Don’t psychoanalyze me, czyli o ludzkiej psychice. Part 2

Wyliczanka wyszukanych przez Myszę najciekawszych filmów o ludzkiej psychice. Część druga.

 
Oto część druga ultra-długiego wpisu, dotyczącego filmów o ludzkiej psychice (part 1 macie tu). Wpis jest spóźniony wyłącznie dlatego, że byliśmy dziś z Lubym w teatrze, a Mysz po powrocie musiała jeszcze obejrzeć jeden film, by móc go dopisać do listy z pełnym przeświadczeniem, że nie poleca Wam, Drodzy Czytelnicy, czegokolwiek w ciemno. Mogę teraz z ręką na sercu mogę powiedzieć, że widziałam wszystkie z omówionych tu filmów i nie na darmo się one na liście znalazły. Polecam Waszej uwadze przede wszystkim kino australijskie, które z ogromną przyjemnością ponownie dla siebie odkryłam. Zapomniałam, jakie wspaniałe filmy potrafią nakręcić down under.

Tak więc zapraszam do zapoznania się z częścią numer 2. Enjoy.



„I’m eighteen and I don’t know what I want…




Running with Scissors (2006)
Zanim Ryan Murphy wziął się za Glee, napisał i nakręcił film na podstawie na poły autobiograficznej książki Augustena Burroughsa.
Running with Scissors to zwariowana opowieść w której granica między światem realnym a fantastycznym wciąż się zacierają. Augusten, syn nerwowej matki (Annette Benning) i ojca alkoholika (Alec Baldwin), zostaje przez matkę oddany pod opiekę jej nieortodoksyjnego w metodach psychiatry, dr. Fincha (Brian Cox). Augusten musi dopasować się do zwariowanego życia rodziny Fincha – jego poddańczej żony Agnes (Jill Clayburgh), religijnej starszej córki (Gwyneth Paltrow) oraz młodszej córki, buntowniczki Natalie (Evan Rachel Wood). W międzyczasie Augusten musi poradzić sobie także ze swoją seksualnością oraz uczuciem do sporo starszego, adoptowanego syna Fincha, Neila (Joseph Fiennes), który cierpi na schizofrenię. W filmie grają także Gabrielle Union, Patrick Wilson, Kristin Chenoweth i Dagmara Dominczyk.
Jak widać z opisu w filmie naprawdę DUŻO się dzieje. W tym względzie Running with Scissors w ciekawy sposób obrazuje jak chaotyczne, pełne sprzecznych emocji, doznań i wrażeń jest życie młodych ludzi. I nie chodzi już nawet o sam aspekt chorób i zaburzeń psychicznych, a bardziej tego, jak sobie w konfrontacji z nimi radzi młody Augusten (w tej roli wspaniały Joseph Cross). Mysz absolutnie ubóstwia Running with Scissors właśnie za to bezwstydne, bezpardonowe zwariowanie, które sprawia, że słodko-gorzka końcówka filmu jest jednocześnie pełna nadziei.
Running with Scissors to jeden z tych filmów, które absolutnie należy znać. Może dzięki temu sięgnięcie w przyszłości po książki Burroughs. Mysz w każdym razie ma je dodane do listy zakupów.



It’s Kind of a Funny Story (2010)
It’s Kind of a Funny Story jest kolejnym przykładem na to, że w filmach o nastolatkach bardzo często pojawia się tematyka zaburzeń psychicznych. Czy wynikają one ze stresu w szkole czy stresu rodzinnego (Running with Scissors), choroby wśród nastolatków są bardzo częste. Ale czy rzeczywiście są to choroby? Istnieje teoria, że zachowania każdego nastolatka można odczytać jak socjopatyczne. Dlatego seryjnych morderców można zidentyfikować zazwyczaj jedynie z perspektywy czasu, a wyjątkowo rzadko udaje się to w latach młodzieńczych? Dlaczego?… bo nastolatki bywają agresywne, chaotyczne, oziębłe, okrutne… okres od dzieciństwa do dorosłości to najtrudniejszy, najbardziej skrajny emocjonalnie okres w życiu człowieka. Nic więc dziwnego, że wśród nastolatków często nad wyraz diagnozuje się problemy natury psychicznej. Nie oznacza to, że u młodzieży nie trafiają się poważne schorzenia. Kinematografia jednak lubi przede wszystkim rozpatrywać te egzemplarze, które są zdiagnozowane co nieco „nad wyrost”.
Tak jest poniekąd w przypadku Craiga (świetny Keil Gilchrist, znany jako Marshall z United States of Tara), bohatera It’s Kind of a Funny Story. Młody chłopak, zestresowany składaniem podań do prestiżowej szkoły, kontempluje samobójczy skok z Most Brooklyńskiego. Przerażony udaje się do szpitala, gdzie dyżurny lekarz – ukazując niespodziewaną wyrozumiałość i profilaktykę – zapisuje Craiga na tygodniowy pobyt na oddziale psychiatrycznym. Tam Craig poznaje Bobby’ego (Zach Galifianakis) i Noelle (urocza Emma Roberts), którzy pomagają mu osiągnąć wewnętrzny spokój i równowagę. Jednak po drodze do szeregu zabawnych i poruszających perypetii.
Tego typu ogólny zarys fabularny można spotkać w większości tego typu filmów: zagubiony bohater odnajduje siebie przy pomocy równie zagubionych przyjaciół (tu świetnym przykładem jest inny film z tego „gatunku” czyli The Perks of Being a Wallflower, ale Mysz o tym filmie pisać nie będzie, bo zbyt mocno go kocha, by rozkładać go na części pierwsze). Jednak It’s Kind of a Funny Story wyróżnia się przede wszystkim naprawdę nienachalnym poczuciem humoru, wspaniałą młodą obsadą (Gilchrist i Roberts) oraz optymistycznym, ale nie nazbyt sentymentalnym zakończeniem. Jednak Mysz najbardziej kocha ten film za cudowną, niemalże oniryczną scenę terapii poprzez muzykę w takt “Under Pressure” Queen i Davida Bowie. Chociażby dla tej sceny warto ten film obejrzeć.



Charlie Bartlett (2007)
Mysz nie zgadza się z recenzentami jakoby Charlie Bartlettbył filmem, który rozminął się ze swoim potencjałem. Czy dałoby się ten film ulepszyć?… tak. Czy w związku z tym w obecnej formie filmu widz na czymś traci?… wręcz przeciwnie.
Charlie Bartlett to idealny przykład na to, jak łatwo nastolatkom jest „podpaść” pod kryteria wyznaczające konkretne zaburzenia psychiczne. Główny bohater filmu, tytułowy Charlie Bartlett to syn bogatych rodziców – matki w depresji (w tej roli Hope Davis) oraz ojca, który siedzi w więzieniu za oszustwa podatkowe – który po wyrzucenia z całego ciągu prywatnych szkół, trafia do publicznego liceum, prowadzonego przez marudnego, zmęczonego życiem dyrektora-alkoholika (fenomenalny jak zwykle Robert Downey Jr.). Charlie, by zdobyć w nowej szkole przyjaciół, rozkręca biznes narkotykowy – a konkretnie: farmaceutyczny. Prowadzany przez swoją matkę do kolejnych psychiatrów, Charlie udaje przed nimi różne objawy zaburzeń psychicznych, by wyłudzić recepty na leki, które następnie odsprzedaje znajomym ze szkoły. Jednak z biegiem czasu Charlie zaczyna nie tylko wydawać leki, ale także porady. W międzyczasie udaje mu się nawiązać związek z buntowniczą córką dyrektora, Susan (zjawiskowa Kat Dennings, którą Mysz w tym filmie pokochała na amen).
Nie jest to film, który na poważnie ukazuje zaburzenia i choroby psychiczne, ale jednocześnie świetnie wpisuje się w gatunek młodzieżowego kina „psychologicznego”. Pokazuje jak łatwo współczesnym nastolatkom jak łatwo zmylić lekarzy i uzyskać dostęp do wszelkich leków. I młodzież ślepo zażywa te leki, nawet jeśli oczywistym jest, że to im raczej zaszkodzi, niż pomoże.
Jednak film Charlie Bartlett warto obejrzeć przede wszystkim ze względu na tytułowego bohatera, w którego wcielił się niesamowicie utalentowany Anton Yelchin. Mysz po obejrzeniu tego filmu nadgoniła praktycznie całą jego filmografię i uważa go za jedną z jasnych gwiazd wśród młodych aktorów. Na tego pana warto mieć oko!*
* Yelchin gra także w filmie House of D, w którym w rolę niepełnosprawnego intelektualnie woźnego wciela się (jak zwykle wspaniały) Robin Williams.



Prozac Nation (2001)
Film ten zawsze będzie mi przypominał Rules of Attraction. Nie tylko ze względu na to, jak wygląda życie młodzieży w obu tych filmach – seks, narkotyki, alkohol, itd. – ale także ze względu na wszechogarniające uczucie beznadziei, niezrozumienia i rozpaczy.
Ale podczas gdy Rules of Attraction, jak przystało na ekranizację powieści Ellisa jest w przyjętej konwencji bezpardonowe, Prozac Nation (oparte na autobiograficznej książce Elizabeth Wurtzel, którą w filmie świetnie gra Christina Ricci) stara się usprawiedliwić zachowania swojej bohaterki.
Postać Elizabeth jest jedyną „nastolatką” (właściwie już studentką), która rzeczywiście cierpi na poważne zaburzenie psychiczne. I choć jej depresja jest w filmie – moim zdaniem – przedziwnie ukazana, widz podskórnie czuje, że cokolwiek się dzieje z Elizabeth, jest to coś niezmiernie poważnego. Problem polega na tym, że Elizabeth od początku nie jest nawet w minimalnym stopniu sympatyczną bohaterką, więc widz może mieć problem z identyfikowaniem się z nią. Z drugiej strony kłopoty Elizabeth z rodzicami (w roli matki Jessica Lange), własną psychiką, czy nieudanymi związkami są tak znajome – chociażby z innych filmów – i tak wspaniale zagrane, że trudno bohaterce nie współczuć. Jest to jednak odrobinę wyniosłe współczucie z gatunku „weź się ogarnij”. A ponieważ tego typu podejście do chorób i zaburzeń psychicznych NIGDY nie jest właściwie, nie sądzę by twórcy filmu taki efekt mieli na myśli.
Myszy w filmie przeszkadzał także sam styl pisarstwa Wurtzel, cytowany w voiceoverze przez Christinę Ricci. Może i Elizabeth Wurtzel wielką pisarką jest, może i słusznie dostała – będąc jeszcze na studiach – nagrodę dziennikarską i podpisała umowę z Rolling Stone Magazine, ale Mysz uznaje jej styl za pretensjonalny.
Film jednak musiał znaleźć się na liście, bo należy niewątpliwie do klasyki filmów o „zwichrowanych” psychicznie młodych ludziach. Ale i tak uważam Rules of Attraction za lepszy i mocniejszy w swym wydźwięku film.
Dodatek: Inne filmy o depresji: What Dreams May Come oraz Melancholia.



„Family matters”





The Story of Luke (2012)
Dawno nie widziałam tak nienachalnie uroczego filmu, jak The Story of Luke. Tu brawa dla Lou Taylora Pucciego, który w roli autystycznego – ale nieźle funkcjonującego społecznie – Luke’a jest istnym odkryciem, niemalże na miarę Leo DiCaprio w What’s Eating Gilbert Grape. Pucci co prawda jest sporo starszy niż DiCaprio był w trakcie kręcenie „Co gryzie Gilberta Grape’a”, ale to nie umniejsza jego talentu, wyczucia, taktu i iskry nieokiełznanej satysfakcji, jaką czasem można dojrzeć w jego spojrzeniu. Też bym czuła satysfakcję, gdybym miała talent Pucciego i mogła zagrać w tak fajnym filmie jak The Story of Luke.
Historia jakich w kinie wiele: po śmierci babci, która się nim opiekowała gdy porzuciła go matka, Luke musi zamieszkać ze swoim wujkiem (Cary Elwes), jego żoną (Kristin Bauer), oraz dwójką ich dzieci. Jak zwykle bywa w tego typu filmach, pierwsze kontakty są napięte, pełne nieporozumień i niezręczności. Jednak z czasem Luke, ze swoim nietypowym zachowaniem, zaczyna mieć zbawienny wpływ na skłóconą, nieszczęśliwą rodzinę.
W normalnych warunkach tego typu scenariusz – w komplecie z postacią antyspołecznego, także neurologicznie-nietypowego (neurologically atypical) przyjaciela (w tej roli Seth Green) – byłby nie do przełknięcia. A jednak wspaniała obsada – tu zwłaszcza pochwały dla Kristin Bauer, która z wdziękiem przypominającym Pam z True Blooda, gra prawdziwą zołzę – i umiejętne rozmieszczenie wątków poważnych i humorystycznych sprawiają, że The Story of Luke jest jednym z najbardziej przemyślanych, ujmujących i kompletnych filmów na tej liście. Mysz może go polecić KAŻDEMU i to z całkowicie czystym sercem.



Dominick and Eugene (1988)
Filmu Dominick and Eugene nawet przy najlepszych chęciach nie można uznać za wybitne kino. A jednak opowieść o dwóch braciach (bliźniakach dwujajowych) włoskiego pochodzenia musiała się znaleźć na tej liście. Zasługa w tym niewątpliwie dwójki aktorów wcielających się w braci Luciano: Raya Liotty jako Eugene’a zwanego „Gino”, oraz Tom Hulce’a w roli Dominicka, na którego wszyscy wołają Nicky. Mysz nigdy nie lubiła Litoty, bo do tej pory trafiała wyłącznie na filmy, w których ów aktor grał mafijnych zbirów, psychopatycznych morderców lub po prostu dupków. Tak więc Dominick and Eugene było w tej kwestii miłą odmianą – rola porywczego, ale kochającego brata-lekarza w wykonaniu Liotty była zadziwiająco wiarygodna. Film jednak kradnie Tom Hulce jako niepełnosprawny intelektualnie Nicky, który pracuje jako śmieciarz. Zapaleni kinomani mogą kojarzyć, że Hulce to nie kto inny jak Mozart z Amadeusa oraz głos Quasimodo z anglojęzycznej wersji The Hunchback of Notre Dame Disneya. Mysz kocha się w Tomie od lat dziecięcych (tak to jest jak się małym szkrabom puszcza wcześnie Amadeusa), a na stare lata nabrała do niego ogromnego szacunku. Naturalnie żałuję, że Hulce od lat skupia się głównie na roli producenta teatralnego, ale cieszę się, że w jego filmografii znajdują się takie malutkie, nieoszlifowane diamenciki jak rola Nicky’ego.
Dominick and Eugene mimo świetnej obsady (Liotta, Hulce, Jamie Lee Curtis, David Strathairn w roli drugoplanowej) pozostaje filmem, który ogląda się jak sztampową produkcję telewizyjną. Nakręcony w latach 80-tych nie zestarzał się z wdziękiem, ale wciąż można w nim odnaleźć wiele pozytywów (chociażby widoki biednej części Pittsburgha). Jednak nawet z niską wartością produkcyjną Dominick and Eugenepozostaje filmem, który należy choć raz obejrzeć. Scena, w której niepełnosprawny intelektualnie Nicky odkrywa prawdę, której jako widzowie od dawna się domyślamy, jest popisem aktorskim Hulce’a, który kompletnie łamie serce. Dla takich drobnych perełek warto czasem obejrzeć nawet ciut gorszy film.
A to, że Hulce dostał za tę rolę jedynie nominację do Złotego Globu – a nie samą statuetkę – wynika jedynie z faktu, że przegrał z Austinem Hoffmanem, który w 1988 roku dostał Globa za… Rain Mana. Cóż za pojedynek!



The Black Balloon (2008)
The Black Balloon jest chyba najciekawszym i najbardziej wartym obejrzenia filmem, jaki znalazł się na tej liście. Odkryłam go robiąc research do tego wpisu i będąc świeżo po seansie mogę z ręką na sercu stwierdzić, że jest to film, który ABSOLUTNIE KAŻDY powinien obejrzeć.
Film koprodukcji australijsko-brytyjskiej i zdobywca nagrody AFI (Australian Film Institute Award) opowiada o rodzinie Mollisonów: Maggie (Toni Collette), Simonie (Erik Thomson) oraz ich dwóch synach: Thomasie (Rhys Wakefield) oraz Charliem (Luke Ford). Charlie oprócz autyzmu cierpi także na zaawansowane ADD, więc opieka nad nim jest głównym priorytetem rodziców. Nastoletni Thomas, mając za złe rodzicom czas i uwagę jaką poświęcają Charliemu, nie chce się do brata przyznawać; uważa go za utrapienie i niczego nie pragnie tak bardzo jak tego, by Charlie był normalny.
Zarys fabuły może nie brzmi zbyt oryginalnie, ale moc The Black Balloon tkwi w jego szczegółach. W żadnym innym filmie nie ujrzymy takiego nagromadzenia prawdziwych, codziennych, życiowych problemów rodziny, która żyje z osobą chorą. Przypadek Charliego jest skrajny, a sytuacja Mollisonów skomplikowana (Maggie będąc w ciąży z kolejnym dzieckiem musi pozostać w szpitalu ze względu na problemy zdrowotne), ale scenarzystom udało się uniknąć zbytniego, nierealistycznego nagromadzenia problemów, które upodobniłoby The Black Balloon do telewizyjnego melodramatu. Oczywiście nie obyło się bez love interest dla Thomasa w postaci wyrozumiałej dla szaleństw Charliego Jackie (Gemma Ward).
Nie wiem czy to zasługa specyficznego podejście Australijczyków do życia i tego, jak bezpretensjonalnie potrafią oni opowiadać nawet najbardziej ckliwe historie, ale mogę się założyć, że gdyby The Black Balloon nakręcono w Stanach, byłby to szalenie sztampowy, sztucznie nadmuchany film. A tak, dzięki dawce australijskiej down-to-earth mentalności i utalentowanej młodej obsadzie, The Black Balloon jest filmem nie do przegapienia. Brawa zwłaszcza dla Luke’a Forda (grał m.in. Alexa w The Mummy: Tomb of the Dragon Emperor) w roli autystycznego Charliego. Jednak Mysz osobiste ukłony składa Rhysowi Wakefieldowi, w którego wykonaniu Thomas staje się postacią w 100% realną. Trudno temu dzieciakowi nie kibicować. Ale Mysz może być trochę nieobiektywna, bo Wakefield przypomina mi młodego Jonathana Taylora Thomasa.
Do wszystkich zalet The Black Balloon – oraz sterty wygranych nagród na wszelkich festiwalach filmowych (Kryształowy Niedźwiedź na Berlinale) – dodajmy jeszcze wspaniałą, różnorodną i poruszającą muzykę, którą do filmu napisał Michael Yezerski. Słowem: jeśli mielibyście obejrzeć tylko jeden film z tej listy, niech to będzie The Black Balloon. Nie pożałujecie.
Dodatek: Inne filmy „rodzinne” i „młodzieżowe”, których bohaterowie plasują się gdzieś na spektrum autystycznym: Extremely Loud and Incredibly Close, House of Cards, arcy-ciekawy belgijsko-holenderski film Ben-X, film telewizyjny Cries from the Heart (w którym brawurowo zagrał Bradley Pierce czyli młodziutki Peter z Jumanji).



Mental (2012)
 
Kolejny przykład na to, że Australijczycy to jednak potrafią nakręcić film, który jest „inny” w totalnie pozytywny sposób.
Jeśli jest na tej liście film, który swoją fabułą, klimatem i konstrukcją najlepiej oddaje szaleństwo – takie przysłowiowe, a nie koniecznie takie psychiczne – z pewnością jest to adekwatnie zatytułowany Mental. Ponownie możemy tu doświadczyć talentu Toni Collette (która za punkt honoru poczyniła sobie chyba wystąpić w jak największej ilości produkcji o tematyce „psychologicznej”), ale tym razem w roli Mary Poppins na haju, cracku, speedzie i jeszcze całej garści psychotropów. Jej postać, Shaz, autostopowiczka i kompletna wariatka, zostaje zatrudniona przez nieobecnego ojca-burmistrza miasta do opieki nad jego pięcioma (!!) córkami, podczas gdy ich niestabilna, śpiewająca piosenki z The Sound of Music matka ląduje w placówce psychiatrycznej. Jej pięć równie zwichrowanych a na dodatek totalnie niewychowanych córek musi teraz nauczyć sobie radzić z całkiem nowym gatunkiem szaleństwa – szaleństwem Shaz.
Te kilka słów nawet nie zaczyna streszczać zwariowanej, chaotycznej, cudownie bezsensownej, ale ostatecznie urzekającej fabuły. Dość powiedzieć, że w filmie tym mamy: odśpiewywanie soundtrack z The Sound of Music, kobietę która oskalpowuje małą dziewczynkę by z jej włosów zrobić perukę dla swojej lalki, obsesyjno-kompulsywną sąsiadkę która nienawidzi Aborygenów, zjeżdżanie nago na wodnej zjeżdżalni w parku rozrywki, ogromne spreparowane rekiny w zbiornikach formaliny, polującego na owe rekiny (także zwariowanego) Trevora (w tej roli świetny Liev Schreiber), romantyczny gwałt (cytuję film, żeby nie było!), psa który jest w stanie wyniuchać zboczeńca, kosmitów, schizofrenię, pączki z dżemem i bitą śmietaną, oraz podpalanie bąków. Mówię totalnie serio.
Nie wiem, co scenarzysta i reżyser filmu – P.J. Hogan, znany niektórym jako reżyser Peter Pan, My Best Friend’s Wedding, Confessions of a Shopaholic oraz Muriel’s Redding (klasyka kina australijskiego!) – palił podczas tworzenia filmu, ale Mysz chętnie by tego spróbowała. A w ogóle po obejrzeniu tego filmu chciałabym strasznie pojechać do Australii. Bo tutaj całkowicie się zgadzam z Shaz: Australia wcale nie była kolonią karną – była zakładem dla obłąkanych.



Podsumowując: Mysz robiąc research do tego okropecznie długiego wpisu odkryła, że każdy film o chorobie lub zaburzeniach psychicznych czy niepełnosprawności intelektualnej rozpatrywany jest na dwie modły: czy jest to dobry film (tu wypowiadają się krytycy, dziennikarze, społeczeństwo)… oraz czy film adekwatnie i realistycznie przedstawił dane schorzenie (tu wypowiadają się lekarze i sami chorzy). I wierzcie mi: niewiele jest filmów, które w obu kategoriach byłyby zgodne. Nie chodzi tu o to, że w złych filmach lepiej przedstawia się choroby psychiczne. Raczej chodzi o to, że nie ważne jak dobry byłby film, zawsze istnieje szansa, że padną w nim nieprawdy, półprawdy czy wręcz przekłamania. Stuprocentowo prawdziwe ukazanie zawiłości ludzkiej psychiki jest zwyczajnie niemożliwe. Z bardzo prostego powodu: ilu chorych, tyle różnych historii. I choć dzielą oni wspólną diagnozę (jak na przykład multiple personalisty disorder), ich objawy są różne. Tak więc dla niektórych życie z osobowością mnogą ukazane w United States of Tara w pełni odpowiada ich doświadczeniom. A inni z kolei uznają ten serial za okrutne, krzywe zwierciadło. I tak jest w przypadku właściwie każdego z wymienionych na tej liście filmów.

Zamiast więc wykłócać się o to, czy ukazano dane schorzenie czy zaburzenie we „właściwy” sposób, starajmy się oglądać takich filmów jak najwięcej. Wszak nie od dziś mówi się, że lęk oswojony i znajomy przestaje być tak straszny. A myślę, że im więcej osób zrozumie, że choroby psychiczne i niepełnosprawność intelektualna to choroby takie same jak każde inne, a nie jakaś straszna zaraza, od której należy w zakłopotaniu odwracać wzrok, tym lepiej dla wszystkich. A zwłaszcza dla -nas- jako współczujących i tolerancyjnych ludzi. Tak nam dopomóżcie Bogowie Kina. Howgh!