Wyznania filmowego wegetarianina, czyli: Dajcie mi prawo do moich emocji!

Mysz używa naciąganej metafory by wytłumaczyć swoje podejście do oceniania popkultury i rozmów na jej temat.


Mysz musi coś wyznać: jestem wegetarianinem. Filmowym.

Pozwólcie, że wyjaśnię o co mi chodzi. Ostrzegam jednak, że będzie bardzo zawile.
Jeśli są dwie rzeczy, które mnie strasznie wkurzają to w życiu to odbieranie komuś prawa do odczuwania (takich a nie innych) emocji, oraz gnojenie kogoś za brak wiedzy. Najpierw szybkie sprostowanie: Mysz nie uważa swoich nagminnych komentarzy pt. „jak można było tego filmu nie widzieć?!” jako gnojenia czy obrazy. Mysz po prostu non-stop zapomina, że nie wszyscy są takimi no-life’ami jak ja i poświęcają czas na coś innego niż oglądanie wszystkiego jak leci. Przez gnojenie kogoś rozumiem umniejszanie jego opinii na jakiś temat poprzez wytykanie mu braku wiedzy w taki sposób, że robimy z człowiek nie osobę niedoinformowaną a ostatniego debila.

DISCLAIMER: wpis chaotyczny i wydumany.
Nie należy brać na serio!


 Punkt pierwszy dotyczy natomiast tego, że panuje wśród ludzi – głównie w Internecie i głównie na blogach/forach/stronach około-filmowych – że nie mam prawa poczuć się urażona tym, że ktoś się ze mną nie zgadza na temat jakiegoś filmu (mówię o sobie, bo będzie łatwiej niż mówić ogólnie). Wyjaśnijmy sobie: każdy może się ze mną nie zgodzić. Ludzie są różne więc i odczucia i przemyślenia płynące z oglądania filmów są różne. Należy jednak zaznaczyć, że jest różnica między dyskusją pod szyldem „Nie zgadzamy się ze sobą, podyskutujmy o tym” a słowną nawalanką „ja nie mogę, jakie to dno-dna, jak Ty to możesz lubić, co Ty oczu nie masz?!”. Mój problem nie polega na tym, że takie teksty się pojawiają. Jak już powiedziałam: ludzie różne są. Mój problem polega na tym, że osobę, która takim tekstem poczuje się urażona natychmiast się wyśmiewa. Argumentuje się wtedy, że przecież negatywna opinia jednej osoby nie powinna wpływać na odbiór filmu przez nas; że czyjeś zdanie nie umniejsza walorów filmów, które my, jako widz, mogliśmy w nim dostrzec; że zgnojenie filmu nie oznacza zgnojenia nas (bo są wypadki wyzywania filmu, bez wyzywania osoby, której się film podobał, a ona i tak się poczuła urażona). Tylko widzicie jest w tym pewien problem: to, że nie powinnam się czuć urażona, nie oznacza, że tak się nie czuję. Więcej: mam absolutne prawo się tak czuć. I twierdzenie, że te uczucia robią ze mnie Sierotkę Marysię, której złego słowa o filmie powiedzieć nie wolno bo od razu się obrazi jest KOMPLETNĄ BZDURĄ. Umówmy się: jasne, czyjaś opinia – już nie ważne czy obcej osoby, czy nie daj Boru kogoś bliskiego – nie powinna wpływać na to, jak odbieramy film. ALE TAK NIE JEST. A jeśli Ciebie, Drogi Czytelniku, nigdy nie ruszył żaden negatywny komentarz odnośnie lubianego przez Ciebie filmu to KŁAMIESZ albo jesteś z kamienia. Każdy ma przynajmniej jeden lubiany film, którego ktoś kiedyś zjechał, a wtedy nasze serduszko zakwiliło cicho jak kopnięty szczeniaczek. Oczywiście Mysz, jako zwierzę z gruntu wrażliwe, przeżywa to częściej niż rzadziej, ale właśnie dlatego mnie to tak bardzo denerwuje. Przez „to” mam na myśli właśnie owo umniejszanie moich emocji. „Nie bądź idiotką, przecież nie mówię, że Ty jesteś głupia tylko, że film jest głupi”. „To, że lubisz ten film nie oznacza wcale, że jesteś gorszym człowiekiem”. „No nie wygłupiaj się, przecież jeśli lubisz American Pienie przestanę Cię przez to szanować”…. Znacie to? Bo ja tak. Od lat tresuję się w nie unoszeniu się honorem w takich sytuacjach. Staram się trzymać emocje na wodzy. Prowadzenie bloga – gdzie różne ludzie i różne opinie, często sprzeczne – się trafiają bardzo w tym pomaga. Co nie zmienia faktu, że mnie czasem szlag trafia. Zwłaszcza gdy negatywny komentarz lub uwagę typu „nie bądź taki mazgaj, nie mówię przecież o Tobie” słyszę od osoby, które lubię i/lub szanuję.

Tak się akurat złożyło, że te denerwujące mnie sprawy (kwestie emocjonalnego podejścia do filmów oraz gnojenia za brak wiedzy) wypłynęły ostatnio na Facebooku a’propos finału pewnego serialu. By streścić: właściciel profilu stwierdził, że finał był cudowny, że były łzy, wzruszenie i że było cudownie. Na to ktoś w komentarzu powiedział, że jego zdaniem finał był taki sobie, że wtórny, że niespójny, itd., itp. I wszystko byłoby okej, gdyby właściciel profilu zareagował spokojnie i powiedział coś na zasadzie: „Nie zgadzam się z Tobą, ale myśl sobie tak dalej”. Ale nie: właściciel wytknął komentatorowi jego braki w wiedzy, na dodatek sponiewierał jego przekonania, a na koniec dodał uwagę, że nie powinno się pod postami wyraźnie emocjonalnymi pisać o „racjonalnych” argumentach, tym bardziej w kontrze. I mimo, że sposób w jaki potraktowano komentatora mi się absolutnie nie spodobał, musiałam właścicielowi profilu przyznać rację. Poniekąd.

Wpis zilustrują idiotyczne propagandowe ilustracje.
Bo tak.
Jak już mówiłam jest różnica między spokojną wymianą poglądów między widzem emocjonalnym (jak Mysz) a logicznym, a wzajemnym ubliżaniem sobie od ignorantów, mazgajów, naiwniaków, itd. I tak jak sposób w jaki potoczyła się ta Facebookowa kłótnia mi się nie spodobał, zaintrygowała mnie przedstawiona tam teoria. Mowa mianowicie o tym, że emocjonalne podejście do filmu automatycznie wybija z ręki wszystkie logiczne, sensowne argumenty, które mogłyby przeciwko filmowy świadczyć. Tutaj oczywiście wracamy do sytuacji przeciwnej, przedstawionej na początku, gdy to ludzie z racjonalnymi argumentami często próbują widzowi emocjonalnemu wmówić, że jego pojmowanie filmu jest błędne.
Dodajmy do tego fakt, że ostatnio blogerka, którą bardzo szanuję wyraziła swoją ogromną niechęć do serialu Hannibal, który mnie się ogromnie podoba. Żeby nie było wątpliwości – ten wpis nie jest o niej, ani do niej, tylko tak się akurat w czasie zgrało, że mój wewnętrzny szczeniaczek poczuł się jej opinią skopany. To nie jej wina, tylko po prostu moje odczucia. Mimo dzielących nas różnić w odbiorze serialu starałam się jednak zachować z szacunkiem i zrozumieniem. Serial, jak każdy inny aspekt popkultury to dzieło subiektywne. Każdy je odbiera inaczej. Jednak te emocje, związane z różnicą zdań, dołączyły do zdenerwowania, które wywołała we mnie wspomniana wcześniej rozmowa na Facebooku. Na koniec dodajmy do tego dziwne zasady według których działa Mysi mózg – mianowicie skojarzenie, że Leonardo da Vinci (w serialu Da Vinci’s Demons) był wegetarianinem – i nagle w głowie Myszy narodziła się kuriozalna, pokrętna metafora. Metafora między podejściem do filmów, a kwestią wegetarianizmu.
Niniejszym chciałabym Wam tę swoją „teorię” przedstawić. I z góry przepraszam za to, jak zagmatwana ona będzie.

Mysz w prawdziwym życiu jest jak najbardziej mięsożerna. Nie oznacza to, że nie obchodzi mnie los zwierzątek dużych i małych, ale osobiście uważam, że gdyby Pan Bór nie chciał żebyśmy jadali krówki, nie byłyby one takie pyszne. Wszelkie argumenty znanych mi wegetarian o humanitarnym traktowaniu zwierząt, miłowaniu naszych braci mniejszych, zdrowotności żywienia się samą zieleniną oraz poczuciu moralności zbywam pobłażliwym uśmiechem. Bo mnie to nie rusza. Oczywiście oglądanie zdjęć czy filmów z ubojni wywołuje we mnie obrzydzenie i smutek, ale nie zmienia moich ciągot do dobrze wysmażonej karkówki. Dlaczego?… bo nie podchodzę do tematu emocjonalnie. Wegetarianie naturalnie nie odwołują się li tylko i wyłącznie do sumienia mięsożerców. Nie powinniśmy jeść zwierzątek nie tylko dlatego, że to nieładnie, ale także dlatego, że niezdrowo, niehumanitarnie, itd., itp. Wiele jest argumentów na zdrowszą, bezmięsną alternatywę żywieniową. Często nawet są naprawdę sensowne, logiczne, poparte nauką argumenty. Nie zmienia to jednak faktu, że wegetarianizm zawiera w sobie element emocjonalny. Ludzie, którzy są wegetarianami z przekonania, źle się czują jedząc zwierzęta. Co więcej ich emocjonalny stosunek do tej kwestii często sprawia, że próbują oni aktywnie przekabacić innych na swoją stronę. Ile razy zdarzyło Wam się w knajpie poczuć jak morderca, gdy jakiś wojujący wegetarianin patrzył się na Was krzywo znad swojej sałatki, gdy Wy właśnie pochłaniacie polędwiczki wieprzowe z grilla? Ile razy podczas obiadu u znajomych musieliście bronić swojego prawa do jedzenia mięsa?… Myszy się to parę razy przytrafiło. I nic mnie w życiu nie denerwuje tak bardzo jak ludzka nietolerancja. Jeśli ja nie próbuję wymuszać na wegetarianach jedzenia schabowego, to jakie prawo mają oni do zaglądania mi w zęby?… wbrew pozorom szanuję wegetarian za ich przekonania. Nie rozumiem ich, ale je szanuję. A może inaczej: szanuję prawo wegetarian do posiadania takich a nie innych przekonań… tak długo jak nie wmuszają ich we mnie. Innymi słowy: powiedzenie „ta sałatka jest przepyszna, powinieneś spróbować” jest okej. Teksty z gatunku „mięso to morderstwo, powinnaś się wstydzić, zwierzęta też mają uczucia” są absolutnie nie na miejscu.
Mysz jest mięsożerna z bardzo prostego powodu: argumenty wegetarian mnie nie ruszają. Jak już mówiłam filmy z ubojni czy ferm gęsi nijak mi się nie podobają. Uważam je wręcz za karygodne. Mimo to nie zamierzam rezygnować z jedzenia mięsa. Bo nie podchodzę to tematu emocjonalnie.

No chyba, że chodzi o filmy.
W wypadku filmów, Mysz jest totalną wegetarianką. Oznacza to ni mniej ni więcej, że mam do filmów szalenie emocjonalne podejście. Nie do wszystkich, oczywiście, ale do tych, które mi się podobają. Czyli jestem jak taki wegetarianin, co nie jada mięska, ale jada owoce morza i jajka, bo los ryb i niezapłodnionych kurzych komórek jajowych jest mi już obojętny. A mój wegetarianizm filmowy objawia się tym, że nie ważne ile argumentów mi przedstawicie na swoje racje, ja i tak będę trwała przy swoim. Bo tak. Bo to kocham. Czyli możecie mi wmawiać, że ludziom potrzebne jest białko i że zwierzątka są po to by je jadać, a ja i tak będę wpieprzać metaforyczną sałatę.
Ten długi wstęp i ta kompletnie zmyślona, niewątpliwie kulawa metafora służą mi po to, bym mogła poruszyć ważny dla mnie temat. Chodzi o podejście do filmów oraz dyskusje o nich. Ile razy wyraziliście gdzieś swój zachwyt dla jakiegoś filmu, by zaraz potem musieć odpierać czyjeś argumenty na to, dlaczego ten film – ten film, który tak wam się spodobał – jest w istocie denny? Ile razy zdarzyło Wam się kłócić o to, że Moulin Rouge jest dobrym filmem? Albo że American Pie wcale nie jest tylko i wyłącznie durną komedią? Jak często zdarza Wam się walczyć o swoje prawo do lubienia jakiegoś filmu?

Mysz robi to wyjątkowo często. I to z bardzo prostego powodu: jestem tzw. „naiwnym widzem”. Łatwo jest mnie złapać na filmowy haczyk, zachwycić czymś, przekonać do czegoś. Często wystarczy, że w danym filmie gra lubiany przeze mnie aktor, a już patrzę na dzieło przychylniejszym okiem. Poza tym moja naiwność objawia się także w tym, że lubię dać się filmowi porwać. Czy to dzięki muzyce, aspektom wizualnym, dobremu aktorstwu, sprawnie napisanemu scenariuszowi… jeśli film mnie czymś ujmie jestem mu w stanie wiele wybaczyć. Nawet jeśli jest to kiepski film. Taka łatwość zaangażowania się w film przejawia się także w dość emocjonalnym do nich podejściu. Jeśli jakiś film mi się spodoba, jeśli się w niego wczuję, to reszta przestaje się dla mnie liczyć: wady scenariusza, kiepski montaż, złej jakości efekty specjalne… Zdaję sobie sprawę, że te cechy sprawiają, iż z założenia kiepski ze mnie recenzentem: mało obiektywny, zachwycający się co drugim filmem, który ogląda, nie szukający uparcie dziury w całym. Ale ponieważ zdaję sobie sprawę ze swojej filmowej naiwności, staram się temu przeciwdziałać i zwracać tym pilniejszą uwagę na aspekty techniczne. Są jednak takie filmy przy których, mimo najlepszych chęci, zapominam o byciu recenzentem i zamieniam się po prostu w widza, który z oglądania czerpie niesamowitą przyjemność.
Ci, którzy mnie już trochę znają wiedzą, że często moja recenzja filmu streszcza się w zdaniu: „nie był to najlepszy film, bo [tu wymieniam jego wady], ale mnie się podobał”. Mysz jest po prostu mało wybrednym kinomanem z bardzo emocjonalnym podejściem do kina. I niestety z tego powodu nagminnie muszę bronić swoich racji. No, może nie racji. Ale od lat muszę bronić swego prawa do lubienia pewnych filmów. Wiem, oczywiście, że nie wszyscy muszą lubić te same filmy, tak samo jak nie wszyscy muszą lubić dietę bezmięsną. Jednak wmawianie mi, że jestem głupia, bo lubię sałatę, jest absolutnie bezcelowe. Ty mnie nie przekonasz swoimi racjonalnymi argumentami, bo ja mam do tematu emocjonalne podejście. Ja z kolei nie przekonam Ciebie swoimi emocjonalnymi argumentami, bo Ciebie po prostu ta kwestia nie rusza. Wegetarianizm, moi drodzy.

Sytuacje te widuje się nagminnie na blogach, forach, Facebooku. Ktoś wyraża zachwyt jakimś filmem i prędzej czy później zawsze pojawi się głos pod tytułem: „moim zdaniem to nie jest dobry film”. I okej, masz prawo tak myśleć. Tak długo jak nie próbujesz mi udowodnić za wszelką cenę, że masz rację. Jest różnica między ciekawą, wnikliwą dyskusją na temat wad/zalet filmu, a tekstami z gatunku „przecież to szmira, jak możesz to lubić?”. Tak samo jak w dyskusji mięsożerców i wegetarian jest różnica między argumentami „zwierzęta też mają uczucia” a „jesteś mordercą”. Ale pamiętajmy, że to działa w obie strony. Tak samo jak wegetarianie nie powinni nazywać mięsożerców „mordercami zwierząt”, tak mięsożercy nie powinni wegetarian nazywać „idealistycznymi debilami” (czy innym obraźliwym epitetem).
Na tym właśnie polega problem: nie ważne jak szanujemy czy lubimy naszego rozmówcę, często w trakcie takie dyskusji potrafi nas trafić szlag i powiemy coś niemiłego. Powody zazwyczaj są trzy:
– głupota. Ktoś próbuje się wymądrzać podając wydumane/nieprawdziwe argumenty, idzie z nim i w zaparte, a nam się nóż w kieszeni otwiera;
– niestety ma rację. Czyli tracimy nad sobą panowanie, bo nie podoba nam się to co mówi, właśnie dlatego, że ma rację;
– próbuje za wszelką cenę udowodnić swoją przewagę. Nie wystarczy mu, że powiemy „okej, rozumiem, że tak myślisz, ale ja uważam inaczej”. Nie. Taka osoba musi nas stłamsić i pogrążyć.

I niestety zachowania te objawiają się w obu obozach. Zarówno mięsożerni kinomani, z głową pełną logicznych argumentów, jak i idealistyczni wegetarianie, którzy do wszystkiego podchodzą na zasadzie emocji potrafią stracić nad sobą panowanie. Grunt to jednak umieć wyhamować, powiedzieć sobie „stop”. Jeśli kogoś uraziłeś, przeproś. Jeśli ktoś Ci powiedział coś niemiłego, nie odwdzięczaj się tym samym. Bądźmy dla siebie ludźmi. Dawajmy sobie prawo do takich a nie innych opinii.
I to dochodzę chyba do sedna tego naprawdę pokrętnego wywodu, którego pewnie nikt w pełni nie zrozumiał (sama mam problemy, to wciąż raczkująca teoria). A sednem jest to, że każdy ma prawo czuć się tak a nie inaczej. Jeśli ja, jako filmowy wegetarianin poczułam się urażona czyimś suchym, logicznym komentarzem wytykającym wady filmu, mam prawo się tak czuć. Nie mam prawa tej osoby zjechać za jej komentarz. Mam prawo powiedzieć, że poczułam się urażona i wytłumaczyć dlaczego. On ma prawo powiedzieć mi, że nie rozumie jak mogłam się poczuć urażona, ale że przyjmuje to do wiadomości. Nie ma prawa powiedzieć mi, że nie mogę się czuć urażona. Moje emocje i odczucia pozostają MOJĄ sprawą i mam pełne prawo je wyrażać. Nie mam natomiast prawa ich komuś narzucać. Logicznymi argumentami można się przerzucać, ale nie można ich narzucać. Jeśli ktoś ich nie uznaje, nie znaczy to od razu, że jest głupi. Może po prostu ma do filmu inne, emocjonalne podejście.

Dajmy sobie nawzajem prawo do posiadania własnych, niekoniecznie zbieżnych opinii. Pamiętajmy o tym, żeby się szanować, nawet jeśli się nie rozumiemy. Bądźmy w stanie przyznać, że ktoś ma rację, wciąż jednak zachowując możliwość nie zgadzania się z tą racją.
Może i jest to idealistyczne podejście. Ale jak już powiedziałam: jestem filmową wegetarianką.
PS. Ten wpis nie został napisany kompletnie na serio, choć porusza ważne dla mnie tematy. Gdy go obmyślałam w swojej głowie brzmiał a) sensowniej, b) składniej, ale gdy usiadłam by swoją teorię zapisać, wszystko mi się pomieszało. Przepraszam więc jeśli:
– wpis był chaotyczny i niejasny,
– uraziłam czyjeś uczucia. Ta uwaga skierowana jest do głównie do wegetarian, których naprawdę szanuję. Wykorzystałam wasze przekonania jedynie w ramach metaforycznej krotochwili, która przyszła mi do głowy w tramwaju, a potem urosła do rozmiarów wydumanej teorii. Przepraszam jeśli swoimi wywodami i komentarzami uraziłam Wasze uczucia lub przekonania. Nie to było moim celem. Życzę Wam smacznej sałaty i sojowych kotletów, oraz niech Wasze kiełki kiełkują na potęgę.

PS2. Naturalnie teorię tę mogłabym rozszerzyć na popkulturę jako taką – nie tylko filmy, ale i książki, seriale, muzykę, gry, etc. Skupiłam się na filmach, bo tak było najłatwiej. Pozostaje jednak we mnie nadzieja, że takie ludzkie, szanujące swoje wzajemne opinie podejście może egzystować nie tylko wśród miłośników kina, ale w ogóle. Na świecie. A teraz pójdę się zaszyć pod kołdrą, bo już słyszę jak się wszyscy nabijacie z mojego idealizmu. I niech Wam będzie. Jestem naiwna. Ale jestem z tego dumna.
A tak naprawdę mogłabym ten wpis podsumować czterema zdaniami: emocje są po to, żeby je przeżywać, a nie się nad nimi zastanawiać, czy ich nie daj Boru bronić. Więc gdy ktoś podchodzi do filmu emocjonalnie – to zawsze widać! – na Wszystkie Świętości: dajcie mu to przeżywać w spokoju. Bo Wasze zdanie, zwłaszcza jeśli jest w kontrze, nijak się w tym momencie ma do tego, co dana osoba myśli. Więc albo siedźcie cicho albo, na Bora!, podchodźcie do takiej osoby jak do Księcia Jeżozwierzy: ostrożnie i z szacunkiem ;)

PS3. O tym, dlaczego emocje danego, pojedynczego widza są ważne podczas oglądania filmu, cudownie ujęła w swoim tekście Zwierz. (http://zpopk.blox.pl/2013/04/Wszystkie-filmy-jednej-tasmy-czyli-o-najbardziej.html). Wpis w innym kontekście, a za to w lepszych słowach, opisuje dokładnie to, co Mysz myśli i czuje. Więc polecam serdecznie.

  • Tak właściwie to osobiście zwykle kłóciłem się o to, że “Moulin Rouge!” to film kiepski a “American Pie” to jeden z najgorszych filmów z takim budżetem, jakie kiedykolwiek powstały… ^^

  • Jaka Mysza mądra dzisiaj. Czuję to samo, ale w przeciwieństwie do Myszy ja na pewnym etapie się poddałam i przestałam zdradzać swoje “kiepskie” filmowe fascynacje. Zostawiam to dla siebie. Czasem mi przykro, ale myślę, że tak trzeba. :)

  • Takie Twoje prawo :)
    “Moulin Rouge!” będę akurat broniła własną piersią, ze łzami w oczach, bo film od lat zajmuje drugie miejsce w Top 5 ulubionych mych filmów.
    A co do “American Pie”… umówmy się – dobrze wiem ile wad ma ten film (że nie wspomnę o całej filmowej serii, którą znam i lubię). A mimo to go lubię. Coś mnie w nim mimo wszystko ujmuje. Może to kwestia ukazania pewnych konkretnych aspektów męskiej przyjaźni, która mnie fascynuje, bo sama jestem kobietą?… nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Ale przyznaję, że nie jest to film wysokich lotów.
    Z ciekawości: jaki film z podobnym jak American Pie budżetem podałbyś jako przykład dobrego?

  • *kłania się* Dzięki. Pisząc to naprawdę myślałam, że plotę bzdury. Dobrze wiedzieć, że było w tym jednak trochę sensu.
    Ja chyba mam zbyt naiwną naturę właśnie. Na zasadzie, że “jeśli wytłumaczę czemu uważam ten kiepski film za fajny, może ktoś się do niego przekona”. Ciekawe kiedy taki idealizm wyleci mi z głowy :D

  • Z tym budżetem chodziło mi głównie o samo jego istnienie, żeby nie liczyć w “rankingu” najgorszych filmów tych wszystkich niezależnych potworków tworzonych praktycznie bez żadnego budżetu, bo tam zawsze znajdzie się coś gorszego ;)
    Co do aspektów męskiej przyjaźni (których jakoś tam nie dostrzegłem, ale wierzę na słowo, że tam były) – trochę ciężko mi się interesować uczuciami i relacjami bohaterów, którzy są kukłami bez cienia osobowości, nastawionych tylko na to, żeby się rozdziewiczyć. Co gorsza, nie było tam ani jednego gagu, który by wywołał we mnie choćby cień uśmiechu (a jako żywo wyrafinowanego poczucia humoru nie mam – choć generalnie lubuję się w brytyjskich dziwactwach, śmiałem się nawet na “Wielkim kinie”, a wszystkie “Straszne filmy” oglądałem po kilka razy), a kilka wywołało we mnie wręcz niesmak, jak choćby tytułowa scena z szarlotką. Co do późniejszych części nie wypowiem się, ciągle się zbieram, żeby je obejrzeć, ale co sobie przypomnę “jedynkę” to nie mogę się do tego zmusić ^^’
    A co do “Moulin Rouge!” – mógłbym długo narzekać na temat tego filmu, ale zamiast tego gorąco polecam tę recenzję: https://www.youtube.com/watch?v=zD4lMqq4rBw
    Bardzo ładnie ujmuje zarówno wady filmu, jak i przyczyny, dla których wciąż posiada on silny fandom, jest przezabawna w oglądaniu, no i (last but not least!) jestem psychofanem Douga Walkera i nie mam zamiaru przeoczyć jakiejkolwiek okazji na zalinkowanie któregoś z jego filmików. Pozdrawiam :D

  • Hm, ja niestety jestem absolutnie twardo-logicznym, zupełnie nie naiwnym widzem, który jest już tak zblazowany przy oglądaniu filmów, że naprawdę mało co go zachwyca. (dlatego zresztą oglądam głównie seriale – mam wobec nich znacznie mniejsze oczekiwania) W dodatku z charakteru raczej mało entuzjastyczna jestem. Tak więc myślę, że często mogę w przyszłości ranić Mysine uczucia, za co z góry przepraszam.

    Natomiast co uczucia, jakie rodzi się w człowieku, kiedy krytykują jego ukochany film/serial itp., to jest mi ono doskonale znane. Mam ochotę przegryźć tętniczkę każdemu, kto skrytykuje np. Brokeback Mountain. Mordercy zwierzątek!

  • Ale widzisz, jednak mnie ostrzegasz, więc taka kompletnie “nieczuła” to nie jesteś ;) A poza tym ja naprawdę nie jestem takim więdnącym kwiatuszkiem i mimozą na wietrze. Nie trzeba mnie oszczędzać. Wręcz przeciwnie – czasem zażarta dyskusja w obronie ukochanego filmu sprawia, że jeszcze bardziej mi się on podoba.

    Wiesz, że ja nadal nie widziałam całego Brokeback Mountain? Ale jestem ogromną fanką kina LGBT i zawsze gdy ktoś atakuję sceny/związki homoseksualne w filmach/serialach to mam ochotę się na taką osobę rzucić z okrzykiem, którego nie powstydziłaby się Xena.

  • W odwrotnej kolejności:

    – Nostalgia Critic znam, choć nie oglądam. Czasem zerknę na jakiś ranking (np. topowe piosenki villains z Disneya), ale ogólnie nie kręcą mnie ich filmy.
    Poza tym tak jak zdaję sobie sprawę z multum wad “Moulin Rouge!” nic nie poradzę na to, że właśnie za te wady je kocham: za recyckling tekstów, piosenek i zagrań, za chaotyczny montaż, który próbuje być czymś więcej niż jest, za kicz w strojach i scenografii… wszystko, co ludzie “normalni” w tym filmie wytykają jako wady, ja uważam za jego najfajniejsze cechy. Na szczęście obok widzów, którzy nienawidzą “Moulin Rouge!” całym sercem, są też tacy jak ja, którzy go ubóstwiają. O dziwo z nimi zazwyczaj mam o wiele spójniejsze gusta filmowe ;)

    Wbrew pozorom filmy niezależne, z mniejszym niż “American Pie” budżetem potrafią być o niebo lepsze. A jeśli chodzi o gatunek teen sex comedy, któego “American Pie” jest czołowym tytułem – widziałam WIELE filmów z tego gatunku, w tym tych naprawdę kijowych, więc śmiem twierdzić, że American Pie wcale nie jest takim dnem. Co więcej filmy “Epic Movie” i “Scary Movie” nie zaliczają się do tej samej kategorii, bo są to parodie, a nie nastoletnie komedie o seksie. Więc nie powinniśmy ich w ogóle rozpatrywać w ramach porównania humoru. Istotną teen sex comedy jest właśnie wywoływanie uczucia zażenowania, czy też śmiechu poprzez zażenowanie. W tym aspekcie mam wrażenie “American Pie” sprawdza się świetnie i jeśli ktoś jest w stanie zignorować to uczucie “żenua”, film potrafi mieć swój urok. Ale nie będę Cię przekonywać, bo w tej opinii – sympatii do teen sex comedies jako takich – jestem dość odosobniona. Zwłaszcza wśród kobiet, ale to temat na inną rozmowę.

    A co do kukieł bez cienia osobowości… pacynki w teatrzyku lalek dla dzieci też nie mają praktycznie żadnej osobowości, przedstawiają sobą jedynie pewne archetypy czy uproszczone schematy zachowań. A mimo to dzieci są w stanie uwierzyć w przyjaźń Bolka i Lolka. Wszystko to kwestia wyobraźni i otwartości. Ja mam tych w nadmiarze, więc możliwe, że nadinterpretuję przyjaźń chłopaków z “American Pie” (i innych tego typu filmów).

    Z ciekawości: jakie jest w takim razie Twoje zdanie o wszędzie chwalonym “Superbad”?

  • Ja jestem wielce czuła, tylko strasznie ponura i to wobec filmów, a nie wobec ludzi, którzy się nimi zachwycają ;)

    W dodatku okropnie płaczę rzewnymi łzami na tych wszystkich filmach, które mną podle manipulują, co mi nie przeszkadza potem ich zjechać za stereotypowość i tanie chwyty.

    Jak mogłaś nie widzieć Brokeback Mountain?!? To jest cudowny film, z rewelacyjnymi zdjęciami, fantastycznie zagrany i po którym płakałam dwa tygodnie (serio, a przy soundtracku nawet jeszcze dłużej).

    Ale to nie jest kino LGBT, tylko po prostu piękna opowieść o miłości, która nie wystarczyła. Przy mnie ludzie chyba nawet się nie odważają zaatakować, bo wiedzą, że żywcem pożeram ;)

  • Mnie zawsze trochę śmieszy, jak ktoś na takim forum napisze coś w stylu ‘o gustach się nie dyskutuje’, po czym…o nich dyskutuje:d A i nie lubię np. jak ktoś krytykuje dany serial, wcześniej nie obejrzawszy żadnego (!) odcinka (‘Gra o Tron’, ‘Sherlock’, ‘Luther’ i inne).
    Dla mnie takie najgorsze teksty w tej kwestii to:
    -ten serial/film jest tylko dla dzieci (ew. te chińskie bajki, czyli anime)
    -każdy kto tego nie zrozumie jest debilem (dosłownie)/to film dla inteligentnych widzów
    -jestem fajny bo nie lubię tego co wszyscy, więc ja mam rację, a ty nie (hipster trap)

    ‘Łatwo jest mnie złapać na filmowy haczyk, zachwycić czymś, przekonać do czegoś. ‘-mam podobnie, choć nie zawsze. Plus nie rozumiem jak można krytykować “Moulin Rouge”;).

  • To tym bardziej się dogadamy. Czyli jesteś takim filmowy Kłapouszkiem? :D

    A wiesz, że ja mimo swojej naiwności też nie lubię jak mną film zmanipuluje? Co prawda rzadziej się orientuję, że tak jest, ale właśnie dlatego, gdy już się wydarzy, tym bardziej mnie denerwuje.

    Ehrm… nie bij, ale swego czasu przewijałam do -momentów-, bo to wtedy było najbardziej kontrowersyjne. A potem autentycznie zapominałam go obejrzeć. Kiedyś nadgonię. Przysięgam!
    I zgadzam się, że to piękny film o miłości – a płec jest nie istotna – nie zmienia to jednak faktu, że film jest zaliczany do jednej z najważniejszych dzieł ostatnich lat w nurcie LGBT.

  • Argumentu “de gustibus…” używam zwykle w dwóch wypadkach: gdy mi się z kimś nie chce dyskutować, lub gdy mi ręce opadną na czyjś gust ;)
    Także nie lubię, gdy ludzie oceniają coś bez uprzedniego zapoznania się – nie ważne czy chodzi o książkę, film, czy serial. Jednak czasem nie wystarczy jeden odcinek – Mysz po jednym odcinku olała “Girls” i “New Girl”, zjechawszy je przy tym strasznie. A potem musiałam odszczekać. Jedyny raz kiedy krytykowanie “w ciemno” okazało się w moim wypadku słuszne to był Pratchett. Od początku, nie przeczytawszy ani zdania, mówiłam, że to nie dla mnie. Po latach, i trzech przeczytanych książkach (dobranych przez znajomego specjalnie pod mój gust) stwierdzam, że miałam rację. Ale ogólnie “ocenianie książki po okładce” jest fe.

    Co do hipsterskich tekstów mnie denerwuje słynne “lubiłem to, zanim stało się popularne”. Zabawne, że sama mam dokładnie takie samo, terytorialne podejście do serialu Teen Wolf :D
    Ale teksty odnośnie “to jest dla dzieci” też mnie strasznie denerwują. Cholera jasna, mój ojciec ma ponad 40ści lat na karku a nadal wciąga baje Disneya jak wariat.

    Mój Luby się śmieje, że jestem łatwa. Ja na to zawsze odpowiadam, że nie ma pojęcia jak bardzo *chichot* Oooo! Czyżby fanka “Moulin Rouge!”? :)

    PS. Pamiętasz jak sugerowałaś wpis o Top 10 filmów kostiumowych? Właśnie się pisze ^^

  • Jestem Kłapouchym w każdej dziedzinie życia.

    Fakt, z pewnością Brokeback to bardzo ważna pozycja w tym nurcie, bo obejrzały go masy heteryków i się przekonały, że jak dwóch facetów się kocha, to to wcale nie musi być obrzydliwe. Zrobił więc mnóstwo dla tzw. visibility. Ale dla mnie to przede wszystkim film o ludziach (może dlatego, że takie jest moje podejście do całej tematyki LGBT) i dlatego w mojej głowie nie zalicza się do żadnych nurtów.

  • Moje zdanie jest żadne, bo go nie oglądałem ;)

    Och, oczywiście, że potrafią być o niebo lepsze, ale mogą być i o siedem piekieł gorsze. Bądź co bądź kino niezależne to także wszelkie pozycje z gatunku “tak złe, że aż dobre” :)

  • Chodź, Kłapouszku. Mysz przytuli ^^ (ktoś mi kiedyś zarzucił, że jestem jak skrzyżowanie Kangurzątka i Królika)

    Jasne, rozumiem i popieram taki sposób myślenia (nie oddzielania filmów na podstawie “rodzaju” miłości). Używam zwrotu “nurt LGBT”, bo dla mnie to jedynie określenie pewnej grupy filmów. Jak “horrory” albo “komedie”.

  • Chyba zupełnie co innego rozumiemy przez pojęcie “kino niezależne”. Kino niezależne – czyli “indie” – to filmy robione małym nakładem, bez pomocy/współpracy wielkich studiów, ewentualnie takie filmy, które poruszają niszowe tematy, lub w taki właśnie sposób je prezentują.
    “Tak złe, że aż dobre” filmy wbrew pozorom niewiele mają wspólnego z kinem niezależnym. Wręcz przeciwnie – “tak zły, że aż dobry” o wiele częściej jest film wielkiego studia, w który wrzucono zbyt wiele pieniędzy na wybuchy/efekty specjalne/sławne nazwiska, a zapomniano kompletnie o tym, jak ważna jest treść samego filmu. Filmy niezależny zazwyczaj właśnie na treści się skupiają. Jeśli film indie był zły to tylko i wyłącznie dlatego, że był źle zrobiony. Wbrew pozorom nie staje się dzięki temu lepszy.

  • Czy z tym “Hannibalem” chodziło o mnie? :)

    Przyznam najzupełniej szczerze, że poczucie się dotkniętym bo ktoś wypunktował wady Twojej ulubionej produkcji jest dla mnie hmm… dziwne. I mogę z całą stanowczością powiedzieć, że nigdy się tak nie czułam. Owszem jestem widzem (bardzo) wybrednym i potrafię praktycznie każdą produkcję rozłożyć na czynniki pierwsze. Nie zmienia to oczywiście faktu, że bardzo wielu rzeczom zwyczajnie fanuje i mówiąc w prost – nie potrafię zrozumieć jak inni mogą w takim, a takim dziele nie widzieć krzty geniuszu. Nigdy jednak nie czuję się urażona, smutna czy zła, bo ktoś zjechał mój ulubiony film/grę/książkę. Raczej włącza mi się wtedy “tryb Mesjasza”, który postanawia “zbawić” nieświadomego artystycznego geniuszu delikwenta. Mogę wtedy dyskutować godzinami i udowadniać wyższość Bożego Narodzenia nas Świętami Wielkiejnocy, ale czy czuję się dotknięta? Nie.
    Oczywiście czym innym jest chamstwo, które należy bezbrzeżnie tępić, albo jakieś personalne wycieczki, ale naprawdę kulturalna rozmowa (bo uważam siebie za osobę bądź co bądź kulturalną) wypunktująca wszelkie wady nawet najukochańszego filmu na świecie dalej pozostaje jedynie mniej lub bardziej ciekawą dyskusją. Każdy ma inny gust, każdy lubi inne produkcje, każdy ma inną wrażliwość. Rozumiem to i szanuję, naprawdę. Ale z drugiej strony nie zmienia to faktu, że takie rozemocjonowane podejście do filmów wydaje mi się mocno… niedojrzałe. Bo film to tylko… film właśnie. Nie Ty, nie Twoja Mama, nawet nie Twój pies. A Twój gust nawet w najmniejszym procencie nie świadczy o Tobie jako o człowieku. Ani na plus ani na minus.
    Zdaję sobie sprawę, że w moim podejściu jestem dość osamotniona i może rzeczywiście jestem posiadaczką pancernego serca (swoją drogą pisałam o podobnej sytuacji u mnie na blogu kiedy wypunktowanie wad “Gry o Tron” prawie wykluczyło mnie z kręgu radosnego wspólnego oglądania), ale z drugiej strony cieszę się że wychowałam się w domu w którym zawsze się dyskutowało i nikt nigdy nie stroił fochów o to, że ktoś ma swoje zdanie. Może więc i jestem dość obcesowa, ale z drugiej strony nigdy nie bałam się mówić tego co myślę. Bo przecież najciekawsze dyskusje to te, w których się nie zgadzamy! :)

  • Tak, chodziło o Ciebie :D

    Pamiętam, że o tym już kiedyś pisałaś. To jak sprawnie i sensownie wypunktowałaś swoje racje także było inspiracją dla tego wpisu. Bo z jednej strony widzę sens w tym co piszesz, ale z drugiej strony całą sobą jestem przekonana, że mam prawo w pewnych sytuacjach czuć się urażona.
    Przykro mi na przykład, że uważasz takie emocjonalne podejście do filmów jakie mam ja, za niedojrzałe, ale rozumiem skąd wzięła się u Ciebie taka opinia. Założyłam więc, że po prostu w pewnych sprawach mamy inne opinie. Co nie zmienia faktu, że możemy na nie – oczywiście kulturalnie – podyskutować.
    I choć zgadzam się z Twoim stwierdzeniem, że czyjś gust nijak nie świadczy o człowieku, nie możesz zaprzeczyć, że czyjś gust – tak samo jak wygląd, sposób wysławiania, fryzura, cokolwiek – służy nam jako szybki “identyfikator”. Ludziom o takich samych lub różnych od nas gustach przypinamy pewne konkretne łatki. A mnie po prostu boli, gdy ktoś – zwłaszcza ktoś kogo szanuję – uważa mnie za jakiś gorszy gatunek człowieka, bo lubię… bo ja wiem, Troskliwe Misie czy My Little Pony. Oczywiście staram się zlewać, co inni o mnie myślą, ale czasem to upragnione poczucie zrozumienia, bycia częścią wspólnoty, która tak samo wartościuje pewne aspekty kultury jest we mnie silniejsze.
    I żeby nie było: też wychowałam się w domu, gdzie dyskutowała się długo i namiętnie, bez fochów i obrażania. Jednak w dyskusjach tych nie było także chamstwa, a był ogromna tolerancji, zrozumienia i szacunku. Stąd więc moja agresja na brak takich elementów w Internetowych konwersacjach.

  • Szczerze mówiąc, nie bardzo uważam, że ktokolwiek ma prawo czuć się urażonym dlatego, że zjechało się produkcję której on fanuje. Jasne emocje to jedno, a zdrowy rozsądek drugie i jasne, nie zawsze nad wszystkim idzie zapanować, ale nie uważam, żeby ktokolwiek miał “prawo” tupać nogą bo coś mi się nie podoba i głośno o tym mówię. Prawo jak najbardziej masz do stwierdzenia, że się ze mną nie zgadzasz, że pieprzę głupoty, albo że najzwyczajniej w świecie nie życzysz sobie takich komentarzy na swoim blogu, ale do poczucia się personalnie urażoną, bo ktoś zjechał twór ludzi, których nie znasz? Niet.
    Z pewną niedojrzałością, jak to określiłam, chodziło mi o podejście w stylu “mnie się podoba, więc mi nie obrzydzaj, bo strzelę focha”. Mam małoletniego kuzyna, który ogląda różnego rodzaju bajki i za każdym razem kiedy mu w tym towarzyszę, udaję szczere zainteresowanie i wygłaszam peany na cześć “Teletubisiów”, by było mu miło. Dlatego to o czym piszesz skojarzyło mi się z niedojrzałością. Z takim życiem w szczelnej bańce, zazwyczaj zarezerwowanym dla małych dzieci.
    I żeby nie było niedomówień. Naprawdę podoba mi się wizja świata, w której na każdego jednego malkontenta jak ja, przypada widz huraoptymistyczny jak Ty. To naprawdę świetna wizja. Bo mówiąc szczerze, naprawdę zazdroszczę Ci tego, że potrafisz się wieloma rzeczami zachwycić i czerpać z nich satysfakcję. Ja nie potrafię.
    I Myszo moja droga, jak już mówiłam chamstwo jest nie do przyjęcia. Zawsze i wszędzie. Ale moim zdaniem (choć możliwe że się mylę), w swojej notce nie piszesz jedynie o chamstwie, ale również o zwykłym “bezdusznym” wymienianiu błędów danej produkcji. Bo jeśli chodzi o chamstwo czy personalne wycieczki to absolutnie się z Tobą zgadzam, zjeżdżanie kogoś za to że coś lubi lub czegoś nie lubi jest po prostu skurwysyństwem (nawiasem mówiąc, też uwielbiam MLP :) Ale dyskusja, kulturalna i rzeczowa, nawet jeśli koncentruje się na “niewygodnych” aspektach fanowanych produkcji chamstwem nie jest. Nigdy, przenigdy nie wygłaszam swoich komentarzy po to, żeby kogokolwiek zjechać za jego gust (choć może różnie mi to wychodzi), a po to by pochylić się nad człowiekiem, podyskutować właśnie nad tym dlaczego coś mi się nie podoba, podczas gdy inni widzą w tym geniusz. A jeśli na końcu tej dyskusji stwierdzimy, że nasze racje są nie do pogodzenia to w porządku. Nie obrażę się, nie popłaczę, ani nie zabiorę zabawek do domu. W końcu w dyskusji najbardziej interesuje mnie to by dowiedzieć się czegoś o produkcji i o sobie.

  • Anonymous

    Nie widzę niestety w tej wypowiedzi Myszy nic inteligentnego. A raczej widzę próby inteligencji na siłę. Odsyłam do przeczytania publikacji na tematy, o których nie ma się pojęcia :)

  • Hm, trudno polemizować z kimś, kto zachowuje anonimowość… Drogi Anonimie, przykro mi, że moje braki inteligencji – czy też silenie się na nią – uraziło Twoje, bezapelacyjnie wysublimowane, gusta. Chętnie poczytam te publikacje, o których piszesz. Ale jaką tematykę masz na myśli? Wegetarianizm? Kwestie subiektywnej oceny filmów? Jak prowadzić cywilizowane, nie zniżające się do osobistych ataków dyskusje o popkulturze?… czy może to, że mam prawo myśleć i czuć co tylko mi się żywnie podoba, tak długo jak okazuję zrozumienie dla innych punktów widzenia?

  • Nie nie nie, to nie są chińskie bajki, tylko chińskie porno-bajeczki. Koniecznie, inaczej nie działa. Mnie wkurza też coś odwrotnego od podanego przykładu, znaczy się – “to się mogło podobać tylko skończonym kretynom!!!!!!!”. Och. Szarża mode on. A z drugiej strony człowiekowi jest tak totalnie głupio, że siedzi jak trusia, pozwalając innym jechać po jego kochanym dziele jak po łysej kobyle, bo głupio by się było wtrącić, przyznając do “kretynizmu”, zresztą człowiek wie, że żadna siła i argumenty nie przekonają przeciwników danej rzeczy. Nie i koniec.

    Ogólnie, pod tym wpisem Myszy podpisuję się wszystkimi kończynami i linkuję wszystkim znajomym, bo to są święte słowa i już.

  • A co jeżeli się z owymi “błędami” totalnie nie zgadzamy? Ja to miałam choćby w wypadku “District 9”, czyli podobno najgorszego filmu w dziejach ludzkości, z największą ilością grzeszków, byków, debilizmów, słabe aktorstwa i w ogóle puka w dno od spodu. Nie zgadzałam się z 3/4 argumentacji, bo wynikała ona dla mnie głównie z totalnego nie zrozumienia idei filmu. Zresztą, na necie najczęściej znajdziemy niekoniecznie mądre wytknięcie wad, a zwyczajne hejterstwo z mniej lub bardziej domyślnym “idź się powieś, jeżeli śmiesz mieć inne zdanie”. Co innego powiedzieć komuś “nie lubię tego filmu, ponieważ do mnie nie przemówił// nie przekonała mnie gra aktorska// dostrzegam w nim sporo błędów logicznych, np. *cośtam*”, a co innego “ja pie*do*ę, ale chała dla debili, lol, tylko skończonym kretynom to by się podobało”. Cóż, wyważona krytyka to nie chamstwo i imo podchodzimy do takiej nieco mniej emocjonalnie, niż do wycieczek osobistych.