Ser-skrót #14, czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.

Mysz nadal walczy z problemami z Internet. Więcej: walczy z problemami natury wewnętrznej, czyli przerażającym brakiem motywacji. Niestety Mysz jest zwierzęciem, które łatwo i szybko się przyzwyczaja do pewnych rzeczy. Innymi słowy, Mysz jest stworzeniem rutyny (rutynowym?). I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że nawet niewielka przerwa w systematyczności Myszę z tej rutyny wybija. Niemożność zamieszczania regularnych postów spowodowała więc Myszowe folgowanie słomianemu zapałowi. I tak poniedziałkowa notka o serialach (która normalnie jest gotowa w niedzielę wieczorem), pisana jest dopiero we wtorek i to też wyjątkowo niechętnie. Ale ponieważ pisanie bloga od początku było dla mnie oparte na delikatnej równowadze love/hate, obecne problemy nijak mnie ni dziwią. Oznaczają li tylko i jedynie, że muszę się znów bardziej przyłożyć do regularnego pisania. A to, czy uda mi się te wpisy równie regularnie zamieszczać to insza sprawa, zupełnie mi nie podległa. Trust me: gdyby na mój Internet działały te motywujące przemowy, które urządzam samej sobie w lustrze, to miałabym najszybszy Internet w Warszawie, jeśli nie w Polsce.
Ten długi wstęp jest swoistym “apologies” wystosowanym do Drogiego Czytelnika. Żeby wiedział, że Myszy nie jest zwierzęciem mściwym, a jedynie leniwym. Prowadzenie bloga to ciągła wewnętrzna walka Mysiego “niekcem misiem” z potrzebą pisania o popkulturze. Nie zawsze jest to walka przyjemna. Ale chyba warto ją prowadzić.
Zapraszam więc ponownie na – miejmy nadzieję, znów regularne – streszczenie seriali. W tym tygodniu ze skrótu odpada serial Criminal Minds, bo Mysz zdała sobie sprawę, że procedurale są jak komedie: trudno opowiedzieć o co chodzi, bez albo strasznych spoilerów, albo drętwego donoszenia kto, kogo i dlaczego. Poza tym Criminal Minds ma tendencję do ciągów naprawdę słabych odcinków, by potem zaskoczyć czymś wspaniałym. Jeśli coś takiego nastąpi, być może wrócę do serialu. Gwarancji jednak nie ma.

PS. Podobno oficjalnie skasowano serial Smash. Mysz to niezmiernie smuci, bo serial lubi, a z drugiej strony cieszy, bo w ten sposób zrobi się więcej miejsca na inne seriale. Hm, może Defiance, choć to znienawidzone przez Mysz sci-fi?… Thoughts?

Miłego czytania. Jak zwykle ostrzegam: post PEŁEN SPOILERÓW.
EDIT: Post chwilowo niezbetowany.
 

Sobota 06.04.13


Smash 2×10 – The Surprise Party

– uparte skłócanie Ivy i Toma co drugi odcinek zaczyna mi już serdecznie grać na nerwach. Mysz lubi gdy w serialu są pewne relacje, które są stałe i (w miarę) niezmienne. Służą one wtedy jako emocjonalna kotwica dla widzów, w zalewie rozpadów związków, kłótni, rozwodów, romansów i różnych innych przygód, których doświadczają serialowe postacie. Taką kotwicą jest np. relacja Castle i Beckett w Castle‘u. W Smash taką relacją powinna być przyjaźń Toma i Julii, ale twórcy uparli się ciągle im rzucać kłody pod nogi. W drugiej kolejności kotwicę powinien stanowić związek Toma i Ivy, ale także tutaj scenarzyści muszą dorzucić swoje trzy grosze. Ich relacja powoli staje się coraz mniej wiarygodna.
That being said, czyż Tom nie jest przeuroczy? Nie wiem jak Wy, ale gdyby ktoś sprawił, że Liza Minelli zaśpiewałaby specjalnie dla mnie napisaną piosenkę, to byłabym w stanie wybaczyć wszystko. Nawet to, że ktoś za moimi plecami zatrudnił moją matkę, by wspólnie ze mną grała na scenie. Ale akurat w wypadku MYszy sytuacja jest ciut prostsza, bo mimo iż Mamut Żeński nie należy do osób łatwych w odbiorze, Mysz pozostaje z nią w dobrych – choć intensywnych – stosunkach. Ale nie o mnie miało być.
– na froncie menage trois między Karen, Jimmym i Derekiem jak zwykle wybuchają fajerwerki i to nie z tego fajnego rodzaju. Mam serdecznie dosyć kolejnych wybuchów Jimmy’ego. U Dereka mi one nie przeszkadzają – wiadomo, że ta postać zachowuje się tak od dawna, poza tym ma do tego pewne prawa (jako wielki imć pan reżyser), no i ma też tę słodką, sympatyczną stronę (życzenia urodzinowe dla Ivy). Natomiast Jimmy praktycznie nigdy nie pokazuje swojej dobrej strony, no chyba, że chce się dobrać do majtek Karen. Czy on w ogóle ma dobrą stronę? Jest pewna granica między napisaniem genialnego dupka o złotym sercu, a napisaniem genialnego dupka. Mam wrażenie, że w tej kwestii scenarzyści Smash skiepścili sprawę.
– Cieszy mnie natomiast powoli rodzący się romans między Julią a Scottem. Naprawdę lubię – mimo wszystko – postać Julii i życzę jej jak najlepiej. A Scott jest przemiłym, przeuroczym, dowcipnym facetem. Pozostaje tylko pytanie kiedy scenarzyści dopiszą mu jakiś idiotyczny, konfliktowy wątek. Na przykład złego brata bliźniaka z amnezją. Albo sekretny harem zamawianych przez Internet arabskich żon. Naprawdę, po twórcach Smash można się spodziewać wszystkiego.
– odcinek zawodził tym bardziej, że choć piosenka “Original” była urocza (i fajnie wystawiona) brzmiała zbyt jak kawałek Taylor Swift, by pasować do Smash. Nie że mam coś do panny Swift – akurat bardzo lubię jej piosenki. Ale nie w “poważnym” serialu o musicalach. A już coveru “Bittersweet Symphony” (jednej z Myszy ukochanych, kultowych, nie-cover-owalnych piosenek) to im nigdy nie wybaczę. Jego płaskie, zupełnie nijakie wykonanie nijak się ma do mocy oryginału. Szkoda.
Podsumowując: przestaję się dziwić, dlaczego krąży plotka, że serial został skasowany. Pozostaje mieć nadzieję, że któryś z pozostałych (bodajże) 7 odcinków zdąży nam wynagrodzić ten ostatni spadek formy.

 

Niedziela 07.04.13


Shameless 3×12 – Survival of the Fittest

– dobra, przyznaję: scena w której Frank malowniczo rzyga krwią na taflę lodowiska mocno mną poruszył. Niby spodziewałam się czegoś takiego, ale nigdy bym nie wpadła na to, że twórcy pokażą to tak dosadnie. Then again, przecież to Shameless. Ogólnie nie wiem co myśleć o tym wątku. Z jednej strony wygląda na to, że Frank dostał szansę na “odkupienie”. Z drugiej strony… kurde. Zdaniem Myszy nie ma drugiej postaci w tym serialu (no, może Karen), która by mniej na to odkupienie zasługiwała niż Frank. Czas – i kolejny sezon – pokaże co z tego bliskiego spotkania ze śmiercią wyszło.
– Skoro o Karen mowa: jak to dobrze, że wyjechała z Jodym. Najlepiej niech już nie wraca. Jody wrócić może (łaskawa Mysz, mogła zabić)

– oczywiście niezmiernie cieszy wątek Lipa, który nie dość, że otrzymał dyplom ukończenia liceum to jeszcze otrzymał list z MIT z informacją, że dostał pełne stypendium na studia. Pozostaje pytanie: co w tej sytuacji zrobi Lip? Pójdzie na studia i zostawi rodzinę na prawie wyłącznym utrzymaniu Fiony (która co prawda ma szansę na pracę, ale z Gallagherami nigdy nic nie wiadomo)? Czy może mimo wszystko zrezygnuje ze świetlanej przyszłości? I co z jego związkiem z Mandy? Czy teraz, gdy wiemy, że jej działania nie poszły na marne – a Karen wyjechała w siną dal – Lip odnajdzie w swym sercu dość miłości, by wybaczyć Mandy?… Mysz ma nadzieję, że tak.
– Ian, jak zwykle z resztą, kompletnie złamał mi serce. Nie dość, że cichaczem wymknął się z domu i wstąpił – podstępem – do aktywnej służby wojskowej, to jeszcze miał tę łamiącą serce scenę pożegnania z Mickeyem. Mysz przyznaje: płakałam jako ten bober. Dlaczego moje ulubione postacie nie mogę zaznać chociaż minimum szczęścia?!
– Skoro o moich ulubionych postaciach mowa: wow. Matka Veronici naprawdę wycięła jej paskudny numer. Nie chcę sobie nawet wyobrażać jak ja bym się w takiej sytuacji poczuła (pomijam, że nigdy bym się w niej znalazła in the first place). Cieszy mnie jednak, że całej trójce – Veronice, jej matce i Kevinowi – udało się ostatecznie pogodzić. Naprawdę jestem ciekawa co wyniknie z tej nietypowej komórki społecznej zwanej rodziną.
– Sheila zaczęła prowadzić domowy sexshop. Dlaczego mnie to wcale a wcale nie dziwi?

Poniedziałek 08.04.13


  The Following 1×12 – The Curse

Przykro mi donieść, że zdaniem Myszy The Following się ostatnio mocno opuścił. Okej, mieliśmy powrót postaci Mike’a Westona *ściska go*, emocjonującą konfrontację między zarówno Emmą i Claire, jak i Joe i Ryanem… ale poza tym w odcinku nie zobaczyliśmy właściwie nic nowego. Roderick i Joe coraz bardziej się od siebie oddalają, Claire naturalnie wciąż nie może się przekonać do dobrych intencji Joe, Ryan obwinia się za śmierć wszystkich ludzi (dosłownie, wszystkich. Na całej ziemi. Nie tylko jego bliskich), Joe i Emma znów ze sobą kręcą… to wszystko już było.

Jedyne nowe wiadomości, jakie otrzymaliśmy to flashbacki z życia młodego Ryana. Sama śmierć jego ojca oczywiście nie była najważniejszą informacją, jaką z tych scen wynieśliśmy (o wpływie, jaki na życie Ryana miała śmierć jego ojca wiemy od dość dawna). Ważną – i zupełnie nową – informacją było natomiast to, że nastoletni Ryan doprowadził do śmierci narkomana, który zastrzelił jego ojca. To czyni z Ryana mordercę; kogoś, kto wcale się tak bardzo nie różni od Joe. Oczywiście sama ta informacja nie wystarczy by wpłynąć jakoś na fabułę serialu czy rozwój postaci – ktoś się musi o tej wielkiej tajemnicy dowiedzieć (najprędzej Joe). Mysz czeka na ten moment z utęsknieniem, bo niestety The Following zaczyna mnie powoli nudzić. Nie jako strasznie, ale na tyle, by nie chciało mi się o nim pisać długich recenzji. Bo jak nie ma o czym to po co lać wodę?

Bates Motel 1×04 – Trust Me

Niestety w tym tygodniu także Bates Motel zawodzi. Serial od pierwszego odcinka co tydzień obniża formę. Szkoda, bo koncepcja jako taka – oraz naprawdę niezły pierwszy odcinek – zapowiadały kawał naprawdę dobrego, thrillerowego serialu.
Niby obserwujemy rozwój pewnych postaci: poprawienie relacji między Dylanem i Normanem, które coraz bardziej zaczyna przypomina stosunki między braćmi; zauroczenie Normana Bradley, kumulujące się w tym odcinku bardzo ładnie nakręconą sceną erotyczną (naprawdę dawno nie widziałam tak ładnie i subtelnie nakręconej sceny łóżkowej); coraz mocniej przekonujemy się, że w gruncie rzeczy Norma jest dość głupią kobietą – jej ciągłe wmawianie sobie, że wszystko będzie dobrze, a także uparte ukrywanie prawdy przed szeryfem bardziej jej szkodzą niż pomagają. Okej, jako widz serialu (a także telewizji jako takiej) mam trochę lepsze pojmowanie jak takie sceny powinny się rozgrywać, co nie zmienia faktu, że w podczas przesłuchania Norman nie zachowuje się jak osoba nawet średnio inteligentna. Rozumiem, że mogła być przerażona, ale wcześniej sprawiała wrażenie takiej opanowanej, zmyślnej. Gdzie się podziała ta jej – wydawałoby się nieodzowna – pewność siebie?
Podoba mi się, że postać Dylana jest coraz mocniej wciągana w życie Normy i Normana, a także panujące między nimi relacje. Fakt, że Norman powiedział Dylanowi prawdę uważam za szalenie istotny. Tu należy też wspomnieć, że scena między Dylanem i Normą odnośnie wymknięcia się Normana z domu była naprawdę mocna i świetnie zagrana. Pochwały należą się zarówno Verze – która wciąż jest świetną aktorką, nawet gdy gra coraz durniejszą postać – jak i Maxowi Thieriot, który jak na młodego aktora radzi sobie wcale nieźle, zwłaszcza gdy go porównać do przecież starszej i bardziej doświadczonej koleżanki po fachu.
Fabuła serialu coraz mniej mnie interesuje. Oczywiście pewne jej elementy nadal potrafią być intrygujące (co się stanie z Normą teraz, gdy została aresztowana?), ale bardziej na zasadzie „o, fajnie” niż autentycznego zaangażowania emocjonalnego w losy postaci.
A skoro jesteśmy przy dobrze zagranych i napisanych scenach to mimo swoich narzekań na ten odcinek muszę przyznać, że było w nim kilka naprawdę świetnych scen. Oprócz rozmowy Normana i Dylana, oraz konfrontacji Dylana z Normą, warto zwrócić uwagę na spokojną, ale poruszającą swą tematyką rozmowę między Normanem i Bradley. Może to dlatego, że Mysz sama nie radzi sobie z tematem śmierci bliskiej osoby, ale scena ta bardzo mnie wzruszyła (in a good way). Świetna była także scena przy bramie wysypiska śmieci, gdy to po raz pierwszy byliśmy świadkami jak Norma kompletnie traci nad sobą panowanie. Nagle przyszłe zapędy jej synalka nie wydają się już takie przypadkowe, prawda?
Swoją drogą, czy ktoś kto widział Psychomógłby mi powiedzieć: czy Norman Bates rzeczywiście widział swoją matkę jako żywą, mówiącą, oddychającą osobę, nawet po jej śmierci? Czy dlatego trzymał ją w tym fotelu bujanym?… bo jeśli jego „psychoza” nie objawiała się w ten sposób (a z jakiegoś powodu wydaje mi się, że nie, choć mogę się mylić) to wprowadzanie wątku halucynacji młodego Normana wydaje mi się bez sensu. No chyba, że twórcy sugeruję, że Norman cierpi na schizofrenię. Czy rzeczywiście Norman Bates – ten filmowy – na nią cierpiał? Ktoś, coś, jakieś wyjaśnienia?

 

Czwartek 11.04.13

 

Glee 4×18 – Shooting Star


Podobno wokół tego odcinka narosły ogromne kontrowersje, związane z niedawnym incydentem z bronią w Newton. Według amerykańskiej opinii publicznej Ryan Murphy zbyt wcześnie wypuścił ten odcinek, nie odczekawszy odpowiednio dużo czasu. Wiem, że mogę nie mieć prawa się wypowiadać na ten temat, bo przecież nie dotyczy mojego kraju, ale… no właśnie, „ale”. Czy kiedykolwiek jest dobry moment, by mówić o nastolatkach przynoszących do szkoły broń i nie daj Boże wykorzystujących ją do niemoralnych celów?… nie. Wokół filmów/seriali o tej tematyce (Elephant, Bowling for Columbine, Beautiful Boy) zawsze będą narastać kontrowersje. Ukłon w stronę Murphy’ego, że po raz kolejny odważył się głośno mówić o trudnym temacie. Zwłaszcza, że akurat temat ten został – jak na Glee – wyjątkowo sprawnie i taktownie omówiony.

Oczywiście największym zaskoczeniem było dla mnie odejście Sue. Jej poświęcenie niezmiernie mnie poruszyło i choć nie uważam, by to działanie w pełni odkupiło jej wybryki na przestrzeni ostatnich czterech lat, od teraz będę ją wspominać o wiele cieplej.
Szalenie mi się podobało jak zostały ukazane relacje dzieciaków z glee club, ich różne niesnaski i kłótnie szybko zażegnane, gdy przyszło radzić sobie z sytuacją śmiertelnego zagrożenia. Bardzo mnie to ujęło zwłaszcza w postaci Kitty, która nie dość, że pogodziła się z Marley, to jeszcze przyznała się do tego, że glee club ją uszczęśliwia. Cieszy także ładnie rozegrany rozwój miłości między Samem i Brittany. Tu oczywiście muszę wspomnieć o cudownym zagraniu, jakim było kupienie Brittany kolejnego kota – olśniewającej Lady Tubbington. Nie wiem od jak dawna twórcy planowali wprowadzić taką postać, ale było to iskrą geniuszu.
Iskrą geniuszu było także wykorzystanie tykającego metronomu w scenach po strzelaninie. Niby prosty, oczywisty środek, a jakie potężne wrażenie.
Jedyne co mi się w odcinku nie podobało to fakt, że Glee postanowiło najwyraźniej poruszyć także temat tzw. catfishingu. Niewtajemniczonym polecam niezmiernie mocno film dokumentalny Catfish, którzy opisuje to… zjawisko. [spoilery dla fabuły Catfish] Oczywiście wszyscy się domyślaliśmy, że Katie, ukochana Rydera, nie jest tym za kogo się podaje. Wszyscy też podejrzewaliśmy, że jest to ktoś z glee club. Ale nie rozumiem skąd ta nachalna potrzeba piętnowania tego zjawiska nazwą catfishingu. Okej, jest to stosunkowo nowy termin, ukuty niedawno i w związku z tym popularny. Jednak zjawisko to – podszywania się pod kogoś innego – znamy nie od dziś, a już zwłaszcza wśród podkochujących się nastolatków było ono zawsze popularne. Nie rozumiem dlaczego nie można było zwyczajnie powiedzieć, że Katie nie jest tym za kogo się podaje. Dlaczego twórcy Glee musieli dokooptować do tego (moim zdaniem) pejoratywne w wydźwięku określenie catfishing. Ech, Ryanie Murphy. Czasem totalnie Cię nie rozumiem.
Na koniec słowo o zaśpiewanych w odcinku piosenkach. „More Than Words” Extreme od dawna ma zagrzane miejsce w Myszy serduszku. I choć śpiewanie kawałka Lordowi Tubbingtonowi uważam za ostrą przesadę, wykonanie było bardzo udane. Również Ryder Lynn wypadł nieźle w swojej wersji „Your Song” Eltona Johna. Nie zmienia to jednak faktu, że nikt nie wykonuje tej piosenki lepiej niż Christian (Ewan McGregor) w Moulin Rouge! Zaś ostatnia piosenka odcinka wywołała delfini pisk w moim wykonaniu, bo John Mayer od lat jest moim ulubionym wokalistą, a jego kawałek „Say” to jedna z jego piękniejszych ballad (wykorzystana i napisana na potrzeby filmu The Bucket List). No i dodatkowo śpiewał ją Blaine. Mysz niczego więcej od tego odcinka nie mogła sobie życzyć, nawet gdyby chciała. No dobra. Brakowało mi Kurta. Ale coś czuję, że w tym tygodniu będzie go w serialu definitywnie więcej.


Hannibal 1×02 – Amuse-Bouche

– w drugim odcinku pojawia się po raz pierwszy intro serialu. Szczerze?… zawiodłam się. Spodziewałam się czegoś o wiele… intensywniejszego, chyba tego słowa bym użyła. A dostaliśmy takie nie-wiadomo-co.
– nadal podchodzę z dużą dozą podejrzliwości do relacji Will Graham-dr. Alana Bloom. Nie podoba mi się jak bardzo jest podkreślana specjalna rola, którą Alana pełni w życiu Willa. Zwróciłam m.in. uwagę, że Alana to właściwie jedyna osoba, której Will prawie zawsze patrzy w oczy, gdy z nią rozmawia. Także tylko ona potrafi sobie zasłużyć na jego malutki, zmęczony uśmiech. Mysz – niestety – wietrzy w tym jakiś strasznie kiczowaty romans. Daj Panie Boru Liściasty, żebym się myliła
– zaintrygowała mnie za to rola, którą scenarzyści przeznaczyli postaci Freddie Lounds. Z jednej strony to postać, którą bardzo łatwo znienawidzić i to praktycznie natychmiast. Zamęt jaki wprowadza w życie Willa i w działania BAU jest wyraźnie zaznaczony, ale nie wydaję mi się by konwencje jej działań miały od razu zmusić Freddie do zmiany swoich zachowań. Coś czuję, że panna Lounds jeszcze wielokrotnie napyta Willowi biedy. Oczywiście taki konflikt jest ważny dla serialu – popycha naprzód fabułę, zjednuje sympatię dla głównego bohatera, etc. A z drugiej strony mam nadzieję, że twórcy nie będą panny Louis wpychać cały czas w ten sam schemat działania – zbieranie materiałów za wszelką cenę, narażenie czyjegoś (także swojego życia), chwilowa poprawa. Taki schemat zachowań bardzo szybko może się widzom znudzić. Mysz ma nadzieję, że twórcy zrobią z tą postacią coś ciekawego. I bynajmniej nie mam na myśli jakichś idiotycznych wątków romantycznych. W tym względzie jeszcze wspomnę, że sprawę romansu Zellera i Lounds, a właściwie wykorzystania agenta przez blogerkę, zostało potraktowane po macoszemu. Takie przejście do porządku dziennego na wątkiem – bądź co bądź – romantycznym daje nadzieję, że nie na tym twórcy będą się chcieli skupić
– Mads Mikkelsen coraz bardziej mnie przekonuje do swojego wcielenie Hannibala. Duża w tym zasługa Bryana Fullera i scenarzystów serialu, którzy wspaniale piszą sceny między Hannibalem a innymi postaciami. Zarówno sesje z Willem, kolacja z Jackiem Crawfordem (cóż za aktorski pojedynek!), czy konfrontacja z Freddie były napisane – i zagrane – absolutnie bezbłędnie.
– przy okazji należy wspomnieć, że także powolny rozwój relacji (przyjaźni?) między Willem a Hannibalem również jest świetnie przedstawiony. A przynajmniej Mysz jest nim zachwycona. Oglądając sceny między tą dwójką na moment zapominam, że oglądam serial (który powinnam recenzować) i czuję się jakbym obserwowała sztukę w teatrze. Zero bodźców zewnętrznych – tylko całkowite skupienie się na scenie. Tu muszę wspomnieć, jak bardzo podobała mi się cała rozmowa między Hannibalem i Willem odnośnie przyjemności, jaką Will czerpie z zabijania i związanych z tym wyrzutów sumienia, a właściwie ich szokującego braku. Także teoria, że empatia Willa może zacząć szwankować ponieważ teraz Will również sam jest zabójcą (teoretycznie) bardzo mi się podoba. Ogromną radość sprawił mi także sparafrazowany cytat z książki Harrisa odnośnie przyjemności, jaką Bóg musi czerpać z zabijania. Pochodne tego cytatu pojawiały się zarówno w filmie Red Dragon, jak i Manhunter i umieszczenie tak ważnego fragmentu prozy Harrisa w serialu świadczy o uwadze i pieczołowitości jego twórców.
– o aktorstwie Hugh Dancy’ego nie będę nawet mówić, bo wypisywanie kolejnych peanów na jego cześć wolałabym sobie zostawić na później. Pewnie wrócę do tego za parę odcinków.
– okej, jeśli tak mają wyglądać wszystkie morderstwa w tym serialu: intrygujące, obrzydliwie, a jednocześnie pięknie i poruszająco, to niech i sobie ma te planowane siedem sezonów. Takie wizualne perełki jak pole grzybowych zwłok Mysz może oglądać w kółko. Czego to ludzie nie wymyślą! 
– na koniec jeszcze dwie pochlebne uwagi, znów dotyczące pieczołowitości twórców serialu: po pierwsze, fakt, że Hannibal ma w domu (jadalni?) własny ogródek z ziołami do przyrządzania potrwa. GENIUSZ. Po drugie: w odcinku tym wspomniano fakt, że Will kiedyś naprawiał motory łodzi. Fani książek/filmów oczywiście rozpoznają w tym kolejny ukłon w stronę oryginalnej postaci Willa Grahama. Mysz się z tego malutkiego niezmiernie hołdu szalenie ucieszyła.
PS. Tytuły od nazw dań. Cóż za prostota! Cóż za geniusz!

Piątek 12.04.13

 

Da Vinci’s Demons 1×01 – The Hanged Man

Mysz nie wie co myśleć o tym serialu. Od zawsze miałam ogromne problemy z serialami historycznymi. Te dziejące się w starożytności – jak Spartacus – jeszcze są w porządku. Za to im dalej w historię, tym bardziej Mysz się gubi: w intrygach, polityce, spiskach, koligacjach rodzinnych, mariażach, mezaliansach, itd., itp.

Nic więc dziwnego, że wrzucenie w sam środek akcji, jakie zaserwowało nam Da Vinci’s Demons trochę zbiło mnie z tropu. A i tak jestem w lepszej niż zwykle sytuacji, bo wszak Leonardo tworzył w czasach Borgiów, a tą rodziną Mysz się swego czasu interesowała. Nie jakoś intensywnie, ale orientowałam się mniej-więcej w politycznych zawiłościach tamtych czasów. Oczywiście, z moją pamięcią jak rzeszoto, większość zapomniałam, ale na szczęście pod koniec premierowego odcinka przypomniałam sobie co ważniejsze postacie na ówczesnej scenie politycznej. Tu trzy dygresje: tak, oglądałam The Borgias, choć nigdy nie skończyłam pierwszego sezonu – zamierzam to nadrobić. Tak, czytałam komiks „Borgia” Chodorovsky’ego i Manary. A zainteresowanym tematyką Borgiów – z ciekawego, outsiderskiego punktu widzenia – polecam książkę „Poślubiona Borgii” Jeanne Kalogridis.
Wracając do Leonarda: bardzo podoba mi się zarówno to, jak napisana/przedstawiona jest postać, jak i to, jak Tom Riley ją zagrał. Aktora tego kojarzę minimalnie (choć zamierzam właśnie obejrzeć jeden z pierwszych większych filmów w jego karierze: I Want Candy), ale gdy tylko zobaczyłam go w trailerach, od razu mi się spodobał. Luby próbował insynuować, że to dlatego, iż przypomina mi Dana Feuerriegela (czyli Agrona ze Spartacusa). Myślałam, ze ma rację dopóki nie obejrzałam jeszcze raz odcinka. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że zarówno Tom Riley, jak i grana przez niego postać Leonarda da Vinci, niesamowicie przypominają mi Kapelusznika z mini-serii stacji SyFy Alice (w tej roli cudowny zawadiacki Brytyjczyk, Andrew-Lee Potas). Najwyraźniej Mysz ma słabość do roztrzepany geniuszy, którzy brawurą i poczuciem humoru pokrywają głęboko skrywane rany z przeszłości. Postać Leonarda – nomen omen – jest z resztą jak na razie najciekawszą postacią, która się przez odcinek przewinęła. Intrygujące są także postaci jego dwóch przyjaciół – Nico i Zoroaster. Dlaczego są to ciekawe postacie? Po pierwsze są fajnie zagrane i napisane. Po drugie [tu spoiler]: Nico to w istocie Niccolo Machiavelli, czyli najsprytniejszy człowiek Renesansu. Zaś Zoroaster to inna forma imienia Zarathustra, a jak widzieliśmy w odcinku młodzian ten para się Tarotem. Can you say prorok?! Myszę ciekawią także postacie władcy Florencji, Lorenza Medici (po polsku Wawrzyniec Medyceusz; gra go Elliot Cowan) oraz Girolamo Riario (Blake Ritson), ale to głównie ze względu na ciekawych aktorów, którzy te postacie grają. O innych bohaterach trudno cokolwiek powiedzieć: jest ich tylu, że każdy z nich dostaje na ekranie zaledwie chwilkę, by się zaprezentować. Liczę na to, że poznamy ich lepiej w nadchodzących odcinkach.
Wspomnieć należy także, że choć fabuła pierwszego odcinka jest po pierwsze zawiła, a po drugie trochę zbyt podpadająca pod „spisek dziejowy” jak na mój gust, pilota ogląda się dobrze. Zasługa w tym aspektów wizualnych. Czego by nie mówić o jakości efektów specjalnych czy zgodności historycznej (serio? Spodziewaliście się tego po serialu stacji STARZ?), ale ukazanie przepychu i klimatu tamtych czasów udało się twórcom świetnie. A przynajmniej Myszy, osiągnięte przez Da Vinci’s Demons wrażenie przebywania na rozsłonecznionych placach Florencji, się bardzo spodobało.
Ogólnie mówiąc David S. Goyer (współscenarzysta The Dark Knight/The Dark Knight Rises) twórca serialu sprawił się nieźle. Nie czuję co prawda tak wielkiego zachwytu, jak po pierwszym odcinku Spartacusem czy The Borgias, ale Goyer skutecznie połechtał mój apetyt. Z niecierpliwością czekam na więcej.
Tym bardziej, że wczoraj – 15-stego kwietnia – były urodziny Leonarda da Vinci. Najlepszego, Leo! Obyś jeszcze długo był w stanie pobudzać ludzką wyobraźnię. Nawet jeśli wychodzą z tego tak urocze gnioty jak w przypadku Hudson Hawk (które Mysz, swoją drogą, ubóstwia).

PS. Do recenzenta pilotowego odcinka Da Vinci’s Demons z portalu Hatak.pl: jeśli za dużo Ci wciskanych wszędzie związków homoseksualnych (cytat dosłowny: “razić mogą (…) homoseksualne motywy, które w ostatnich latach zaczynają drażnić coraz bardziej, bo pojawiają się praktycznie w każdym serialu”) może nie powinieneś włączać telewizora. Świat się zmienia, geje wychodzą z szafy, pora zacząć się do tego przyzwyczajać. A tak w ogóle: zarzuty nadmiaru wątków homoseksualnych w serialu dziejącym się w czasach Renesansu są absolutnym idiotyzmem. Poczytaj trochę historii tamtego okresu, zanim zaczniesz psioczyć, że współcześni twórcy wszędzie wrzucają „takie” wątki.

Spartacus: War of the Damned 3×10 – Victory

Nie. Nie mogę. Po prostu nie mogę. Na samą myśl o zrecenzowaniu tego odcinka znowu chce mi się płakać. Wszystko było idealne i dobrze o tym wiemy: śmierć ukochanych postaci, w tym Spartakusa, sceny bitewne, pożegnania, wspomnienia Sury (wstążka!), przeżycie Agrona i Nasira (TAK! In your face, homofoby!… *kaszl* Ktoś coś mówił?), napisy końcowe z Andym Whitfieldem… no po prostu idealne zakończenie świetnego serialu. Absolutnie bezbłędne. I tyle.

To tyle na dziś, kochani.

See you all next week.