekwencję.
– gdy Gold został dźgnięty przez Hooka i Neal to zobaczył, po czym rozpaczliwie, w chwili zapomnienia, zawołał “Papa!” Mysz się totalnie popłakała. I wcale się tego nie wstydzi!
– Neal ma narzeczoną, niejaką Tamarę?…




Poniedziałek 04.03.13


  The Following 1×07 – Let Me Go

– Coraz bardziej podoba mi się postać Charliego. Jego obietnica złożona – i dotrzymana – Joey’owi szalenie mnie ujęła. Także jego miłość do Claire, choć cokolwiek nie na miejscu, czyni z niego bardzo ciekawą postać. Ujmujący jest też jego stoicki spokój. That is, w momentach gdy nie wali czołem w ścianę.
coś tak czułam, że prędzej czy później Joe wyciągnie z rękawa kartę pt. “znęcają się nade mną w więzieniu, ratunku, jestem taki biedny”. Nie wiedziałam tylko, czy wszyscy się na to nabiorą. Jak się okazuje nikt nie musiał się na to tak naprawdę nabierać. Nie gdy ludzie Carrolla porwali córkę naczelnika więzienia, Gene’a Morntero (w tej roli wspaniały Nestor Serano).
Joey jest całkiem mądrym dzieckiem, ale instyktu zamozachowawczego ten dzieciak nie ma ani o grosz. I choć jest sprytny, inteligencją raczej nie grzeszy skoro w sumie nadal się nie zorientował, że został porwany przez ludzi, którzy wcale nie są mu przychylni. To znaczy są mu jak najbardziej przychylni, ale z bardzo konkretnych powodów (read: bo Joe im kazał).
– śmieszy mnie, że Carroll urwał się z więzienia dzięki zwykłej podmianie video feeds. Takie akcje to w Entrapment już były (scena w windzie, anyone?). Myślałby kto, że od tego czasu technologia – i ludzka pomysłowość – poszły trochę naprzód. Z drugiej strony: if it isn’t broke, why fix it?
gdy Carroll zajechał samochodem pod ten wielki dom, autentycznie spodziewałam się, że drzwi mu otworzy Wadsworth (odniesnie do Clue).
– wszelkie pochwały, które wypowiedziałam pod adresem Claire tydzień i dwa tygodnie temu teraz cofam. Rozumiem, że jest jej źle, ale nie pojmuję czemu ma pretensje do Ryana o to, że ją przenoszą w inne miejsce i obejmują protective custody. Nie chcę nic mówić, ale to jej wina, że ochajtała się z seryjnym mordercą, urodziła mu syna, a potem pozwoliła by go porwała socjopatyczna, mordercza au pair. Jeśli naprawdę chcesz znaleźć winnego Claire, może lepiej spójrz w lustro? 

– tak jak w poprzednim odcinku Bacon był u szczytu formy, tak w tym odcinku jakoś w ogóle mnie do siebie nie przekonał. W konfrontacji z Carrollem na parkingu Ryan wypadł blado. Za to Carroll – i poprzez niego James Purefoy – błyszczeli wręcz charyzmą. A już żart Carrolla dotyczący odniesnie do Beatlesów kompletnie mnie rozbroił. Tak więc wniosek z dzisiejszego odcinka brzmi (cytując za AfterElton.com): “my enjoyment of the show comes primarily from appreciating the weathered beauty of Kevin Bacon’s visage as one would admire a particularly handsome piece of silvered driftwood.
– dodajemy kolejną cudowną piosenkę do repertuaru muzyki z The Following: “ If I Had A Heart” Fever Ray.

– O. MÓJ. BOŻE. Ile jest tych followersów? O___O
Nie wiem, czy już mogę – ze względu na samą liczbę “fanów” Carrolla – oznajmić, że The Following przeskoczył rekina. Czas pokaże. Mysz w każdym razie siedzi jak na szpilkach w oczekiwaniu na kolejny odcinek.

Wtorek 05.03.13

 

Smash 2×05 – The Read-through

Jeżu no. Kolejny śmiertelnie nudny odcinek.
Jedynym elementem wartym uwagi w tym tygodniu był gościnny występ Seana Hayesa, który razem z Debrą Messing (Julia) grał niegdyś w przecudownym serialu Will & Grace. No, ostatecznie do pozytywów tego odcinka mogę też zaliczyć „Some Boys” Death Cab For Cutie w wykonaniu Karen (Katharine McPhee) oraz fragment „Caught in a Storm” w wykonaniu Jimmy’ego (Jeremy Jordan).
Ucieszył mnie też kawałek na początku odcinka, bo Tom był w nim przeuroczy, ale potem musiał wziąć i się okazać zdrajcą. I teraz nie wiem, czy mam go lubić czy na niego prychać z odrazą.
Czekam z obawą na nowy odcinek. Jeśli znowu będzie nudno, chyba będę zmuszona odłożyć Smash na pewien czas na półkę. Cóż, może cliffhangerz tego tygodnia rozrusza trochę towarzystwo.





Czwartek 07.03.13

 

Glee 4×15 – Girls (and Boys) on Film

Mysz jest absolutnie zachwycona tym odcinkiem. Co tylko jest kolejnym dowodem na to, że jeśli w odcinku Glee są dobre, fajnie wykonane piosenki, reszta przestaje mieć znaczenie.

Brawa dla Matthew Morrisona i Jaymy Mays za urocze – i zajebiście nakręcone – “You Are All the World to Me” z Royal Wedding z Fredem Astaire. Kolejne oklaski dla Blaine’a i Brittany za niepotrzebnie przyspieszoną, ale wciąż fajną wersję “Shout” z Animal House. I choć nie oglądam Downton Abbey brawa dla Chrisa Colfera (Kurt) i Olivera Kieran-Jonesa (Adam) za cudowne naśmiewanie się z pompatycznych brytyjskich akcentów.

“Moulin Rouge, bitches!czyli Kurt Hummel jest Myszy spirit animal.


IDEALNA PIOSENKA JEST IDEALNA.

Wszystko w tej scenie mi się podobało. I tak jak nadal uważam, że Ewana McGregor nikt nie pobije w roli Christiana, Blaine (Darren Criss) całkiem sprawnie mu dorównuje. Kurt (Chris Colfer) za to totalnie przebija Nicole Kidman.
Wszystko było idealne: brzmienie ich głosów w duecie (niższy tembr Blaine’a i falset Kurta), dekoracje, nawet to, że obaj byli w ślicznych frakach i w ogóle! *piszczy radośnie tak że tylko delfiny i nietoperze ją słyszą* Ale za to, że na koniec nie było między nimi pocałunku mogłabym autentycznie Ryana Murphy‘ego udusić. TAK SIĘ PO PROSTU NIE ROBI.
^ Myszy reakcja na brak pocałunku między Kurtem a Blainem.
 
Chciałabym też niniejszym uściskać Santanę, która w tym odcinku była wszystkim tym, czym wspaniała Santana potrafi być (szkoda tylko, że nie śpiewała). Jej nachalne przypominanie Kurtowi o jego miłości do Blaine’a jest o tyle zastanawiające, co wyraźnie skuteczne, a przynajmniej Mysz na to liczy. Kto jak kto, ale Santany naprawdę wiele rzeczy potrafi osiągnąć samym swym uporem. Ujęła mnie też scena między nią a Rachel (która owszem, jest w ciąży *le gasp*) – w jednej chwili Santana-zołza zmieniła się w Santanę-pocieszycielkę. Tu pokłony dla Nayi Riviery, z której właśnie w tych spokojniejszych scenach wychodzi ogromny talent aktorski.
 
Mmm, piloci i panowie bez spodni. Mysz mówi mniam.
 Połączenie dwóch filmów Toma Cruise’a w postaci mash-upu “Danger Zone” Kenny’ego Logginsa (Top Gun) z “Old Time Rock and Roll” Boba Segera (Risky Business) szalenie Myszę cieszy. Szkoda tylko, że Cocktail się do mieszanki nie załapało – tyle tam było genialnych piosenek:
  • Hippy Hippy Shake – The Georgia Satellites
  • Kokomo – The Beach Boys
  • Tutti Frutti – Little Richard
  • Addicted to Love – Robert Palmer

Mysz zwłaszcza tę ostatnią piosenkę by chętnie w wersji panów z Glee zobaczyła. Czemu?… wystarczy sobie przypomnieć oryginalny teledysk.



Urocze wykonanie mash-upu “Diamonds Are A Girls Best Friend” Marilyn Monroe z “Material Girl” Madonny. Oczywiście wykorzystano wersję z filmu Moulin Rouge!, dziwne jedynie, że zacytowano także przez to teksty z samego filmu (“talk to me Harry Zidler, tell me all about it; w oryginale Marilyn śpiewa “talk to me Harry Winston”, bo Harry Winston był amerykańskim jubilerem).
Ten odcinek cieszy Myszę także dlatego, że jest to pierwszy odcinek w którym postać Marley PRAWIE WCALE mnie nie denerwuje. “Prawie” being the operative word.
ASDLGAKSDLhgalksdhgalskdghsadglkshdg!!!
Say Anything!
Wykorzystanie sceny z Say Anything rozwaliło Mysz na łopatki. Dawno tak nie lubiłam Willa Schuestera i dzieciaki z New Directions, jak w chwili gdy stali pod oknem panny Pillsbury. Więcej o Say Anything za dwa tygodnie, gdy Mysz zamieści część szóstą “Back to the 80‘s” o komediach romantycznych. Nie mogę się doczekać!
Mimo całej mojej sympatii dla głosu Jakoba Artista…
…Blake Jenner mnie bardziej przekonuje.
Ten chłopak to naprawdę świetny aktor.
A tak w ogóle to Mysz podczas sceny z filmu Ghost wcale najpierw nie parsknęła śmiechem, a potem się popłakała. Wcale a wcale. Niestety Marley musiała mi zepsuć radość z tej sceny. Jeśli już mówisz facetowi, że go zdradziłaś, a on wychodzi z pokoju, zachowaj choć trochę godności i nie mazgaj się ani nie błagaj go by został. You’re better than that.

Ha-ha! Dobrze ci tak, Finnie Hudson! Tak to jest, jak całujesz cudzą kobietę! Naucz się na przyszłość, że nie jesteś już dzieciakiem i nie możesz sobie na takie durne zachowania pozwalać, a potem dziwić się, że podążają za tym poważne konsekwencje. Ciekawe jak przyjmiesz wiadomość o ciąży Rachel, jeśli nie będziesz się mógł wypłakać panu Shuesterowi *wredny chichot*
Footloose!
Popularność piosenek Kenny’ego Logginsa musiała ostro wzrosnąć po tym odcinku. Najpierw “Dangzer Zone” teraz “Footloose” z Footloose (młody Kevin Bacon!!!!). Jeszcze mu się od tego przybytku w głowie poprzewraca. A Mysz w ramach szerzenia miłości do Footloose zamieszcza też wersję z 2011 roku w wykonaniu Blake’a Sheltona, którego ubóstwiam.
A na sam koniec zamieszczam fragment recenzji z portalu AfterElton.com, który szalenie mnie ujął, bo idealnie opisuje moja uczucia odnośnie pairingu Kurt/Blaine.

Blaine leads us in on “Come What May” on an almost shot-for-shot remake of the movie. The set, though, is a kind of cross between the film and what Kurt’s Bushwick roof would look like. Kurt and Blaine sing to each other and hold each other and promise to love each other until their dying days, and the whole time that’s happening, it’s all gauzy flashbacks to the first time they saw each other, the first time they slept with each other, their hands intertwined. The way it’s introduced into the episode, especially after Will’s opening dream sequence, especially knowing what we know about how Blaine is the one who refuses to let go, you totally think it’s Blaine imagining this scene, so at the end, when we find out it’s Kurt, it’s even more of a kick in the heart. His face is so broken because his heart is betraying his head. He doesn’t want to be remembering and he doesn’t want to be hoping and he doesn’t want to be projecting his hidden desires onto the screen, but he cannot help himself.
It’s hard to recap Gleea lot of times because there’s no way to do it and make everyone happy. Shipping is a bloodsport and someone is always gunning for you. And the thing is, I don’t really have an emotional stake in any of these couples. I don’t read their fanfic or watch their fanvids or speculate about their endgame potential in forums. Not because it’s weird or anything, but because when you start doing that kind of stuff, it clouds your ability to be fair to the million other gay shippers who deserve to have their voices heard on AfterElton and AfterEllen too. But there is something about Kurt and Blaine that gets to me no matter how objective I try to remain. If you write about TV for long enough, your heart starts checking out of the experience, but goddamn, man, watching these two sometimes, watching this scene right now — it’s like, every gay thing on TV, I’m always thinking about the emotional ramifications for the LGBT community, the potential for the writers to fuck it all up, how the gay thing is playing to straight people and what the social impact will be.
But Kurt and Blaine doing “Come What May”? I’m not thinking any of that stuff. For three glorious minutes I’m just a gay girl on her couch feeling feelings. Feelings like I felt like when I watched TV as a kid, like it was magic. Deep blue soul magic. Kurt and Blaine fit so effortlessly together and I’m all sighs and cries. I guess that makes me Klainer 12s or whatever, but it’s not everyday a professional TV critic gets to watch TV with her heart.”
[AfterElton.com Glee recap]

Piątek 08.03.13

 

Grimm 2×13 – The Face Off


Grimm wraca po tak długiej przerwie, że nawet „previously on Grimm” nie pomogło mi: a) przypomnieć sobie co się wydarzyło do tej pory, b) ponownie wstrzelić się w to ogromne zaangażowanie emocjonalne w przygody bohaterów, jakie miałam przed przerwą. ARGH. Nie znoszę gdy tak się dzieje.

Nie zmienia to faktu, że z wielką przyjemnością obejrzałam powrót Grimm po BARDZO długiej przerwie.

Eee, Renard nie jest taki brzyki. Pod tym względem bardzo
przypomina Gerard Butlera w The Phantom of the Opera.



Smutno mi, że biedny Nick musi przechodzić przez tę całą checę z kapitanem i Juliette. Dawno już nie było mi tak kogoś szkoda w serialu. A najgorsze, że widać po nim, jak bardzo to wszystko przeżywa – jest nieogolony, wychudzony, ma podkrążone oczy… ogromne brawa dla działu charakteryzacji Grimm za bardzo subtelne wprowadzanie tych zmian.



Monroe i Rosalle – nareszcie razem!
Cieszy za to ogromnie powrót Rosalee, która razem z Monroe tworzą wprost przeuroczą parę. Nie mogła się powstrzymać od pisku zachwytu, gdy pocałowali się na dworcu. Monroe w ogóle był najsilniejszym elementem tego odcinka.

Fajne ukłon w stronę pierwszego odcinka
– powrót do domku Złego Wilka od Czerwonego Kapturka.

 Ponieważ kompletnie się pogubiłam w całych tych królewskich rodach i ukrytych kluczach, w ogóle mnie nie ruszyło, że kapitan Renard po tylu odcinkach wreszcie zdobył ten klucz. Niestety moja skleroza odnośnie fabularnych kruczków serialu sprawiła także, że jego nagła chęć pomocy Nickowi wydaje mi się wzięta z sufitu. Czy ktoś oglądający serial na bieżąco i mający lepszą niż Mysz pamięć mógłby mnie dokształcić, czy chęć współpracy z Nickiem ma w wypadku kapitana Renarda sens? Zarówno fabularny jak i charakterologiczny?… bo naprawdę nie mam kiedy zrobić sobie powtórki z półtora sezonu Grimm by dowiedzieć się we własnym zakresie.

A tak w zupełnie innym temacie: totalnie wiedziałam, że Adalind chce uprawiać seks z kapitanem po to by zajść z nim w ciążę. Pytanie tylko jaką rolę odegra to dziecko? Czy Adalind podczas ciąży odzyska magiczne moce? Czy będzie mogła kontrolować moc swego nienarodzonego dziecka? Czy może chodzi jedynie o to, że teraz Adalind będzie matką potomka kapitana Renarda?… UGH. Tyle pytań, zero odpowiedzi.

I jeszcze na dodatek to zakończenie odcinka (a właściwie jego brak). NO CHYBA SE JAJA KURDE Z TYM CLIFFANGEREM ROBICIE!

Zebraliśmy się tu wszyscy…




Ciekawostka: Sean Hayes, który w tym tygodniu pojawił się gościnnie w Smash, a znany jest przede wszystkim ze swej wspaniałej roli w Will & Grace jest jednym z czterech współproducentów Grimm. Mysz odkryła to wczoraj zupełnie przypadkiem i z jakiegoś powodu szalenie ją uradowała ta informacja. Postanowiłam się więc nią podzielić. 

 Spartacus: War of the Damned 3×06 – Spoils of Wars

Ale się w tym tygodniu działo! W telegraficznym – fotograficznym? – skrócie:

Cześć, Sparty.
Robimy ci wjazd na chatę.
– Słyszeliście coś?
– Co to było?
Rzymianie!
Won, kurwa!

*Mysz chlipie cicho w kącie*
No bo oni są razem tacy cudowni!

Ogolony Cezar?… Łe. Brzydal.

Romantyczną sobie kryjówkę wybrali, nie ma co.
Ciemno, brudno i Rzymianie nad głową.

Nie, Cezar wcale nie gapi się na jej tyłek.

*z niewiadomego powodu Mysz zaczyna
nucić “Przybyli ułani pod okienko”*

Um… HAWKWARD.

Crassus, tatuśku… na twoim miejscu pilnowałabym pleców.
Jeszcze się zdziwisz gdy któregoś dnia znajdziesz w nich nóż Tibby’ego.

Gannicus bawi się w spider-monkey (Twilight :D)

A tego screencapa wrzucam, bo ślicznie mi się udało Laetę uchwycić.

Kochana! Kto ci tak oczy popodbijał?
Wyglądasz jak panda. Kung-fu Panda.

Surprise!Heracleo.
Prawie tak dobre jak surprise!buttsex.

Bondage!
Heracleo naczytał się 50 Shades of Grey.

“Nieważne skąd jesteście, to musiało boleć!”
(Star Wars: The Phantom Menace)

Mieliśmy już w serialu literkę “B”.
Teraz mamy “H”.
Gdzie, ja się pytam, jest brakujące “P”??


“I would’ve succeeded if it wasn’t for that pesky Cesar fellow”
(Scooby Doo)


Gannicus w brokatowym płaszczu.
Bitch, I’m fabulous!


Czy ja na moment odwróciłam wzrok
i przełączyłam Spartacusa na The Passion of Christ?


Wpis o Spartakusie nie może się obejść
bez misiowatego pyszczka Liama McIntyre’a.


Co tu, kurwa? Game of Thrones?!
Mysz w sumie nie wie jak ocenić ten odcinek. Bardzo dużo się w nim działo, jednak z drugiej strony żałośnie mało było w nim Agrona i Nasira, którzy jako Myszy faworyci mają specjalne przywileje (słyszysz, Steven S. DeKnight? To oznacza, że mają przeżyć!). A jak już się moi ulubieńcy pokazywali to znowu nic tylko by się żarli. Wiesz, że twój pairing jest zagrożony jeśli nawet w sytuacji zagrożenia życia jeden potrafi być o drugiego zazdrosny.

Jestem za to bardzo zadowolona, że w tym odcinku Sybil przestała mnie tak denerwować. Chociaż przyznaję bez bicia, że gdy niespodziewanie wychynęła z zakamarków spichrza, wrzasnęła a’la filmik o jeżu: „JA PIER***Ę, KURWA, SYBIL. Tu jest Gannicus, a tu jest, kurwa, Sybil”. Nie jestem z tej reakcji dumna, ale ponieważ wiem, że przynajmniej jedną osobę to rozśmieszy, zamieszczam i tak.

Jeszcze bardziej cieszy mnie fakt, że Laeta dołącza do „naszej” drużyny. Mysz liczy na cudowną historię odkupienia Rzymskiej szlachcianki, które dzięki łaskawości – i mizianiu? – Spartakusa nareszcie zaczyna rozumieć i wspierać sytuację Team Spartacus. Mysz też z pewnością się nie obrazi jeśli Spartakus i Laeta wylądują razem w łóżku (barłogu?).

Zawiodłam się natomiast na warstwie produkcyjnej tego odcinka. Nie wiem co się stało – czy to ja byłam wyczulona, czy to któryś z choreografów/montażystów zkiepścił sceny walki – ale wyjątkowo w tym odcinku widać było wszelkie tricki kamery, uniki kaskaderów i niepełne zamachy walczących (czyli takie, które wyhamowują zanim rzeczywiście walną w coś ważnego). Co więcej objawiało się to nie tylko w scenach walki, ale także w jednej z nagich scen – gdy Cezar rozmawia z Tiberiusem a w tle dwie nałożnice się miziają?… otóż w jednym ujęciu miga nam, całkiem wyraźnie, wzgórek łonowy jednej z nałożnic. I wszystko byłoby w porządku – gdyż jak wszystkie kobiece „rejony” w Spartacusie także ten jest okryty futerkiem (w języku profesjonalnym takowa peruka łonowa nazywa się „merkin”) – gdyby nie to, że w tym konkretny ujęciu światło pochodni (lamp, whatever) wyraźnie odbija się od warstwy błyszczącego kleju, wyłażącego spod merkinu. A tego typu szczegół, choć ciekawy ze względów produkcyjnych – tego jak serial powstaje, itp. – w trakcie oglądania szalenie dekoncentruje, bo buży złudzenie.
A w zupełnie innym temacie: kto jeszcze ma teorię, że Kore jest w rzeczywistości matką Tiberiusa? Bo Mysz podejrzewa to od, tak naprawdę, samego początku tego sezonu. Jestem ciekawa, czy komuś ten pomysł też przyszedł do głowy.

I to tyle na dziś, kochani.

See you all next week.