Guilty pleasure. Dlaczego Mysz czuje się winna?

Kilka słów o wzbudzających poczucie winy przyjemnościach na przykładzie Mysiej sympatii do rapu.

Ponieważ Mysz jest bardzo zajęta pisaniem posta na jutro, dzisiejszy wpis będzie króciutki. Jak można pisać dwa posty jednocześnie?… a to już moja słodka tajemnica *złowieszczy chichot*

Wśród fanów popkultury często pojawia się określenie guilty pleasure. Zwrot ten oznacza – dosłownie – „winną przyjemność”, czyli coś co sprawia nam radochę, ale jednocześnie wywołuje w nas poczucie winy. Podkreślam: poczucie winy, a nie wstyd. Mysz przykładowo trochę wstydzi się swojej sympatii dla serialu MTV Teen Wolf, ale nie jest to moje guilty pleasure. Co więcej wzrastająca ostatnio popularność tego serialu, a także panująca o nim coraz bardziej pochlebna opinia pomagają skutecznie zmniejszyć wstyd, który niegdyś nie pozwalał mi się w pełni cieszyć tym naprawdę uroczym, zabawnym, z pomysłem zrobionym serialem. To coś więcej niż półnadzy faceci z kłami i żółtymi soczewkami kontaktowymi. To również coś więcej niż kolejne popłuczyny po Twilight, albo nie daj Boru kolejny serial młodzieżowo-fantastyczny. W tym serialu jest ogromny nakład siły, środków i pasji twórców oraz aktorów; są ciekawe postacie i rozwiązanie scenariusze; naprawdę dobre efekty specjalne; no i nie zapominają o wspaniałym fandomie, który nie tylko wspiera ekipę serialu i ich wciąż dopinguje, ale zajmuje się także pomocą innym fanom oraz zbieraniem funduszy dla różnych organizacji charytatywnych.

Ale nie o tym miało być. Teen Wolf było niegdyś źródłem Mysiego wstydu, ale nigdy nie było moim guilty pleasure. Po prawdzie nie ma chyba serialu – ani także filmu – który zasłużyłby sobie u mnie na to miano. Nawet wspomniany wyżej Twilight i moja specyficzna sympatia do niego nie wywołują we mnie poczucia winy. Także rozgłaszana wszem i wobec miłość Myszy do serii American Pie, czy innych teen sex comedies nie jest jakimś szczególnym powodem do odczuwania winy. Guilty pleasure to coś, co naprawdę sprawia, że skręcamy się we własnej skórze z krzyczącego poczucia „źle, źle, źle!”, ale mimo to czerpiemy z tego przyjemność.

Dla Myszy taką prawdziwą guilty pleasure jest rap.

Żeby nie było – nie znam się na tym gatunku muzyki kompletnie i nie wiem, czy to co ja uznaję za rap, rzeczywiście podpada pod ten gatunek. Nie zmienia to jednak faktu, że są pewne piosenki, których słucham z ogromną przyjemnością… praktycznie wyłącznie gdy jestem sama. Bo czuję się winna.

Dlaczego? Nie oszukujmy się: rap to gatunek „niegrzeczny”. Pełno w nim przekleństw, seksizmu, mizoginii, rasizmu, epatowania i gloryfikowania przemocy, narkotyków, seksu i trzaskania kasy.

Ale rap jest też – w swych szczytowych momentach – także szalenie inteligentny. Wiele lat temu pomógł mi to zrozumieć znajomy z liceum, który puszczał mi piosenki Peji i mówił: „Myszu, wsłuchaj się w tekst. Ale wsłuchaj się w niego tak naprawdę”. I nagle te „mówione” kawałki, praktycznie bez żadnej melodii, a za to ciężkim, trzęsącym wnętrznościami beatem, stawały się czymś więcej niż –tylko- rapem. Zaczęłam w nich znajdować głębsze warstwy, różne odcienie, gry słowne, niuanse. Śmiem twierdzić, że rap tak jak muzyka country przede wszystkim opowiada historię.

Oczywiście są tacy raperzy (nazwijmy ich tak, nawet jeśli teoretycznie nie podpadają pod tę kategorię), którzy rapują bez przeklinania. Najbardziej Myszy znany tego przykład to Will Smith, który w swoich tekstach sam podkreśla, że można rapować bez przeklinania. Jego teksty wywołują u mnie chyba najmniejsze poczucie winy. Z drugiej strony Will Smith od dawna nie jest uznawany za „full wypas” rapera, a „wiekowość” jego kawałków sprawia, że są one raczej zapachem lawendy z dna szafy niż powiewem świeżości. Polecam jednak jego utwór „Just the Two of Us” (o narodzinach syna, Jadena) jako przykład tego, jak zrobić rap bez przekleństw, a na dodatek z przesłaniem.

Jednak Will Smith jest tu wyjątkiem. Są też inni artyści. Jak chociażby Jay-Z. Oczywiście zaraz rozległą się głosy, że Shawn Carter rapuje tylko problemach „czarnej braci” („Hard Knock Life”, „Dirt Off Your Shoulders”) i „kobietach”, które sprawiają kłopoty („99 Problems”). Od razu mamy więc przykłady na wspomniane wyżej wady rapu – rasizm, seksizm, mizoginię. Ale wsłuchajcie się kiedyś w tekst „D.O.A. (Death of Autotune)”. Padają tam jedne z moich ulubionych tekstów Jay-Z:

„Only raper to rewrite history without a pen
No ID on this track, let this story begin (…)
This ain’t for iTunes, this ain’t for sing-a-longs
This is Sinatra at the Opera, bring a blonde (…)
This ain’t politically correct
This might offend my politcal connects (…)
I know we facing a recession
But the music y’all makin’ gonna make it the Great Depression
All your lack of agression (…)”

Jak się można domyślić piosenka wyszła w czasach gdy autotune zaczynał się pojawiać nawet nie w co drugiej piosence, ale w KAŻDYM kawałku jaki leciał w radiu. Fakt, że Jay-Z bez pardonu wytyka innym ludziom w muzycznym showbiznesie jaki błąd popełniają zawsze mi szalenie imponował.

Kolejne „wielkie nazwisko”, które od lat mi imponuje – ale z trochę innych względów – to Timbaland. Akurat w jego wypadku nie jest to kwestia samego rapowania, co bardziej produkcji ścieżek, do której Timbaland ma niesamowitą smykałkę. Mysz ma bardzo złe podejście do źle zrobionych sample’i (co to jest sampling), a u Timbalanda ani razu się jeszcze nie nacięłam. Więcej: jego sample „Sinnerman” Niny Simone w piosence „Oh Timbaland” uważam za porównywalny z oryginałem.

Wbrew pozorom jednam Will Smith, Jay-Z i Timbaland to ci „spokojniejsi” raperzy, których Mysz słucha. Bo potem jest Eminem.

Czego by o nim nie mówić, ten facet jest geniuszem w tym co robi. Utwierdził mnie w tym ostatecznie kawałek nagrany z Dr Dre „I Need a Doctor”. Nie dość, że pojawia się tam przepiękny głos Skye, który cudownie równoważy rap Dre i Eminema, to jeszcze tekst piosenki jest tak potężny, że – no lie– autentycznie mnie wzrusza. Gdy słucham tej piosenki, potrafię mieć łzy w oczach. Jeśli nie wiecie o czym jest piosenka, radzę sprawdzić sobie tekst, a także obejrzeć teledysk. Naprawdę warto.

Następnie dochodzimy do niedawnego odkrycia sceny muzycznej (i kolejnego „białasa”) czyli Macklemore’a. Temu wokaliście – raperowi? – bliżej już do tego, co Mysz w rapie naprawdę lubi: inteligencji i poczuciu humoru. Czy są tu nieodzowne elementy rapu: przekleństwa, igranie z stereotypami, udawana gangsterka, szpanowanie kasą?… są. Ale to wszystko robione jest z przymrużeniem oka. Jeśli tylko widzieliście teledysk do „Thrift Shop” i wsłuchaliście się w tekst, musicie wiedzieć, że wszystko to robione jest z przymrużeniem oka. Właśnie za taką przewrotną inteligencję Mysz lubi rap. Bo przecież kto po niegdyś tak niszowych, niedocenianym gatunku muzyki spodziewałby się metaforycznych, głębokich przemyśleń i zjadliwej satyry społecznej?

A na koniec… prawdziwa Mysia guilty pleasure (bo niech Was nie zwiedzie moje wychwalanie powyższych utworów – ich słuchanie wciąż wywołuję we mnie poczucie winy; może jestem na to zbyt biała). Mowa o piosence „Freaks & Geeks” Childish Gambino (znanego szerszej publiczności jako Donald Glover, który w serialu Community gra Troya Barnesa). Otóż piosenka „Freaks and Geeks” jest wszystkim tym co w rapie najgorsze. Tekst jest właściwie wyłącznie o pukaniu panienek na lewo i prawo, tym jaki to rapujący ten kawałek koleś nie jest zajebisty i jakimi to mikrymi fajfusami nie są wszyscy inni raperzy. A jednak… cholera no! Jest w tym tekście od groma inteligencji, humoru, trafnych i zabawnych metafor. Mysz szczerzy ryja za każdym razem, gdy ta piosenki leci z głośników. Co tam, szczerzy ryja! Nauczyła się cały kawałek rapować! Ja, Mysz: the whitest girl on the planet!

Zrozumiem jeśli uznacie moje guilty pleasure za idiotyczne. Są wszak ludzie, którzy słuchają rapu z czystym sumieniem i nie widzą w tym nic zdrożnego. A ja widzę. Może dlatego, że jestem dziewczyną i zawarte w tekstach seksistowskie odzywki nie powinny mi się podobać. Może dlatego, że autentycznie uważam, że jestem „zbyt biała” by mieć prawo w pełni taką muzykę nawet nie tyle docenić, co ocenić. Mam jednak nadzieję, że osoby z otwartymi umysłami – takimi jak mój – czegoś się z tego tekstu dowiedziały, a może nawet nauczyły.

Rap naprawdę nie jest taki zły. Wystarczy dam mu szansę… i porządnie się wsłuchać. 

  • Fajna lista. I świetnie pokazuje w jak, najwyraźniej, opresyjnym świecie żyjemy. Tyle rzeczy “powinno” wywoływać w nas wstyd i w konsekwencji zatruwać nam życie. Jakiś czas temu przeczytałam dość proste dwa zdania: “I don’t have guilty pleasures. Pleasures should not cause guilt.” I od tamtej pory uczę się cieszyć moimi małymi w gruncie rzeczy przyjemnościami. Życie jest za krótkie i często zbyt trudne by jeszcze dorzucać do tego poczucie winy, że jakaś piosenka czy serial nam się podobają.

  • Właśnie o to chodzi – w kwestii rapu czuję wstyd jedynie dlatego, iż wiem, że powinnam. Naprawdę czerpię z tej muzyki dużą dozę frajdy i radochy, ale wiem, że trudno jest się tą przyjemnością dzielić z innymi, bo natychmiast jestem zarzucana argumentami, że przecież to taki seksistowski, mizoginistyczny gatunek muzyki. I jak tu, kurczę, w spokoju doceniam Eminama czy innego Snoop Dogga?
    Dobrze, że nie mam żadnych “guilty pleasures” w kwestiach filmowo/serialowych. Wtedy dopiero miałabym ciężkie życie ;)