Muzycznie: Stereophonics – Graffiti On The Train

Mysz nie wyobraża sobie życia bez muzyki i raz od wielkiego święta poleca swoje ulubione albumy.

W przygotowaniu na nadchodzący IMPACT FEST (5 czerwca, Lotnisko Bemowo) Mysz postanowiła przesłuchać najnowszy album zespołu Stereophonics, bo panowie z Walii będą na bemowskim lotnisku występować.
Mysz od kilku lat uważa się za fankę Stereophonics. Może nie taką, która na wyrywki zna wszystkie piosenki, ale wielokrotnie przesłuchałam całą ich dyskografię i na każdej płycie jestem w stanie wskazać przynajmniej jeden kawałek, który zalicza się do „listy ulubionych kawałków ever”. Jedyny przejaw muzycznego hipsterstwa, jaki się u Myszy w wypadku walijskich chłopaków objawia to to, że Mysz oprócz lubienia ich najbardziej znanych kawałków – „Maybe Tomorrow”, „Have a Nice Day”, „Dakota” czy „The Bartender and the Thief” – lubi przede wszystkim ich mniej znane i chwalone kawałki – „Thousand Trees” które pięknym przesłaniem otwiera ich debiutancki album „Word Gets Around” (1997), czy najukochańsze „Getaway” z „You Gotta Go There To Come Back (2003), które brzmi jak jazda kabrioletem przez słoneczne, kręte górskie drogi (jak w Mission Impossible 2, tylko że bez ścigania się i śmiertelnego zagrożenia).

Stereophonics uznawani są za zespół barowo-hymnowy, czyli taki, którego fani narodowości około-gaelickiej mogą słuchać przy kuflu piwa, albo ryczeć ile sił w płucach na stadionie. Dla Myszy jednak Stereophonics to przede wszystkim bajarze, którzy w swoich utworach wspaniale „malują”, zarówno słowem jak i dźwiękiem. Tu zasługi głównie przypadają panu Kelly’emu Jonesowi, w którym to swego czasu Mysz się kochała. Teraz, zmądrzawszy nieco, jestem w stanie dostrzec ogromną poetyckość tekstów Jonesa, a nie tylko jego seksowny chrypkę. Jest w jego tekstach cudowna, prozaiczna prostota, a jednocześnie ogrom emocji. Także głos Kelly’ego – drugi oprócz Bryana Adamsa tak charakterystycznie zachrypnięty (Mysz obu panów zawsze rozpoznaje w radiu) – zadziwiająco współgra z dość dużą rozpiętością muzyczną, którą Stereophonics reprezentują. Można ich określić jako zespół grający alternatywnego rocka, ale w rzeczywistości they’re so much more.
Słychać to zwłaszcza na najnowszym, ósmym już albumie studyjnym zespołu. Panowie z Walii, którzy do tej pory regularnie (przez 12 lat), co dwa lata wypuszczali kolejne albumy, tym razem kazali nam długo czekać. Od ostatniego albumu – „Keep Calm and Carry On” (z którym Mysz ma ogromne problemy, ale o tym kiedy indziej) – minęło wszak 4 lata. Dla fanów przyzwyczajonych do stałego grafiku Stereophonics, to kawał czasu.
Jednak oczekiwanie nie poszło na marne, bo od czasu debiutu zespołu jest to – moim zdaniem – jeden z jego lepszych albumów. Dojrzalszy, poważniejszy, o wiele staranniej przemyślany i wykonany, „Graffiti On The Train” pokazuje kierunek w jakim chcą zmierzać Kelly Jones i jego towarzysze. Mysz chciałaby żeby więcej zespołów starzało się z takim wdziękiem, konsekwencją i artystyczną inteligencją, jaką w nowym albumie wykazali się Walijczycy.
 
Album otwiera „We Share The Same Sun” – piękny utwór, który biegnie stopniowo – dosłownie, jak bieg w zwolnionym tempie po skalistym urwisku – by w refrenie wybuchnąć niczym skok z owego klifu. W utworze przebrzmiewają hymnowo-stadionowe [brzmienia wpływy] Stereophonics (przywodząc odrobinę na myśl niektóre utwory Coldplay), ale całej piosence towarzyszy bardzo rześkie uczucie, niemalże jak wiatr na wrzosowisku* (zasługa pięknie brzmiącej, bluesowej gitary, która powtarza te same cztery riffy). Dzięki temu staje się ona czymś pomiędzy okrzykiem wolności a smutną, rzewną balladą. Utwór świetnie sprawdza się jako wprowadzenie w szalenie urozmaicony, łączący różne brzmienia, bardzo filmowy album, jakim jest „Graffiti On The Train”
To właśnie tytułowy utwór albumu zajmuje drugą pozycję w track-liście. Mysz długo musiała się przekonywać do dość zawodzącego intro piosenki, ale rytm tekstu w zwrotkach – a także zawarta w nich, wspomniana wcześniej, prozaiczna poezja – za każdym razem wynagradzają mi powtarzalność i sztampowość refrenu. Do pozytywnej opinii Myszy na temat tego utworu dochodzi jeszcze historia nieszczęśliwej miłości, którą opiewa tekst. Dodajmy do tego pojawiające się w tle rzewne instrumenty smyczkowe i przejmujący smutek jaki ogarnia słuchacza staje się wręcz namacalny. Polecam słuchać utworu w deszczowe wieczory, zwłaszcza dostępnej na Deluxe Edition wersji „stripped” – czystszej, prostszej, bardziej skupiającej się na orkiestrze, a mniej na gitarach elektrycznych i właśnie przez to piękniejszej.
Trzeci utwór – „Indian Summer” – swoją konstrukcją, zwłaszcza rytmem, przywodzi na myśl klasyczny, łatwo wpadający w ucho pop-rock. Pobrzmiewa tu odrobina płynnej melodyki i długich zaśpiewów charakterystycznych dla Kings of Leon, ale głos Kelly’ego – absolutnie nie do pomylenia z czymkolwiek innym – w połączeniu z tekstem (vodka with coca-cola, cocaine tucked in her shoes, cigarettes over coffee, her halo slipped to a noose) wspólnie sprawiają, iż utwór nabiera głębi i traci na popowej lekkości. Co jest o tyle zabawne, że „indian summer” oznacza babie lato.
PS. Tak, intro utworu mnie też przypomina szalenie „All Good Things (Come To An End)” Nelly Furtado.
Następnie mamy jeden z najciekawszych – zdaniem Myszy – utworów na płycie. Na poły gotyckie „Take Me” jest bardzo ciekawą aranżacją dość erotycznego w wydźwięku tekstu. Fakt, że dodatkowe, żeńskie wokale w utworze zapewnia partnerka Kelly’ego, Jakki, dodaje piosence pewnego smaczku. To właśnie głos Jakki – eteryczny i delikatny – staje się kontrastem i równoważnią dla mruczącej, niemalże kociej chrypki Kelly’ego. Mysz słuchając piosenki z oczywistych powodów nie może przestać myśleć o deszczu, pajęczynach i mrocznych zakamarkach – bardzo a’la obrazy Victorii Francess.
Catacomb” – piąty kawałek – to mocny utwór, trochę punk-rockowy, trochę AC/DC czy Led Zeppelin. Mysz za nim nie przepada, ale docenia tekst, który bardzo przypomina strumień świadomości albo beat poem, którego nie powstydziłby się Ginsberg. Ponownie widać tu starania Stereophonics, by uczynić z „Graffiti On The Train” jak najbardziej zróżnicowany album.
Potem mamy „Roll the Dice”, które ma szalenie ciekawą konstrukcję. Zaczynamy od bardzo ‘indie’ wejścia, które w refrenie przekształca się w mocne uderzenie perkusji, instrumentów dętych i gitar, które Mysz kojarzy się z wczesną muzyką Robbiego Williamsa (chociażby „Let Me Entertain You” czy nawet „Millenium”). Za to pod koniec – po kolejnym „strumieniu świadomości” w bridge’u – utwór przekształca się w niemalże rock operowy zaśpiew, którego nie powstydziliby się chłopcy z Muse. Mysz w sumie najbardziej lubi ostatnie kilka taktów piosenki, gdzie zanika dźwięk i na moment pozostaje tylko upiorny śpiew Kelly’ego. Jak zawodzenie ducha. Super!
Wreszcie pora na „Violins and Tambourines” – słusznie najbardziej wychwalany utwór na płycie. Przygaszony, niemalże znudzony ton Kelly’ego w połączeniu z prostym riffem i dźwiękiem – a jakże – tamburynu stwarzają niesamowite wrażenie. Proste i melodyczne, w trzeciej minucie zaczyna stopniowo narastać, by pod koniec przyjąć brzmiące niemalże jak jadący motor, elektryczne brzmienia. Przypomina to co nieco „Spanish Sahara” zespołu Foals (fani serialu Misfits z pewnością kojarzą ten utwór). Jednak najpiękniejszy w piosence jest tekst – mroczny, melancholijny. Taka, poniekąd, jest z resztą cała płyta. Nie wiem ile wpływu miała na to śmierć perkusisty Stereophonics, Stuarta Cable’a, ale słychać, że Kelly zawarł na płycie swoje kontemplacje na temat życia i śmierci.
Ósmy utwór – chyba Myszy ulubiony – również jest dość nietypowy jak na panów z Walii. Trochę w klimatach tradycyjnych rockowych ballad lub doo-wop’owych kawałków, „Been Caught Cheating” wspaniale pokazuje, na co stać wokal Kelly’ego. Fakt, że piosenka brzmi jakby nagrano ją na żywo, przy czynnym udziale publiczności, wywołuje w Myszy mocne skojarzenia z muzyką country. W sumie tekst piosenki, będący swoistym użalaniem się, że przyłapało się kogoś na zdradzie, nieźle wpasowuje się w tę konwencję. Podobno Kelly napisał piosenkę zainspirowany świętej pamięci Amy Winehouse. Mysz uważa, że Amy byłaby z tego utworu bardzo zadowolona.
Intro kolejnego kawałka, „In The Moment”, niezmiernie przypomina Myszy utwory Radiohead (zwłaszcza ulubione „15 Step”). Ostre, jak trącane brzytwą riffy gitary oraz dość okrojona perkusja świetnie komponują się z prostym rytmem tekstu. Szkoda tylko, że refren piosenki – przede wszystkim pod względem brzmienia instrumentów – zdaniem Myszy kompletnie nie pasuje do reszty piosenki. Sprawia to, że mające ogromny potencjał „In The Moment” jest jedną z najnudniejszych piosenek na płycie.
Album kończy się ślicznym, niemalże błagalnym utworem „No One’s Perfect”. Taspokojna ballada jest idealnym zakończeniem zgromadzonej na płycie melancholii, bo mimo smutnego wydźwięku tekstu, utwór niesie w sobie ogrom nadziei. Mysz cieszy się, że Kelly i spółka nie dali się porwać wyłącznie energii mocnych brzmień i poświęcili trochę miejsca na płycie także na takie niewielkie, ale jasno-świecące perełki jak „No One’s Perfect”.
Gdyby ktoś chciał w pełnej krasie usłyszeć barwę głosu Kelly’ego polecam przesłuchać edycję Deluxe albumu „Graffiti On The Train”. Dostępne tam wersje „up close” piosenek „We Share The Same Sun” oraz „Indian Summer” cudownie obrazują – unauszniają? – dlaczego Mysz tak ubóstwia głos wokalisty Stereophonics. No i pojawia się tam kawałek „Overland”, który z każdym przesłuchaniem coraz bardziej się Myszy podoba. Jak tak dalej pójdzie to będę musiała go dopisać na „listę ulubionych utworów ever”.
Podsumowując: „Graffiti On The Train” to dowód na to, że można się starzeć z wdziękiem i godnością. A przy tym nie stracić swojej zasłużonej pozycji na scenie indie-rocka. Stereophonics mimo biegu lat wciąż pozostają tym samym zespołem współczesnych trubadurów z pochmurnej Walii, których piękne melodie i poruszające teksty są adekwatnym akompaniamentem zarówno deszczowego wieczoru, kufla piwa jak i ogromnego stadionu. Nie mam żadnych wątpliwości, że ich koncert na IMPACT FEST będzie wspaniałym wydarzeniem.
Ciekawostka: Kelly Jones wyreżyserował wszystkie wideoklipy, które powstały do utworów z płyty „Graffiti On The Train”. Warto je obejrzeć na YT – mają ciekawą, trochę Wim Wenders/Jim Jarmusch-ową estetykę.
 * Mysz zamienia się w pretensjonalną poetkę gdy pisze o muzyce. Deal with it.