Ser-skrót #15, czyli skrót seriali

Skrótowe podsumowanie oglądanych przez Myszę seriali.

Źle się dzieje w Państwie serialowym, gdy Mysz musi się zmuszać do oglądania nowych odcinków, zamiast zasiadać do nich z radosnym oczekiwaniem. Mowa oczywiście o The Following, które systematycznie opuszcza się od paru tygodni, a w zeszłym przeskoczyło samo siebie, po raz kolejny recyclingując własne wątki, zagrania fabularne i schematy. Ja rozumiem, że seriale mają dość… powtarzalną formułę. Ale bez przesady, nie gdy ma się zaledwie 13-ście odcinków na koncie!
Także Bates Motel nie zachwyca, choć przynajmniej utrzymał poziom od zeszłego tygodnia. Smash także wciąż trzyma formę, nurzając się w mydlano-operowo rozpisanych dramatach, a Castle – moim zdaniem – odnotował pierwszy poważny spadek formy od czasu swego trzymającego w napięciu dwuczęściowca.
Jedyne seriale, które w tym tygodniu przyniosły Myszy autentyczną frajdę to dwie nowości: Hannibal, który nadal zachwyca stroną wizualną, oraz Da Vinci’s Demons, które staje się dla Myszy odcinkowym ekwiwalentem kiczowatego, ale przyjemnego filmu przygodowego z gatunku National Treasure albo The Mummy. O dziwo jedynym “starym” serialem, który w tym tygodniu dopisał był Grimm. Ale o tym już szerzej we wpisie.

Jak zwykle życzę miłego czytania. Oraz ostrzegam: post PEŁEN SPOILERÓW.
EDIT: Post chwilowo niezbetowany.

Sobota 13.04.13


Smash 2×11 – The Dress Rehersal

– paralela między snem Toma na początku odcinka, a “ubraniowym” dylematem Ivy w dalszej części odcinka bardzo mi się spodobała. Tym bardziej wzrosła moja sympatia do Ivy, która owszem pokazała się nago na scenie, ale na swoich warunkach – odczuła scenę po swojemu i zrzuciła ubrania w chwili, gdy czuła, że jest to właściwe dla postaci Marilyn. I zdaniem Myszy: miała rację. W wersji Ivy scena ta jest potężniejsza, niż gdyby “rozdziała się” wcześniej.
– Och jej. Kolejna kłótnia między Tomem i Julią. *sarkazm* Pójdź w me ramiona, powtórko z rozgrywki ad nauseam.
– Kolejna powtórka z rozrywki, ale tym razem zdaniem Myszy udana: ponowne rozwój relacji między Derekiem a Ivy. Ale w tej sytuacji jestem mało obiektywna, bo zawsze lubiłam ich jako parę.
– skoro o parach mowa: Sam złamał mi serce. Mimo okazjonalnej głupoty Toma, naprawdę życzyłam mu szczęścia *smutność* Za to pairing Jimmy/Karen doprowadza mnie do białej furii. Jakim narcystycznym, egoistycznym dupkiem trzeba być, by nie rozumieć, że Derek naprawdę chce dla Hit List jak najlepiej? Jaki tupet trzeba mieć, by twierdzić, że wszystko co robi, robi na złość Karen i Jimmy’emu, z jakiejś osobistej, dziecinnej wendety? Dzięki Wam, Bogowie Seriali, że chociaż Kyle zachował w tej sytuacji trochę rozsądku. A co do Jimmy’ego i Karen: mam nadzieję, że spadnie Wam obojgu na głowę coś ciężkiego. Nadęte bubki.
– jedna dobra rzecz, jaka z tej koszmarnej sytuacji wynikła?… Ana nareszcie wie jaką świnią potrafi być Karen. Szkoda tylko, że najwyraźniej pchnie ją to prosta w ramiona Adama, ex-dealera Jimmy’ego. This can’t be good.

Poniedziałek 15.04.13

 

 The Following 1×13 – Havenport

Niestety serial coraz bardziej stacza się na dno. Za równo pod względem idiotyczności wątków (naprawdę, Roderick? Myślałeś, że możesz tak po prostu udawać dobrego szeryfa, gdy wokół kręci się FBI, w tym agent, którego niedawno pobiłeś?!) jak i ciężaru własnej fabuły. Co więcej twórcy najwyraźniej gonią w piętkę, bo w tym odcinku znów byliśmy świadkami – po raz, jeśli się nie mylę, trzeci – tego samego scenariusz: ktoś zostaje porwany, ktoś inny go odbija, ukrywają się w jakimś domu przed ostrzałem, znowu kogoś porywają, Ryan saves the day.
Jedyne dwa zaskoczenia pojawiły się pod sam koniec, a to za mało by uratować ten odcinek w moich oczach. Mowa oczywiście o sprytnym wybiegu Claire, która udając uległość i miłość była w stanie dźgnąć Joe. Szkoda tylko, że nie zrobiła tego porządnie, tzn. szkoda, że nie celowała w szyję. Drugie zaskoczenie to oczywiście scena, w której domniemana nawrócona kultystka dźgnęła Nicka w oko szpilką do włosów. Tego rzeczywiście Mysz się nie spodziewała. Z drugiej strony tego typu zagranie także mieliśmy już w serialu parę razy pokazane (kobieta z ciałem pokrytym pismem, żona podejrzanego, która też okazuje się kultystką, itp.) Rozumiem, że taka jest formuła serialu – “nigdy nie wiesz, kto może być następnym kultystą” – ale naprawdę odnoszę wrażenie, że serial stał się zbyt powtarzalny.
Jedyny wątek “emocjonalny” wśród postaci, który mnie, jako widza, ucieszył to wątek Emmy i Jakoba, którzy – wygląda na to – znów odnaleźli wspólny język. Cieszy mnie też, że Emma chyba nareszcie przejrzała na oczy względem tego kim jest Joe. Swoją drogą tak samo jak rozumiem, że postać głównego złego też musi przejść pewną drogę i powinna się rozwijać, nie podoba mi się jak prowadzona jest postać Joe. Był o wiele ciekawszy, gdy był opanowanym, zimnokrwistym zabójcą, działającym z ukrycia, na dodatek zza krat więzienia. Ten chaotyczny, nielogiczny, emocjonujący się byle czym, bezmyślny morderca ze złudzeniami (odnośnie Claire, naturalnie) nie jest nawet w minimalnym stopniu tak ciekawą postacią, jaką wydawał się Joe na początku tego serialu.
Coś czuję, że jeśli The Following się nie poprawi, Mysz nie będzie oglądała drugiego sezonu.

Bates Motel 1×05 – Ocean View

Pierwsze co mi przychodzi do głowy po obejrzeniu tego odcinka to przede wszystkim cała góra sprzecznych emocji związanych z postacią Normy. Z jednej strony trochę jej współczuję, bo przecież właśnie dowiedziała się, że facet, na którym jej zależy, jest jakimś psychopatą. Z drugiej strony… nie mogę przestać myśleć, że totalnie sobie na to zasłużyła. Już naprawdę pomijam to jak traktuje swojego syna. Chodzi mi o to, że jest – w gruncie rzeczy – tak głupią, zapatrzoną w siebie, przekonaną o własnej ważności i nieomylności kobietą, że aż mam ochotę walnąć nią o ścianę i wrzasnąć: “Norma, KURWA, weź się ogarnij” (pardon my french). Jej upór by nie przyjmować od nikogo pomocy – nie tylko od Normana na którego jest obrażona (o seks z dziewczyną w jego wieku, *le gasp* jak on w ogóle śmiał *sarkazm*), ale nawet od swojej prawniczki. Autentycznie nie rozumiem dlaczego Norma tak idzie w zaparte odnośnie tego, że nie zabiła Keitha. Przecież ją gwałcił. Miała prawo się bronić. A to, że dźgnęła go kilkanaście razy?… przed sekundą ją zgwałcił. Była pod wpływem emocji. Byle świeżo upieczony prawnik byłby w stanie obronić ją przed dowolnym sądem z takimi argumentami. Not to mention złą reputację Keitha Summersa w mieście. Głupota Normy jest więc najbardziej frustrującym aspektem serialu, ale także najbardziej fascynującym. W tym jednak ogromna zasługa Very Farmigi, która sprawia, że obserwowanie postaci Normy jest nieodmiennie fascynującym tour de force.
Notka do tego punktu: Mysz naprawdę ma problemy z postacią Normy. W moich notatkach do tego odcinka siedem razy przewija się przekleństwo na “k” w odniesieniu do tej postaci. Nie moja wina. Naprawdę mnie baba denerwuje.
– wątek z tajemniczym facetem zabijającym Ethana, na dodatek z Dylanem jako świadkiem kompletnie mnie zbił z pantałyku. Then again, czego się spodziewać po serialu, gdzie głównym motywem jest tajna organizacja przetrzymująca nieletnie azjatki jako seks niewolnice. I have no more questions. Chociaż zastanawia mnie jak popełnione przez Dylana morderstwo – bo co jak co, ale przejechanie tego gościa było morderstwem dokonanym z zimną krwią – wpłynie na dalsze losy postaci.
– brawa zarówno dla Very Farmigi jak i Freddiego Highmore’a za scenę w samochodzie, która była tak świetnie zagrana, że aż Mysz poczuła się niezręcznie i nieprzyjemnie. To jak oczywista jest zazdrość Normy o to, że Norman przespał się z Bradley aż ocieka nienormalnością i chorą relację rodzinną. Fakt, że żadne z nich tego nie widzi tym bardziej przyczynia się do uczucia “wrong, wrong, wrong!” które wyło w Mysiej głowie podczas tej sceny. Także narcystyczne podejście Normy do całej sytuacji – “ja jestem najważniejsza, dlaczego nikt się mną nie przejmuje” – wywoływało w Myszy bardzo niepozytywne emocje. Myślę jednak, że właśnie te sceny i te aspekty są w serialu najciekawsze. I choć wywołują tak… niechciane uczucia, świadczą o pewnym potencjale, który nadal w serialu drzemie.
– obśmiałam się z ironii tkwiącej w momencie, gdy Norman mówi swojej matce, że być może jest “chora” i potrzebuje pomocy. Hrmpf. Przyganiał kocioł.
– postać zastępcy szeryfa coraz bardziej mnie intryguje. Z jednej strony zdaje się, że naprawdę mu zależy na Normie. Chociaż może to być tylko wyjątkowo skuteczna manipulacja z jego strony (I wouldn’t be surprised, biorąc pod uwagę jak głupia w rzeczywistości jest Norma). Z drugiej strony jego inteligencja nie może stać na wysokim poziomie, bo wykradł dowody rzeczowe z własnego posterunku. Okej, wyłączył kamery i odłożył wszystko na miejsce, ale nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że jest tylko kilka sposobów na które ktoś mógłby się dostać do zamkniętego pokoju dowodowego i nie zostawić po sobie żadnych śladów. A gdy słyszymy kopyta, myślimy konie, nie zeberki. Stąd prosty wniosek, że wkrótce ktoś się domyśli, że tylko ktoś z posterunku mógł się tam włamać.
– głupie zachowania w ogóle mają tendencję do pojawiania się w tym serialu. Emma niby jest taka inteligentna i prawdziwy z niej domorosły detektyw, co to nawet z wyszukiwarki internetowej korzystać potrafi, a z drugiej strony dziewczyna wali zbiornikiem pełnym tlenu o metalowe drzwi. Nie, no jasne, niech wybuchnie. Banda idiotów grasuje po tym serialu normalnie.
– ostatnia uwaga: bardzo mi się podobało, gdy Dylan powiedział, że “wyfrunięcie z rodzinnego gniazda” to zupełnie normalne zjawisko, które musi prędzej czy później nastąpić. To co jednak w tej scenie mnie bardziej ujęło – i po raz kolejny podkreśla, że to w psychologii postaci i ich chorych relacjach tkwi największa zaleta tego serialu – to reakcja Norman, a właściwie jej brak. W jego głowie takie stwierdzenie w ogóle nie ma prawa bytu i wiele mówi o Normanie fakt, że nawet się nie zastanowił nad słowami brata. Niemal automatycznie, odruchowo odpowiedział, że przecież Norma sobie bez niego nie poradzi. Biorąc pod uwagę jej głupotę, byłabym się skłonna z Normanem zgodzić. Mimo to, jak każdy normalny człowiek, uważam, że Norman powinien uciekać od swojej matki jak najdalej i to najlepiej jeszcze z krzykiem. Ale i tak wszyscy wiemy, że już na to za późno.

Castle 5×20 – The Fast and the Furriest

Pozytywy:
– uroczy wątek z “pożyczalskimi” (The Borrowers), którzy okazują się być Alexis. Mysz zna ten ból, bo swego czasu też podkradała rodzicom jedzenie z lodówki. Co prawda moje Mamuty nie zastawiły na mnie pułapki, ale wiem, jaka to upokarzająca sytuacja, gdy zostanie się na takim “rabunku” przyłapanym. Co więcej Mysz zna także ból gdy coś w domu znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Chociaż akurat u mnie są to produkty higienicznie (np. tajemniczo ubywa mi szamponów, odżywek i kremów) oraz sztućce. Słowo daję: gdzieś pod moją podłogą żyje wyjątkowo czysta rodzina Pożyczalskich, którzy najwyraźniej używają moich widelców jako grabi.
– wyjątkowo realistyczne animatroniczne małpy. Bo mam nadzieję, że nikt nie dał się nabrać na to, że małpy ukazane w rezerwacie były prawdziwe?… Mysz w każdym razie czuła się trochę jak w Jurassic Park (animatronika), gdzie raptory też były animatroniczne, a mimo to wyglądały wiarygodnie.
– urocza scena między Castlem i Beckett, porównująca ich wiarę w magię: wyjątkową magię w wypadku Castle’a, oraz codzienną magię w wypadku Beckett. Mysz, osobiście, wyznaje wiarę w każdą z tych magii po trochu. A Ty, Drogi Czytelniku?

Negatywy:
– zdaniem Myszy jest to wyraźny spadek formy w porównaniu z tym, co serial konsekwentnie dostarczał nam od czasu dwuczęściowego odcinka (5×15 Target/ 5×16 Hunt). Then again kiedyś trzeba było wrócić do starej, sprawdzonej, klasycznej formuły policyjnego procedurala. Szkoda tylko, że odbyło się to w tak… kiczowatym stylu. I nie przeszkadza mi tematyka około-Bigfoot’owa, bo w wielu serialach się ten motyw pojawiał, a bardziej to, że niedawno mieliśmy już odcinek o tym, jaki to Castle potrafi być naiwny, a Beckett zdroworozsądkowa. Nakręcenie kolejnego odcinka opartego na tym samym schemacie i puszczenie go tak szybko po poprzednim (5×17 Scared to Death) wydaje mi się lekko bezsensowne.
– kto normalny wyrusza na pieszą wycieczkę w góry w poszukiwaniu miejsca zbrodni i nie zabiera ze sobą telefonu satelitarnego, albo w ogóle całej ekipy technicznej? Wszak im więcej osób, tym łatwiej przeczesać teren. I nie mówię, że powinni od razu wysłać tam wszystkich i jeszcze wezwać policję stanową, ale naprawdę nie rozumiem czemu Castle i Beckett poleźli do tego lasu sami.
– przewidywalny zabójca. Nie trudno było się domyślić, że winny jest profesor-prześladowca. Albo może po prostu Mysz jest wyjątkowo inteligentna *porozumiewawcze mrugnięcie*
– ten tytuł. SERIOUSLY?!

Czwartek 11.04.13

Glee 4×19 – Sweet Dreams

– UGH. Dlaczego nawet Glee nie jest się w stanie ustrzec tego cholernego “Harlem Shake”?! *zgrzyta zębami* Mysz ma na ten temat jedno do powiedzenia:
 
– cały ten odcinek sprawił, że chyba ostatecznie znielubiłam postać Mr. Schue. To jak się zachowywał w stosunku do dzieciaków w glee club było absolutnie karygodne. Tym bardziej ucieszyło mnie, gdy Finn – początkowo – odmówił przyjęcia przeprosin Schuestera, a także gdy dzieciaki obgadywały go za jego plecami. Hej, jeśli zachowujesz się jak dupek, nie dziw się, że inni po Tobie jeżdżą i źle traktują. Quid pro quo, Schuester. Może przynajmniej teraz, skoro wrócił Finn, Mr. Schue odejdzie na trochę dalszy plan. Albo chociaż się trochę opanuje. Bo zaczyna się zachowywać jak udzielna księżniczka. And not in a good way.
– miło widzieć powrót do serialu Idiny Menzel w roli Shelby, czyli matki Rachel, ale muszę przyznać, że jej duet z serialową córką do piosenki “Next to Me” Emeli Sande nie wywarł na mnie absolutnie żadnego wrażenia.
– z kolei “(You Gotta) Fight For You Right (To Party!)” Beastie Boys w wykonaniu Finna i Pucka było całkiem w porządku, choć jak zwykle w ukazywaniu imprez na amerykańskich kampusach koledżowych – mocno przesadzone. Mysz nigdy co prawda nie była na amerykańskim uniwersytecie, ale śmiem twierdzić, że to nie tylko imprezy, ślizgalnie wodne (jak zjeżdżalnie, tylko że do ślizgania) na korytarzu i greckie braterstwa (czyli frat houses). Ukazanie w ten sposób “the college experience” w tak ważnym społecznie serialu jak Glee wydaje mi się nie na miejscu. Z drugiej strony, przecież to Glee – tu wszystko jest przesadzone, kiczowate i nie na miejscu. Wiec w sumie czego ja się czepiam?
– mimo zapowiedzianej obojętności względem postaci Rachel, jej przesłuchanie do roli Fanny naprawdę mnie ujęło. Cofnięcie się do czasów początku serialu i złożenie hołdu myśli przewodniej, na której serial osiągnął popularność było nie dość, że sprytnym, to jeszcze na dodatek wzruszającym zagraniem. Mysz się autentycznie wzruszyła i przyznaje, że był to jeden z najlepszych występów Rachel. Autentycznie trzymam za nią kciuki, teraz gdy wiemy już, że dostała callback.
– Bardzo podobały mi się obie piosenki Marley. Choć brzmią nieco Disney’owsko, mają bardzo proste rymy, a ich przesłanie (bądź sobą, nie jesteś sam) jest szalenie nieoryginalne i sztampowe – nawet jak na Glee – są one niesamowicie melodyczne i świetnie wpadają w ucho. Mysz zamierza zgrać je sobie na MP3, by móc radośnie je podśpiewywać pod nosem w drodze do pracy. Ale ostrzegam: jeśli z okolicznych drzew nie sfruną młode ptaszęta by razem ze mną pogwizdywać melodię tych piosenek, będę ostro zawiedziona.

PS. Cieszy mnie, że Brad, the piano guy, ostatnio dostaje w serialu trochę więcej uznania.
PS2. Blaine w scenie z trener Washington mnie kompletnie rozbroił. Ach, Darren Criss. Don’t you ever change.

Hannibal 1×03 – Potage

Potage:  to rodzaj gęstych zup, gulaszy i owsianek. W niektórych z nich mięso i warzywa gotuje się razem w wodzie do momentu osiągnięcia konsystencji gęstej papki.
Hmmm… czyżby tytuł był odniesieniem do tego kleju, o którym wspominała Abigail? Tym który jej ojciec robił ze zwierzęcych resztek?
– Mysz zaczyna coraz bardziej intrygować postać Alany. Nie jestem w stanie jej do końca rozszyfrować. Z jednej strony myśleć, że jest jednym z “the good guys“, a z drugiej strony za każdym razem jak na nią patrzę, mój wewnętrzny alarm zaczyna cicho piszczeć. Nie wiem dokładnie o co, ani dlaczego ją podejrzewam, ale jej szalenie intensywne, czytające w człowieku jak w otwartej księdze spojrzenie trochę mnie niepokoi. Wszak Alana swego czasu była uczennicą Hannibala…
– postać Freddie, choć nieznośnie denerwująca sama w sobie (cóż, taka jej konstrukcja), również zaczęła mnie zastanawiam. Mianowice zaintrygowała mnie, jak bardzo upierała się przy twierdzeniu, że ważne są pozory i to, jak nas ludzie odbierają. To sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy ktoś kiedyś nie skrzywdził Freddie w jakiś sposób, sprawiając że ten aspekt odbioru przez innych ludzi stał się dla niej taki ważny. Jestem bardzo ciekawa, czy moja teoria okaże się słuszna. Zwłaszcza, że upór z jakim Freddie wsadza kij w mrowisko – w bardzo niebezpieczne mrowisko – zdaje się sugerować, że Freddie nie szanuje życia, zarówno swojego jak i cudzego. Czyżby miała jakieś podświadome życzenie śmierci?
– duże wrażenie wywarła na mnie scena, w której Hannibal przysłuchuje się wykładowi Willa na temat “naśladowcy” Hobbsa (czyli Hannibala). Subtelny uśmiech dumy, który powoli wykwita na twarzy Hannibala jest absolutnie niesamowity. Widać, że ogromną przyjemność sprawia Lecterowi fakt, że Will nazwał jego morderstwo “sztuką”. Odniosłam też silne wrażenie, że Hannibal był autentycznie dumny z tego, że Will rozgryzł, iż ów naśladowca zdążył ostrzec Hobbsa przed policją.
– tak jak powyższą scenę rozgryzłam bez trudu, kompletnie nie rozumiem dlaczego Hannibal chce pomóc Abigail. Czy ona naprawdę pomogła ojcu zabić te wszystkie dziewczyny?… Mysz twierdzi, że tak. Głównie dlatego, że jej wina sprawia, iż jest ona o wiele ciekawszą postacią. Zaś wyrzuty sumienia i szok, który najwyraźniej Abigail przeżywa po zabiciu Nicholasa (niby w samoobronie), wynikają moim zdaniem z bardzo prostego faktu: nie mogła go potem zjeść, czyli uhonorować. A w takim razie, w przeciwieństwie do dziewczyn, które zabiła wspólnie z ojcem (hipotetycznie), popełniła “nieuświęcone” morderstwo. Z resztą sama Abigail to mówi: że zabicie Nicholasa było zwykłym morderstwem, bo nie mogła go należnie uczcić. Czyli zjeść.
I tak jak rozumiem, czemu Hannibal wrobił Nicholasa w morderstwo dziewczyny na łące i Marissy, tak nie rozumiem czemu właśnie Marissa stała się kolejną ofiarą. Czyżby chodziło jedynie o to, że była – niejako – pod ręką?
No i jak już wspomniałam naprawdę nie umiem domyślić się jaki cel ma Hannibal w pomaganiu Abigail. Czy chce ją po prostu ochronić ze względu na zabójstwo Nicholasa? Czy może także ze względu na dziewczyny, które Abigail pomogła zabijać ojcu? Czy Hannibal w ogóle ma pewność, że Abigail jest seryjną zabójczynią? Czy udało mu się ją odczytać?… czy w takim razie Hannibal próbuje wytresować sobie podopieczną? Czy widzi w niej kogoś wartego uwagi i czasu, kogoś, kogo zdolności zabijania i manipulacji mógłby rozwinąć?… czy raczej widzi w niej bardziej wyrafinowaną ofiarę, z którą będzie mógł się psychologicznie pobawić, jak z Willem?… jak widać, Mysz ma ogrom pytań, na które kategorycznie żąda od twórców odpowiedzi. Nie powiem: udało się, skubańcom, wciągnąć mnie w serial.
– na koniec kolejna uwaga o wspaniałym aktorstwie Hugh Dancy’ego: zwróćcie uwagę, że przez cały odcinek jedyne osoby, którym Will patrzy w oczy to Alana… i Abigail. Są to jedyne osoby, z którymi Will czuje więź emocjonalną. Za to w wypadku Freddie Lounds czy Jacka Crawforda, nawet gdy się na nich złości, prawie wcale nie patrzy im w oczy (poza szybkimi zerknięciami, jak spłoszone zwierzę). Jeśli się przyjrzeć, zauważycie, że gdy z nimi rozmawia, patrzy mniej-więcej na ich szyje, ponad ich głowami, lub trochę w bok. Hannibal, jako osoba powoli wkradająca się w łaski Willa, a także fascynująca go w pewnym stopniu, również powoli zaczyna być zaszczycany coraz dłuższymi, bardziej bezpośrednimi spojrzeniami ze strony Willa.
I zanim zaczniecie się śmiać: tak, Mysz ubóstwia wypatrywać takie drobne tricki, które aktorzy stosują, by maksymalnie uwiarygodnić swoje postacie. A fakt, że Hugh Dancy robi to bardzo konsekwentnie, tym bardziej mi imponuje. Dzięki jego talentom aktorskim, Will Graham w serialu jest naprawdę spójną, charakterologicznie sensowną postacią. I chwała mu za to!

Piątek 12.04.13

 

Da Vinci’s Demons 1×02 – The Serpent

Mysz wciąż nie wie co myśleć o tym serialu. Serio. Zwykle drugi odcinek jest mi w stanie definitywnie powiedzieć, czy serial mi się spodoba czy nie (wyjątkiem, niechlubnym, był swego czasu Supernatural, do którego przekonanie się zajęło mi dokładnie 11-ście odcinków).
Po obejrzeniu drugiego odcinka Da Vinci’s Demons mogę z pewnością stwierdzić tylko parę rzeczy:
– Tom Riley, zdaniem Myszy, jest bezbłędny jako młody Leonardo. Oczywiście w tej konkretnej interpretacji tej postaci.
– Wątki detektywistyczne (wykoncypowanie tajemnicy powieszonego Żyda, miejsce ukrycia księgi, kwestia jej odkodowania)  dla mnie jak na razie najciekawsze. Ale to głównie ze względu na skojarzenia z wszelkim awanturniczym kinem przygodowym z Indianą Jonesem i innymi The Librarian na czele. I mean, Ameryka Południowa?… seriously?! *histeryczny śmiech*

– Girolamo Riario (Blake Ritson) jest uroczo złowieszczym bad guy’em. Z przyjemnością będę oglądała jego dalsze zmagania z Leonardem.
Kwestia osobistego Mysiego gustu, ale jak na razie jedyną ładną kobietą w tym serialu jest uratowana z zakonu Vanessa (Hera Hilmar). Reszta serialowych dam jest… hm, interesujący wizualnie, ale niezbyt piękna. Przynajmniej według Mysich kanonów. Za to przyznaję, że postać Lukrecji Donatii (Laura Haddock) jaki i żony Lorenzo, Clarice Orsini (Lara Pulver) niezmiernie mnie intrygują ze względów fabularnych.
-bardzo mi się podoba, jak w serialu ukazany jest sposób myślenia Leonarda. To jak wyobraża sobie pewne rzeczy, jak je analizuje nie dość, że jest ciekawe (pokazane na ekranie zawiłości techniczne związane z taką a nie inną konstrukcją klucza) to jeszcze piękne wizualnie.
bardzo mi się podobało, że w odcinku tym widzieliśmy przebłysk tego jakim sprytnym i przebiegłym człowiekiem stanie się w przyszłości Niccolo Machiavelli. Tak sprytnie wykiwać Riario i jego ludzi? Geniusz!


Grimm 2×18 – Ring of Fire

Aspekt MOTW (monster of the week) w tym tygodniu nie był jakiś wyjątkowo ciekawy, ale to w Grimm się niestety zdarza. Mimo to fajnie było zobaczyć nawiązanie nici porozumienia i współpracy między kapitanem Renardem, Nickiem i Monroe. Oby więcej takich sytuacji!
Ważniejsze jednak w odcinku było zawiązanie się ważnego wątku związanego z Adalind i jej nienarodzonym dzieckiem. Nareszcie! – zakrzyknęła Mysz, która na rozwój tego wątku czeka od dobrych paru odcinków. Jestem bardzo ciekawa czy uda się przywrócić Adalind jej magiczne moce. No i jaką rolę odegra dalej Stefania Vaduva Popescu (Mysz bardzo lubi grającą ją aktorkę, Shohreh Aghdashloo).
Jednak najważniejszy wątek odcinka to – naturalnie – kwestia Juliette i natłoku jej wspomnień odnośnie Nicka. Mysz niezmiernie cieszy, że postać ta ma pomoc w osobie Pilar, która przecież spełnia niejako rolę matczyną. Jako widza, który autentycznie troszczy się o życie uczuciowe serialowych postaci, strasznie się uradowałam, że Juliette zaczęła sobie nareszcie przypomina swoje życie i związek z Nickiem. Fakt, że przypomniała sobie jego oświadczyny niemalże doprowadził mnie do łez, ale zapyta, będę się tego uparcie wypierać. Wspomnę jednak, iż bardzo podobał mi się chwyt zastosowany w tym odcinku, mianowicie przedstawianie wspomnień Juliette w czarno-białych  barwach, z jednym akcentem kolorystycznym (jej zielona bluzka), by następnie powoli dodawać coraz więcej kolorów. Niby takie proste zagranie, a jak skuteczne.

To tyle na dziś, kochani.

See you all next week.