Jeżeli oglądać to nie indywidualnie…

Mysie rozmyślania na temat grupowych wypadów do kina i tego, jak towarzystwo wpływa na oglądanie filmów.

Mysz jest wyznania (religii?), że ludzie dzielą się na dwa gatunki:
– takich, którzy do kina wolą chodzić sami,
– oraz takich, którzy do kina wolą chodzić z kimś, ewentualnie stadnie.
Mysz nie przyjmuje do wiadomości istnienia trzeciej grupy ludzi, którzy do kina w ogóle nie lubią chodzić. Takie osobniki to nie ludzie, tylko mutanty. Inaczej mówiąc: heretycy albo odszczepieńcy.
Gdy wybieramy się do kina parami zachodzi czasem zjawisko rozproszenia uwagi. Ma to miejsce zwłaszcza w wypadku świeżych par, które wciąż jeszcze czują do siebie wyjątkowo silny pociąg. Innymi słowy: żądzę ciał. Takie ludzkie pary wolą się w trakcie filmu obściskiwać, miziać i robić sobie inne niewymowne rzeczy podczas seansu. Jest też odmiana romantyczna, która patrzy sobie tkliwie w oczka zamiast patrzeć na ekran, tam gdzie Bór przykazał. Trzecia odmiana (do której Mysz z Lubym przynależą) to tak zwani gadacze, którzy gdyby mogli to zapauzowaliby film w kinie, by móc w spokoju, na bieżąco omówić wszystkie jego szczegóły. O dziwo Mysz takie zachowanie u siebie uważa za kompletnie naturalne, za to nienawidzi go u innych. To się chyba nazywa uprzedzenie wybiórcze zwane też ślepotą własną.
Natomiast ludzie chodzący do kina stadnie to niemalże osobny gatunek. Mysz, która gdy ogląda filmy sama potrafi przez dwie godziny nie poruszyć nawet kończyną, tak się wkręca gdy towarzyszą jej inni, że zamienia się w zjadliwego komentatora, istnego członka loży szyderców. Innymi słowy będąc w kinie grupą gadam, śmieję się głośno, komentuję i robię wszystko to, co normalnie tak nas, kinomanów, wkurza w innych widzach zgromadzonych na sali. Nie mam nic na swoje usprawiedliwie. No, może oprócz peer pressure ale to byłoby lekkim przegięciem. Rzecz w tym, że w towarzystwie swoich znajomych – ludzi z gruntu wesołych, sarkastycznych i zjadliwych – zawsze się bawię lepiej, a już na filmach w szczególności.
 

W związku z częstymi stadnymi wypadami do kina (choć rzadszymi niż drzewiej bywało), Mysz zaobserwowała pewne zjawisko. Otóż gdy idziemy ze znajomymi do kina, zazwyczaj doświadczenie to kończy się jednym z trzech wniosków:
a) towarzystwo sprawiło, że kiepski film wydawał się cudowny,
b) towarzystwo sprawiło, że dobry film wydawał się gorszy niż w rzeczywistości był,
c) towarzystwo było jedynymi osobami na sali, które dobrze się na filmie bawiły/w ogóle go zrozumiały.
W wypadku sytuacji a) i b) do wniosków tych często dochodzimy dopiero kilka miesięcy/lat po bytności w kinie, gdy już porównamy film obejrzany w towarzystwie versus obejrzany samotnie, w zaciszu swego domostwa.
Pozwólcie, że wytłumaczę na przykładach.
Przykład a) miał miejsce wczoraj z BAAAARDZO opóźnionym zapłonem. Lat temu wiele (dokładnie sześć) Mysz wybrała się z trójką znajomych na film The Golden Compass. Nie wiedzieliśmy o nim nic, oprócz tego, że gra tam Daniel Craig i Nicole Kidman, i że film jest na podstawie książki.
The Golden Compass oczarował nas kompletnie. Jednak nie tyle sam film – który choć fajny był bardzo niespójny i wielokrotnie wytykaliśmy mu (na głos) błędy logiczne – co zawarty w nim koncept daimonów. Wizja duszy, który towarzyszy człowiekowi w postaci zwierzęcia szalenie zadziałała na naszą wyobraźnię i resztę seansu spędziliśmy wymyślając sobie nawzajem daimony. Głos ogółu zadecydował, że daimonem Myszy oczywiście będzie mysz, choć osobiście bardzo przeciwko temu protestowałam. Dopiero jednak po latach deliberowania na ten temat doszłam do wniosku, że moim daimonem byłaby szynszyla (płci męskiej, o imieniu Malik). I tak, zanim zapytacie: w Myszy umyśle koncepcja daimona utkwiła wyjątkowo silnie. Na tyle, że po obejrzeniu filmu przeczytałam całą trylogię „His Dark Materials” Philipa Pullmana. Dopiero przeczytawszy ją mogłam stwierdzić, że The Golden Compass jest tak naprawdę kiepską ekranizacją.
Wczoraj zrobiłam sobie powtórny seans filmu, który wziął mi się stąd, że odkryłam iż głos Pantalaimona (daimona głównej bohaterki) podkładał Freddie Highmore (Bates Motel). Anywho, wczoraj właśnie zorientowałam się, że The Golden Compass jest nie tylko kiepską ekranizacją, ale właściwie całkiem kiepskim filmem.
Okej, przyznaję – może to po prostu kwestia tego, że wyrosłam już z tego filmu. Z drugiej jednak strony filmy o Narnii nadal uważam za świetne, mimo upływu lat. Przyjęłam więc teorię, że The Golden Compass wtedy, w kinie, spodobał mi się tak bardzo tylko dlatego, że widziałam film w fajnym, rozrywkowym towarzystwie. To właśnie towarzystwo moich bliskich sprawiło, że kiepski film wydał mi się magiczny i czarujący, do tego stopnia, że wciąż jestem w stanie to uczucie oczarowania przywołać z pamięci. Szkoda tylko, że nie mogę go zachować na stałe, bo po wczorajszym seansie mam w ustach (myślach?) pewien niesmak.
Tu muszę się do czegoś przyznać: wpis ten został napisany jako pretekst do rzucenia pytania o daimony. Bo Mysz naprawdę ubóstwia ten pomysł i chętnie by się dowiedziała kto jeszcze z Drogich Czytelników zastanawiał się kiedyś nad swoim daimonem. Jakim zwierzęciem by było? Jak miałoby na imię? Jeśli macie swoje przemyślenia na ten temat z przyjemnością je poznam.
Opcja b) zdarzyła się jeszcze dawniej niż The Golden Compass. Mowa o filmie Van Helsing (2004). First things first: nie oszukujmy się – Van Helsing to nie jest film wybitny. Wciąż jednak pozostaje jednym z najlepszych filmów z tego gatunku (który Mysz rozwlekle nazywa „przygodowa komedia z elementami pastiszu”; zaliczamy do nich m.in. The Mummy oraz National Treasure, The Librarian, poniekąd Indianę Jonesa oraz z nowszych filmów chociażby Hansel and Gretel: Witch Hunters).
Mysz poszła na film z grupą znajomych ze szkoły i tak się złożyło, że troszeczkę spóźniliśmy się na film – na tyle, żeby nie przegapić początku filmu, ale by ominęły nas reklamy. Usiedliśmy i w zdziwieniu zaczęliśmy oglądać… czarnobiały film (jeśli pamiętacie, taką czarnobiałą sceną – wzorowaną na starych filmach o potworach – rozpoczyna się Van Helsing). Nie byliśmy na to przygotowani i przez całą początkową sekwencję zastanawialiśmy się między sobą, czy przypadkiem nie trafiliśmy na złą salę. Wkrótce nasze wątpliwości się rozwiały, ale to uczucie „co my właściwie oglądamy?” pozostało z nami przez cały film.
Przyznaję bez bicia: większość Van Helsinga spędziliśmy bezlitośnie naśmiewając się z… no cóż, ze wszystkiego: scenariusz, aktorstwa, żartów, efektów specjalnych, strojów… Robiliśmy to na tyle skutecznie – i dowcipnie – że rzędy siedzące za nami śmiały się wraz z nami.
Wyszliśmy z filmu w świetnych nastrojach i do dziś wspominamy ten film z wielką sympatią. Jednak dopiero obejrzawszy go po jakimś czasie ponownie (już sama), zorientowałam się, że wszystkie rzeczy, z których w kinie się wyśmiewaliśmy zostały zrobione specjalnie. Nasze piętnowanie filmowych niedociągnięć okazało się więc pustymi żartami, które wynikały bardziej z niezrozumienia konwencji filmu i wzajemnego podjudzania (czy też nakręcania się). Nie zrozumcie mnie źle: bawiliśmy się na filmie świetnie. Przykro mi jednak, że nie doceniliśmy filmu należycie, bo byliśmy zbyt zajęci zabawą w lożę szyderców.
Dobrze chociaż, że teraz, po latach, film wciąż dobrze się trzyma. I że teraz, nauczona doświadczeniem wiem, jak dostrzec zalety Van Helsinga… oraz na co mieć oko, gdy chodzę z grupą do kina. Bo jednak Loża Szyderców naprawdę śmieszna bywa tylko w The Muppet Show.
Natomiast sytuacja c) pojawiła się w życiu Myszy przy okazji filmu Jossa Whedona Cabin in the Woods. Mysz wybrała się do kina z Lubym i jego przyjacielem Krzyśkiem – których możecie kojarzyć z naszego świeżego jak poranne bułeczki podcastu Myszmasz. Obaj panowie, a także Mysz, zaliczają się do kategorii ludzi zwanych geekami. Co więcej wszyscy jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu fanami Jossa Whedona, a niektórzy nawet gatunku horrorów *tu Mysz nieśmiało unosi rękę*. Ci, którzy film Whedon widzieli wiedzą co mam na myśli, gdy mówię, że film Whedona jest gratką dla kinomanów. Odniesień, nawiązań, pastiszy, operowania kliszami, twistów fabularnych i zabawy konwencją jest tam co nie miara. Dla kinomana to swoisty róg obfitości w którym można do woli wybierać, przebierać i doszukiwać się własnych interpretacji.
A przynajmniej tak film odebrała nasza trójka. Reszta widzów siedząca na sali cicho niby trusie. Nie chodzi o to, że mieli zawzięcie dyskutować na temat geniuszu Whedona. Ale umówmy się – jeśli oglądając Cabin in the Woods nie wybuchnąłeś pary razy śmiechem… oglądałeś niewłaściwy dla siebie film. Polscy widzowie, których mieliśmy wokół siebie nie zaśmiali się ani.jednego.razu. Za to myśmy rżeli nieprzystojnie, jako te konie na pastwisku.
Wniosek stąd, że są filmy, które „łapie” tylko pewien konkretny gatunek ludzi. Mysz, gdy chodzi do kina sama, często ma wrażenie, że jest jedyną osobą na sali, która pewne rzeczy rozumie. Wynika to chyba z ilości filmów, które na co dzień oglądam i innych źródeł popkultury, które pochłaniam w ilościach hurtowych. Niejednokrotnie musiałam się w kinie opędzać od zdziwionych spojrzeń (które fukały na mnie, gdy próbowałam je delikatnie odepchnąć nogą), gdy śmiałam się/chrząkałam/wzdychałam podczas konkretnych filmowych scen. Gdy Mysz jest sama w kinie, takie zachowania są piętnowane i Mysz czuję się jak raróg. Ale gdy jestem w grupie ludzi takich jak ja… cóż, wtedy zawsze człowiekowi jakoś raźniej.
Jaki więc wniosek wynika z tego wpisu, Drogi Czytelniku?
Do kina chodzimy grupowo. Wespół wzespół, by żądze kinowe móc zmóc!