Obowiązek… Twój wróg?

Myszy dumania nad kwestią popkulturowego “obowiązku” i zmuszania się do pewnych rzeczy.

Jak pewnie zauważyłeś, Drogi Czytelniku, w zeszłym tygodniu nie pojawił się na blogu skrót seriali. Tu Mysz musi zakrzyknąć mea culpa, bo z pełną premedytacją nie zamieściła wpisu. Albo inaczej: cały tydzień próbowała ten wpis napisać, sumiennie nadrobić zaległość… Wreszcie, w długi weekend majowy, ogłosiłam kapitulację. Mimo najszczerszych chęci, każde otwarcie pliku w Wordzie by napisać choć parę słów o każdym z odcinków wywoływało we mnie odruch wymiotny. Źle się dzieje w Państwie Mysim, gdy pisanie staje się katorgą zamiast przyjemnością. Gorzej: zdałam sobie także sprawę z tego, że również oglądanie seriali – a przynajmniej tych, które starałam się na bieżąco recenzować – zaczęło wywoływać we mnie wręcz alergiczną niechęć. A moment, w którym oglądanie przestaje być przyjemnością, a staje się przykrym obowiązkiem jest oczywistym sygnałem, że należy coś zmienić. Nie oznacza to, że już nigdy nie napiszę o serialach. Tylko po prostu będzie tego mniej. I rzadziej. Może zacznę robić podsumowania całych sezonów?

Dość powiedzieć, że gdy tylko podjęłam tę decyzję natychmiast spadł mi z serca – i sumienia – ogromny ciężar. Natychmiast też nabrałam ochoty na obejrzenie paru odcinków ulubionych seriali. Od razu odzyskały one cały smak. Przestały być obowiązkiem, a zaczęły – znów – być przyjemnością. I to na dodatek jedną z największych jakie znam. Mam więc nadzieję, że wybaczycie mi brak wpisu w zeszły poniedziałek. Jasne, regularność i systematyczność to piękne i szlachetne postanowienia, ale uważam, że blogować powinno się jedynie w sytuacji, gdy sprawia nam to autentyczną radość. 
Ale skoro jesteśmy przy temacie oglądania pewnych rzeczy z obowiązku, ciekawa jestem, czy Wy, Drodzy Czytelnicy, też tak czasami macie? Czy są filmy/seriale/książki/zespoły, z którymi zapoznajecie się z poczucia obowiązku?
 
“Czytanie i obowiązek to dwa niezbyt zgodne pojęcia. Najpiękniejsza książka, gdy musi być przeczytana, staje się wrogiem.” – Antoni Słonimski
 
Nie chodzi naturalnie o lektury szkolne czy teksty potrzebne do pracy/napisania pracy magisterskiej/etc. Chodzi o takie dzieła popkultury, które czujecie się w obowiązku znać, mimo że – if you’re being totally honest – wcale a wcale Was one nie interesują.
Dla Myszy tego typu filmami są filmy wojenne i gangsterskie, uznawane za klasykę kina. The Godfather, Goodfellas, Apocalypse Now, Platoon… to wszystko wspaniałe filmy i Mysz wie, że powinna je znać. Wszak im więcej filmów znamy, tym więcej mamy narzędzi by sprawnie filmy analizować. Poza tym dzieła ten nie na darmo uznawane są za klasykę. Nie zmienia to faktu, że Mysz od lat próbuje się zmusić do obejrzenia tych filmów i… nie może. No po prostu nie da rady. Ale poczucie obowiązku tkwi we mnie jak zadra.
Są też inne elementy popkultury na które poluję z takiego czy innego poczucia że „powinnam”. Tak było swego czasu z Twilightem czy Harrym Potterem, bo kiedyś o niczym innym się nie rozmawiało, a Mysz lubi być, jak to mówią, in the loop. Na szczęście na star(sz)e lata trochę zmądrzałam i nie dałam się wciągnąć w popularność 50 Shades of Grey. Tego samego nie można jednak powiedzieć o The Hunger Games czy innych The Mortal Instruments
Tu pozwolę sobie zaznaczyć, że popkulturalne dzieło „z obowiązku” wcale nie musi się okazać złe. Wręcz przeciwnie, może się okazać, że bardzo nam się podoba. Mysz sama parokrotnie (pffft, więcej niż parokrotnie) przeżyła podobny scenariusz. Chodzi jednak o to pierwotne nastawienie pt. „nie kcem, ale powinnam”. Nadmienię także, że choć istnieje wiele filmów, książek, etc. które Mysz poznała z poczucia obowiązku, nie zostałam zmuszona do ich obejrzenia. Nikt nie powiedział mi „musisz to obejrzeć, ten film to klasyk” albo „to wspaniała książka, tylko totalny głupek by jej nie przeczytał”. Moje poczucie obowiązku wynika z wewnętrznego przekonania, że dane dzieło – and I use that term loosely – jest na tyle istotne (w ogóle w spuściźnie kultury, lub po prostu w danym momencie, na fali popularności), iż powinnam je znać. Mysz bardzo silnie rozróżnia zewnętrzne głosy przymusu od tego wewnętrznego; po prostu lubię poznawać popkulturę – jak to kiedyś ładnie ujął Zwierz – na własnych warunkach.
Kiedyś z resztą było łatwiej oglądać filmy „z obowiązku”. Gdy byłam młodsza i jeszcze nie tak bardzo obeznana w kinematografii, to rodzice podrzucali mi filmy warte obejrzenia. A rodzicom – w tamtych czasach – ufałam ślepo. Problemy pojawiły się, gdy Mysz zaczęła wyrabiać sobie zdanie o filmach. Bo nagle nie wszystkie propozycje były już takie fajne: ten film nie, bo smutny, ten nie, bo o wojnie, ten nie, bo jest w nim ten pan, co ja go tak nie lubię… Poczucie obowiązku zaczęło wchodzić w konflikt z powoli klarującym się Mysim gustem.
I nawet teraz, gdy rozsądek podpowiada mi, że gatunek filmu albo jego obsada nie powinny mieć wpływu na jego „kultowość”, wiedza ta nie jest wystarczająca bym mogła się od razu przemóc. Czasem potrzeba czasu. Parę lat zajęło mi dojrzenie do decyzji by obejrzeć Band of Brothers i Generation Kill – dwa świetne mini-serie o wojnie (jedna w czasach II WŚ, druga podczas inwazji na Irak w 2003 roku). Jednak, gdy wreszcie je obejrzałam, zakochałam się na amen. Do tego stopnia, że teraz przymierzam się do obejrzenia The Pacific, mimo iż ostrzegano mnie wielokrotnie, że w porównaniu z BoBseria wypada bladziej. Tak to czasami jest, że przychodzi moment w życiu żółwia (Myszy) gdy trzeba zagryźć zęby i obejrzeć  film lub serial tylko dlatego, że trzeba; że wypada; że to klasyk.
Mysz jest bardzo ciekawa czy Wy, Drodzy Czytelniczy, też macie takie filmy, które obejrzeliście lub zamierzacie obejrzeć z obowiązku? A może jest cały gatunek filmowy, do którego musicie się zmuszać? A może filmy i seriale wchodzą Wam z łatwością, ale za to macie trudności z pewnymi książkami?… The floor is yours. Share your thoughts
…czyli Myszy reakcja, gdy ktoś mówi, że “muszę” coś zrobić.