The Wolf Gift – Anne Rice

Czy po kultowej sadze o losach romantycznych wampirów i nowoorleańskich czarownic, Anne Rice zaliczyła kolejny literacki sukces?

Myszy przygoda z wampirami zaczęła się swego czasu od Interview with the Vampire, obejrzanego w wieku lat 11-stu pod czujnym okiem ciotki, która z pełnym przekonaniem pozwoliła mi film obejrzeć. Po dziś dzień jestem jej za to wdzięczna, bo dzięki niej odkryłam nie tylko wampiry jako takie – które po dziś dzień są jedną z moich fascynacji – ale także literaturę Anne Rice. Pani Rice od wielu lat niezmiennie figuruje na liście moich ulubionych pisarzy. Co prawda jej nawrócenie na katolicyzm i zakręt w stronę tekstów o mocno religijnym wydźwięku wywołały we mnie chwilową niechęć, ale na szczęście Rice niedawno zrezygnowała z tak drastycznego wspierania Kościoła. Odnalazła także literacki „półśrodek” między swym dawnym mrocznym stylem, a odnowioną wiarą. Bo choć wzbogacone większą dawką religijnych dywagacji niż w przeszłości, obecnie jej książki o wiele bardziej przypominają wspaniałe gotyckie opowieści o świecie nadnaturalnym, które Rice zwykła snuć.
Ponieważ Anne Rice była odpowiedzialna za rewitalizację i „ponowne odkrycie” wampirów, byłam szalenie ciekawa, gdy dowiedziałam się że Rice zamierza przedstawić swoje spojrzenie na mit o wilkołakach.
Jak sobie poradziła z tym zadaniem? No cóż…

 

Tytuł oryginału: „The Wolf Gift” 
Autor: Anne Rice 
Wydawnictwo: Arrow Books, Random House Group 
Rok wydania: 2012 
Streszczenie: 

 „Po przeżyciu brutalnego ataku, Reuben zaczyna dostrzegać w sobie dziwne zmiany. Jego włosy są dłuższe, skóra wrażliwsza, a słuch wyłapuje dźwięki z których istnienia nawet sobie nie zdawał sprawy. Teraz Reuben musi zmierzyć się z bestią, która czai się w jego głębi – albo na zawsze utracić to, kim jest.”
[blurb z tylnej okładki angielskiego wydania; tłum. moje]
„The Wolf Gift” to wykapana Rice: nadnaturalne stworzenie z dylematem moralnym, walka człowieczej duszy z bestialskim instynktem. Oprócz wątków fabularnych oraz przesłania, także pod względem stylu pisania widać w „The Wolf Gift” starą,dobrą Anne, która potrafiła stworzyć tak żywe, realistyczne, rozbudowane opisy, że praktycznie czuło się zaduch Nowego Orleanu czy kłujący piasek Sahary. Opisy w „The Wolf Gift” są soczyste, treściwe i mięsiste, jak lekko niedosmażony stek – aż chce się w nich zatopić zęby. Wspaniale oddają deszczowy klimat odwiecznych lasów sekwojowych na wybrzeżach Kalifornii. Pod tym względem nie mogę Rice nic zarzucić.
Główny bohater książki – młody dziennikarz, Reuben Golding – także wpada w ramy bohaterów, znanych nam z poprzednich książek Rice. Przypomina połączenie mniej płaczliwego Louisa z „Interview with the Vampire”, ze spokojniejszym Lestatem. Rice najwyraźniej wciąż bardzo lubi męskich bohaterów, którzy nie boją się głębokich refleksji o życiu, śmierci, naturze wszechrzeczy i swej roli w Wielkim Złym Świecie. Na szczęście fakt, że Reuben jest bohaterem współczesnym ogranicza odrobinę jego duchowe przemyślenia, a przynajmniej sprowadza je do ram, które czytelnik może łatwiej pojąć, gdyż nie dzieli go od bohatera przepaść czasowa. Ciekawe jest także, że mimo przemiany w wilkołaka Reuben wciąż pozostaje w gruncie człowiekiem. Wciąż posiada ludzką duszę, towarzyszą mu jak najbardziej ludzkie emocje, uczucia i reakcje. Nie obserwujemy go z pewnego oddalenia, jak Rice’owych wampirów, ale możemy się z łatwością zaangażować w jego przeżycia.
Natomiast denerwujący w Reubenie jest jego Mary-Sue-izm (czy też Gary-Stue-izm). Choć Rice sama przezywa go w swej książce „złotym chłopcem” to nie tłumaczy dlaczego Reuben jest taki wspaniały. To piękny, młody mężczyzna, wykształcony i oczytany, pochodzący z całkiem zamożnej rodziny z wyższej klasy średniej. Podróżował po świecie, brał udział w starożytnych wykopaliskach, pisze świetne artykuły do San Francisco Observer, które wszystkim się podobają. Na dodatek jest spadkobiercą pokaźnej sumki pieniędzy, rzucają się na niego wszystkie kobiety, jakie tylko staną na jego drodze, ma wspierającą rodzinę, a na dodatek niesamowite szczęście. Dodajcie do tego jeszcze przemianę w wilkołaka oraz wszystkie zalety z tym związane – wyostrzone zmysły, zwiększona siła, pociągający wygląd, itd. – i praktycznie macie gotowy przepis na Gary’ego Stu. Gdyby to nie była książka  TEJ Anne Rice, trudno byłoby nie ocenić „The Wolf Gift” jako po prostu bardzo długiego fanfica.
Nawet późniejsze rozterki Reubena, a także jego problemy z okiełznaniem wilkołactwa brzmią czasami jak narzekania emo-nastolatka. Możliwe, że wszystkie książki Anne Rice dałoby się w ten sposób odczytać – Bór jeden wie, że gdy czytałam „Interview with the Vampire” parokrotnie miałam ochotę potrząsnąć Louisem i wrzasnąć „nie bądź taka miękka pipa!”. Może po prostu zrobiłam się troszkę za stara na tego typu filozoficzno-duchowe rozterki. A już z pewnością jestem za stara na jojczenia bohatera z gatunku „bu-hu, jaki to ja jestem nieszczęśliwy, brak mi życiowej głębi, bu-hu”. To nie jest kwestia braku głębi, Reuben, tylko młodego wieku! (powiedziała Mysz, która jest od niego niecałe dwa lata starsza) Na szczęście zbawienną cechą Reubena – wbrew wszelkim pozorom – jest jego inteligencja. Dzięki temu postać ta unika jednego z największych grzechów Gary Stu, czyli głupoty.

Do wad książki należy także zaliczyć jej początek. Ostatni raz takie trudności z przebrnięciem przez książkę Rice miałam przy „The Witching Hour” (do której robiłam 8 podejść w ciągu 5 lat). Zmusiłam się jednak do przebrnięcia przez pierwsze 50-siąt (!!!) stron, które czytało się niemalże jak „Nad Niemnem” Orzeszkowej. I dobrze zrobiłam – później równowaga między scenami akcji, opisami, dialogami, a wewnętrznymi przeżyciami bohatera jest już lepiej utrzymana. Tu należy pochwalić Rice za świetnie napisane sceny, gdy Reuben występuje w swej wilkołaczej postaci. Są to definitywnie najciekawsze fragmenty książki.

Do pozytywów książki zaliczam ogólny wątek intrygi. Kim jest tajemniczy Felix Nideck? Jaki jest jego związek z tym co się przytrafiło Reubonowi? Czy dom, który Reuben otrzymał po nim w spadku, dostarczy jakichś istotnych informacji?… niestety wątek ten – choć ciekawy w swym zamyśle – jest zbyt rozstrzelony po całej książce. Najgorsze jednak jest w nim to, że ostatecznie, zamiast udzielić odpowiedzi na zadawane przez zarówno Reubena, jak i czytelnika pytania, Rice serwuje nam naciąganą i, mam wrażenie, nie do końca przemyślaną papkę. I to nawet nie jest oryginalna papka, bo tego typu zagrania widzieliśmy już w „Queen of the Damned”. Rice najwyraźniej postanowiła wykorzystać stare, sprawdzone sposoby. Ale współczesnym sceptyków – i mówię tu zarówno o Reubenie, jak i sobie – nie wystarczy parę flashbacków i starożytnych legend. Zwłaszcza, gdy Rice uparcie wciska w całą książkę elementy współczesnych nauk ścisłych. Kontrast naukowego podejścia do tematu wilkołactwa z późniejszymi wyjaśnieniami z gatunku „tak mówią legendy” kompletnie książce nie służy.
Anne Rice i Joe Manganiello z “True Blood” podczas
podpisywania książki “The Wolf Gift” w Los Angeles.
Rozumiem, że „The Wolf Gift” jest dopiero pierwszym tomem nowej kroniki („The Wolf Gift” Chronicles), a Rice lubi powoli budować swoją mitologię. Jednak skąpe, wyrywkowe informacje, których w „The Wolf Gift” udziela bardziej deprymują niż wzbudzają zainteresowanie. Zdaniem Myszy było ich definitywnie za mało – i zbyt oględnie! – by rzeczywiście wywołać apetyt na więcej. Oczywiście i tak przeczytam kolejny tom wilkołaczych kronik, „The Wolves of Midwinter”. Dlaczego, skoro tak narzekam?… bo to Anne Rice i wciąż ją bardzo szanuję. Poza tym liczę na to, że zadziała kwestia pogodzenia się z losem – ponarzekam sobie teraz, to potem będę mogła bez wyrzutów sumienia czytać książkę, mimo świadomości że jest kiepska.
Skoro wspomniałam wcześniej o flashbackach, tu też niestety muszę ponarzekać. Mam wrażenie, że największa wadą „The Wolf Gift” jest rozdźwięk pomiędzy stylem Anne Rice (zarówno pod względem techniki pisania, jak i tematyki), a realiami jej opowieści. Do tej pory większość książek Anne Rice działa się w czasach dawnych lub bardzo dawnych i na ich „prawdziwość” można było przymknąć oko. Nawet w wypadku „Queen of the Damned” wydarzenia dziejące się współcześnie były odbierane poprzez pryzmat wydarzeń z zamierzchłej przeszłości. Tego właśnie w „The Wolf Gift” brakuje – wszystko dzieje się w obecnych czasach, a jedyne cofanie się w czasie odbywa się w formie ustnych opowieści. Czytelnik, jako taki, ani razu się w tę przeszłość nie przenosi. A właśnie historyczny kontekst Rice’owych książek Mysz zawsze uważała za najciekawszy, najmocniejszy punkt. Co więcej, kontrast gotyckiego, dość ciężkiego i mrocznego stylu Anne Rice nijak się ma do schludnej, zgrabnej nowoczesności jaką w „The Wolf Gift” próbuje opisywać. I tak jak je styl wspaniale się sprawdza przy opisywaniu ogromnego, tajemniczego domostwa Nideck Point, tak jej opisy San Francisco wydają się zbyt… duszne.
Dysonans między stylem Rice a współczesnością którą przedstawia, pojawia się także u jej bohaterów. Samo pochodzenie z wyższej warstwy społecznej nie tłumaczy sztywnego, zbyt literackiego języka, jakim posługują się postacie. Drażni to zwłaszcza w wypadku Reubena, który jest przecież młodym człowiekiem. Także wzajemne relacje rodziny Reubena, choć sprawnie opisane, nie niosą ze sobą żadnych emocji – widzimy, że są oni zżyci, ale nie czujemy tego; jedynie wierzymy Rice na słowo, że tak rzeczywiście jest.
Skoro o rodzinie Reubena mowa, należy wspomnieć o postaci, która Mysz niesamowicie denerwowała. Otóż nasz główny bohater ma brata, Jima, który jest… księdzem. Why, Anne? Nie mogłaś chociaż na chwilę zostawić w spokoju kościoła katolickiego? Nie wystarczy, że cała książka jest jednym wielkim teologicznym dylematem? Czy nie wystarczy, że ułagodziłaś swego wilkołaka, wymyślając idiotyczną zasadę – i jeszcze durniejsze uzasadnienie – według którego Reuben zabija tylko złych ludzi, jak jakiś superbohater w spandeksie? Gdzie konflikt dobra ze złem? Gdzie moralna niepoprawność, której tak cudownym reprezentantem był Lestat? Dlaczego musiałaś swego wilka wykastrować i zrobić z niego włochaty czołg ratujący sieroty, metaforyczną karzącą rękę Boga?

Interpretacja mitu wilkołaczego przez Rice podoba mi się średnio, a z pewnością wypada blado, gdy przypomnimy sobie jak autorka niegdyś odświeżyła mit o wampirach. I choć bardzo mi się podoba pomysł by lykanotropię potraktować wyłącznie jako dar,  a nie klątwę – jak to często jest przedstawiane w popkulturze – nie jest to wystarczający atut by zaważyć pozytywnie na całej książce. Biorąc to wszystko pod uwagę jestem zmuszona stwierdzić, że tym razem reinwencja mitu się pani Anne Rice nie udała. A szkoda.

… tak patrzę na tę recenzję i widzę, że niestety więcej tu narzekania, niż wyliczania zalet. Nie wiem, czy po prostu zrobiłam się za stara na gotycki, mistyczny styl Rice, czy to Anne się literacko zestarzała i teraz próbuje nieudolnie nadgonić współczesność. Autentycznie nie wiem. Wiem jedynie, że nie mogę z czystym sercem polecać „The Wolf Gift”, a już z pewnością najmniej wieloletnim fanom Anne Rice. To zbyt oczywista powtórka z rozrywki. A, jak się okazuje, w wypadku Anne Rice im starsza książka, tym lepsza.

Na koniec ciekawostka: choć nie zostały jeszcze wykupione prawa do zekranizowania książki, Anne Rice już wyraziła swoje preferencje obsadowe. Jak się okazuje pisząc książkę pani Rice wyobrażała sobie Matta Bomera (White Collar) w roli Reubena. Mysz obiema łapami popiera ten wybór, mimo że Matt nijak na 23 lata nie wygląda. Mysz także popiera wybór Rice by Jima, brata Reubena, zagrał Tim Dekay (który razem z Mattem gra w White Collar). To jest obsada dla której Mysz mogłaby ekranizację „The Wolf Gift” obejrzeć.

Fan-art z Mattem Bomerem jako Reubenem. Mysz approves.

A na koniec link do filmiku, w którym Anne Rice opowiada własnymi słowami o “The Wolf Gift”