Life is such a DRAG – piękniej jest być kobietą.

Mysz przepadła w odmętach reality TV i rozpisuje się o “Ru Paul’s Drag Race”.

Mysz dziś obejrzała po raz pierwszy The Celluloid Closet. Nie wiem jakim cudem wcześniej nie trafiłam na ten film, ale dzięki niemu nie po raz pierwszy przypomniałam sobie, jak ogromną miłością, szacunkiem, sympatią i podziwem darzę wszelkie mniejszości seksualne. Jeszcze mocniej utwierdził mnie w tym program, który ostatnio obejrzałam. Ale najpierw słowo wstępu.

Mysz nie znosi tzw. reality shows. Wszelkie Big Brothery, Real Housewives czy inne The Real World odrzucają mnie na samym starcie. Wyjątkiem są jednak tzw. reality competition/game shows.Najlepszym przykładem jest amerykańska edycja programu The Voice, który oglądam namiętnie i zawsze bardzo angażuję się w typowanie zwycięzców. Co więcej oglądam także polską edycję (choć mam zaległości), a na tym moja sympatia do programów rozrywkowych się nie kończy. Kolejne perełka, którą Mysz bardzo lubi to mało znany Face Off stacji SyFy – to skrzyżowanie reality show z konkursem talentów. Jest to program o tyle ciekawy, że nie rywalizują w nim wokaliści czy tancerze, a… makijażyści i charakteryzatorzy filmowi. Świetnie o tym programie pisze u siebie Rusty, więc gdyby ktoś był zainteresowany to z całego serca polecam. Mysz w każdym razie sporo się z Face Off nauczyła. A na pewno więcej niż z zajęć w szkole charakteryzacji na które kiedyś chodziła.


Ostatnio jednak podłapałam nowego bakcyla. A to wszystko – jak zwykle – z winy portalu AfterElton.com (znanego teraz jako TheBacklot.com). Mysz podczytuje ich recenzje odcinków, artykuły i doniesienia ze świata showbiznesu od paru lat i nieustannie twierdzi, że jeśli chcecie dowiedzieć się o jakimś trendzie w muzyce, kinematografii, telewizji lub modzie wcześniej niż inni, nie znajdziecie lepszej strony niż TheBacklot. Ale to nie powinno dziwić, bo geje zawsze byli bardziej do przodu.

TakTheBacklot to strona zrzeszająca szeroko pojętą kulturę homoseksualistów (lesbijki mają swoją siostrzaną stronę, AfterEllen.com). Mysz która mniejszości, a zwłaszcza gejów, kocha miłością ogromną i bezwarunkową – już nie raz dzięki TheBacklot obejrzała wspaniały film, czy wciągnęła się w cudowny serial. Na tejże stronie podłapałam „You Make Me Feel Like” Cobra Starship zanim ktokolwiek w radiu wiedział, że taki kawałek istnieje. Tam odkryłam Cosmo Jarvisa (polecam jego kawałek „Gay Pirates”). I to właśnie na TheBacklot.com po raz pierwszy zobaczyłam recenzję programu, który nazywa się RuPaul’s Drag Race.
Boska pomysłodawczyni programu: RuPaul.
 

Słowo wyjaśnienia – RuPaul Andre Charles to obecnie najbardziej znana, najpopularniejsza drag queen w USA. Choć RuPaul często występuje także w stroju męskim (również w swoim programie, gdzie pojawia się w obu wersjach) to jego żeńska persona „tworzy” ten program.

Idea jest prosta: program rozpoczyna 9 drag queens (w pierwszym sezonie, w późniejszych 12 i więcej). Orientacja uczestników jest nieistotna, ale większość z nich to geje; w programie mogą także brać udział transgenderowe kobiety. W każdym odcinku uczestniczki biorą udział w tzw. mini challenge, main challenge, runway walk oraz ocenie panelu sędziowskiego. Na mini challenge może się złożyć wszystko – od sesji zdjęciowej w full drag w strugach zmywającej makijaż wody, nakładania sobie nawzajem makijażu w parach, szycia kostiumów z rzeczy kupionych w sklepie „za 5 zł” lub konkurs wytrzymałościowy na tężyznę fizyczną. Main challenge to zazwyczaj większe wyzwanie, przykładowo „przerobienie” kogoś na drag queen (w sezonie pierwszym były to kobiety-zapaśniczki). Następnie mamy runway walk, czyli etap gdzie uczestniczki w pełnym drag chodzą po wybiegu, prezentując się przed sędziami. Potem jest ocena panelu sędziowskiego (w tym sędziów „gościnnych” – aktorów, piosenkarek, modelek, celebrytów, etc.). Dwie uczestniczki, które zbiorą najniższe oceny muszą na koniec „odśpiewać” z playbacku (tzw. lip synch) przygotowany wcześniej utwór, odgrywając go jednocześnie na scenie. Ostateczną decyzję dotyczącą tego kto zostaje, a kto odchodzi z programu podejmuje sama RuPaul.
Piękne panie z pierwszego sezonu RuPaul’s Drag Race

Konstrukcją RuPaul’s Drag Race przypomina więc Face Off lub inne game shows. Jednak tym co go różni jest, naturalnie, tematyka. W istocie program ten jest połączeniem Project Runway (szycie kostiumów), America’s Next Top Model (chodzenie po wybiegu), X Factor (talent/charyzma/dowcip) i właśnie Face Off (makijaż). Uczestniczki programu naprawdę muszą się wykazać nie tylko talentem performerskim jako drag queen, ale także talentami praktycznymi: umiejętnością szycia kostiumów, układania fryzur, nakładania wszelakich makijaży (w tym umiejętnego modelowania kształtu i konturów twarzy), robienia rekwizytów, tańca, śpiewu… lista jest długa. A wszystko po to, by RuPaul mogła odnaleźć „the next drag superstar”.

Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie żaden męski czytelnik MyszaMovie nie zabrnął w tym tekście aż do tego momentu. Podejrzewam, że nawet parę żeńskich czytelniczkiem wysiadło, bo to nie ich tematy. Mysz też tak myślała do czasu, aż nie obejrzała hurtem całego pierwszego sezonu RuPaul’s Drag Race (w zanadrzu czekają kolejne cztery sezony, plus spin-offy programu: RuPaul’s All Stars Drag Race, gdzie występują ulubienice publiczności z poprzednich sezonów oryginalnego programu, oraz RuPaul’s Drag U, gdzie profesorki-drag queen pomagają cis-kobietom odnaleźć swą wewnętrzną kobiecość poprzez sztukę drag).
 
Nie oszukujmy się: RuPaul’s Drag Raceto nie program dla każdego. Ale jeśli kiedykolwiek byliście ciekawi lub zaintrygowani społecznością i subkulturą drag queens, program ten to strzał w dziesiątkę. Oczywiście jak każdy reality show, także w RuPaul’snie brakuje dramatów, kłótni, wzajemnych antypatii i wbijania sobie noża w plecy. Przyznać też trzeba, że w wykonaniu drag queens te dramaty są 100 razy bardziej rozdmuchane i dramatyczne. „Bójki kocic” (cat fights) są niemalże na porządku dziennym, a błędy i wady są wytykane bez litości. A jednak… jest w tej subkulturze cała masa przyjaźni, wsparcia i miłości. Jasne, raz na jakiś czas wyciągną pazurki, ale gdy trzeba, drag queens są w stanie otworzyć swoje serca i z rozbrajająca szczerością i sympatią życzyć nawet najgorszej rywalce dalszych sukcesów. Jest pocieszanie, dzielenie się swoimi doświadczeniami – tak różnymi, a wszak tak podobnymi – jest śmiech, zabawa, przekomarzanie się, plotkowanie o sekretach i trickach drag-fachu, obgadywanie byłych i obecnych partnerów… Jakby się nad tym zastanowić, uczestniczki programu zachowują się zupełnie… jak kobiety. 

Myszy ulubienice: pierwszy rząd – pierwsza z prawej oraz drugi rząd – pierwsza i druga z lewej.

I w tym tkwi właśnie istota drag – w umiejętnym naśladowaniu kobiet. Mysz była w ciężkim, przyjemnym (choć lekko zazdrosnym) szoku, gdy oglądała pierwszy sezon programu. Choć nie wszyscy biorący udział w programie mężczyźni mogliby zostać uznani za przystojnych, wszystkie kobiety pojawiające się w RuPaul’s Drag Racesą bez wątpienia piękne, każda na swój sposób. Niektóre uczestniczki są wręcz zjawiskowe. Mysz, widząc je na ulicy, obejrzałaby się za nimi z wywieszonym ozorem jak za piękna kobietą, a nie jak za mężczyzną za kobietę przebranym. To właśnie te aspekty programu – dążenie do perfekcji, wzajemne wsparcie, walka z przeciwnościami, jakie piętrzą się przed mężczyznami, którzy pragną z wcielania się w kobiety stworzyć godne, spełnione życie – sprawiają, że warto RuPaul’s oglądać. Mysz taktownie spuszcza zasłonę milczenia na wredne uczestniczki, których jednym celem w programie jest namieszać i nabruździć. Są ludzie i parapety i niektóre panie właśnie w taki sposób chcą być postrzegane, w taki sposób zrobić karierę. Poza tym nie oszukujmy się: RuPaul’s to program telewizyjny, a w takowym nijak nie może być nudno. Stąd i potrzeba dramatu. Czasem jest to jednak dramat ważny i poruszający – jak chociażby wyznanie jednej z uczestniczek sezonu pierwszego, które doprowadziło Mysz do autentycznych potoków łez.
Aspekt zanurzania się w obcą, ale fascynującą kulturę także jest pociągający. Mysz odkryła chociażby, że w środowisku drag queens właściwie nie używa się męskich imion – nawet poza dragiem, panowie zwracają się do siebie swoimi żeńskimi pseudonimami. Istotne jest też moim zdaniem to, że program pokazuje, iż nie wszystkie drag queen to zniewieściałe „ciotki” (pardon my frencz), które plotkują piskliwymi głosikami i robią „czajniczek”. Wcielanie się w kobietę nijak nie umniejsza ich męskości. To jest właśnie to, czego mam wrażenie wiele osób nie rozumie, a co Mysz nieodmiennie w drag queensw szczególe, a mniejszościach w ogóle podziwia. Mianowicie to, że taki styl życia wymaga wiele odwagi, samozaparcia, silnej woli, wewnętrznego przekonania o słuszności swoich decyzji. Wyobraźcie sobie, że ktoś obrzuca Was szklanymi butelkami albo spuszcza łomot, bo chodzicie po mieście w… bo ja wiem, czerwonych spodniach. Bo tak – bo Wam w nich wygodnie, bo dobrze się w nich czujecie, bo czerwone spodnie sprawiają, że czujecie się –sobą-. A teraz wyobraźcie sobie, że za to zachowanie jesteście piętnowani, obrzucani wyzwiskami, bici, prześladowani. Niefajne uczucie, prawda?… No właśnie. Stąd bierze się Myszy szacunek i podziw dla uczestniczek programu: bo są w stanie pokazać się w telewizji (a także w życiu codziennym) i powiedzieć: Oto ja. Taka właśnie jestem. Deal with it. I za tę odwagę nigdy nie przestanę drag queenskochać i szanować.

Za uroczą Jade Mysz obejrzałaby się na ulicy nawet dwukrotnie.
Nikt mnie nie przekona, że to nie jest piękna kobieta!
Jedyną wadą programu – jeśli można tak to nazwać – jest fakt, że „przygotowania” uczestniczek są pokazane dość pobieżne. Dla Myszy, którą fascynują makijaże i charakteryzacje jest to szalenie istotny element „przemiany” – jak panowie, dzięki odpowiedniemu cieniowaniu, kontrastom i kolorom są w stanie przekształcić się w piękne kobiety. Mysz chętnie by parę z tych trików podpatrzyła i wykorzystała na sobie (jeden, na optyczne powiększanie biustu już mam; dzięki, RuPaul!). Naturalnie rozumiem, że uczestniczki w fazie „przejściowej” – między formą w pełni męską a w pełni żeńską – czują się zbytnio “na widoku” i mogą nie chcieć by te fragmenty pokazywano na antenie. Mimo to Mysz chciałaby, żeby powstał jakiś segment w programie, gdzie drag queensudzielałyby rad makijażowych. Hmm, może właśnie w RuPaul’s Drag U znajdę takie sprytne tricki?… Trzeba będzie sprawdzić. Dość powiedzieć, że na kolejne sezony RuPaul’s Drag Race czekam z utęsknieniem. Jestem bardzo ciekawa kto wygra drugi sezon.
 

Na koniec słówko ostrzeżenia: jeśli komuś nie pasuje tematyka tego wpisu lub Myszy bezproblemowe, całkowicie tolerancyjne podejście do kwestii mniejszości seksualnych… cóż, nie ma przymusu czytania. Ale od razu ostrzegam, że wszelkie obraźliwe komentarze będą bez słowa kasowane. Mogę polemizować i dyskutować na temat „słuszności” swojego światopoglądu, ale nie zamierzam tego robić na blogu. I tyle.
Pamiętajcie, drogie panie:
Liczy się charyzma, unikatowość, tupet i talent
(Charisma, Uniqueness, Nerve and Talent)

PS. Mysz już po trzech odcinkach programu nie mogła się odpędzić od piosenki „Cover Girl (Put the Bass in Your Walk)” RuPaula, która służy niejako za hymn programu. Wyzywam Was, byście po obejrzeniu RuPaul’s Drag Racespróbowali nie nucić tej piosenki. Skłonna jestem twierdzić, że jest to absolutnie niemożliwe ^__^