Jak stworzyć potwor(k)a – Frankenstein. Teatr Muzyczny Capitol.

W ramach 33 Warszawskich Spotkań Teatralnych, Mysz wraz z Lubym wybrała się na musical o Frankensteinie. Było… interesująco.

Po wczorajszej wyprawie do teatru – w ramach 33 Warszawskich Spotkań Teatralnych – stwierdzam po raz kolejny, że chodzenie w Polsce na cokolwiek innego niż:
a) sztuki Szekspira (na którego idziemy z Lubym dzisiaj),
b) sprawdzone “pewniaki” (np. Deszczowa Piosenka)
kończy się bólem głowy i mętlikiem myśli.
“Frankenstein” Wojciecha Kościelniaka (scenariusz i reżyseria) jest pierwszym oryginalnym polskim musicalem, który miałam nie-do-końca-szczerą przyjemność oglądać. Jestem jednak święcie przekonana, że moje chłodne podejście do spektaklu nie wynikało z nieznajomości gatunku. Mogę nie mieć doświadczenia z oryginalnymi, polskimi musicalami, ale z samym gatunkiem musicali jako takich byłam – i jestem – zaznajomiona nie od dziś. Mogę więc z ręką na sercu stwierdzić, że wszelkie niepochlebne słowa wynikają nie z niezrozumienia istoty przedstawienia, a z jego wewnętrznych, niepodważalnych wad. A przynajmniej tak śmiem twierdzić.

 Wszyscy znamy historię Monstrum i jego twórcy opisaną przez Mary Shelley w książce “Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”. Kościelniak w swej próbie uwspółcześnienia konwencji i zabawy gatunkiem w bardzo niewielkim stopniu oparł się na oryginalnej fabule Shelley. Jedyny rys wspólny to postać Wiktora Frankensteina oraz jego Monstrum, które pragnie miłości kobiety równie brzydkiej jak on, takiej która zdoła go pokochać bez względu na wszystko. Jednak nawet te znajome przecież postacie u Kościelniaka stają się przerysowane i bardzo odstają od swych pierwowzorów. Oczywiście biorąc pod uwagę stylistykę spektaklu ma to sens, ale niedobrze się dzieje, gdy w kultowych postaciach trudno odnaleźć “iskrę”, która je stworzyła.

Główna wada spektaklu “Frankenstein” Kościelniaka leży w jego chaotyczności. Zamierzenie reżysera by zabawić się gatunkiem grozy i przemieszać go z elementami komediowymi mógł być świetnym pomysłem na papierze, ale na żywo wypada szalenie nierówno. Sceny dramatyczne nie chwytają za serce ani nie zmuszają do myślenia, zaś sceny komediowe wywołują jedynie pobłażliwe skrzywienie warg zamiast obiecywanych salw śmiechu. Gdzieś w tej całej mieszaninie gatunków – komedii, dramatu, kinie grozy, horrorach, pasitszu, makabresce, grotesce, parodii – zagubił się jakikolwiek sens sztuki. “Frankenstein” przestaje być dziełem o człowieku, który dzięki własnej inteligencji i bezwzględności moralnej kradnie “boską iskrę”, a staje się infantylnym, źle skleconym miszmaszem piosenek, gdzie największe rozbawienie – wynikające jedynie z zażenowania – wynika ze scen przesyconych rubasznym, przaśnym erotyzmem. I mimo zapewnień, że taki był zamiar reżysera, trudno mi w to bezsprzecznie uwierzyć. Kościelniak jest powszechnie chwalony, m.in. za swą umiejętność “nanizania pozornie dalekich od siebie piosenek na jedwabną nić, tworząc z nich sznur pereł”. Najwyraźniej w wypadku “Frankensteina”, muza Kościelniakowi nie dopisała.
Tu jednak muszę nadmienić, że mimo częstego braku spójności między fabułą, a pojawiającymi się w spektaklu piosenkami, Piotr Dziubek (muzyka) oraz Rafał Dziwisz (teksty piosenek) stworzyli wspólnie intrygujący zbiór naprawdę dobrych utworów. Ale nie do tego spektaklu. Owszem, niektóre kawałki – “Weź pod rękę Frankensteina” czy “Fałdy mózgu” – sprawiają wrażenie wręcz stworzonych dla tego spektaklu. A potem dostajemy taki kwiatek jak “Paso Muerte” czy “Piosenka odciętej dłoni”, które praktycznie nijak się mają do rozgrywającej się na naszych oczach fabuły. Jest to o tyle ciekawe, że właśnie te dwie piosenki Mysz uznała za najlepsze, z czysto obiektywnego punktu widzenia. Są to kawałki, które z czystym sercem mogę Wam, Drodzy Czytelnicy, polecić jako przykład talentów duetu Dziubek/Dziwisz. Choć po prawdzie wszystkie piosenki z “Frankensteina” mogą świadczyć o talencie Rafała Dziwisza, bo tak sprawnie napisanych tekstów i skleconych rymów dawno nie słyszałam.

Także pod względem technicznym, “Frankenstein” ma się czym chwalić. Prosta, nawiązująca do ekspresjonizmu scenografia Damiana Styrny szczególnie mnie ujęła. Wyświetlane na przypominających szpitalne parawany kulisach multimedialne dekoracje zwiększają jedynie wrażenie, że znaleźliśmy się w gabinecie doktora Caligari lub pierwszym filmie o Monstrum – Frankenstein z 1931 Jamesa Whale’a, ze słynną rolą Borisa Karloffa. Pochwalić również należy choreografię Beaty Owczarek i Janusza Skubaczkowskiego, która była pięknym, dopełniającym tłem dla wykonywanych na scenie piosenek. Za okazjonalny brak synchronizacji obwiniam raczej nieumiejętnego tancerza lub tancerkę niż duet choreograficzny, który zwłaszcza w utworze “Paso Muerte” popisał się inwencją.
Skoro było o tańcu, kilka słów o śpiewie: także pod tym względem nie było na co narzekać. Cała obsada – od Mariusza Kiljana w roli Wiktora Frankensteina po jego matkę (w tej roli świetna Justyna Szafran) – popisała się ogromnymi możliwościami wokalnymi. Na uwagę zasługują szczególnie Cezary Studniak jako Monstrum – niesamowicie zaimponowało mi, że także w partiach śpiewanych był w stanie utrzymać chropowaty, zachrypnięty głos, jaki nadał swojej postaci. Osobiste ukłony Mysz składa także dla Bartosza Pichera w roli Igora (jego piosenka “Mózgu, wróć!” była jednym z niewielu autentycznie śmiesznych momentów spektaklu) oraz Adriana Kący w roli Ślepca, którego pełne pasji i rozpaczy wykonanie “Paso Muerte” sprawiło, że ta kompletnie odstająca od fabuły piosenka stała się Myszy ulubionym utworem. Zdziwiło mnie natomiast, że w wielu recenzjach wychwalano postać Elżbiety – ukochanej Wiktora. Grająca ją Agnieszka Oryńska-Lesicka, moim zdaniem, mocno przeszarżowała w swej interpretacji z jednej strony niewinnej dziewczynki, a z drugiej wyuzdanej, niezdecydowanej kobiety. Jest to o tyle dziwne, że Justyna Antoniak grająca Agatę (żonę Ślepca) – równie przeszarżowana postać, co Elżbieta – w tej konwencji sprawdziła się świetnie.

Z tego względu, iż kompletnie nie spodobał mi się miszmasz konwencji i gatunków, który Kościelniak umieścił w swej sztuce, trudno mi się wypowiedzieć na temat poziomu aktorstwa. Z pewnością nikt nie ma się czego wstydzić, a chociażby Studniak czy Picher mają nawet z czego być dumni, bo ich postacie z pewnością wnoszą na scenę najwięcej prawdziwej komedii. Świetny jest także Andrzej Gałła jako Profesor Albert Waldman – nauczyciel młodego Frankensteina – który stworzył cudownie przerysowaną, a jednocześnie wyważoną postać. Jego zadziwiające z daleka podobieństwo do postaci Pingwina z Batmana, choć wynikało z kroju kostiumu oraz specyficznego makijażu, było jedynie dodatkowym, popkulturalnym smaczkiem, który Mysz wychwyciła.

Właśnie w jednolitym, mrocznym i groteskowym makijażu czuć kolejne ekspresjonistycznie aspiracje “Frankensteina”. Akurat ten wybieg – podobnie jak w wypadku scenografii oraz groteskowych ruchów postaci – szalenie mi przypadł do gustu. Skojarzenia z bladymi twarzami i podkrążonymi oczami u rodzimy Addamsów czy w filmach Tima Burtona nasuwały się same. Zresztą nie bez powodu, bo gdybym miała porównać “Frankensteina” do jakiegoś znanego musicalu, byłby to Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street. Jednak tam gdzie Burton konsekwentnie bawił się konwencją, Kościelniak chciał zrobić za dużo. Ze szkodą dla swojego spektaklu. Także pod względem muzycznym mam wrażenie, że skojarzenia z Sweeney Todd są słuszne. Muzyka Dziubka nie przypomina tej z “klasycznego” musicalu, a za to w ciekawy sposób bawi się niemalże kakofonicznymi dźwiękami by stworzyć interesujące, niesztampowe utwory. Najciekawsza jednak w muzyce Dziubka jest jej różnorodność – choć mieszanka stylistyczna utworów jaka się w “Frankensteinie” pojawia nie służy spektaklowi, sama w sobie świadczy o ogromnym talencie kompozytora. Mamy więc poruszające tango-balladę w “Paso Muerte”, piosenkę kabaretową w “Mózgu, wróć!”, folkowo-rustykalne rytmy w “Ja już bym tak bardzo chciała…”, tyrolskie jodłowanie w “Kto się nie schowa, nie żyje”, mroczną balladę a’la Nick Cave w “Piosenka o odciętej dłoni”, rewiowe “Weź pod rękę Frankensteina”, czy przywołujące na myśl utwory Justyny Steczkowskiej “Czekanie”. Czego by nie mówić o samym spektaklu, muzykę Dziubka – i teksty Dziwisza – można z pewnością uznać za niezmiernie udane. Jedyną wadą było to, że podczas przedstawienia muzyka nie była grana na żywo, a leciała z głośników. Mam niejasne wrażenie, że przez śpiew aktorów i muzyka się czasem odrobinę rozsynchronizowywały. Uznaję to jednak z usterkę techniczną, a nie wadę spektaklu.

Po prawdzie, gdyby “Frankenstein” był jedynie zlepkiem średnio-związanych ze sobą piosenek, spodobałby mi się o wiele bardziej, niż w swojej obecnej formie. Doceniam starania Kościelniaka. Widać, że u podstaw “Frankensteina” leżał ciekawy pomysł. Szkoda jednak, że powstał z tego taki groteskowy – and not in a good way – potworek.

Tu muszę wspomnieć o najbardziej “kolącym w oczy” aspekcie sztuki, a mianowicie erotyzmie. W sztuce “Frankenstein” w reżyserii Danny’ego Boyle’a w National Theatre aspekt ten został wspaniale rozegrany – jest wstrząsający, a jednocześnie, zwłaszcza w kontekście Monstrum, zadziwiająco ludzki. Ale może nie powinnam porównywać wersji Boyle’a i Kościelniaka, bo jedno to bez wątpienia dramat, a drugie musical. Chciałabym jednak, by kwestie budzących się w Monstrum żądzy, czy w ogóle pojawiającego się w spektaklu erotyzmu były sprawniej ujęte. Albo subtelniej, albo jeszcze bardziej przaśnie i obrazoburczo. Jak chociażby zrobił to Mel Brooks w Broadwayowskim “Young Frankenstein” (polecam zobaczyć na YouTubie “Please Don’t Touch Me” czy “Listen to Your Heart”). Dziwi mnie, że Kościelniak nie zdecydował się bardziej trzymać konwencji zaprezentowanej w “Young Frankenstein”. Rozumiem, że próbował odejść od starych, utartych, dość wyraźnie Broadwayowskich schematów, ale szkoda, że nie zrobił tego z większym wyczuciem. Oryginalność sama w sobie nie jest jeszcze wielką sztuką – sztuką jest zrobić to dobrze. A nie bardzo można mówić nawet o tej domniemanej oryginalności, bo wszystko to już widzieliśmy. Nawet “Weź pod rękę Frankensteina” wydaje się żywcem wyjęte z “Young Frankenstein” i tamtejszego utworu “Putting on the Ritz”. Jasne, pastisz czy zabawa gatunkiem wymagają odnoszenia się do klasyki gatunku – czyli wszystkie adaptacje dzieła Mary Shelley są fair game – ale należy to robić umiejętnie. Wiele osób może krytykować Baza Luhrmana za nadmiar kiczu, ale właśnie ten konsekwentny kicz w Moulin Rouge sprawia, że film działa. Pojawiające się w nim elementy dramatyczne są tym wyraźniejsze właśnie przez kontrast. A w “Frankensteinie” pojawia się mieszanka zbyt wielu gatunków, by taki efekt kontrastu mógł być możliwy.

Podsumowując: jeśli będziecie kiedyś we Wrocławiu, możecie poświęcić 2 godziny i 50 minut swojego czasu i wybrać się na “Frankensteina” do Teatru Muzycznego Capitol. Chętnie dowiem się, czy także Wam spektakl wyda się szalenie nierówny. I czy, tak jak Mysz, zrobicie po spektaklu wszystko by dostać w swoje ręce płytę z muzyką z przedstawienia.

Mimo to następnym razem wybierzemy się z Lubym na coś bardziej… “klasycznego”. Podobno w Chorzowie grają parę świetnych spektakli….