Jak połaczyć serce z kiczem – Behind the Candelabra.

Recenzja filmu HBO “Behind the Candelabra”, opowiadającego o życiu Liberace.

Nie oszukujmy się: dla Myszy zmarły w 1987 roku Władziu Valentino Liberace był co najwyżej puentą kiepskich dowcipów o gejach, ewentualnie smutną anegdotą, podsumowującą jak nietolerancyjne wobec homoseksualistów było ówczesne społeczeństwo. Z tym większym zaciekawieniem – i wdzięcznością – usiadłam do seansu filmu produkcji HBO Behind the Candelabra.
Wokół tego dzieła Stevena Soderbergha narosło z czasem wiele kontrowersji. Film planowany jak produkcja kinowa został spuszczony po brzytwie przez wszystkie Hollywoodzkie studia. „Too gay”, mówili (a pamiętajmy, że rzecz ma się już po Brokeback Mountain, które stworzyło precedens na to, co współczesna widownia jest w stanie zaakceptować w kinie, także pod względem związków między dwoma mężczyznami). Szczerze?… nie rozumiem, które aspekty filmu zostały uznane za „too gay”. Więcej: jak na standardy HBO – golizna, golizna i jeszcze raz golizna, żeby nie powiedzieć epatowanie seksem, szokiem i kontrowersją – Behind the Candelabra jest filmem szalenie stonowanym. Choć może to być tylko moje zdanie, bo trudno mnie zaszokować. 

 
Możliwe jednak, że powodem tego jest fakt, iż Liberace przez całe swoje życie wypierał się swojej homoseksualnej orientacji. Dementował plotki, w wywiadach opowiadał jak bardzo kocha kobiety, a nawet pozywał do sądu gazety, które śmiały sugerować, że Liberace nie jest 100%, heteroseksualnym mężczyzną. Film Soderbergha jest więc ciekawym spojrzeniem „za kulisy”. Oparty na wspomnieniach zawartych w książce „Behind the Candelabra: My Life with Liberace”, opowiada o Scott’cie Thorsonie (Matt Damon), młodym chłopaku, który zaprzyjaźniwszy się z Liberace w 1976 zostaje jego szoferem, towarzyszem, osobistym asystentem, a wreszcie kochankiem.
Mysz nie wnika w to ile we „wspomnieniach” Thorsona jest prawdy i jak tę prawdę zinterpretowali twórcy filmu. W tym momencie i tak trudno byłoby dojść do tego co naprawdę miało miejsce, a co było wymysłem lub przesadą ze strony Thorsona. Liberace, który spędził całe życie ukrywając swoją prawdziwą tożsamość przed światem, tym samym sprawił, że po latach możemy jedynie polegać na strzępkach informacji uzyskanych od jego bliskich przyjaciół. Jednak nawet oni często milczą z szacunku i miłości dla tego wspaniałego, choć – jak każdy z nas – niedoskonałego człowieka.
Scott Thorson (po lewej) i Liberace (po prawej)
 
Nie będę więc omawiać scenariusza filmu, ani jego fabuły. Po pierwsze dlatego, że nie mnie oceniać czyjeś życie (czy jego filmową interpretację), a po drugie dlatego, że nie chcę przyszłym widzom zepsuć przyjemności z oglądania filmu… zwłaszcza jeśli ktoś nie wie jak rozegrał się związek Liberace i Thorsona. Mysz osobiście niewiele wiedziała o ich relacjach, więc obserwowanie ich związku w wykonaniu duetu aktorskiego Michael Douglas i Matt Damon było szalenie interesujące.
Michael Douglas jest fenomenalny jako Liberace.
Tu dochodzimy do istoty filmu oraz jego najsilniejszego elementu: Michaela Douglasa. Douglas jako Liberace jest fenomenalny. Nie chodzi nawet o to, że w jego ruchach czy sposobie mówienia z łatwością można doszukać się prawdziwego Liberace. Urzekające w grze Douglasa jest to z jaką otwartością i kompletnym brakiem osądzania podszedł on do tej postaci. Liberace miał swoje wady, wynikające zarówno z jego skrzętnie skrywanej tożsamości jak i ogromnej popularności oraz statusu gwiazdy. Michael Douglas jest w stanie odegrać nawet najgorsze momenty Liberace z taką szczerością i zapomnieniem własnej osoby, że momentami na ekranie autentycznie widzimy Liberace. Mówi się, że granie homoseksualisty przez aktora orientacji heteroseksualnej jest aktem ogromnej odwagi. Mysz się z tym nie zgadza – bez względu na orientację, człowiek pozostaje człowiekiem. Sztuką jest umieć przekazać jego emocje, wewnętrzne zmagania, uczucia i myśli w taki sposób, by widz był w stanie się z nim identyfikować, a jeśli nie to chociaż umieć je zrozumieć. Douglas w swej pozbawionej pychy i jakichkolwiek oporów grze sprawia, że widz patrzy na związek Liberace z Thorsonem nie jak na związek pary gejów, ale jak na relację między dwojgiem ludzi.
Duet Douglas i Damon,
czyli siła u podstaw Behind the Candelabra
 
Mysz musi w tym punkcie zaznaczyć, że podczas gdy Douglas, którego nauczyłam się identyfikować z męskimi, dość jednorodnymi rolami pozytywnie mnie w filmie zaskoczył, z przykrością stwierdzam, że zawiodłam się na pani Damonie. Matt do tej pory zawsze był w stanie mnie ująć swoją subtelną, nienachalną grą. Radowało mnie i bawiło odszukiwanie drobnych niuansów poprzez które Damon tworzył swoje postacie (naturalnie nie tak oczywiste postacie jak Jason Bourne, ale te spokojniejsze lub bardziej skomplikowane, jak chociażby w Good Will Hunting czy ostatnio w We Bought a Zoo). A jednak w Behind the Candelabra patrzyłam na Damona w roli Thorsona i… coś mi zgrzytało. Miałam silne wrażenie, że tam gdzie Douglas był w stanie wyzbyć się wszelkich inhibicji i zagrać Liberace „na fulla”, Damon się mocno hamował. Nie wiem czy słusznie odniosłam takie wrażenie, ale oglądając film wydawało mi się, że Damon… cóż, źle się czuje w roli młodego, seksownego opalonego kochanka. Sceny między nim i Douglasem, choć dobrze zagrane, pod powierzchnią aż wibrowały od uczucia dyskomfortu. I nie wynikało on bynajmniej z różnicy wieku jaka jest między Damonem i Douglasem, bo w rzeczywistości Thorson miał 17 lat gdy poznał Liberace (który wówczas miał 60 lat), więc film i tak tę granicę – przynajmniej wizualnie – wygładza. Gdybym nie miała o Damonie lepszego zdania pomyślałabym, że… bał się on zagrać geja. A przynajmniej w takim sensie, w jakim swoją rolę odegrał Michael Douglas.
 

Matt Damon jako Scott Thorson.

Zaczęłam się jednak zastanawiać czy nie był to zabieg specjalny, mający na celu podkreślenie jak dziwnie w całej tej sytuacji czuł się Scott Thorson. Niemalże z dnia na dzień zamieszkuje on w domu Liberace, stając się jego konfidentem, przyjacielem i kochankiem. Dla młodego chłopca musiał to być ogromny szok, zwłaszcza w czasach gdy bycie homoseksualistą było uznawane za coś grzesznego. Co więcej Thorson w filmie utrzymuje, że jest biseksualistą, which is interesting bo przez cały film ani razu nie widzimy go w ramionach kobiety. Ale nawet jeśli wycofanie i chłód Thorsona wynikały z szoku, ten musiał po pewnym czasie opaść – Liberace i Thorson byli wszak razem ponad pięć lat i w tym czasie stworzyli dość nierozłączną parę (a przynajmniej tak przedstawia to film). Tak więc skąd w postaci Damona tyle dystansu? Dlaczego patrząc na niego odnosiłam wrażenie, że gdyby Thorson miał wybór, chciałaby się znaleźć jak najdalej stąd?… a jednak, mimo to, jestem święcie przekonana, że na swój sposób Thorson kochał Liberace. Może nie tak jak tamten by tego pragnął, ale właśnie ten aspekt ich relacji – jej złożoność i skomplikowanie – film świetnie ukazuje.
Związek między Liberace a Thorsonem był bardzo skomplikowany.
  
Tak właściwie to Behind the Candelabra ma więcej wspólnego z Brokeback Mountain niż Hollywood się wydaje. Oba filmy mimo wątków homoseksualnych opowiadają przede wszystkim o bardzo skomplikowanych relacjach między dwójką ludzi, która bardzo się kocha, ale z takich czy innych powodów czy pobudek – także wewnętrznych – nie może być razem. Tu wracamy do Damona w roli Thorsona: chcę wierzyć, że to jak Damon zagrał tę rolę wynikało z tego, jakim człowiekiem był Thorson – zagubionym, rozdartym, a przede wszystkim szalenie młodym. Może właśnie to najbardziej w filmie zgrzyta – mimo peruki i świetnego makijażu, Damon nijak nie może uchodzić za strachliwego, niepewnego siebie, pochopnego nastolatka. W najlepszym wypadku wygląda jak dwudziestoparolatek, a w takim wypadku jego zachowanie – raz wybuchowe, raz wycofane – sprawia wrażenie nieadekwatnego. Chcę wierzyć, że dystans jaki w filmie pokazał Damon nie wynikał z jego osobistych oporów dotyczących grania homoseksualisty, a ze specyfiki granej postaci, z tego jak Thorson był napisany w scenariuszu. Zwłaszcza że według recenzji które czytałam, jestem w swej krytyce Matta Damona dość osamotniona. Może więc rzeczywiście moje zniechęcanie wynika z tego, że w gruncie rzeczy Thorson jest mało sympatyczną postacią. Gdyby jego młody wiek był bardziej wyeksponowany – sorry, Matt, powinni byli wziąć kogoś młodszego – byłabym mu w stanie wybaczyć niektóre jego  nieprzemyślane zachowania, a także w późniejszych latach powolne staczanie się w paranoję. Ale w obecnej formie postać Thorsona w Behind the Candelabra nijak mnie nie przekonuje. Szkoda, bo naprawdę lubię pana Damona.
 

Michael Douglas versus…

 
Na szczęście jeśli nie odpowiada nam gra aktorska, możemy się skupić na czym innym. Jak na film o prawdziwym showmanie przystało, Behind the Candelabra opływa w przepych, przesadę, kicz, futra i świecidełka. Pomijając specyfikę tamtych czasów – przełom lat 70-tych i 80-tych – i ówczesną modę, film wypełnia estetyka, którą bez trudu można nazwać ekstrawagancką. Z tego zresztą słynął Liberace. Na szczęście Soderbergh ponownie pokazał, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Już wcześniej – chociażby w filmach z serii Ocean’s Eleven – pokazał, że jest w stanie prowadzić fabułę w wielkich, bogato wystrojonych wnętrzach (kasyna, posiadłości, itp.). I choć w Behind the Candelabra nie brak kiczu, który dość jednoznacznie kojarzy się z kinem campowym, Soderbergh wspaniale gra kontrastem między wnętrzami pełnymi przepychu, a zupełnie codziennymi, normalnymi rozmowami jakie prowadzą Liberca i Thorsona… siedząc w ogromnej marmurowej wannie, popijając szampana.
… prawdziwy Liberace.
 
Właśnie, skoro mowa o nagości: w wywiadach udzielanych w trakcie kręcenia filmu Soderbergh oraz Douglas i Damon wiele mówili na temat odwagi Behind the Candelabra w ukazywaniu scen między Liberace a Thorsonem. Mysz była zaskoczona, gdy oglądając film uświadczyła tylko jedną krótką scenę, która bezpośrednio pokazuje relacje homoseksualne i choć jest to scena mocna, jest ona wybitnie krótka. Pozostałe przebłyski – pocałunki, rozmowy w łóżku czy jacuzzi z których kontekstu wynika że obaj mężczyźni są nadzy, itd. – są na tyle subtelne i rzadkie, że naprawdę trudno zrozumieć skąd w Hollywood wzięły się tak wielkie opory przed wsparciem tego filmu. Pod tym względem mam wrażenie, że Brokeback Mountain było o wiele bardziej „out there” ze swoim przedstawieniem homoseksualnych relacji. Then again… w Brokeback Mountainpojawiają się relacje heteroseksualne głównych bohaterów. Nawet w filmie Milk – drugim kinowym filmie o gejach – główną tematyką nie jest seks, a kwestie równości i praw dla homoseksualistów. A w Behind the Candelabra mimo biseksualnej orientacji Thorsona praktycznie ani razu nie widzimy prominentnych postaci kobiet (nie licząc matki Liberace – w tej roli cudowna Debbie Reynolds). Mamy za to sporo mężczyzn w tym kilka znajomych twarzy: Dan Aykroyd jako Seymour, menedżer Liberace, Cheyenne Jackson jako protegowany Liberace, Billy Leatherwood, Scott Bakula jako znajomy Thorsona (ten, który przedstawia mu Liberace), czy wreszcie Rob Lowe w upiornej roli dr. Jacka Startza.
Rob Lowe jako dr. Jack Startz.
 
Może więc Hollywoodzkich producentów zmartwiło to, że nawet przy najlepszych chęciach filmu Behind the Candelabra nie można odczytać jako mającego wątki heteroseksualne. To film wybitnie o gejach – zarówno w campowej, ekstrawaganckiej estetyce jak i ograniczonej tematyce, dotyczącej wyłącznie związku pary mężczyzn. Myszy jednak brakowało w filmie tej kontrowersji o której tyle razy wspominano w wywiadach. Douglas i Damon wielokrotnie mówili na temat tego ile scen erotycznych i około-erotycznych odegrali w trakcie kręcenia filmu. Nawet sam Soderberh wspomniał, że gdy przyszło do edycji filmu był zaskoczony tym ile tych scen jest. A mimo to w filmie widzimy jedną (!). Nie wymagam by od razu zrobić z Behind the Candelabrasoft-porno, bo nie o to tu chodzi. Ale jeśli już robi się film o dwóch gejach, którzy w nietolerancyjnym społeczeństwie mogą być sobą tylko w zaciszu własnej sypialni… pokazujcie tej sypialni trochę więcej; trochę odważniej. Skoro mamy wychowywać społeczeństwie, róbmy to skutecznie. Skoro nie unikamy tematyki narkotyków, zaburzeń własnego wizerunku, inwazyjnych operacji plastycznych, wyparcia tożsamości czy przyprawiających o dreszcz, bardzo silnych konotacji ojcowskich jakie w relacji Liberace z Thorsonem się pojawiały, to dlaczego mamy się powstrzymywać przed pokazaniem czegoś więcej niż tylko trzech ujęcia gołego, opalonego tyłka Matta Damona?
Jedna z niewielu naprawdę “intymnych” scen między bohaterami.
Mimo tych zarzutów, Mysz jest zadowolona z seansu Behind the Candelabra. Film z pewnością wejdzie do kanonu kina campowego, ale na szczęście nie to było ostatecznym celem Soderbergha (to podobno jego ostatni film). Dzięki jego pewnym rękom w filmie widzimy idealne wyważenie serca i kiczu. Ekstrawagancka otoczka, pełna blichtru Vegas błyszczy jasno, ale nigdy na tyle mocno by przyćmić prawdziwą istotę filmu: historię mężczyzny, który z lęku przed własną tożsamością przekształcił się w zupełnie inną osobę. Widać to w scenie, gdy Thorson po raz pierwszy obserwuje Liberace na scenie i zaszokowany odkrywa, że nikt nie ma pojęcia o jego homoseksualnej orientacji. I jest to śmieszne w kontekście tego jaki na scenie był Liberace, ale ma to sens gdy pomyślimy o realiach tamtych czasów. Na przełomie lat 70-tych i 80-tych temat homoseksualności celebrytów wciąż był tajemniczą poliszynela i choć wszyscy o tym wiedzieli, nikt nie mówił o tym głośno.
W kwestii homoseksualności dziś często słyszy się zwrot „róbta co chceta”… w domyśle pozostawiając dalszy ciąg „tak długo jak nie robicie tego publicznie”. W tym sensie Behind the Candelabra ukazuje świat, który na szczęście jest coraz odleglejszy, ale wciąż pozostaje przerażająco znajomy. To świat zamkniętych drzwi: posiadłości, przebieralni, gabinetu chirurga, czy nawet zasłoniętej kurtyny. To właśnie za tymi drzwiami rozgrywała się walka homoseksualistów. I nie była to walka wyłącznie o równe traktowanie, ale także zaakceptowanie siebie takim, jakim się jest. Dzięki filmowi Soderbergha widzowie będą mogli wejść za te zamknięte drzwi i na własne oczy przekonać się, jak bolesna i trudna była ta walka dla Liberca. I za to Soderbergowi, Douglasowi i Damonowi należą się ogromne brawa.
 
Brawa także dla HBO za zainwestowanie pieniędzy w film, którego nie chciał nikt w Hollywood. Ostatecznie wyszło na to, że mieli rację – premierę Behind the Candelabra obejrzało ponad 2,4 milionów widzów (plus dodatkowe 1,1 milionów obejrzało powtórkęfilmu, która leciała tuż po premierze). Jest to najpopularniejszy film HBO od czasów wyświetlonego w 2004 roku “Something the Lord Made”.
Może Behind the Candelabra stanie się kolejnym krokiem na drodze do tego, by Hollywood wreszcie zrozumiało czego tak naprawdę pragną współcześni widzowie. Here’s hoping.