Przystawka z sorbetu – gotuj z Hannibalem

Recap (“recapitulate” = rekapitulacja, streszczenie) odcinków 1×06 oraz 1×07 serialu “Hannibal”.

 
Im więcej człowiek ma wolnego, tym mniej regularnie ogląda seriale.

Serio – jeśli Mysz ma wolne, rozpuszcza (się sama) jak dziadowski bicz i zamiast oglądać seriale na bieżąco, zaczyna oglądać jakieś straszne starocie, które jej się po domu pałętają. Ale cechą rozpoznawczą dobrego serialu jest to, że nie ważne kiedy do niego zasiądziemy, ważne że zawsze sprawia nam równie wielką przyjemność. Tak mam w wypadku Hannibala. I nie ważne czy oglądam pojedynczy odcinek w danym tygodniu, czy dwa odcinki hurtem, bo zrobiłam sobie zaległości. Ważne, że dzieło Brian Fullera i spółki nadal niezmiernie mnie fascynuje, intryguje i zachwyca.

Dlatego niniejszym przedstawiam Wam, Drodzy Czytelnicy, swoje przemyślenia na temat dwóch ostatnich odcinków Hannibala – szóstego (Entrée) i siódmego (Sorbet). Smacznego!

Hannibal 1×06 – Entrée

© Janice Poon
Entrée, czyli po polsku przystawka (choć głupi Amerykanie „entrée” określają danie główne). Cóż to był za świetny odcinek! Przede wszystkim dlatego, że pojawił się w nim Eddiego Izzarda jako dr. Gideona, chirurg-socjopaty, który podobno jest słynnym, poszukiwanym przez FBI „Rozpruwaczem z Chesapeake” (Chesapeake Ripper – nazwany tak ze względu na swoją wiedzę chirurgiczną; oczywiste nawiązanie do Kuby Rozpruwacza, którego również podejrzewa się o ekstensywną wiedzę z zakresu ludzkiej anatomii). Mysz jest o tyle zafascynowana „gdybaniem” na temat tego, czy Gideon jest Rozpruwaczem, że wie, iż w książce Harrisa to Hannibal Lecter okazuje się ostatecznie być tym osławionym mordercą. Pytanie tylko czy Fuller i spółka postanowili zrobić z Rozpruwacza oddzielną od Hannibala postać – i wtedy Gideon rzeczywiście może nim być – czy Gideon jest rzeczywiście tylko i wyłącznie zmyłką.
 

Sprawę komplikuje fakt, że w tym odcinku wykorzystano wiele cytatów, a czasem wręcz całych twistów fabularnych, znanych czytelnikom książek Harrisa (zwłaszcza „Czerwonego smoka”). Zwłaszcza cały wątek z „praktykantką” Miriam Lass ogromnie Mysz zdziwił, bo w książkowym oryginale to Will Graham prowadzi dochodzenie odnośnie akt medycznych ofiar Rozpruwacza. Właśnie dzięki temu poznaje – po raz pierwszy! – dr. Lectera i, podobnie jak Lass, w trakcie wiztyt w jego gabinecie rozgryza na podstawie diagramu Wound Man, kto jest prawdziwym mordercą. Lecter wówczas zakrada się do niego (na bosaka – zwróćcie uwagę, iż w serialu Hannibal zdjął buty by zakraść się do Miriam!) i dźga go nożem. Z oczywistych powodów – mniej sprzątania! – Miriam zostaje uduszona, czy też podduszona, a nie zabita. Mysz zdziwiło wykorzystanie tej sceny w kontekście kogoś innego niż Willa Grahama. Oczywiście, Will i Hannibal w serialu zdążyli się już poznać, ale ogólne ramy tej sceny w gabinecie – odkrycia tożsamości Rozpruwacza, ataku Lectera – możnaby zachować w niezmienionej formie. Wiem, że są fani książek, którzy bardzo by taki hołd docenili. A tak pozostaje mi zastanawiać się jak, ostatecznie, Fuller i spółka zamierzają rozegrać konfrontację Willa i Hannibala.
 
“Wound Man”
rysunek © Hannibal

W odcinku tym było zresztą więcej odniesień do książek Harrisa:

– cytat odnośnie Rozpruwacza (mówiony przez Lass, w oryginale przez Willa), że „ochrzczono go socjopatą, bo specjaliści nie wiedza jak inaczej go nazwać, gdyż w ogóle nie wpisuje się on w ramy tego, co normalnie nazywamy socjopatą” [Mysz parafrazuje];

– cytat odnośnie ekskluzywnego artykułu Freddie, który będzie przedrukowywany przez wszystkie wielkie gazety (mówi to Crawford, w oryginale są to rozmyślania Freddiego – przypomina, że w książce jest to postać męska). A skoro jesteśmy przy Freddie: zauważyliście, że ona non-stop nosi rękawiczki? Ja rozumiem elegancję i styl, ale to już jest nie normalne. Mysz ma kilka teorii na temat tego, dlaczego Freddie tych rękawiczek nie zdejmuje, ale na razie zachowa je dla siebie. Jestem bardzo ciekawa czy rzeczywiście coś się z tymi rękawiczkami kryje, czy to tylko swoisty fashion choice. Poza tym kolejne fanowskie narzekanie: skoro w tym odcinku wykorzystano już wątek Freddie, której artykuł ma być przynętą/płachtą na byka dla Rozpruwacza z Chesapeake, to jak twórcy planują rozegrać polowanie na Francisa Dolarhyde’a, które mamy dostać w czwartym sezonie? Wszak ten myk z artykułem Freddie jest wzięty prosto z książki Harrisa „Czerwony smok”, która właśnie o polowaniu na Dolarhyde’a opowiada?… Zdziwniej i zdziwniej się Fuller i spółka zachowują, naprawdę.

– pojawia się postać dr. Fredericka Chiltona, znana z książek Harrisa i filmów opartych na jego prozie. Chilton jest wspaniale grany przez Raula Esparzę – to postać śliska, nieprzyjemna i wstrętna, jak oślizgła ropucha. Nawet uśmiech Chiltona przywodzi na myśl najedzonego tłustymi muchami płaza. Interesujące wydaje mi się, że w świecie Fullera Chilton i Lecter już się znają (podejrzewam, że w tym serialu wszyscy psychiatry się kolegują). W książce Chilton poznaje Lecter dopiero gdy ten ląduje w jego szpitalu dla… hm, jak się na polski tłumaczy hospital for the criminally insane? W każdym razie ciekawe jest, że dynamika, która w książkach miała miejsce między Chiltonem a Lecterem – czyli np. to że Chilton czuje się jak sekretarka, bo musi odbierać czyjeś listy – w serialu ma miejsce między Chiltonem a Gideonem. Kolejne znane z książki elementy to chore zainteresowanie, jakie Chilton objawia względem osoby Willa – to jak chciałby go „przedstudiować”. Dla Chiltona – który wyraźnie jest w serialu kreowany na kolejnego psychopatę – ludzie to wyłącznie świnki morskie, którymi może manipulować i które może badać i studiować do woli. Mysz rozumie oczywiście, dlaczego Hannibal wspiera Chiltona w jego manipulacji Gideonem – dzięki temu Gideon jest głównym podejrzanym FBI w sprawie Rozpruwacza. Ale jednocześnie mam silne wrażenie, że Hannibal po prostu ogromnie lubi pogrywać sobie ludźmi i namawiać ich do złego. A ponieważ nikogo nie jest łatwiej namówić do złego niż psychopatę/socjopatę, Chilton jest dla Hannibala swoistą rozrywką.
   

Poza nieodzownymi skojarzeniami do książki „Czerwony smok”, podczas tego odcinka przyszedł mi także na myśl film „Milczenie owiec” – scena przesłuchania Gideona przez Alanę Bloom poniekąd przypominała pierwsze spotkanie Hannibala Lecter i agentki Clarice Starling.

Miłym – dla Myszy – zaskoczeniem była Anna Chlumsky, grająca Miriam Lass. Mysz nie widziała aktorki od czasów guest stara w White Collar, a szersza publiczność może ją kojarzyć z głównej roli w uroczym filmie z lat 90-tych, My Girl (oraz jego kontynuacji, My Girl 2). Swoją drogą fascynuje mnie, czy to rzeczywiście Hannibal jest osobą, która dręczy Jacka Crawforda telefonami i strategicznie umieszczoną, odciętą ręką Miriam. Z jednej strony wiemy, że to Hannibal ją zaatakował i obezwładnił. A z drugiej strony… mam wrażenie, że Hannibal jest zbyt wyrafinowany (i skryty), by wykręcać takie upiorne telefoniczne żarciki. Ale z trzeciej strony wiemy, jak bardzo Hannibal lubi sobie pogrywać z ludźmi, manipulować nimi i prowadzić z nim gierki. Może to jego – mało subtelna – metoda by psychicznie poznęcać się nad Jackiem, rozmiękczyc go i odwrócić jego uwagę od właściwego tropu? Hmm… jak zwykle podczas oglądania Hannibala, Mysz ma więcej pytań niż dostaje odpowiedzi.  

Przy okazji Jacka i Hannibala i ich relacji muszę nadmienić, że choć szkoda mi Jacka i jego sytuacji z żoną, widzę wiele sensu w tym, co doradza mu Hannibal. Czego by o Lecterze nie mówić, jest on dobrym psychiatrą. Okrutnym i bezpardonowym, ale dobrym.
  

Na koniec standardowe już pochwały dla Hugh Dancy’ego, który z każdym kolejnym odcinkiem coraz wygodniej czuje się w skórze Willa Grahama. Co więcej, w tym odcinku udowodnił mi, że choć jako Graham jest niesamowity, jego prawdziwy talent błyszczy w momentach, gdy Will ma swoje „mordercze wizje”. W tych scenach, gdy Willa –jest- mordercą, Dancy jest wręcz upiornie spokojny i wyrachowany. Mysz z jakiegoś powodu uważa to za szalenie seksowne. Ale na to, Drodzy Czytelnicy, spuścimy zasłonę milczenia.
 

PS. Dla nieuważnych – Hannibal na deser, podczas obiadu z Chiltonem i Alaną, serwuje galaretkę z czerwonego wina, udekorowaną cukrowymi różami i winogronami Nortona (informacje stąd)

Hannibal 1×07 – Sorbet


© Janice Poon


Mmm, zjadłabym dobry sorbet. Na przykład brzoskwiniowy, mmmm…. Ale chwilowo nie o jedzeniu chciałam pisać.

Kolejne miłe zaskoczenie obsadowe, które tym razem zaserwował nam Fuller to Ellen Greene (znana jako ciocia Vivian z Pushing Daisies) jako Mrs Komeda – znajoma Hannibala, która wypomina mu, że już dawno nie organizował żadnego wystawnego, towarzyskiego obiadu. Hannibalowi, naturalnie, nie trzeba tego było dwa razy powtarzać. Dzięki temu w tym odcinku dostaliśmy – jak do tej pory – najwięcej zarówno wykwintnych potraw, jak i stygnących ciał. Tu muszę przyznać, że z odcinka na odcinek coraz bardzo mi się podoba artystyczny, piękny wizualnie sposób w jaki w Hannibalu pokazuje się nie tylko same potrawy, ale także ich przygotowanie. Podziwiam Mads Mikkelsena za to, że potrafi z taką gracją prasować płucka i cieniutko filetować nereczki. Istna kulinarno-mordercza poezja! Równie poetycko – przede wszystkim z kinematograficznego punktu – ukazano to, jak Hannibal wybiera z swojego (ślicznego!) pudełeczka odpowiedni przepis, poczym z rolodexu wyłuskuje wizytówkę kolejnej ofiary. Ogromnie podoba mi się pomysł, że potrawy Hannibala biorą swój początek z dwóch kawałeczków papieru – przepisu i wizytówki. Istotne jest także, że Hannibal w swych wyborach wciąż kieruje się dewizą eat the rude – jego ofiarami padają ludzie „mali”, będący jedynie opryskliwymi, niewdzięcznymi trybikami w machinie ludzkiego życia. Widać, że Hannibal traktuje ich jedynie jako mięso – produkt, który można wykorzystać zależnie od własnego, kulinarnego widzimisię. A więc rację ma Will, gdy porównuje ofiary Rozpruwacza z Chesapeake do świń – Hannibal dokładnie w ten sposób widzi „niegrzecznych” ludzi.

PS. Śmieszy mnie niezmiernie, że Hannibala – wszak człowiek zapobiegawczy i myślący wiele kroków w przód – porobił w zamrażarce „zapasy” (na dodatek prózniowo zapakowane). Cóż za cudowna, przewidująca, beznamiętna logika.
   

Cały wątek z Franklynem, pacjentem Hannibal, który próbuje się z nim zaprzyjaźnić, kompletnie mnie rozstroił. Może to dlatego, że Franklyn jest – moim zdaniem – szalenie antypatyczną, nachalną postacią i sama mam ochotę go udusić. Nie rozumiem jednak po co pojawił się ten wątek?… jedyne, co byłam w stanie wymyślić, to to, że Hannibal zafiksował się teraz na idei posiadania „przyjaciela” – w tym wypadku rolę tę spełnia Will. Widać to zwłaszcza w kontekście poprzednich odcinków, w których Hannibal stala się alienować Willa od Jacka Crawforda, a także psychicznie zniszczyć Jacka. Mam dziwne wrażenie, że Hannibal może byc nieświadomie zazdrosny o Willa (teraz mówię w kompletnie platonicznym sensie). Choć dziwny wydaje mi się pomysł, by socjopata czuł potrzebę posiadania przyjciela – czy kogoś, kogo on rozumie jako „przyjaciela” – trudno mi się pozbyć wrażenia, że właśnie taką rolę zaczyna dla Hannibala spełniać Will. Przemawia za tym chcoiażby scena, gdy Lecter czeka na wizytę Willa w swoim gabinecie, a następnie osobiście idzie, by go odszukać. Mysz chętnie pozna Wasze teorie na temat relacji Lectera i Grahama- czy chodzi jedynie o bliskość ofiary, upajającą i podniecającą, czy jednak może chodzić o coś więcej, np. przyjaźń?
“- Buddy? Anybody?… nobody.”

…czyli Hannibal jest jeżozwierzem
z filmu Open Season

 

Swoją drogą w tej scenie gdy Hanibal czeka na Willa leciała bardzo piękna muzyka (Lacrimosa z Requiem Mozarta, gdyby ktoś się zastanawiał). W ogóle w tym odcinku było wyjątkowo dużo muzyki klasycznej:

-Aria Cleopatry Piangerò la sorte mia z opery Georga Händla Giulio Cesare In Egitto;

– Preludium Nr 13 Fis-dur op. 28 Fryderyka Chopina;

– opera FaustCharlesa Gounoda

Lacrimosa z Requiem d-moll Wolfganga Amadeusza Mozarta;

Patria Oppressa z Macbetha Giuseppe Verdiego;

– oraz ogromnie lubiane przez Mysz L’Inverno (Largo) z Le quarto stagioni (czyli po naszemu: Zima (Largo) z Czterech pór roku) Antonio Vivaldiego.

A skoro o niej przyszło mi pisać, niezmiernie wymowna wydaje mi się decyzja twórców, by pokazać, jak Hannibal płacze podczas występu śpiewaczki na początku odcinka. Dzięki tej scenie widzimy, że Hannibal nie jest kompletnie nieczuły. Wręcz przeciwnie – jest on szalenie czuły: na piękno, perfekcję, wykwintność i wysmakowanie życia. Nic dziwnego, że docenia on dobrą kuchnię, wiekowe alkohole i muzykę klasyczną. Hannibal jest po prostu hedonistą. Tylko… takim specyficznym.

PS. Tu oczywiście ogromne brawa za kompletnie porażające, niespotykane ujęcie „z gardła” śpiewaczki. Czegoś takiego jeszcze w telewizji nie widziałam. Brawa także za żarcik z tym, że gala operowa odbywa się w ramach “Hunger relief” (hunger, get it?) oraz hołd dla Hannibala z Anthonym Hopkinsem.

Wracając jednak do tematu przyjaźni, ciekawe jest także to, że Hannibal wydawał się wyraźnie, autentycznie zawiedziony gdy jego psychiatra – dr. Du Maurier (Gillian Anderson) – oznajmiła mu, że nie uważa go za przyjaciela. W ogole motyw przyjaźni był w odcinku dość wyraźny: najpierw w osobie Franklyn, potem w postaci pytania Hannibala do dr. Du Maurier, a potem w osobie Willa (widać to zwłaszcza pod koniec odcinka, gdy Hannibal chce zaprosić Willa, by ten został na obiedzie). Fascynująca wydaje mi się teoria, że Hannibal może autentycznie pragnąć ludzkiej przyjaźni, właśnie dlatego, iż ze względu na swoją psychikę nie jest w stanie nawiązywać autentycznych relacji z ludźmi. Może właśnie dlatego nie jest on w stanie odróżnić nieprawdziwej przyjaźni – jak w wypadu dr. Du Maurier – od tej prawdziwej. Także w kontaktach z Alaną, które jak na Hannibala są chyba najnormalniejsze, widać pewne zgrzyty. Z jednej strony Hannibal bez oporów, w bardzo naturalny sposób z Alaną flirtuje. A z drugiej strony, gdy tylko rozmowa schodzi na Willa i Alana cała aż się stroszy – istna matka-kwoka, normalnie – widać, że Hannibal nie do końca rozumie takie zachowanie. Mimo całej jego inteligencji i wyrachowania, są pewne rzeczy, które mu umykają. I są to właśnie ludzkie emocje i relacje. Jestem bardzo ciekawa jak dalej twórcy pociągną ten wątek prawie-ludzkiego, poszukującego kontaktu z drugim człowiekiem Hannibala.

 

Oprócz wspomnianego wcześniej „ujęcia z gardła” w tym tygodniu Hannibal zapewnił nam parę kolejnych źródeł nocnych koszmarów. Mowa oczywiście o wizji Jacka Crawforda – Hugh Dancy nigdy nie wyglądał upiorniej niż jako mleczno-oki trup – oraz scenie, w której Will dokonuje wewnętrznego masażu serca… gołą ręką. Jak zwykle brawa dla Hugh Dancy’ego – zwłaszcza za moment w którym opisuje Jackowi, jak „widzi” Rozpruwacza. Co za subtelny popis aktorski! Mysz kłania się Dancy’emu w pas.
Patrzajcie jak pięknie Fuller inspiruje się estetyką Kubricka! 

Pochwalam również decyzję – nie wiem czy Dancy’ego czy twórców – by Will coraz częściej uśmiechał się w obecności Hannibala. Dzięki temu w bardzo nienachalny, podświadomy sposób, sugeruje się widzom coraz większe zacieśnianie i umacnianie przyjacielskiej relacji między tymi postaciami. Aż strach pomyśleć, jak to wszystko się ostatecznie skończy. Pewnie na obiedzie. Badum-tss.
 

A skoro o końcówce mowa: w scenie, gdy Hannibal zaszywa ofiarę kierowcy karetki, a Will go obserwuje, miałam wrażenie, że Will patrząc na Hannibala przez ułamek sekundy zobaczył go takim, jaki on w rzeczywistości jest – zimnokrwisty, wyrachowany, morderczy. A potem moment przeminął. Czy ktoś jeszcze tak odebrał tę scenę?

PS. Może idiotyczne pytanie, ale: rozumiem, że Alana, która pomagała Hannibalowi w kuchni może nie odróżniać ludzkiego mięsa – np. serca lub płucek – od zwierzęcych. Ale kucharze, którzy pomagali Hannibalowi w przygotowaniach do obiadu powinni chyba umieć stwierdzić, gdy jakieś mięsko nie wygląda na typowo zwierzęce?… czy może się mylę?
“lollol I’m so witty.”

…czyli Hannibal jest trollem.