Kto pierwszy, ten lepszy.

Mysie dywagacje na temat remake’ów: czy jest sens je kręcić, kiedy są wskazane i czy remake zawsze musi być gorszy od oryginału?

Notka edytorska: wbrew wszelkim pozorom, to nie jest wpis o serialu Veronica Mars.
W związku z wiadomością o wkrótce-powstającym filmie pełnometrażowym osadzonym w świecie Veronica Mars, Mysz postanowiła sobie z tego kultowego serialu zrobić powtórkę. Po raz pierwszy widziałam serial wiele lat temu i poza głównym wątkami i postaciami, niewiele pamiętałam. Utkwiło mi jednak w pamięci jaką wielką frajdę miałam oglądając przygody Veronici, uznałam więc decyzję o powtórce za świetną okazję by na luzie, bez zobowiązań i nadmiernej ekscytacji – wszak znam wszelkie twisty fabularne – obejrzeć coś, co wiem, że mi się spodoba.
Wychodzi na to, że… poniekąd się myliłam. Nie zrozumcie mnie źle – serial nadal oglądam z ogromną przyjemnością, ale… No właśnie, „ale”. Im dalej w serial (a Mysz właśnie skończyła emocjonujący finał drugiego sezonu, który był jednym z najlepszych i najbardziej zaskakujących revealsjakie Mysz widziała w telewizji), tym coraz poważniej zastanawiam się nad tym, dlaczego właściwie serial kiedyś tak bardzo mi się spodobał. Twórcom serialu nie udało się uniknąć wszelkich typowych dla seriali operano-mydlanych zagrań: nieślubne dzieci, amnezje, powracające znikąd (niemalże zza grobu postacie), wizje i sny… Do tego szalenie denerwująca, nieomylna, wsadzająca nos w nie swoje sprawy główna bohaterka i wachlarz postaci pobocznych, których jedynym celem jest zapewniać dość jednowymiarowe tło dla poczynań Veronici.

Zwłaszcza postać Veronici mnie w trakcie tej powtórki zastanowiła. Wiem, że specjalnie została napisana jako taka wszędobylska nastoletnia detektyw w spódnicy, ale śmiem twierdzić, że gdyby nie wprost powalający urok Kristen Bell, postać Veronici byłaby nie do zniesienia. Zresztą postacie w serialu wielokrotnie zarzucają Veronice to, że to ona zawsze musi mieć rację, że to jej zmartwienia i problemy zawsze muszą być na pierwszym planie; że świat kręci się wokół Veronici Mars. Z jednej strony, jasne – to główna bohaterka. Ale z drugiej – są jakieś granice takiego self-involvement. Podczas pierwszego oglądania byłam mocno zaangażowana w losy Veronici, więc te niepochlebne komentarze na jej temat traktowałam jedynie jako słowa zawistników, którzy Veronice do pięt nie dorastają. Jednak podczas powtórnego seansu odkryłam, że wszystkie zarzuty w stosunku do Veronici niosą w sobie o wiele więcej niż tylko ziarno prawdy. A mimo to Mysz wciąż trwa przy ekranie i ogląda, plując sobie w brodę. Jak mogłam nie zauważyć wcześniej, że serial który uważałam za kultowy jest, w rzeczy samej, dość przeciętny. W takim razie na czym polegał jego fenomen? Skąd wzięła się miłość tak ogromna, że amerykańscy fani byli w stanie zebrać ponad 4 miliony dolarów, by dostać film o dalszych losach swej ukochanej postaci?
  
…wbrew pozorom ten wpis nie będzie dotyczył serial Veronica Marsi temu, czemu jest on uznawany za tak dobry. Po prostu przyjmijmy, że taki jest. Mysz porównałaby do „Mistrza i Małgorzaty” – Mysz autentycznie nie ma pojęcia, dlaczego ta książka jest tak dobra i dlaczego jej się tak spodobała, te wiele lat temu, gdy czytałam ją w szkole. Wiem jednak, że zarówno „Mistrz i Małgorzata” jak i Veronica Mars są kultowe nie bez powodu. A tym powodem jest:… „bo tak”.
W rzeczywistości dywagacje o VM mają być swoistym wstępem do zupełnie innego tematu. Rozmyślania o fenomenie Veronica Mars sprawiły, iż zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy aby moja ciągła do niego sympatia – mimo odkrycia poniewczasie jego wad (a jest ich wiele) – nie bierze się tylko i wyłącznie z sentymentu. Z tych przeszłych wspomnień, w których serial jawił mi się jako niemalże „objawienie” ówczesnej telewizji. Może właśnie przez sentyment jestem w stanie tak wiele serialowi wybaczyć?
 
Tym torem dotarłam do pytania już stricte filmowego: czy kolejność w oglądaniu ma znaczenie? Czy obejrzenie remake’u przed obejrzeniem oryginału sprawia, że już na zawsze to remake – jako „ten pierwszy” obejrzany film – będziemy trzymać w większej estymie? Czy może, jako obiektywny kinoman, jesteśmy w stanie świadomie stwierdzić, że remake oryginałowi nie dorównuje? Czy obejrzawszy najpierw oryginał, już zawsze będziemy twierdzić, że remake ssie?
Mysz temat ten niezmiernie ciekawi, bo swego czasu przy dwóch osobnych sytuacjach zarzucono mi, że kierują mną uprzedzenia: że ponieważ remake obejrzałam jako „ten pierwszy”, odgórnie uznaję go za lepszy od oryginału, mimo iż wcale on taki nie jest (według osoby z którą się o to spierałam; o dziwo jednej i tej samej w obu wypadkach).

Out with the old, in with the new…

Przytoczę przykłady: rzuciły mi się w oczy niepochlebne opinie na temat remake’u filmu Red Dawn – że głupi, że nie taki jak być powinien, że oryginał lepszy. I choć raczej nie planowałam filmu zbyt prędko oglądać, zadałam sobie trud by zdobyć zarówno remake jak i oryginał. A następni wzięłam… i obejrzałam je w odwrotnej kolejności. Mysz twierdzi, że dzięki temu była w stanie wychwycić wszystkie absolutnie bezsensowne, durne rzeczy, które w oryginale się pojawiały. Fabuła – choć, przyznaję, naciągana – była moim zdaniem w remake’u lepiej i logiczniej poprowadzona. Jednak w opinii tej zostałam zakrzyczana, jako że „obejrzałam filmy nie w tej kolejności”. Czyli że co? Gdybym najpierw obejrzała oryginał, nie zauważyłabym jaki to durny film? Naprawdę jestem aż tak głupia?… nie może o to chodzić. Więc o co?… otóż chodzi o sentyment. Osoba dla której oryginalny Red Dawn był lepszy obejrzała go po raz pierwszy niedługo po tym, gdy film wyszedł – w latach 80-tych, będąc jeszcze nastoletnim pacholęciem. Wtedy to rzeczywiście mógł być super film. Jestem w stanie to przyjąć do wiadomości. Ale żeby nie móc obiektywnie spojrzeć na remake i powiedzieć, że był on – pod pewnymi względami – lepszy? Brzmi jak uparte zacietrzewienie. Jednak gdy weźmie się pod uwagę sentyment, jaki ta osoba ma do tego filmu, nagle wszystko nabiera sensu. Mimo najszczerszych chęci trudno jest spierać się logicznymi argumentami z osobą, która na każdą wytkniętą filmowi wadę reaguje jak użądlony byczek. Sentyment odnosi się do emocji, na dodatek emocji z przeszłości, zabarwionych i osłodzonych przez czas. Wierzcie mi – naprawdę trudno dyskutować o wadach i zaletach, gdy w grę wchodzą czyjeś emocje. Mysz wie, choć zwykle jest po drugiej stronie barykady i to ona jest tą emocjonalną osobą. Może stąd moje zaciekawienie tą kwestią? Bo rzadko bywam tą racjonalną, chłodno-myślącą osobą?
Drugim przykładem o który się kłóciłam – z tą samą osobą – był film Red Dragon oparty na książce Thomasa Harissa, autora postaci Hannibala Lectera. Na fali popularności serialu stacji NBC Hannibalpostanowiłam przeczytać książkę Harrisa i obejrzeć ponownie Czerwonego Smoka. Po drodze jednak zorientowałam się, że przed Red Dragon nakręcono jeszcze jedną ekranizację książki Harrisa – film Manhunter z 1986 roku. Ogromnie zaciekawiona jak Brian Cox sprawdził się w roli Lectera (w porównaniu ze świetnym Hopkinsem) oraz czy Edward Norton rzeczywiście był lepszy jako Will Graham niż William Petersen (CSI), obejrzałam Manhuter. Film był bardzo fajny i nawet dość wiernie trzymał się książki (przynajmniej do pewnego momentu). Nie ustrzegł się co prawda kilku wad – filmy z lat 80-tych potrafią się kiepsko zestarzeć – ale mimo to uznałam go za kawał dobrego kina.
A potem zrobiłam sobie powtórkę z Red Dragon. Film widziałam zaledwie raz, wiele lat temu, ale pamiętam, że zrobił na mnie mocne wrażenie. Ostatecznie, w porównaniu do Red Dragon, Manhunter wypadł – moim zdaniem – słabiej. I także tu zostałam zakrzyczana: że wcale nie, że Manhunter jest lepszy, że Red Dragon podobał mi się tylko dlatego, że widziałam go jako pierwszy. Doprawdy?… cóż, Mysz dzisiaj wreszcie skończyłam czytać książkę Harrisa „Czerwony smok” i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że pod względem zgodności z książką, Red Dragon wygrywa. Czy to oznacza, że jest lepszym filmem?… obiektywnie rzecz biorąc, tak. Manhuntermimo swoich zalet kompletnie zmienia jedną z postaci, a tym samym sprawia, że finał filmu rozgrywa się zupełnie inaczej niż w książce. Zmiana jest na tyle duża, że teoretycznie można by uznać Manhuntera za film jedynie –oparty- na książce Harrisa, podczas gdy Red Dragon jest wierną adaptacją. Mimo tych – mam wrażenie – sensownych argumentów, wciąż pojawią się osoby, które się ze mną nie zgodzą. A dlaczego?… z bardzo prostego powodu: bo w przeciwieństwie do mnie, film Manhunter zobaczyli jako pierwszy.

Stare, ale jare…

Czy w takim razie Mysz automatycznie uważa remake’i za lepsze niż oryginały? Broń Wasz Panie Boru! Przykładem niech będą chociażby ostatnie remake’i Footloose i Total Recall, które oba Mysz uznaje za gorsze niż oryginały. Then again… Mysz najpierw widziała Footloose z 1984 i Total Recall z 1990. Może więc przemawia przeze mnie ten sam sentyment, który tak potępiałam parę akapitów wyżej?… Żeby nie było: nie twierdzę, że remake’i Footloose i Total Recallto złe filmy. Wręcz przeciwnie: całkiem nieźle się je oglądało. Nie było to jednak to samo, co stare dobre oryginały.
Potwierdza się więc zasada: to co pierwsze, jest lepsze. Ale czy na pewno? Mysz może podać przykład, który przeczy tej teorii: najnowszy film o Spidermanie (oczywiście, mówię tylko w kontekście swojej osoby; nie każdemu musiał się ten film spodobać). Choć wersję z Tobeyem Maguirem widziałam jako pierwszą, to właśnie The Amazing Spider-Man z Andrew Garfieldem uznaję za lepszą. Czy w takim razie teoria „kto pierwszy, ten lepszy” wali się w gruzy, czy może ten wyjątek jedynie ją potwierdza?… nie wiem. Głównie dlatego, że The Amazing Spider-Man nie jest najwłaściwszym przykładem. Dlaczego?… Bo to nie jest remake, a reboot. Dla Myszy to tak naprawdę nie wielka różnica – i ten i ten pokazuje na nowo znany już materiał – ale wiem, że wśród Was, Drodzy Czytelnicy istnieją tacy, którzy mogliby się przyczepić, gdybym nie zaznaczyła tego rozróżnienia.
W takim razie może za przykład posłuży nam przykład Otella? Mysz najpierw – wstyd się przyznać – obejrzała film O, czyli Otella w wersji młodzieżowej z 2001 roku. Dopiero później, będąc już w trochę poważniejszym wieku, obejrzałam Othello z Lawrencem Fishburnem. Naturalnie, to ten drugi film uznaję za lepszy. Jednak i ten przykład wydaje się naciągany. Po pierwsze dlatego, że prawie każdy obiektywnie stwierdzi, że Otello jest lepszym filmem niż O. Po drugie podniosą się głosy sprzeciwu, że przecież te dwa dzieła nie są swoimi remake’ami, a adaptacjami tego samego dzieła Szekspira. Then again, jakby się zastanowić, to czymże jest adaptacja jeśli nie remake’iem książki na ekranie…?
 
Wychodzi na to, że właściwie nie mam żadnych solidnych argumentów, którymi mogłabym – mimo ogromnych chęci – obalić teorię „tego pierwszego”. Choć, jeśli szczęście dopisze, wkrótce nadarzy mi się do tego okazja. Na ekrany kin ma wejść remake filmu/książki Carrie, a Mysz, choć film De Palmy widziała jako pierwszy, wprost nie znosi tej wersji. Jeśli więc remake spodoba mi się bardziej niż oryginał, będę miała pierwszy prawowity przykład na to, że kolejność oglądania wcale nie ma znaczenia!
…ale potem przypominam sobie koleżankę, która obejrzała Star Warsw niewłaściwej kolejności (najpierw nową trylogię, potem starą) i od tego czasu uważa, że „pierwsze” Gwiezdne Wojny – czyli według jej rachuby „nowe” GW – są lepsze niż te dalsze.
Mimo to, mam nadzieję, że gdy argumenty są oczywiste i niepodważalne, można przemóc nawet własny sentyment. Inaczej zamykamy się w swoich szufladkach, nie dając sobie nawet szansy na poznanie naprawdę fajnego, wartego naszej uwagi dzieła. Dlatego Mysz zamierza dawać remake’om szansę. Także w tej złej kolejności.
Może nawet w najbliższej przyszłości poeksperymentuję i najpierw obejrzę remake Jesus Christ Superstar, zamiast dawać pierwszeństwo oryginałowi?…

PS. Mysz jest zwłaszcza ciekawa jak zasada “ten pierwszy” funkcjonuje w wypadku horrorów. Wszystkie te remake’i Friday the 13th, Nightmare on Elm Street, House of Wax, Piranha, teraz Evil Dead… ciekawa jestem czy remake wypada lepiej niż oryginał i czy zasada “pierwszeństwa” – w kontekście specyfiki gatunku, jakim jest horror – ma w ogóle prawo bytu. Bo Mysz widziała najpierw stary Koszmar z Ulicy Wiązów i był on tragiczny. Co wcale nie oznacza, że remake był lepszy. Widziałam też stare Evil Dead, ale mam ten problem, że nowej wersji raczej nie obejrzę, bo jest zbyt krwawa. Czy ktoś kto widział obie mógłby mnie uświadomić, jak remake wypada w porównaniu z oryginałem?