Hannibal. Nakarm swój strach.

Mysz wyśpiewuje peany na cześć “Hannibala”, najnowszego serialu stacji NBC.

Notka edytorska: Mysz bardzo przeprasza za przerwę techniczną w zamieszczaniu wpisów – wiem, że o Hannibalu miałam napisać już przedwczoraj, ale mimo gotowego wpisu, nie dałam rady. Wszystko z winy braku dostępu do odpowiednio silnego łącza internetowego. Nie mam żadnej gwarancji, że kolejne wpisy będą mogły pojawiać się systematycznie. Z tego względu blog będzie – do odwołania – aktualizowany tylko wtedy, gdy akurat wpadnie mi w ręce dobry Internet. Za przerwy w dostawie upraszam o wybaczenie.
Ustalmy coś: Mysz kocha seryjnych morderców.
Nie wiem czy jest w kinematografii gatunek postaci, które lubię bardziej niż właśnie tych okrutnych, zmyślnych, nieludzkich zabójców, dla których jedna ofiara to definitywnie za mało. Tym większa była moja radość, gdy dowiedziałam się, że w tym sezonie serialowym czeka nas nie jeden, nie dwa, a trzy seriale kręcące się wokół tej tematyki. Pierwszy to Cult, który z seryjnymi mordercami jako takimi ma chyba najmniej wspólnego. Później mamy całkiem niezłe The Following z Kevinem Baconem i Jamesem Purefoyem. No i wreszcie mamy Hannibala.
Hannibal to perełka stworzona rękami Bryan Fullera – niedocenianego geniusza telewizji, odpowiedzialnego za takie kultowe seriale jak Dead Like Me, Wonderfalls, Pushing Diasies czy Mockinbird Lane (którego Mysz nadal nie może odżałować). Wpływ Fullera widać przede wszystkim w dwóch aspektach – słuchowym i wizualnym. Fuller zawsze miał rękę i ucho do dialogów – inteligentnych, nieszablonowych, często brzmiących jak wyrwane z szerszego kontekstu, a mimo to zrozumiałe. Z resztą wrażenie „wrzucenia prosto w akcję” jest jedną z zalet Hannibala. W ustach Myszy jest to wielka pochwała, bo podobny zabieg w serialach pióra Jossa Whedona nieodmiennie mnie denerwuje.


Kolejny aspekt, w którym Fuller przoduje to strona wizualna serialu. Hannibal jest soczysty i kolorowy, jak owoc granatu, który z resztą pojawia się w niektórych ujęciach promocyjnych serialu. Paleta barw nie jest co prawda tak przerysowana jak w Pushing Diasies czy Mockingbird Lane, ale widać w Hannibalu miłość Fullera do estetycznie interesujących, odważnych rozwiązań.
Co do fabuły – fani serii książkowej Thomasa Harris mogą być lekko zdziwieni wprowadzonymi w serialu zmianami. Mysz (która dziś wypożyczyła „Czerwonego smoka” z biblioteki) zdążyła już wyłapać kilka z nich. Serial oczywiście skupia się na postaci Williama Grahama – profilera FBI, który zajmuje się tropienie seryjnych morderców. Umożliwiają mu to jego niespotykanie zdolności, do których zalicza się m.in. wyjątkowo bujna wyobraźnia i zdolność tzw. „pełnej empatii” (umożliwia mu wczucie się w punkt widzenia dowolnej osoby, także psychopaty). Czym jednak byłby bohater pozytywny bez swego mrocznego przeciwieństwa?… w powieściach Harrisa – a także filmach i serialu stacji NBC – ta postać to, naturalnie, Hannibal Lecter. Słynny psychiatra, będący jednocześnie kanibalistycznym mordercą, jest chyba jedną z najlepiej znanych w popkulturze postaci seryjnych zabójców.

Czym jednak Hannibal różni się od swojego książkowego oryginału? Najważniejsza zmiana to o wiele wcześniejsze wprowadzenie postaci Hannibala Lectera w życie Willa. W książce „Czerwony smok” Lecter zostaje najpierw schwytany przez Willa – który o mały włos nie zostaje przez doktora rozfiletowany jak dorodny dorsz. Dopiero później, już jako więzień szpitala psychiatrycznego  Lecter służy Willowi radą i pomocą w dochodzeniach. W serialu jednak Graham i Lecter poznają się już podczas dochodzenia w sprawie Garretta Jacoba Hobbsa (w książce Hobbs i Lecter są dwoma pierwszymi mordercami, których Will „rozgryza”). Takie wcześniejsze wprowadzenie w fabułę zaburza nieco życiorys postaci, znany do tej pory z książek i filmów. Ale jak to, zapytacie? Przecież pod tym względem serial wpasowuje się w ramy przedstawione w Red Dragon(2002; Anthony Hopkins jako Lecter, Edward Norton jako Will Graham), gdzie Will i dr. Lecter również znają się od dłuższego czasu. O jakim więc filmie mowa?… otóż wiele osób nie wie, że Anthony Hopkins nie był wcale pierwszym wcieleniem Hannibala Lectera. Przed nim w rolę tę wcielił się Brian Cox w filmie Michael Manna Manhunter (1986). To tam właśnie po raz pierwszy spotykamy się z Willem Grahamem i jego socjopatycznym przeciwnikiem. Manhunter – w przeciwieństwie do Hannibala i Red Dragon – o wiele wierniej trzyma się książkowej chronologii. Do tego stopnia, że film odtwarza niektóre książkowe sceny niemal jak komiksowe panele (Mysz dziś obejrzała film, więc ma porównanie). Największą różnicą między Manhuntera książką jest zminimalizowane obecności na ekranie nie tylko Lectera, ale także Francisa Dolarhyde’a, czyli Zębowej Wróżki – ściganego przez Willa mordercy. Pod tym względem lepszym filmem jest Red Dragon, który o wiele dokładniej śledzi wydarzenia z punktu widzenia Dolarhyde’a. Ale tutaj już zagłębiam się w analizę porównawczą trzech różnych dzieł, a nie o tym przecież miałam pisać.

Serial NBC już w samym swym zamyśle różni się od książkowego oryginału. Wcześniejsze wprowadzenie Lectera to jak na razie największa zmiana wprowadzona w stosunku do powieści. Różnice pojawiają się jednak także w paru innych kwestiach: serialowy Will Graham – w przeciwieństwie do swych poprzednich ekranowych i książkowych wcieleń – jest osobą o poważnie skrzywionej psychice. Oczywiście postać ta zawsze miała problemy wynikające ze swych wyjątkowych umiejętności, ale w serialu osiągnęły one wyjątkowo wysoki poziom. Mianowicie serialowy Will cierpi na syndrom Aspergera. Przyznaję, że jest to dość drastyczny krok ze strony Briana Fullera – uczynić ze swojego protagonisty postać z gruntu problematyczną w odbiorze. Will w Hannibalu jest wycofany, antyspołeczny, opryskliwy i boleśnie bezpośredni. Nie jest to postać, która natychmiast wzbudza sympatię. A mimo to widz cały czas mu kibicuje. Z drugiej strony, alternatywą jest kibicowanie Hannibalowi, a mimo mojej ogromnej miłości do seryjnych morderców nawet Mysz musi przyznać, że chce by Hannibala złapano. Nie od razu, ale jednak.

Kolejne istotne różnice to zmiana płci dwójki głównych postaci. W książkach Harrisa dr. Alan Bloom, psycholog, konsultant FBI i znajomy Willa, oraz Freddy Lounds, podły dziennikarz, to postacie męskie. W serialu natomiast role te grają kobiety. Osobiście uważam, że takie zagrania – jeśli nie będą mądrze poprowadzone – mogą się bardzo źle dla serialu skończyć. Osobiście zamierzam dać twórcom tzw. benefit of the doubt, bo np. w serialu Elementarytego typu zabieg sprawdził się świetnie (a przynajmniej tak uważa Mysz). Niemniej będę bardzo skrzętnie obserwowała interakcje dr. Alany Bloom i Fredricki „Freddie” Lounds z innymi postaciami. Jeśli pojawią się jakieś bezsensowne, wyraźnie na siłę rozpisane romanse, zacznę głośno protestować.
Zmieniono także kolor skóry Jacka Crawforda – szefa Behavioral Science Unit (Jednostka Nauki Behawioralnej) w FBI, postaci która jest niejako przełożonym Willa, a przynajmniej często korzysta z jego pomocy przy profilowaniu groźnych morderców. Jednak zmiana koloru skóry postaci –  białej na czarnoskórą – nijak się ma do jej charakteru, co się twórcom niezmiernie chwali. Z tego co Mysz zdążyła zaobserwować Jack Crawford w serialu jest tą samą postacią, co w książce.

Ah, przekomarzanie między agentami…
Różnice i podobieństwa długo by wymieniać: brak postaci Molly Graham ze względu na wcześniejsze ramy czasowe serialu, obecność Jimmy’ego Price’a, lekarza śledczego, znajomego Willa, itd., itp…. Jednak najważniejsze podobieństwa to te, które dobrze świadczą o twórcach serialu. Pomimo ogromnej zmiany w chronologii (wcześniejsze wprowadzenie Lectera) serial pod innymi względami bardzo sprawnie wykorzystuje materiał źródłowy. Do tego stopnia, że Mysz czytając dziś „Czerwonego smoka” (jestem na 60-tej stronie) ma już 10 zaznaczonych miejsc, w których pojawiają się znajome sceny/dialogi. W serialu pierwsza rozmowa Grahama i Crawforda jaką widzimy, to kubek w kubek dialog z książki. Z literackiego pierwowzoru zaczerpnięto także inne motywy: miłość Willa do psów, jego przesiadywanie na dachu werandy podczas rozpracowywania sceny morderstwa, spanie na ręcznikach zamiast w przepoconej pościeli… w premierowym odcinku pojawiły się także inne fragment wyjęte prosto z książki: „Obiecaj mi coś, Jack. Przyrzeknij mi, że dopilnujesz, by nie znalazł się za blisko” (wypowiadane przez dr. Bloom do Crafworda), oraz zdanie, którym Lectera denerwuje Willa: „Szybkość wartościowania zachowań dorównuje szybkości czytania”. Akurat w książce oba te zdania wypowiadają zupełnie inne postacie, jednak ich obecność świadczy o tym, że twórcy pod wieloma względami starają się być wierni prozie Harrisa. Co więcej, potrafią ją nawet pociągnąć dalej: Mysz zauważyła w „Czerwonym smoku” fragment przemyśleń Willa: „Usiłował uspokoić nerwy. Wahadło w jego umyśle było mocno rozkołysane”. A teraz przypomnijcie sobie odcinek: kojarzycie to świetlne wahadło – prawie jak miecz świetlny – które pojawia się w wyobraźni Willa i pomaga mu ujrzeć sceny zbrodnie, takimi jakie były kiedyś?… to właśnie to wspomniane w książce wahadło. Niby taki drobiazg, a jak sprytnie w serialu wykorzystany. Właśnie za takie drobnostki, tę atencję do szczegółów lubię Bryana Fullera i ekipę Hannibala.

Pora najwyższa omówić kwestia aktorstwa.
Mads Mikkelsen (Casino Royale) jako Hannibal Lecter jest bezbłędny – powściągliwy, dystyngowany i wyrafinowany, z nutką specyficznego poczucia humoru, a także ogromną miłością do piękna i porządku. To nie jest ten Lecter, którego znamy z wykonania Hopkinsa ani nawet Briana Coxa w filmie Manhunter. W wersji Mikkelsena Lecter wydaje się mniej szalony, a bardziej… zblazowany. W swojej relacji z Willem, w pomocy jakiej mu udziela w śledztwie, wydaje się widzieć raczej rodzaj radosnej, perwersyjnej zabawy, niż jakiegoś konkretnego celu. Możliwe, że chodzi o droczenie się z ofiarą (Hannibal uważa się za sprytniejszego niż Will), a może wręcz przeciwnie – o próbę ujawnienia swego prawdziwego „ja” przed godną tego widownią (Hannibal pragnie uznania ze strony Willa, który jest jedynym, który w pełni „doceni” kunszt Lectera). Oczywiście trudno wnioskować cokolwiek na podstawie tylko jednego odcinka. Musimy pamiętać, że mimo podobieństw Hannibalnie do końca wiąże się z realiami poprzednich filmów. Więcej – wiadomo, że akcja serialu dzieje się poniekąd w tzw. „Fullerverse”, czyli świecie przedstawionym w innych dziełach Bryana Fullera. Wiadomo już, że w Hannibalu pojawią się postacie znane z poprzednich seriali Fullera – Wonderfalls i Dead Like Me. Fuller planuje także w swym najnowszym „dziecku” wykorzystać sporo znajomych twarzy: Ellen Greene, Raul Esparza (jako znany z książek Dr. Frederick Chilton), Molly Shannon, Gina Torres (jako żona Jacka Crawforda, Bella), czy Eddie Izzard. W serialu pojawi się także Gillian Anderson jako dr Bedelia Du Maurier, psychoterapeutka Lectera. Bo nawet socjopaci potrzebują czasem z kimś pogadać *szczeżuja* Jedyną wadą Mikkelsena w tej roli jest jego dość ciężki, szeleszczący akcent. Mysz – która nieskromnie mówiąc ma dobre ucho – musiała się przy jego dialogach mocno nagimnastykować.

Skoro o znajomych twarzach mowa: dr. Alanę Bloom gra znana z Wonderfalls Caroline Dhavernas. Na razie jednak jej rola była na tyle niewielka, że ciężko cokolwiek powiedzieć. Płeć postaci – w odniesieniu do męskiego pierwowzoru – nadal wywołuje we mnie podejrzenia, ale wstrzymam się na razie z osądem.
Z resztą aktorów drugoplanowych sprawa ma się podobnie: trudno wyrazić o nich jakiekolwiek zdanie. Zarówno Scott Thompson (Saturday Night Live) jako Jimmy Price, Aaron Abrams (Jesus Henry Christ) jako Brian Zeller, oraz Hettienne Park (Young Adult) jako Beverly Katz, którzy tworzą serialową grupę CSI (crime scene investigation), wypadają w premierowym odcinku poprawnie. Więcej o tych postaciach – a także grze obsady – będzie można powiedzieć dopiero za parę odcinków. No chyba, że ktoś czytał “Czerwonego smoka”. Wtedy postacie wydadzą się bardzo znajome.
Lawrence’a Fishburne’a (Matrix) oczywiście nie trzeba przedstawiać, ani tłumaczyć jak wspaniałym jest aktorem. Dość powiedzieć, że jako Jack Crawford sprawdza się koncertowo, tak że nawet Mysz nie jest w stanie być na niego zła, gdy tak strasznie wykorzystuje Willa (tym samym narażając go na pogorszenie się jego problemów psychologicznych).

Wreszcie dochodzimy do samej postaci Williama Grahama. Grający go Hugh Dancy – prywatnie mąż Claire Danes (Homeland) – to jeden z lubianych przez Mysz aktorów. Zawsze o nim zapominam, ale gdy tylko natknę się na jakiś film w którym występuje, natychmiast po niego sięgam. Aktor ten szalenie się rozwinął od czasu infantylnego Ella Enchanted, a Mysz wspomina go z ogromną sympatią z ról w lekkich filmach typu Confessions of a Shopaholic, The Jane Austen Book Club (jeżu, jak Mysz kocha ten film!) czy Hysteria(o wynalezieniu wibratora). Warto jednak pamiętać, że Dancy sprawdza się także w poważniejszych rolach. Tu należy przede wszystkim wspomnieć o niedawnym Martha Marcy May Marlene. Jednak dla Myszy najważniejszym filmem w dorobku Hugh pozostanie Adam. Z bardzo prostego powodu: jest to film, w którym Dancy gra młodego chłopaka – imieniem Adam – który cierpi na… syndrom Aspergera. I nagle zmiana wprowadzona w postać Willa Grahama w Hannibalu nabiera sensu. Bo wierzcie mi: Dancy w roli wycofanego, antyspołecznego geniusza sprawdza się idealnie. To jak ukazuje on wewnętrzną walkę Willa, jego strach, napięcie, a przy tym przedziwne poczucie humoru (padające w odcinku odniesienia do Charlieand the Chocolate Factory czy postaci Hulka) jest absolutnie mistrzowskie. Mysz najbardziej podziwia Dancy’ego za umiejętne unikanie kontaktu wzrokowego – dla aktora spojrzenie to jedno z najważniejszych narzędzi pracy. Fakt, że Dancy jest w stanie tak wiarygodnie grać Willa przy minimalnych interakcjach wzrokowych z innymi bohaterami niezmiernie mi imponuje. Dziwi mnie jedynie, że w pilocie podczas wymieniania zdolności Willa nie wspomniano o jego – podkreślanej w książkach – wyjątkowej zdolności zapamiętywania (fotograficzna pamięć). Jest to na tyle ważny szczegół, że mam nadzieję, iż twórcy o nim nie zapomną i informacja o tym pojawi się w którymś z nadchodzących odcinków.
Co ciekawe, Dancy spotkał się już kiedyś na ekranie z Madsem Mikkelsenem – w filmie King Arthur Antoine’a Fuqua.


Przykład poczucia humoru Willa Grahama.

Parę jeszcze słów o samym odcinku: dawno nie oglądałam serialu w którym byłoby tak wyczuwalne napięcie. Podejrzewam, że duża w tym zasługa reżysera, Davida Slade’a (Hard Candy, 30 Days of Night, The Twilight Saga: Eclipse). Czego by nie mówić o jego dorobku jest to naprawdę niezły reżyser, na dodatek z naprawdę fajną wizją (Mysz ubóstwia jego teledysk do piosenki „Mr. Writer” zespołu Stereophonics). Odczuwalne w odcinku napięcie – które nie opada ani na minutę – oraz poczucie… niezręczności, którego źródłem jest antyspołeczny William, sprawia że oglądanie Hannibala jest wyjątkowym doświadczeniem. Dodajmy do tego wspomnianą już stronę wizualną – kolory, faktury, przypominające obrazy wizje Willa, że o potrawach prezentowanych na ekranie nie wspomnę – a otrzymamy naprawdę przepyszne danie. Fakt, że nadzoruje je Martha De Laurentiis (żona Dino De Laurentiisa, który był odpowiedzialny za wszystkie filmy o Hannibalu – Manhunter, The Silence of the Lambs, Hannibal, Red Dragon) jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że Hannibala warto będzie oglądać.
Mysz zaakceptowała pilota serialu z całym dobrodziejstwem inwentarza. I nie zgadzam się z opiniami, jakoby Hannibal zbyt łopatologicznie prezentował postać Lectera. Po pierwsze: twórcy serialu muszą wziąć pod uwagę, że są nadal ludzie, którzy o Hannibalu nie wiedzą nic. Takim widzom trzeba chociaż pokrótce postać przedstawić. Insynuowanie więc niemalże od razu, że Hannibal jest kanibalem nie jest „graniem pod publikę”, a sprytnym zagraniem scenariuszowym. Dlaczego? Zauważcie, że w premierowym odcinku nie mam wprost powiedziane, że Lecter jest kanibalem oraz mordercą odpowiedzialnym za zabicie dziewczyny na polu. Owszem, mądry widz – i znawca Lectera – domyśli się tego od razu. Niemniej w odcinku nigdzie nie jest wprost powiedziane, że to Lecter zabił tę dziewczynę. Nigdzie też nie jest powiedziane, że płuca, która wprawnie oprawia Lecter są ludzkie. Równie dobrze mogą należeć do wesołej świnki albo owieczki. Naturalnie, nie bądźmy naiwni – wszyscy wiemy, do kogo te płucka należą. Ale fakt, że twórcy jednak nie mówią tego wprost uważam za bardzo istotny. W związku z tym sugestie twórców, że Lecter jest kanibalem uważam za sprytny manewr, a nie wadę serialu. To nie łopatologia, a mądre zaprezentowanie znanej postaci.

Od lewej: David Slade, reżyser odcinka, Bryan Fuller, twórca i scenarzysta, oraz Mads Mikkelsen czyli Hannibal.
Jedyne co mnie martwi w serialu to kwestia chronologii. Bryan Fuller zapowiedział, że akcja „Czerwonego smoka” – czyli polowanie na Francisa Dolarhyde’a – pojawi się dopiero w czwartym sezonie serialu (jeśli dotrwa tak długo). Zastanawiam się więc o czym serial będzie opowiadał do tej pory. Czyżby twórcy zamierzali na własną rękę wymyślać morderców i zrobić z Hannibala bardziej wyrafinowane skrzyżowanie Criminal Minds i CSI? Bo jeśli tak, to ja chyba spasuję. Pozostaje mieć nadzieję, że wierne trzymanie się książek Harrisa okaże się na dłuższą metę zaletą serialu a nie jego wadą.
Mysz z niecierpliwością oczekuje na kolejny odcinek. Nie odmawia się wszak zaproszenia na obiad od samego Hannibala Lectera.

PS. Pod tym linkiem znajdziecie eksluzywny PDF scenariusz pilota ze zdjęciami reżysera, ilustracjami, planami zdjęciowymi, itd.