Książki vs filmy. Odwieczna walka tytanów.

Mysz zastanawia się jak należy oceniać ekranizacje literatury i na ile “ekranizacja” różni się od “adaptacji”.

Kilka dni temu na blogu filmoweszaleństwo rozgorzała dyskusja odnośnie filmowych adaptacji dzieł literackich. Mysz zresztą nie tak dawno zorientowała się, że zadziwiająca większość jej ulubionych filmów to adaptacje czegoś – książki, sztuki teatralnej, musicalu scenicznego, komiksu, czy nawet gry komputerowej. Często zapominamy jak wiele w kinematografii jest wtórności. Nie tylko jeśli chodzi o pewne schematy, zagrania fabularne czy formuły gatunkowe, ale także w kwestii samych pomysłów, leżących u podstaw danego dzieła. Nic dziwnego, że prawdziwie oryginalne filmy, nie oparte na cudzym pomyśle, natychmiast zyskują sobie przychylność widzów, a kategoria “oryginalny scenariusz” jest uznawana podczas rozdań nagród (oczywiście w teorii) za ważniejszą i bardziej prestiżową niż “scenariusz adaptowany”.
Ale czy słusznie? Fan dowolnego medium przeniesionego na kinowy lub telewizyjny ekran wie, jak wbrew pozorom trudnym zadaniem jest zaadaptowanie dzieła kogoś innego. Jak zauważyła autorka filmoweszaleństwo bardzo łatwo zjechać ekranizację jakiejś książki, bo film w porównaniu ze swoim literackim pierwowzorem zawsze będzie “tym drugim” lub nawet “tym gorszym” – tym który coś zmienia, albo niedostatecznie wiernie podąża za oryginałem.

W pierwszej chwili zgodziłam się z wpisem autorki, która wyrażała swoje niezrozumienie dla ciągłego porównywania ekranizacji i ich książkowych pierwowzorów. Jednak potem zaczęłam się zastanawiać: ile razy miałam pretensje do adaptacji jakiejś książki o to, że coś zostało pominięte, zmienione albo niedopowiedziane?… Naturalnie, odpowiedź brzmi: setki razy. Ale mam wrażenie, że nie o to blogerce chodziło. Jeśli dobrze zrozumiałam, autorka nie mogła pojąć jak ktoś może znienawidzić adaptację filmową za odstępstwo od książkowego oryginału. Osobiście nie odbieram nikomu prawa do nielubienia dowolnych filmów, tak długo jak mnie również pozostawia się taką swobodę. Stwierdziłam jednak, że mimo wielu obiekcji do ekranizacji, chyba nigdy nie miałam wobec tego gatunku jakichś skrajnych emocji. Owszem, pominięcie czy zmienienie pewnych lubianych przeze mnie w oryginale pomysłów bywało smutne lub rozczarowujące, ale nigdy chyba nie doprowadziło mnie do wyrażenia ostatecznego, bezpardonowego osądu pt. “Ten film ssie, bo nie jest taki jak książka”. Mogę go uznać za kiepską adaptację, ale jeśli film był sam w sobie dobry, staram się to docenić.

Temat ten jest jednak o wiele bardziej skomplikowany niż tylko indywidualna różnica gustów. Gdy się nad tym zastanowić, w wypadku oceny adaptacji czy ekranizacji należy wziąć pod uwagę o wiele więcej czynników, niż przy ocenie normalnego filmu. Chciałabym omówić parę z nich i to bardziej dla siebie, niż dla Was. Może jeśli wyklaryfikuję je tutaj, w przyszłości będę częściej pamiętać, jak skomplikowanym, zawiłym procesem potrafi być pisanie recenzji ekranizacji/adaptacji.

1. Adaptacja vs. ekranizacja.

No właśnie? Jaka jest różnica?… As you may have noticed, wcześniej w tekście używałam obu zwrotów naprzemiennie, ale to dlatego, iż nie chodziło mi o konkretne przykłady. Należy jednak podkreślić, że zwroty te nie oznaczają tego samego, a przynajmniej nie powinny.
Ekranizacja, jak wynika z nazwy, polega na przeniesieniu książki – lub innego medium – na ekran. Możliwie jak najwierniej. Można oczywiście pozwolić sobie na pewne zmiany, przemilczenia lub ominięcia wynikające z konstrukcji medium jakim jest film, ale ogólnie przyjmuje się jak największą wierność. Dyskusyjnie, za przykład ekranizacji można podać trylogię Lord of the Rings, czy niektóre (!) filmy z serii o Harrym Potterze. Natomiast adaptacja, as the name suggests, polega na zaadaptowaniu książki/dowolnego medium na potrzeby filmu. Nie ważne czy zmiany te wynikają z konstrukcji medium, widzimisię scenarzysty/reżysera, nowego spojrzenia na temat, czy po prostu innej wizji. Jeśli odstępstw od oryginału zaczyna być zbyt wiele by to zignorować, mamy do czynienia z adaptacją. Do tej kategorii można wstawić chociażby filmy oparte na utworach Phillipa K. Dicka (Minority Report) lub Asimova (I, Robot).
Niby różnica w definicji wydaje się oczywista: wierne przeniesienie na ekran = ekranizacja; dużo zmian/ważne zmiany względem oryginału = adaptacja. Co jednak uznamy za dużo zmian lub za zmiany istotne? Jedni twierdzą, że ostatnia część sagi o Harrym Potterze powinna być uznana za adaptację, bo w filmie zmieniono wiele szczegółów względem finałowych scen. Drudzy powiedzą jednak, że nawet jeśli była to duża zmiana, to zachowująca charakter oryginału, albo wręcz prezentująca nowe spojrzenie na rozgrywające się wydarzenia. Którzy mają rację? Puryści, czy entuzjaści nowych, ciekawych rozwiązań?… Czy dużą zmianą jest przemilczenie kwestii Avoxów w The Hunger Games? Czy w takim razie film, który zdaniem Myszy jest jedną z lepszych EKRANIZACJI jakie widziała, powinien być uznany za adaptację?
Podaję przykłady popularnych ostatnio filmów z wielkich franczyz (nie znoszę tego słowa!) bo są to filmy, które wszyscy mniej-więcej kojarzą. Oczywiście moglibyśmy omawiać kwestie przyporządkowania filmu do kategorii ekranizacji lub adaptacji na innych przykładach: Interview with the Vampire, Wuthering Heights, Wiedźmina *powstrzymuje nieprzystojny rechot*, Animal Farm, Life of Pi, Fight Club, Trainspotting, American Psycho, The Shawshank Redemption, The Shining, Twilight… przykładów są tysiące, a opinii jeszcze więcej. Prawdą jest jednak, że każdy widz, w własnym sercu i głowie musi dokonać rachunku sumienia i dojść do wniosku, czy dany film jest dla niego adaptacją czy ekranizacją.
Dlaczego jest to tak ważne, zapytacie. Bo zależnie od grupy do której go przyporządkujemy, film może zostać łagodniej potraktowany. Zwłaszcza jeśli rozpatrujemy zgodność z oryginałem.

2. Zgodność z oryginałem.

Ten punkt niejako powtarza pytania wymienione powyżej w punkcie pierwszym. Co uznajemy za dużą zmianę? Czy brak niewielkiego elementu, oprócz tego że zauważony i opłakany przez nas, wiernych fanów książki, wpłynie jakoś na odbiór filmu jako całości? Czy naprawdę wielka zmiana jest w stanie zepsuć nam już na zawsze literacki pierwowzór, albo pozbawić nas przyjemności z oglądania filmu? Czy cudza wizja – reżysera, scenarzysty, producentów, aktorów, kostiumografów czy scenarzystów – wizja inna od naszej automatycznie sprawia, że ekranizacja/adaptacja jest zła lub w jakiś sposób gorsza?… A może właśnie interpretacja inna od naszej jest zaletą? Nowym, świeżym spojrzeniem na temat, który jest nam tak bliski, że nieomal zapomnieliśmy o czymś takim, jak indywidualny, zróżnicowany odbiór dzieła?
Tu również każdym musi sam określić granice: co uważa za zmianę niewybaczalną, co za konieczną, a co za nowe, ciekawe spojrzenie na dobrze znany materiał.

3. Dobry film/zły film.

Fani książki, nie bez powodu zakochani w literackiej wersji historii, często zapominają, że nawet jeśli adaptacja nie jest wyjątkowo wierna, może wciąż być świetnym filmem. Na ten przykład, Mysz uważa jeden ze swoich ulubionych filmów, Interview with the Vampire, za adaptację, a nie ekranizację. Widzę w filmie zbyt wiele różnic względem oryginału – drobnych bo drobnych, ale jednak – bym mogła go uznać za ekranizację, choć dla przeciętnego widza film będzie dość wiernym przeniesieniem na ekran książki Anne Rice. Co więcej kolejne przeniesienie prozy Rice na ekran, Queen of the Damned, również uważam za adaptację. Ale podczas gdy IwtV jest obiektywnie filmem dobrym, QotD z pewnością nim nie jest.
Sądzę, że oglądając adaptację/ekranizację należy mimo wszystko pamiętać, że nie chodzi tylko o to by robić coś wiernie. Gus Van Sant swego czasu zrobił remake Psycho Hitchcocka, niemalże klatka po klatce. Film został skrytykowany wzdłuż i wszerz jako kompletnie nieoglądalny. Wierność oryginałowi nie jest więc ostatecznym czynnikiem, który decyduje o powodzeniu ekranizacji/adaptacji. Ważna jest też zupełnie obiektywna, bezstronna ocena, czy film który oglądamy jest filmem dobrym: sprawnie zrealizowanym, mądrze napisanym, dobrze wyreżyserowanym, umiejętnie zagranym… Należy pamiętać, że kiepska adaptacja będąca dobrym filmem może być o wiele lepsza – i znośniejsza w oglądaniu – niż wierna ekranizacja, która jest totalnym gniotem. Czego dobrym przykładem jest chociażby film Eragon.
 

4. Odbiór laika

Kolejny istotny element, który podpada niejako pod kategorię “dobry/zły film”: czy adaptacja lub ekranizacja jest zrozumiałe dla laika? Oczywiście, między innymi dlatego wielkie studia przenoszą na ekran kolejne popularne książki, bo dzieła te posiadają pokaźny fandom. A fandom to pewność zysków. Nie zmienia to faktu, że mądry reżyser będzie się starał, aby film był zrozumiały nie tylko dla fanów, ale także dla ludzi, którzy o pierwowzorze nie wiedzą nic, może oprócz tego, że istnieje. Ta granica, między “zrozumiały dla postronnego widza” a “zgodny z oczekiwaniami fanów” jest chyba dla twórców najtrudniejsza. Odnoszę wrażenie, że to właśnie przez ten wymóg wiele adaptacji i ekranizacji gubi gdzieś po drodze lubiane przez fanów postacie, a czasem wręcz całe sceny czy wątki. Bo, najprościej rzecz ujmując, bez znajomości książki/gry/komiksu nie mają one sensu – trzeba by poświęcić zbyt wiele czasu (i taśmy) by je odpowiednio przedstawić i zakorzenić w fabule, a prawdopodobnie nikt, oprócz hardcore‘owego fana, by ich nie zrozumiał. A nie ma nic gorszego niż film, który jest bez sensu.

Oczywiście dobry, doświadczony reżyser jest w stanie stworzyć film tak, by wilk był syty i owca cała. Tu Mysz przytoczy znów The Hunger Games. Osobiście byłam zachwycona filmem i uważam ją za bardzo wierną ekranizacją książki Suzanne Collins, a ewentualnie dokonane zmiany uznaję za pewną ofiarę złożoną na ołtarzu kinematografii. W zamian otrzymałam nie tylko świetną ekranizację, ale także dobry film, oraz – co najważniejsze – film zrozumiały dla nie-fana. Nadal twierdzę, że ci, którzy książkę przeczytali, mogli wynieść z ekranizacji więcej (wszystko jest kwestią pewnych subtelnych ukłonów w stronę oryginału; z nich słyną chociażby ekranizacje komiksów), ale postronny widz mógł obejrzeć The Hunger Games i bez problemu zrozumieć, o co w filmie chodziło. Kto wie? Może nawet dzięki filmowi sięgnie po książkę?

5. Co było pierwsza – książka czy film?

Mowa o wspomnianej wyżej sytuacji, gdy ktoś sięga po książkę zainspirowany filmem. Owszem, wydaje się, że o wiele częściej jest tak, że ktoś najpierw czyta książkę, a dopiero potem ogląda film. Dlaczego?…Mógł na przykład dowiedzieć się, że istnieje taki-a-śmaki film oparty na książce i zaintrygowany postanowił najpierw zapoznać się z oryginałem, by potem obejrzeć jego ekranizację. A może przeczytał świetną książkę i parę lat później, w wyniku zrządzenia losu, wielkie studio postanowiło ową książkę zaadaptować?… różnie to bywa.

Nie oszukujmy się jednak. Istnieje też przypadek odwrotny, gdy dopiero po obejrzeniu jakiegoś filmu sięgamy po jego literacki pierwowzór. Dla Myszy przykładem – znowu – niech będzie Interview with the Vampire. Najpierw obejrzałam film Neila Jordana i zachwycona nim sięgnęłam po prozę Anne Rice. Również w wypadku Game of Thrones najpierw obejrzałam parę odcinków serialu, by potem wgryźć się w książkę. Z kolei nadchodzącą premierę filmową The Mortal Instruments: City of Bones poznałam najpierw w wersji literackiej. Przykłady podaję tylko po to, by zobrazować, że różni widzowie w różnej kolejności poznają książki i oparte na nich filmy. Nie ma jedynej słusznej kolejności, ani jedynej słusznej metody. Wspominam o tym ponieważ istnieje teoria, jakoby osoby które najpierw poznały film a dopiero potem literacki pierwowzór, były o wiele bardziej pobłażliwe w stosunku do wprowadzonych w ekranizacji/adaptacji zmian. Podobno to właśnie ludzie, którzy najpierw tygodniami/miesiącami/latami zaczytywali się w książkach, wyobrażając sobie wszystko po swojemu, są najbardziej srogimi krytykami.

Mysz jest jednak autentycznie ciekawa czy tak jest rzeczywiście. A może istnieją dwa przeciwne grupy: tych, którzy obejrzawszy film, a potem przeczytawszy książkę zaczynają w adaptacji wytykać błędy, oraz tych, którzy oczytani z książką wszelkie świeże spojrzenie przyjmują z otwartymi ramionami?… jakieś wyznanie, Drodzy Czytelnicy? Komentarze? Sugestie?

6. Niedźwiedzia przysługa…

…czyli odwieczny argument: “Ten film jest tak zły, że nikt nie sięgnie po książkę”.
BZDURA.
Rzeczywiście bywają ludzie, którzy po obejrzeniu adaptacji/ekranizacji stwierdzają, że film nie przypadł im do gustu i że po książkę na pewno nie sięgną, bo po co. Pewnie jest tak samo głupia/płytka/kiepska (niepotrzebne skreślić). Ci ludzie to, bez urazy, parapety.

Naturalnie, istnieją złe filmy oparte na złych książkach/komiksach/grach i wtedy rzeczywiście nie należy sięgać po ich pierwowzory. Ale ciekawski, inteligentny, dociekliwy człowiek będzie raczej zawsze dążył do porównania złego filmu z jego literackim oryginałem. Zresztą zjawisko to mam miejsce zarówno w przypadku bardzo złych filmów (gdzie chęć porównania wynika z potrzeby przekonania się czy oryginał jest równie kiepski) jak i bardzo dobrych (w tym wypadku chodzi o porównanie czy książka jest równie dobra co film). Tak naprawdę jedyne filmy, które sprawiają, że nikt nie chce po pierwowzór sięgnąć to te zrobione… nijako. Ani dobrze, ani źle – nieciekawie, sztampowo i przewidująco. Może przemawia przeze mnie naiwność lub zbytnia wiara w ludzkość, ale naprawdę uważam, że inteligentny widz będzie, częściej niż rzadziej, próbował porównać ekranizację/adaptację z jej literackim pierwowzorem. Chociażby ze zwykłej ciekawości. Oczywiście, trzeba też pamiętać, że ludzie są różne – i tak jak w wypadku wcześniejszych punktów, to czy ktoś sięgnie po książkę na której oparto film jest li tylko i wyłącznie kwestią indywidualnego podejścia.

Wszystkie powyższe argumenty (mniej lub bardziej) wpływają nie tylko na pisanie filmowych recenzji, ale także na wydawałoby się rzecz o wiele prostszą, czyli wyrobienie sobie opinii o danej ekranizacji/adaptacji. Zadanie to jest tym bardziej utrudnione, w im większej grupie przyjdzie nam dane dzieło omawiać. Nie dość, że należy wówczas rozpatrzeć wiele aspektów, które składają się na to czy film jest dobry czy zły, ale także wziąć pod uwagę to, że każdy do danego aspektu może mieć inne, bardzo subiektywne podejście.
Jak to mądrze powiedział kiedyś pewien poeta: Ile punktów widzenia tyle punktów siedzenia. Pamiętajcie o tym i starajcie się być wyrozumiali, tolerancyjni, ale przede wszystkim bardzo, bardzo wnikliwi w swoich recenzjach. Bo łatwo jest powiedzieć: “Książka była lepsza”, ale prędzej czy później ktoś będzie chciał z Wami podyskutować dlaczego tak uważacie. I wówczas mogą zacząć się schody. Lepiej żebyście byli na to przygotowani :)
PS. Na koniec odniosę się jeszcze do zamieszczonych we wpisie obrazków. Choć przekonują one o bezsprzecznej wyższości literackiego pierwowzoru nad ekranizacją/adaptacją, Myszy celem w tym wpisie było właśnie udowodnienie Wam, że nie jest to takie proste, jakby się wydawało. Zwłaszcza, że istnieją filmy, które są o niebie lepsze od swych pierwowzorów. W tym wypadku Mysz zawsze za przykład podaje ww. Interview with the Vampire. Niby średnio-wierna ekranizacja dobrej książki, a film przewyższa oryginał. Logicwe do not use it, here at Mysza Movie ^__^

EDIT: Ciekawy tekst na ten temat, courtesy of Luby.