Wyznania filmowego wegetarianina, czyli: Dajcie mi prawo do moich emocji!

Mysz używa naciąganej metafory by wytłumaczyć swoje podejście do oceniania popkultury i rozmów na jej temat.


Mysz musi coś wyznać: jestem wegetarianinem. Filmowym.

Pozwólcie, że wyjaśnię o co mi chodzi. Ostrzegam jednak, że będzie bardzo zawile.
Jeśli są dwie rzeczy, które mnie strasznie wkurzają to w życiu to odbieranie komuś prawa do odczuwania (takich a nie innych) emocji, oraz gnojenie kogoś za brak wiedzy. Najpierw szybkie sprostowanie: Mysz nie uważa swoich nagminnych komentarzy pt. „jak można było tego filmu nie widzieć?!” jako gnojenia czy obrazy. Mysz po prostu non-stop zapomina, że nie wszyscy są takimi no-life’ami jak ja i poświęcają czas na coś innego niż oglądanie wszystkiego jak leci. Przez gnojenie kogoś rozumiem umniejszanie jego opinii na jakiś temat poprzez wytykanie mu braku wiedzy w taki sposób, że robimy z człowiek nie osobę niedoinformowaną a ostatniego debila.

DISCLAIMER: wpis chaotyczny i wydumany.
Nie należy brać na serio!


 Punkt pierwszy dotyczy natomiast tego, że panuje wśród ludzi – głównie w Internecie i głównie na blogach/forach/stronach około-filmowych – że nie mam prawa poczuć się urażona tym, że ktoś się ze mną nie zgadza na temat jakiegoś filmu (mówię o sobie, bo będzie łatwiej niż mówić ogólnie). Wyjaśnijmy sobie: każdy może się ze mną nie zgodzić. Ludzie są różne więc i odczucia i przemyślenia płynące z oglądania filmów są różne. Należy jednak zaznaczyć, że jest różnica między dyskusją pod szyldem „Nie zgadzamy się ze sobą, podyskutujmy o tym” a słowną nawalanką „ja nie mogę, jakie to dno-dna, jak Ty to możesz lubić, co Ty oczu nie masz?!”. Mój problem nie polega na tym, że takie teksty się pojawiają. Jak już powiedziałam: ludzie różne są. Mój problem polega na tym, że osobę, która takim tekstem poczuje się urażona natychmiast się wyśmiewa. Argumentuje się wtedy, że przecież negatywna opinia jednej osoby nie powinna wpływać na odbiór filmu przez nas; że czyjeś zdanie nie umniejsza walorów filmów, które my, jako widz, mogliśmy w nim dostrzec; że zgnojenie filmu nie oznacza zgnojenia nas (bo są wypadki wyzywania filmu, bez wyzywania osoby, której się film podobał, a ona i tak się poczuła urażona). Tylko widzicie jest w tym pewien problem: to, że nie powinnam się czuć urażona, nie oznacza, że tak się nie czuję. Więcej: mam absolutne prawo się tak czuć. I twierdzenie, że te uczucia robią ze mnie Sierotkę Marysię, której złego słowa o filmie powiedzieć nie wolno bo od razu się obrazi jest KOMPLETNĄ BZDURĄ. Umówmy się: jasne, czyjaś opinia – już nie ważne czy obcej osoby, czy nie daj Boru kogoś bliskiego – nie powinna wpływać na to, jak odbieramy film. ALE TAK NIE JEST. A jeśli Ciebie, Drogi Czytelniku, nigdy nie ruszył żaden negatywny komentarz odnośnie lubianego przez Ciebie filmu to KŁAMIESZ albo jesteś z kamienia. Każdy ma przynajmniej jeden lubiany film, którego ktoś kiedyś zjechał, a wtedy nasze serduszko zakwiliło cicho jak kopnięty szczeniaczek. Oczywiście Mysz, jako zwierzę z gruntu wrażliwe, przeżywa to częściej niż rzadziej, ale właśnie dlatego mnie to tak bardzo denerwuje. Przez „to” mam na myśli właśnie owo umniejszanie moich emocji. „Nie bądź idiotką, przecież nie mówię, że Ty jesteś głupia tylko, że film jest głupi”. „To, że lubisz ten film nie oznacza wcale, że jesteś gorszym człowiekiem”. „No nie wygłupiaj się, przecież jeśli lubisz American Pienie przestanę Cię przez to szanować”…. Znacie to? Bo ja tak. Od lat tresuję się w nie unoszeniu się honorem w takich sytuacjach. Staram się trzymać emocje na wodzy. Prowadzenie bloga – gdzie różne ludzie i różne opinie, często sprzeczne – się trafiają bardzo w tym pomaga. Co nie zmienia faktu, że mnie czasem szlag trafia. Zwłaszcza gdy negatywny komentarz lub uwagę typu „nie bądź taki mazgaj, nie mówię przecież o Tobie” słyszę od osoby, które lubię i/lub szanuję.

Tak się akurat złożyło, że te denerwujące mnie sprawy (kwestie emocjonalnego podejścia do filmów oraz gnojenia za brak wiedzy) wypłynęły ostatnio na Facebooku a’propos finału pewnego serialu. By streścić: właściciel profilu stwierdził, że finał był cudowny, że były łzy, wzruszenie i że było cudownie. Na to ktoś w komentarzu powiedział, że jego zdaniem finał był taki sobie, że wtórny, że niespójny, itd., itp. I wszystko byłoby okej, gdyby właściciel profilu zareagował spokojnie i powiedział coś na zasadzie: „Nie zgadzam się z Tobą, ale myśl sobie tak dalej”. Ale nie: właściciel wytknął komentatorowi jego braki w wiedzy, na dodatek sponiewierał jego przekonania, a na koniec dodał uwagę, że nie powinno się pod postami wyraźnie emocjonalnymi pisać o „racjonalnych” argumentach, tym bardziej w kontrze. I mimo, że sposób w jaki potraktowano komentatora mi się absolutnie nie spodobał, musiałam właścicielowi profilu przyznać rację. Poniekąd.

Wpis zilustrują idiotyczne propagandowe ilustracje.
Bo tak.
Jak już mówiłam jest różnica między spokojną wymianą poglądów między widzem emocjonalnym (jak Mysz) a logicznym, a wzajemnym ubliżaniem sobie od ignorantów, mazgajów, naiwniaków, itd. I tak jak sposób w jaki potoczyła się ta Facebookowa kłótnia mi się nie spodobał, zaintrygowała mnie przedstawiona tam teoria. Mowa mianowicie o tym, że emocjonalne podejście do filmu automatycznie wybija z ręki wszystkie logiczne, sensowne argumenty, które mogłyby przeciwko filmowy świadczyć. Tutaj oczywiście wracamy do sytuacji przeciwnej, przedstawionej na początku, gdy to ludzie z racjonalnymi argumentami często próbują widzowi emocjonalnemu wmówić, że jego pojmowanie filmu jest błędne.
Dodajmy do tego fakt, że ostatnio blogerka, którą bardzo szanuję wyraziła swoją ogromną niechęć do serialu Hannibal, który mnie się ogromnie podoba. Żeby nie było wątpliwości – ten wpis nie jest o niej, ani do niej, tylko tak się akurat w czasie zgrało, że mój wewnętrzny szczeniaczek poczuł się jej opinią skopany. To nie jej wina, tylko po prostu moje odczucia. Mimo dzielących nas różnić w odbiorze serialu starałam się jednak zachować z szacunkiem i zrozumieniem. Serial, jak każdy inny aspekt popkultury to dzieło subiektywne. Każdy je odbiera inaczej. Jednak te emocje, związane z różnicą zdań, dołączyły do zdenerwowania, które wywołała we mnie wspomniana wcześniej rozmowa na Facebooku. Na koniec dodajmy do tego dziwne zasady według których działa Mysi mózg – mianowicie skojarzenie, że Leonardo da Vinci (w serialu Da Vinci’s Demons) był wegetarianinem – i nagle w głowie Myszy narodziła się kuriozalna, pokrętna metafora. Metafora między podejściem do filmów, a kwestią wegetarianizmu.
Niniejszym chciałabym Wam tę swoją „teorię” przedstawić. I z góry przepraszam za to, jak zagmatwana ona będzie.

Mysz w prawdziwym życiu jest jak najbardziej mięsożerna. Nie oznacza to, że nie obchodzi mnie los zwierzątek dużych i małych, ale osobiście uważam, że gdyby Pan Bór nie chciał żebyśmy jadali krówki, nie byłyby one takie pyszne. Wszelkie argumenty znanych mi wegetarian o humanitarnym traktowaniu zwierząt, miłowaniu naszych braci mniejszych, zdrowotności żywienia się samą zieleniną oraz poczuciu moralności zbywam pobłażliwym uśmiechem. Bo mnie to nie rusza. Oczywiście oglądanie zdjęć czy filmów z ubojni wywołuje we mnie obrzydzenie i smutek, ale nie zmienia moich ciągot do dobrze wysmażonej karkówki. Dlaczego?… bo nie podchodzę do tematu emocjonalnie. Wegetarianie naturalnie nie odwołują się li tylko i wyłącznie do sumienia mięsożerców. Nie powinniśmy jeść zwierzątek nie tylko dlatego, że to nieładnie, ale także dlatego, że niezdrowo, niehumanitarnie, itd., itp. Wiele jest argumentów na zdrowszą, bezmięsną alternatywę żywieniową. Często nawet są naprawdę sensowne, logiczne, poparte nauką argumenty. Nie zmienia to jednak faktu, że wegetarianizm zawiera w sobie element emocjonalny. Ludzie, którzy są wegetarianami z przekonania, źle się czują jedząc zwierzęta. Co więcej ich emocjonalny stosunek do tej kwestii często sprawia, że próbują oni aktywnie przekabacić innych na swoją stronę. Ile razy zdarzyło Wam się w knajpie poczuć jak morderca, gdy jakiś wojujący wegetarianin patrzył się na Was krzywo znad swojej sałatki, gdy Wy właśnie pochłaniacie polędwiczki wieprzowe z grilla? Ile razy podczas obiadu u znajomych musieliście bronić swojego prawa do jedzenia mięsa?… Myszy się to parę razy przytrafiło. I nic mnie w życiu nie denerwuje tak bardzo jak ludzka nietolerancja. Jeśli ja nie próbuję wymuszać na wegetarianach jedzenia schabowego, to jakie prawo mają oni do zaglądania mi w zęby?… wbrew pozorom szanuję wegetarian za ich przekonania. Nie rozumiem ich, ale je szanuję. A może inaczej: szanuję prawo wegetarian do posiadania takich a nie innych przekonań… tak długo jak nie wmuszają ich we mnie. Innymi słowy: powiedzenie „ta sałatka jest przepyszna, powinieneś spróbować” jest okej. Teksty z gatunku „mięso to morderstwo, powinnaś się wstydzić, zwierzęta też mają uczucia” są absolutnie nie na miejscu.
Mysz jest mięsożerna z bardzo prostego powodu: argumenty wegetarian mnie nie ruszają. Jak już mówiłam filmy z ubojni czy ferm gęsi nijak mi się nie podobają. Uważam je wręcz za karygodne. Mimo to nie zamierzam rezygnować z jedzenia mięsa. Bo nie podchodzę to tematu emocjonalnie.

No chyba, że chodzi o filmy.
W wypadku filmów, Mysz jest totalną wegetarianką. Oznacza to ni mniej ni więcej, że mam do filmów szalenie emocjonalne podejście. Nie do wszystkich, oczywiście, ale do tych, które mi się podobają. Czyli jestem jak taki wegetarianin, co nie jada mięska, ale jada owoce morza i jajka, bo los ryb i niezapłodnionych kurzych komórek jajowych jest mi już obojętny. A mój wegetarianizm filmowy objawia się tym, że nie ważne ile argumentów mi przedstawicie na swoje racje, ja i tak będę trwała przy swoim. Bo tak. Bo to kocham. Czyli możecie mi wmawiać, że ludziom potrzebne jest białko i że zwierzątka są po to by je jadać, a ja i tak będę wpieprzać metaforyczną sałatę.
Ten długi wstęp i ta kompletnie zmyślona, niewątpliwie kulawa metafora służą mi po to, bym mogła poruszyć ważny dla mnie temat. Chodzi o podejście do filmów oraz dyskusje o nich. Ile razy wyraziliście gdzieś swój zachwyt dla jakiegoś filmu, by zaraz potem musieć odpierać czyjeś argumenty na to, dlaczego ten film – ten film, który tak wam się spodobał – jest w istocie denny? Ile razy zdarzyło Wam się kłócić o to, że Moulin Rouge jest dobrym filmem? Albo że American Pie wcale nie jest tylko i wyłącznie durną komedią? Jak często zdarza Wam się walczyć o swoje prawo do lubienia jakiegoś filmu?

Mysz robi to wyjątkowo często. I to z bardzo prostego powodu: jestem tzw. „naiwnym widzem”. Łatwo jest mnie złapać na filmowy haczyk, zachwycić czymś, przekonać do czegoś. Często wystarczy, że w danym filmie gra lubiany przeze mnie aktor, a już patrzę na dzieło przychylniejszym okiem. Poza tym moja naiwność objawia się także w tym, że lubię dać się filmowi porwać. Czy to dzięki muzyce, aspektom wizualnym, dobremu aktorstwu, sprawnie napisanemu scenariuszowi… jeśli film mnie czymś ujmie jestem mu w stanie wiele wybaczyć. Nawet jeśli jest to kiepski film. Taka łatwość zaangażowania się w film przejawia się także w dość emocjonalnym do nich podejściu. Jeśli jakiś film mi się spodoba, jeśli się w niego wczuję, to reszta przestaje się dla mnie liczyć: wady scenariusza, kiepski montaż, złej jakości efekty specjalne… Zdaję sobie sprawę, że te cechy sprawiają, iż z założenia kiepski ze mnie recenzentem: mało obiektywny, zachwycający się co drugim filmem, który ogląda, nie szukający uparcie dziury w całym. Ale ponieważ zdaję sobie sprawę ze swojej filmowej naiwności, staram się temu przeciwdziałać i zwracać tym pilniejszą uwagę na aspekty techniczne. Są jednak takie filmy przy których, mimo najlepszych chęci, zapominam o byciu recenzentem i zamieniam się po prostu w widza, który z oglądania czerpie niesamowitą przyjemność.
Ci, którzy mnie już trochę znają wiedzą, że często moja recenzja filmu streszcza się w zdaniu: „nie był to najlepszy film, bo [tu wymieniam jego wady], ale mnie się podobał”. Mysz jest po prostu mało wybrednym kinomanem z bardzo emocjonalnym podejściem do kina. I niestety z tego powodu nagminnie muszę bronić swoich racji. No, może nie racji. Ale od lat muszę bronić swego prawa do lubienia pewnych filmów. Wiem, oczywiście, że nie wszyscy muszą lubić te same filmy, tak samo jak nie wszyscy muszą lubić dietę bezmięsną. Jednak wmawianie mi, że jestem głupia, bo lubię sałatę, jest absolutnie bezcelowe. Ty mnie nie przekonasz swoimi racjonalnymi argumentami, bo ja mam do tematu emocjonalne podejście. Ja z kolei nie przekonam Ciebie swoimi emocjonalnymi argumentami, bo Ciebie po prostu ta kwestia nie rusza. Wegetarianizm, moi drodzy.

Sytuacje te widuje się nagminnie na blogach, forach, Facebooku. Ktoś wyraża zachwyt jakimś filmem i prędzej czy później zawsze pojawi się głos pod tytułem: „moim zdaniem to nie jest dobry film”. I okej, masz prawo tak myśleć. Tak długo jak nie próbujesz mi udowodnić za wszelką cenę, że masz rację. Jest różnica między ciekawą, wnikliwą dyskusją na temat wad/zalet filmu, a tekstami z gatunku „przecież to szmira, jak możesz to lubić?”. Tak samo jak w dyskusji mięsożerców i wegetarian jest różnica między argumentami „zwierzęta też mają uczucia” a „jesteś mordercą”. Ale pamiętajmy, że to działa w obie strony. Tak samo jak wegetarianie nie powinni nazywać mięsożerców „mordercami zwierząt”, tak mięsożercy nie powinni wegetarian nazywać „idealistycznymi debilami” (czy innym obraźliwym epitetem).
Na tym właśnie polega problem: nie ważne jak szanujemy czy lubimy naszego rozmówcę, często w trakcie takie dyskusji potrafi nas trafić szlag i powiemy coś niemiłego. Powody zazwyczaj są trzy:
– głupota. Ktoś próbuje się wymądrzać podając wydumane/nieprawdziwe argumenty, idzie z nim i w zaparte, a nam się nóż w kieszeni otwiera;
– niestety ma rację. Czyli tracimy nad sobą panowanie, bo nie podoba nam się to co mówi, właśnie dlatego, że ma rację;
– próbuje za wszelką cenę udowodnić swoją przewagę. Nie wystarczy mu, że powiemy „okej, rozumiem, że tak myślisz, ale ja uważam inaczej”. Nie. Taka osoba musi nas stłamsić i pogrążyć.

I niestety zachowania te objawiają się w obu obozach. Zarówno mięsożerni kinomani, z głową pełną logicznych argumentów, jak i idealistyczni wegetarianie, którzy do wszystkiego podchodzą na zasadzie emocji potrafią stracić nad sobą panowanie. Grunt to jednak umieć wyhamować, powiedzieć sobie „stop”. Jeśli kogoś uraziłeś, przeproś. Jeśli ktoś Ci powiedział coś niemiłego, nie odwdzięczaj się tym samym. Bądźmy dla siebie ludźmi. Dawajmy sobie prawo do takich a nie innych opinii.
I to dochodzę chyba do sedna tego naprawdę pokrętnego wywodu, którego pewnie nikt w pełni nie zrozumiał (sama mam problemy, to wciąż raczkująca teoria). A sednem jest to, że każdy ma prawo czuć się tak a nie inaczej. Jeśli ja, jako filmowy wegetarianin poczułam się urażona czyimś suchym, logicznym komentarzem wytykającym wady filmu, mam prawo się tak czuć. Nie mam prawa tej osoby zjechać za jej komentarz. Mam prawo powiedzieć, że poczułam się urażona i wytłumaczyć dlaczego. On ma prawo powiedzieć mi, że nie rozumie jak mogłam się poczuć urażona, ale że przyjmuje to do wiadomości. Nie ma prawa powiedzieć mi, że nie mogę się czuć urażona. Moje emocje i odczucia pozostają MOJĄ sprawą i mam pełne prawo je wyrażać. Nie mam natomiast prawa ich komuś narzucać. Logicznymi argumentami można się przerzucać, ale nie można ich narzucać. Jeśli ktoś ich nie uznaje, nie znaczy to od razu, że jest głupi. Może po prostu ma do filmu inne, emocjonalne podejście.

Dajmy sobie nawzajem prawo do posiadania własnych, niekoniecznie zbieżnych opinii. Pamiętajmy o tym, żeby się szanować, nawet jeśli się nie rozumiemy. Bądźmy w stanie przyznać, że ktoś ma rację, wciąż jednak zachowując możliwość nie zgadzania się z tą racją.
Może i jest to idealistyczne podejście. Ale jak już powiedziałam: jestem filmową wegetarianką.
PS. Ten wpis nie został napisany kompletnie na serio, choć porusza ważne dla mnie tematy. Gdy go obmyślałam w swojej głowie brzmiał a) sensowniej, b) składniej, ale gdy usiadłam by swoją teorię zapisać, wszystko mi się pomieszało. Przepraszam więc jeśli:
– wpis był chaotyczny i niejasny,
– uraziłam czyjeś uczucia. Ta uwaga skierowana jest do głównie do wegetarian, których naprawdę szanuję. Wykorzystałam wasze przekonania jedynie w ramach metaforycznej krotochwili, która przyszła mi do głowy w tramwaju, a potem urosła do rozmiarów wydumanej teorii. Przepraszam jeśli swoimi wywodami i komentarzami uraziłam Wasze uczucia lub przekonania. Nie to było moim celem. Życzę Wam smacznej sałaty i sojowych kotletów, oraz niech Wasze kiełki kiełkują na potęgę.

PS2. Naturalnie teorię tę mogłabym rozszerzyć na popkulturę jako taką – nie tylko filmy, ale i książki, seriale, muzykę, gry, etc. Skupiłam się na filmach, bo tak było najłatwiej. Pozostaje jednak we mnie nadzieja, że takie ludzkie, szanujące swoje wzajemne opinie podejście może egzystować nie tylko wśród miłośników kina, ale w ogóle. Na świecie. A teraz pójdę się zaszyć pod kołdrą, bo już słyszę jak się wszyscy nabijacie z mojego idealizmu. I niech Wam będzie. Jestem naiwna. Ale jestem z tego dumna.
A tak naprawdę mogłabym ten wpis podsumować czterema zdaniami: emocje są po to, żeby je przeżywać, a nie się nad nimi zastanawiać, czy ich nie daj Boru bronić. Więc gdy ktoś podchodzi do filmu emocjonalnie – to zawsze widać! – na Wszystkie Świętości: dajcie mu to przeżywać w spokoju. Bo Wasze zdanie, zwłaszcza jeśli jest w kontrze, nijak się w tym momencie ma do tego, co dana osoba myśli. Więc albo siedźcie cicho albo, na Bora!, podchodźcie do takiej osoby jak do Księcia Jeżozwierzy: ostrożnie i z szacunkiem ;)

PS3. O tym, dlaczego emocje danego, pojedynczego widza są ważne podczas oglądania filmu, cudownie ujęła w swoim tekście Zwierz. (http://zpopk.blox.pl/2013/04/Wszystkie-filmy-jednej-tasmy-czyli-o-najbardziej.html). Wpis w innym kontekście, a za to w lepszych słowach, opisuje dokładnie to, co Mysz myśli i czuje. Więc polecam serdecznie.