Dawno, dawno temu… – o książkach z dzieciństwa

W ramach Międzynarodowego Dzień Książki dla Dzieci Mysz przypomina sobie (i Wam) swoje ukochane książki z dzieciństwa.

 
Nie wiem czy wiecie, ale dziś jest Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci – święto, które co roku obchodzone jest właśnie 2 kwietnia, w rocznicę urodzin Hansa Christiana Andersena. Co z tego, że Mysz się ledwo na nie wyrobiła *uśmiech wydry Becky*
W związku z tym Mysz postanowiła podzielić się z Wami paroma ukochanymi książkami ze swego dzieciństwa. Ponieważ Mysz już od maleńkości czytała książki jakby miało nie być jutram starałam się ograniczyć wybór do książek sprzed 1993 roku (Mysz miała wtedy jakieś 5 lat). Niestety tak się złożyło, że nie mogłam tego wpisu napisać w domu Mamutów, gdzie trzymam większość swoich książek z dzieciństwa (zachowuję je dla swego przyszłego potomstwa). Musiałam więc tytuły przypominać sobie drogą zamierzchłych, mglistych wspomnień i w związku z tym przedstawiony poniżej wybór jest dość okrojony.
Ciekawe jest to, że książki które zapamiętałam najlepiej zawsze miały – Myszy zdaniem – piękne ilustracje. To chyba właśnie dzięki nim, nawet bardziej niż dzięki treści, byłam w stanie zapamiętać je na tyle mocno, by nawet po latach być w stanie je wyszukać podczas researchu w Google Images. Wybaczcie więc brak zagłębiania się w treści owych książek, ale to właśnie ilustracje są w nich najważniejsze. Tam gdzie dałam radę starałam się ich znaleźć jak najwięcej, byście też mogli się przekonać o ich uroku. Oto przed Wami dziecięcy świat książek w wersji Mysiej (lat 5).

„Dziewczynka i deszcz” – Milena Luksevoa
Ilustracje: Jan Kudlacek
Wydawnictwo: Albatros Praha
Rok: 1974
Wydanie: 2
Oprawa: Twarda
Jedna z dwóch książek, którą Mysz ma w tej chwili przy sobie, ale akurat w wypadku “Dziewczynki i deszcz” wynika to z powodów sentymentalnych. Otóż jest to pierwsza książka, którą Mysz świadomie ze swego dzieciństwa pamięta. Najpierw czytali mi rodzice, a potem zaczęłam ją czytać sama. Nieodmiennie – pod dziś z resztą dzień – zachwycały mnie ilustracje Kudlacka, które wyglądają dosłownie jak namalowane deszczem.
Z książką tą związana jest dalsza historia. Zaginęła ona (nikt nie wie dokładnie kiedy) w pomroce dziejów, między jedną przeprowadzką a drugą. Co więcej, moi rodzice w ogóle książki nie pamiętają. Ale Mysz się uparła, że odnajdzie tę książkę i będzie ją czytała swoim dzieciom. Bo tak. Bo kcem. Szukałam tej książki wszędzie – w księgarniach, antykwariatach, w Internecie (choć przypominam, że w czasach gdy szukałam tej książki, Internet był jeszcze niejako w powijakach). Z czasem zaczęłam się poddawać, ale i tak zaglądałam do napotkanych antykwariatów w poszukiwaniu „Dziewczynki i deszcz” (swoją drogą właśnie w jednym z tych antykwariatów znalazłam swoje ukochane wydanie „Snu nocy letniej” Szekspira, ale wspominam o tym tylko w ramach krotochwili). Minęło wiele lat, po drodze poznałam Lubego – wtedy jeszcze funkcjonował w ramach Przyjaciela – i kiedyś, zapytana o pierwsze wspomnienie z dzieciństwa, opowiedziałam mu właśnie o tej książce. Temat ten powracał zresztą parokrotnie. Jakież było moje zdumienie, gdy kilka lat później – już gdy byliśmy parą – Luby na urodziny sprezentował mi… „Dziewczynkę i deszcz”. Nie będę się wdawać w szczegóły tego jak i skąd ją sprowadzał. Grunt w tym, że teraz mogę nareszcie przytulić do piersi „Dziewczynkę i deszcz”, obejrzeć prześliczne ilustracje Kudlacka i wiedzieć, że gdy przyjdzie pora, przeczytam tę książkę dziecku. Naszemu. I będzie mi, proszę ja Was, błogo i pięknie. Bo tak.
 ——————————————————————————————–
 
„Baśnie. Wybór” – J.W. Grimm
Ilustracje: Mirosław Siara
Wydawnictwo: LSW (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza)
Rok: 1990
Wydanie: 1
Oprawa: Miękka
Jeden z wielu zbiorów baśni, które Mysz miała na swojej półce. Ten pamięta – jakżeby inaczej – ze względu na nietypowe ilustracje Siary. Nie są to standardowe rysunki, które znajdziemy w książeczkach dla dzieci. Then againw latach 80-tych i wczesnych 90-tych książki dla dzieci w Polsce były właśnie tak ilustrowane – nietypowo, pięknie, intrygująco. Pamiętam, że ilustracje Siary sprawiały na mnie zawsze wrażenie bardzo miękkich, rozmytych, a przy tym dość upiornych. Ich nieszablonowość – a także ciekawe kadrowanie przedstawianych scen – potrafi mi się po dziś dzień śnić.
Ciekawostka: o wiele częściej widuje się wydanie tej książki w twardej oprawie. Mysz ma ją w oprawie miękkiej i dlatego musi o nią bardziej dbać. Ale warto :)
  ——————————————————————————————–
 
„Za króla Jelonka” – Jan Brzechwa
Ilustracje: Jan Marcin Szancer
Wydawnictwo: E. Kuthana
Rok: 1950
Wydanie: ?
Oprawa: Twarda
Ilustracje pana Szancera były swego czasu szalenie popularne, a książki z jego artystycznymi perełkami potrafią być w obecnych czasach całkiem mocno poszukiwanym towarem.
Mysz z wiekiem zaczęła się bać „Za króla Jelonka”. Strach przyszedł gdy zaczęłam rozumieć, że robale i inne żyjątka wcale nie są takie jak w bajkach: nie mówią, nie myślą, ani nie czują. Nie zmieniało to jednak faktu, że wizja dworu króla Jelonka – z gwardzistami z halabardami, przędzalniami najwykwintniejszych nici i szarmanckim władcą o wspaniałym porożu – zawsze bardzo mi się podobała. Do tego stopnia, że swego czasu bardzo pragnęłam być główną bohaterką baśni (bodajże Małgosią, choć mogę się mylić), byleby móc obcować z tak uroczym – i pięknie zilustrowanym – światem. Nawet jeśli chodziło o robale.
  ——————————————————————————————–
 
„Dziadek do Orzechów” – E.T.A. Hoffman
Ilustracje: Jan Marcin Szancer
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Rok: 1989
Wydanie: 3
Oprawa: Twarda
Kolejna cudowna książka zilustrowana przez pana Szancera. Także w wypadku „Dziadka do orzechów” ilustracje tego artysty przyczyniły się do natychmiastowej Myszy miłości dla tejże opowieści. Oczywiście balet „Dziadek do orzechów” na który wkrótce po przeczytaniu książki zabrał mnie Mamut Męski też miał na to wpływ. Na tyle duży, że wciąż z przyjemnością chodzę na „Dziadka do orzechów” do Opery Narodowej, oczywiście zawsze w zimie (wszak to balet Bożonarodzeniowy). Ostatnio nawet zaciągnęłam ze sobą Lubego, który jak na człeka kulturnego przystało bardzo się baletem zachwycił… oczywiście tylko na tyle na ile przystoi dorosłemu mężczyźnie *mruga zawadiacko*
 ——————————————————————————————–


„Wielka encyklopedia skrzatów” – Pierre Dubois
Ilustracje: Claudine i Roland Sabatier (kolejno: kolory, rysunki)
Wydawnictwo: Pascal
Rok: 1992
Wydanie: 1 (?)
Oprawa: Twarda
Ta ślicznotka
to tzw. Paryzetka
Druga książka, którą Mysz ma przy sobie; tę akurat ze względów praktycznych – you never know when you might need an encyklopedia of Faire Folk.
 
Swego czasu Mysz często robiła z rodzicami zakupy w tzw. Taniej Książce na Koszykowej. Chyba najlepszym zakupem jaki stamtąd wyniosłam – oczywiście zapłaciwszy pierwej odpowiednią kwotę – była właśnie „Wielka encyklopedia skrzatów”. Po dziś dzień nie spotkałam jeszcze tak wymyślnej, ciekawiej, intrygującej książki, tak pełnej wyobraźni, fantazji, upiorności i uroku. Co prawda wadą książki jest jej „francuskość” – znajdziecie tu multum stworzonek, które nawiązują do folkloru francuskiego i sporo również z folkloru ogólnoeuropejskiego, nie zmienia to jednak faktu, że na 190 stron książki Mysz kojarzy tak naprawdę tylko… pięć skrzatów?
Nie zmienia to faktu, że książka jest cudownie pomyślana i zilustrowana. A znajdująca się z tyłu bibliografia – światowa, jak i skupiająca się wyłącznie na skrzatach polskich – przyprawi każdego bibliofila o okrzyk ekstazy. Mysz podejrzewa, że w bibliografii tej jest wiele pozycji o których filozofom się nie śniło. Ale to pewnie dlatego, że pochodzą ze świata skrzatów. Nie filozofowie, of course, tylko wymienione pozycje bibliograficzne. Ciekawe jak trudno byłoby odnaleźć niektóre z nich…

 ——————————————————————————————–
„Tajemnica Selby’ego” – Ball Duncan
Ilustracje: brak
Wydawnictwo: Alfa
Rok 1992
Wydanie: 1
Oprawa: Miękka

„Jest to opowieść o psie, z pozoru całkiem zwyczajnym, sympatycznym i kochanym jak inne.
Selby ma jednak dwie cechy, które go wyróżniają: po pierwsze – potrafi mówić, a po drugie – dla własnej wygody postanowił trzymać swą umiejętność w głębokim sekrecie przed ludźmi.
“Tajemnica Selby’ego” to znakomita lektura zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców, pełna zaskakujących sytuacji, zabawnych przygód, w których sekret Selby’ego co rusz wisi na włosku. Selby bowiem obok umiejętności mówienia ma przedziwny dar nieustannego pakowania się w kłopoty.”
Oto ewenement na liście, bo mowa o książce bez ilustracji (no, prawie). Książka jest jednak o tyle ważna, że jest drugim istotnym zakupem dokonanym w Taniej Książce na Koszykowej. Co więcej jest to książka na której Mysz uczyła się czytać. Nie mozolnie literować, ale już poważnie i na serio czytać – tak jak to robią dorośli (Mysz lubiła wtedy tak sobie myśleć). Książki nie czytałam od lat, ale wciąż wspominam Selby’ego z ogromną sympatią. Do tego stopnia, że gdy widzę na ulicy podobnego psa – skrzyżowanie wyżła z terierem – zawsze mam ochotę przyklęknąć przy nim i wyszeptać mu do ucha „Znam twoją tajemnicę, Selby”. Kontroluję się jednak. Nie chcę żeby mnie zawieźli do czubków.
 ——————————————————————————————–
 
„Biały kieł” oraz „Zew krwi” – John London
Brak danych
Książki te umieszczam tu nie bez kozery. Nie pamiętam co prawda, które wydanie czytałam (jakieś badziewne, a’la lektura szkolna), ale pamiętam, że wręczył mi je ojciec. Powieści o wilkach Londona są więc dowodem na to, że Mysz od zawsze była córeczką tatusia. Bo tak jak wręczone przez Mamuta Żeńskiego „Sejdżo i jej bobry” porzuciłam w połowie, tak „Białego kła” i „Zew krwi” czytuję po dziś dzień, niemalże z wypiekami na twarzy. Talent Londona do opisywania świata natury, a także życia wilków – ich zachowań, myśli, uczuć – jest absolutnie niepodważalny. Po dziś dzień nie udało mi się trafić na równie udany tekst o świecie zwierząt (choć Kipling był tego blisko). Także świat ludzi Londonowi się udał. Dość powiedzieć, że początek „Białego kła” oddziałuje na mnie do dziś – gdy na dworze jest bardzo zimno, a ja już jestem mocno zmarznięta, zdarza mi się zdejmować rękawiczki, zginać i rozprostowywać palce i w cichości ducha dziwić się, jak cudownym, złożonym, wyjątkowym stworzeniem jest człowiek. I za to jestem Londonowi wdzięczna.
 ——————————————————————————————–
 
„Walt Disney przedstawia Najpiękniejsze Baśnie Świata” – Walt Disney
Wydawnictwo: Elipsa
Rok: 1991 (około)
Wydanie: ?
Oprawa: Twarda
Nie oszukujmy się – w książce tej znajdziecie tylko baśnie, które zekranizował Disney. Ale za to znajdziecie je wszystkie w jednym miejscu (bodajże do filmu The Rescuers włącznie). Baśniom towarzyszą oczywiście ilustracje z Disneyowskich filmów, ale najciekawsze w książce jest to, że każdy rozdział – czyli pojedyńcza baśń – kończy się dość długą, stronicową notką o ekranizacji danego filmu. Nie jest to bynajmniej jakieś ogromne kompendium wiedzy na temat filmów Disneya, ale przydaje się, gdyby ktoś chciał sobie wykuć jakieś fajnie trivia by szpanować w towarzystwie. Mysz często gdy jest u rodziców wyciąga książkę z półki i przegląda ją na dywanie, podczytując ciekawostki tu i tam. Zawsze to fajniejsze zajęcie niż oglądanie razem z Mamutem Żeńskim „M jak miłość” czy innego „Klanu”.
 ——————————————————————————————–
„Wesołych Świąt. Bajki pod choinkę” – Walt Disney
Wydawnictwo: Egmont American Ltd.
Rok: 1991 (około)
Wydanie: ?
Oprawa: Twarda
Podobne zjawisko jak przy książce powyżej – postacie z bajek Disneya tylko że w świątecznym, Bożonarodzeniowym otoczeniu. Mamy więc Myszkę Mickey, Goofy’ego i Donalda odstawiających „Opowieść wigilijną” Dickensa, mamy Chipa i Dale’a malujących orzeszki zamiast bombek, a także Boże Narodzenie w Nibylandii. Czyli im dalej tym dziwniej. Ale Mysz i tak co roku w Wigilię wyciąga książkę z półki i przegląda. Taką ma, kurde, tradycję. A jak wiemy z Fiddler on the Roof: TRADITION to wszystko.
 ——————————————————————————————–
 
„Książka kucharska Kubusia Puchatka”
Wydawnictwo: Egmont American Ltd.
Rok: 1991
Wydanie: ?
Oprawa: Miękka
Come on! Jak mogło zabraknąć Kubusia Puchatka i jego książki kucharskiej. Czy jest ktoś z mojego pokolenia kto nie kojarzy/nie miał tej książki?… jeśli tak, to musieliście mieć smutne dzieciństwo. Zwłaszcza bez grzanek a’la Kubuś Puchatek.
 ——————————————————————————————–
 
Seria książek „Złota encyklopedia bajek” – Peter Holeinone
(właściwie Sybille von Flüe, która odpowiedzialna jest też za serię książek o pingwinie Pingu)
Ilustracje: Tony Wolf
(właściwie Antonio Lupatelli – włoski ilustrator, swego czasu niezmiernie znany ze swych ilustracji w książkach dla dzieci)
Wydawnictwo: BGW
Rok: 1991
Wydanie: ?
Oprawa: Twarda
Tytuły w serii:
Cynowy żołnierzyk i inne bajki
Czerwony Kapturek i inne bajki
Kopciuszek i inne bajki
Kot w butach i inne bajki
(brak okładki w wersji polskiej)
Królewna Śnieżka i inne bajki
Lampa Aladyna i inne bajki
Pinokio i inne bajki
Podróże Sindbada Żeglarza i inne bajki
Trzy małe świnki i inne bajki
Żółw i zając i inne bajki
“Stary szewc i krasnoludki”

Bezdyskusyjnie najpiękniejsze ilustracje jakie widziałam w książkach dla dzieci. EVER.

Serio: Tony vel Antonio ukazuje poprzez swe ilustracje nie tylko magię i urok baśni, ale także ich koloryt, ich mrok, wesołość, piękno, ulotność… Okej, przypominają one pewien nurt artystyczny występujący na okładkach książek fantasy (tzw. Facet z mieczem i półnaga baba), zwłaszcza pod względem kreski, ale mimo to wciąż pozostają cudowne. Dla Myszy ilustracje Wolfa są uosobieniem baśni – ich jedynym słusznym obrazem.
Tu należy pochwalić wydawnictwo BGW, które swego czasu wspaniale wydało tę serię. Mysz zwykła ją nazywać „złotą serią” albo „serią kolorową” ze względu na złote grzbiety książek i ich różnokolorowe – ale identycznie w designie – okładki.
“Królewna Śnieżka”
By zobaczyć przykład spartolenia wydania serii sprawdźcie sobie, jak wydawnictwo Wilga wydało teraz tzw. „Złotą kolekcję” i „Złotą serię bajek”. Nie dość, że niepotrzebnie dodano na okładce jakieś kolorowe ptaszki, kwiatki i duperelki, to jeszcze niekonsekwentnie użyto ilustracji na okładach – raz są to piękne ilustracje Wolfa (Kot w Butach, Piękna i Bestia, Siedem Kruków, Kopciuszek, Czerwony Kapturek), a innym razem kogoś zupełnie innego, wyraźnie odbiegające stylem od tych Wolfa.

“Mała syrenka”
Seria wydawnictwa BGW była nie tylko spójna pod względem okładek, ale w ogóle ładnie wydana. Ale to chyba cecha lat 1990-1993, gdy ta seria krążyła po świecie (‘90-‘94 w Stanach po angielsku i hiszpańsku przez Tormont Publications Inc.; rok ’91 w Polsce). Wznowienie serii w 2002 we Włoszech przez oryginalnego wydawcę Dami Editore – pod nazwą „Fiabe d’oro” (Złote baśnie) – wygląda już o wiele gorzej, mimo że wciąż na okładce figurują ilustracje Wolfa. Co ja mówię – już wznowienie serii w 1994 roku przez Tormont Publications Inc. kompletnie zniszczyło piękny design okładki i wprowadziło element kiczu do pięknych, rustykalnych ilustracji Wolfa.
Wot przykład jak spieprzyć piękna serię wydawniczą.
Ciekawostka: duet Holeinone/Wolf pracował także przy ilustracjach do pingwina Pingu.

… i to by było na tyle. Czy też jak mówił Forrest Gump: “That’s all I have to say about that“.

A Wy? Jakie książki pamiętacie ze swojego dzieciństwa najmocniej?