Lada dzień… – wpis o miłości, nadziei i wyższości Francji nad Polską

Notka o “Any Day Now” czyli przecudownym filmie o tematyce LGBT, który Mysz poleca każdemu.

 
Spóźniony wpis za wczoraj. Mysz przeprasza (zauważyliście zapewne, że to u mnie częsty motyw, bo systematyczność nie należy do moich zalet), ale winę za to ponosi nagranie do podcastu, które wyjątkowo musiało się odbyć w środę, a nie tak jak zwykle w piątek.
Excuses aside, dziś chciałam wspomnieć o istotnej dla mnie sprawie. Akurat tak się złożyło, że jest to też sprawa ważna dla świata, a przynajmniej ostatnio znów zrobiło się o niej głośno, dzięki Francuzom. Otóż francuski rząd ustalił dwa dni temu, że w ich kraju homoseksualne pary mogą nie tylko zawierać małżeństwa, ale także adoptować dzieci.
Tu pora na wyznanie (dla tych, który jeszcze mogą nie wiedzieć): Mysz całym sercem wspiera homoseksualistów w ich dążeniu do równouprawnienia. W każdym względzie i pod każdym apsektem. Czy uważam, że powinni mieć prawo do związków partnerskich/małżeństw/wspólnych praw majątkowych/planów emerytalnych i wszystkich innych przywilejów, które mają pary heteroseksualne?… Tak. Czy uważam również, że powinni mieć prawo do adopcji?… jak najbardziej. Choć sama nigdy nie byłam niechcianym dzieckiem, wydaje mi się, że jednak lepiej jest mieć dwóch tatusiuów lub dwie mamusie, niż nie mieć żadnego rodzica.
W temat tego ważnego i godnego szacunku kroku ze strony francuskiego rządu pięknie wpasował się film, który dwa dni temu udało mi się obejrzeć. Mowa o niezależnej perełce Any Day Now.

Uwaga: wpis zawiera drobne spoilery fabuły filmu

Any Day Now to nagrodzony na wielu festiwalach (w tym m.in. Tribeca, międzynardowe festiwale filmowe w Seattle i Chicago, czy Outfest) film Travisa Fine’a. Pana Fine’a możecie znać przede wszystkim jako drugoplanowego aktora – grał m.in. pielęgniarza Johna w filmie Girl, Interrupted z Angeliną Jolie i Winoną Ryder. Fine w pewnym momencie zrezygnował z aktorstwa by zostać… pilotem samolotów. To dopiero ciekawa decyzja karierowa. Jednak showbiznes nie daje o sobie łatwo zapomnieć, bo Travis Fine, zrezygnowawszy z aktorstwa, znalazł nową miłość w kręceniu filmów. Nie miałam co prawda przyjemności oglądać jego poprzednich dzieł, ale z pewnością będę ich wyglądała w przyszłości, bo warto mieć na Fine’a oko.
Jego najnowszy film to poruszająca historii o miłości, niesprawiedliwości prawa i istotnych zagadnieniach społecznych, rozgrywająca się w lata 70-tych w Los Angeles. Rudy Donatello to borykający się z biedą aspirujący muzyk, który zarabia jako dragqueen w nocnym klubie w West Hollywood. Tam poznaje Paula Fleigera – wciąż ukrytego w szafie prawnika, z którym nawiązuje krótki romans. Znajomość z prawnikiem okazuje się szalenie przydatna, gdy Rudy poznaje Marco – upośledzonego syna swojej sąsiadki, Marianne. Gdy ta ląduje w więzieniu za narkotyki, Rudy postanawia zająć się Marco. Nie chcą by chłopiec wylądował w domu zastępczym, Rudy namawia Paula do pomocy. Razem udaje im się namówić Marianne do podpisaniu dokumentów, które uprawniają mężczyzn – podających się, dla dobra sprawy, za wspólnie mieszkających kuzynów – do tymczasowej opieki nad Marco.
Oczywiście film byłby nudny, gdyby na tym skończyła się historia tej trójki. Niestety “związek” Rudy’ego i Paula zostaje ostatecznie poddany w wątpliwość. Ich życie staje się walką o prawo do opieki nad Marco, którego zdążyli z całego serca pokochać. Jednak ich chęć stania się legalnymi, permanentymi opiekunami Marco spotyka się z ogromną niechęcią i wrogością ze strony prawa…
Okej. Wiem, jak to brzmi: “kolejna sentymentalna bzdura o tym jak trudno się kiedyś żyło homoseksualistom”. I jest w tym odrobina racji. Ale na szczęście Fine’owi udało się uniknąć nachalnego grania na emocjach, które często w tego typu produkcjach się pojawia. Nie ma wielkich scen, nie ma emocjonalnego szantażu ani wywierania presji; nie ma wpychania do gardła widza opowieści o dwóch gejach i ich Wielkiej, Pięknej Miłości. Jest za to opowieść o dwóch mężczyznach, którzy z całej siły pragną by Marco – chłopiec który stał się dla nich synem – żył tak, jak na to zasługuje: w kochającym, ciepłym, prawdziwym domu.
 
Scenariusz do filmu napisany 30-ści lat temu przez George’a Arthura Blooma, a zaadaptowany przez Fine’a, jest równie aktualny dziś, co w latach 70-tych. Choć poziom tolerancji dla par homoseksualnych wzrósł od tego czasu niezmiernie, wciąż istnieją obecnie kwestie prawne i społeczne, które we mnie podczas oglądania Any Day Now mocno rezonowały. Uprzedzenia z tamtych czasów wcale nie przeminęły tak bardzo jak mogłoby się niektórym wydawać. Hurra-optymistyczne podejście do wzrostu tolerancji nie zmienia faktu, iż homoseksualiści wciąż uznawani są za “pośledniejszy gatunek”. Uświadomienie sobie, że kiedyś istniało w społeczeństwie – i systemie prawnym – przekonanie, że wychowanie dziecka przez dwoje homoseksualistów będzie w jakiś sposób dla niego krzywdzące, było dla Myszy głęboko poruszające. Zwłaszcza w kontekście filmu, gdzie chodzi przecież o chłopca z zespołem Downa. Nikt inny nigdy go nie zechce. Z punktu widzenia prawa sensowniej będzie go oddać do domu zastępczego czy nawet instytucji dla osób upośledzonych. Nikogo nie obchodzi, że Rudy i Paul naprawdę kochają tego chłopca, jak własne dziecko. To przecież wstrętni geje, którzy na pewno zdeprawują to biednie dziecko, jeśli już im się nie udało tego zrobić. Co więcej, moje poruszenie wzrosło gdy uświadomiłam sobie, że podobne podejście do kwestii wychowania dzieci przez pary homoseksualne pojawia się takze współcześnie. Ten aspekt – tego “stania w miejscu” pod wzgledem wzrostu ludzkiej tolerancji i zrozumumienia – jest moim zdaniem w filmie naistotniejszy. Jak to ujęto w pewnej recenzji “Any Day Now to wstrząsające, bezpardonowe przedstawienie zinstytucjonalizowanej homofobii, która szalała po świecie 30-ści lat temu”.
 
Wielka zasługa Fine’a w tym, że film mimo swych emocjonalnej tematyki i poruszającego przesłania, zdołał uniknąć taniej sentymentalności. Związek Rudy’ego i Paula ukazany jest przede wszystkim przez pryzmat ich miłości do Marco, trudno więc mówić o jakiejś “gejowskiej propagandzie dla heteryków”. Tym bardziej, że Fine, jak sam przyznaje, jest heteroseksualny. Nie uważam, że orientacja Fine’a miała negatywny wpływ na film; że to właśnie ona była powodem “spłycenia” wątków romantycznych między Paulem i Rudy’m. Wręcz przeciwnie: myślę, że “hetero spojrzenie” Fine’a pozwoliło skupić się na tym, co jest naprawdę w tej historii istotne: na rodzinie i zwyczajnej, ludzkiej miłości. Brak nachalności Fine’a w przedstawianiu relacji między dwójką mężczyzn sprawia, że jest to po prostu związek dwójki ludzi. Ich płeć staje się względna – istotne jest jedynie uczucie.
Co nie znaczy, że postacie w Any Day Now są jakoś specjalnie “uheterykowane”. Rudy – grany wspaniale przez Alana Cumminga – to głośny, wygadany, pełen kokieterii i wewnętrznego poweru gej z Nowego Jorku, który jest jak kolorowa papuga w betonowej dżungli. Nic dziwnego, że przyciągnął spojrzenie – i uczucie – cichego, spokojnego Paula (w tej roli ogromnie lubiany przez Mysz aktor, Garret Dillahunt. Postacie te, choć brzmią jak tradycyjne, gejowskie stereotypy, wspaniale unikają popadania w zbytnią przesadę. Rudy, choć wyszczekany i nie dający sobie w kaszę dmuchać, to w gruncie rzeczy prosty, optymistycznie nastawiony do życia facet, który za brawurą skrywa ogromne serce. Z kolei Paul pod maską spokoju i bezwarunkowej akceptacji życia takim jakie jest, kryje pokłady wewnętrznego buntu, który raz na jakiś czas wychyla swój rogaty łeb. Większość recenzentów pod niebo wychwalała Cumminga za jego odważne i szczere podejście do roli Rudy’ego. Mysz jednak bardziej skłonna byłaby wychwalać Dillahunta. Po pierwsze dlatego, że Cumming już nie raz nam pokazywał co potrafi. Po drugie to właśnie spokojny, cichy, wyrozumiały Paul jest moim zdaniem ukrytym sercem filmu. Rudy to ten szalony ekstrawertyk, który wszystko musi z siebie wyrzucić teraz-zaraz. A Paul to ta stabilna, niewzruszona kotwica, która trzyma kołyszącego się na burzliwym morzu emocji Rudy’ego.
Jednak Any Day Now nie byłby kompletny bez postaci Marco, który staje się katalizatorem nie tylko w ogóle dla związku Paul i Rudy’ego, ale także dla ogromnych, nieodwracalnych zmian w ich życiu. W rolę tę cudownie wciela się debiutant Isaac Leyva, nastoletni aktor z zespołem Downa. Isaac jest głównym powodem, dla którego film ten działa tak mocno. Jego absolutna otwartość, dobroć i miłość sprawiają, że niemalże natychmiastowa sympatia Rudy’ego – a potem Paula – do Marco zupełnie widza nie dziwią. Fine wspomina w wywiadach jak ogromny wpływ miał Isaac na zmianę koncepcji postaci Marco. W pierwszych wersjach scenariusza była to postać o wiele bardziej agresywna, pełna złości, używająca przekleństw. Dopiero poznanie Isaaca uświadomiło Fine’owi, że osoby z zespołem Downa nie bywają agresywne, a raczej są to właśnie bardzo przyjazne, otwarte osoby. Zasługa leży też w żonie Fine’a, Kristine, która przypomniała mu, jak ogromne wrażenie w filmie The Blind Side odegrał milczący przez sporą część filmu Quinton Aaron. Właśnie dzięki temu milczeniu także postać Marco stała się w filmie szalenie intrygująca, bo wiadomo, że gdy w końcu się odzywa, to co chce powiedzieć, jest istotne.
Ciekawe jest także to, jak Fine zmontował gotowy film. Wspomniałam wyżej o tym, że w Any Day Now udało się uniknąć zbytniego sentymentalizmu i grania na emocjach. Fine wyjaśnił, że osiągnął ten efekt w bardzo specyficzny sposób – podczas montażu filmu wyrzucił z niego dosłownie wszystkie emocjonalne momenty. Zero łez, wzruszeń, płomiennych przemówień, itd. Jak to ujął Fine: “wyrzuciłem wszystkie momenty, które sprawiały wrażenie metaforycznego krojenia cebuli, tylko po to, by wycisnąć z widza łzy”. Następnie, w tak przycięty film, dodawał pojedyncze, emocjonalne sceny. W ten sposób film powoli ewoluował, nigdy nie przekraczając tej cienkiej granicy między “poruszający” a “propagandowy”.
Podsumowując: ogromnie polecam ten film wszystkim Drogim Czytelnikom. I nawet jeśli, w przeciwieństwie do Myszy, nie kręcą Was filmy z nurt LGBT i tak powinniście Any Day Now obejrzeć. Może naiwnie, ale uważam, że im więcej będzie w nas zrozumienia dla zwykłej, ludzkiej miłości – czy to między dwójką mężczyzn, czy tymi mężczyznami a ich przybranym synem – tym lepszymi ludźmi sami się staniemy. I tego wam oraz sobie życzę.
 
PS. Wpis ten niejako wpasowuje się w dzisiejsze świętowanie Dnia Świadomości Alienacji Rodzicielskiej (inspiracją Fine’a do nakręcenia filmu były jego własne doświadczenia jako rozwodnika i ojca, czyli “tego drugiego rodzica”).